Nocny Koszmar w ZAMKNIĘTEJ SKRZYNI. Matka wyrzuciła syna w mrok, by uciec przed PŁOMIENIAMI o których krzyczała szalona kobieta
Niewielka czerwona latarnia pozostawiona na torach przez belgijski ruch oporu zatrzymała pędzącą maszynę, dając zaledwie ułamek sekundy na podjęcie najtrudniejszej decyzji w życiu. Jedenastoletni Simon Gronowski wahał się, patrząc w przepaść z pędzącego wagonu, dopóki własna matka, Czana Gronowska, nie wypchnęła go w ciemność. Sama nie zdążyła już wyskoczyć, a pociąg ruszył dalej, wioząc ją prosto ku komorom gazowym. Był to jedyny w historii przypadek, gdy z zewnątrz powstrzymano transport zmierzający do obozu zagłady Auschwitz. Dla ponad miliona innych osób, które pewnej nocy zostały wepchnięte do bydlęcych wagonów, drzwi miały otworzyć się dopiero u wrót piekła.

Podróż, która stała się przedsionkiem śmierci, zaczynała się zawsze tak samo, gdy z trzaskiem zamykano ciężkie zasuwy, a okna zabezpieczano drutem kolczastym. Wewnątrz drewnianych skrzyń przeznaczonych dla bydła upychano nawet sto osób. Brakowało powietrza, a przestrzeń była tak ograniczona, że ludzie musieli stać, opierając się o siebie nawzajem. W rogu znajdowało się jedynie wiadro na nieczystości, które szybko przepełniało się w kołyszącym się pociągu, dławiąc wszystkich niewyobrażalnym smrodem. Węgierscy żandarmi czy francuska policja z brutalną precyzją ładowali ludzi do środka, nie zostawiając złudzeń co do ich losu. Ciemność przerywały jedynie wąskie smugi światła z maleńkich okienek, o które toczyła się desperacka walka.
Koszmar ten poprzedzały tygodnie obozowego upokorzenia i dramatycznych aresztowań. W Paryżu tysiące rodzin z małymi dziećmi spędzono na tor kolarski w nieludzkim upale, by później brutalnie rozdzielić matki od niemowląt przy użyciu węży z wodą i pałek. Dzieci zostawiano same, z przyszytymi do ubrań skrawkami materiału, które miały zastąpić im tożsamość. W węgierskich cegielniach i holenderskim obozie Westerbork, na dzień przed wywózką, zrozpaczone matki z niesamowitym oddaniem pakowały czyste ubranka i pieluchy, zachowując resztki normalności w obliczu zagłady. Włoski więzień Primo Levi opisywał ten niewyobrażalny ból matek, które z miłością karmiły swoje dzieci, wiedząc podświadomie, że jadą na pewną śmierć.
Zamknięcie w klaustrofobicznej przestrzeni wagonu błyskawicznie niszczyło ludzką psychikę i wyzwalało najmroczniejsze instynkty. Brak wody i morderczy ścisk sprawiały, że dawni sąsiedzi, szanowani kupcy czy nauczyciele, stawali się dla siebie wrogami w walce o przetrwanie. To właśnie w jednym z takich transportów, w którym jechał młody Eli Wizel, rozegrał się dramat obnażający rozpad społecznych więzi. Kobieta o nazwisku Szechter, odłączona wcześniej od męża i starszych dzieci, wpadła w obłęd. W głuchej nocy zaczęła przeraźliwie krzyczeć, że widzi ogromny ogień i płomienie. Współtowarzysze niedoli, doprowadzeni do ostateczności jej histerią, brutalnie ją związali i pobili, uciszając ją siłą na oczach jej dziesięcioletniego syna.
Kiedy po kilkudziesięciu godzinach, a czasem nawet kilkunastu dniach udręki, pociągi docierały do stacji docelowej, krzyki oszalałej kobiety okazywały się makabryczną przepowiednią. Otwarcie drzwi następowało zazwyczaj w środku nocy, uderzając w wycieńczonych ludzi oślepiającym blaskiem reflektorów i ujadaniem psów. Ubrani w pasiaki więźniowie brutalnie wyrzucali nowo przybyłych na rampę, podczas gdy z kominów pobliskich krematoriów wznosiły się płomienie, rozsiewając wokół zapach palonego ludzkiego mięsa. W tej scenerii lekarze SS prowadzili błyskawiczne selekcje. Matki trzymające w ramionach dzieci były bez wyjątków kierowane do komór gazowych pod fałszywym pretekstem kąpieli i dezynfekcji po długiej podróży.
Wielu próbowało walczyć z przeznaczeniem w jedyny możliwy sposób, zostawiając po sobie chociażby skrawek papieru. Z mrocznych wnętrz wagonów przez niewielkie szczeliny wyrzucano tysiące wiadomości z nadzieją, że ktoś znajdzie je na torach i wyśle pod wskazany adres. Anna Wentura czy Etti Hillesum zdołały w ten sposób przekazać swoje ostatnie słowa. Dla niektórych ucieczką było oderwanie desek w podłodze lub wyłamanie krat, jednak większość śmiałków ginęła pod kołami pociągu lub od kul strażników. Simon Gronowski, który cudem uniknął śmierci dzięki zdecydowanej akcji swojej matki, przez resztę życia nosił w sobie pamięć o tamtej nocy.
Prawda o masowych transportach jest wstrząsającym świadectwem ludzkiego okrucieństwa i perfekcyjnie zorganizowanej machiny zbrodni. Podróż w bydlęcym wagonie obdzierała ludzi z godności, zrównując ze sobą wszystkie stany i zawody. Zwłoki tych, którzy nie przetrwali zaduchu i wycieńczenia, piętrzyły się w kątach wagonów, stając się makabrycznym towarzystwem dla żywych. Dla ogromnej większości kobiet, starców i dzieci pierwsza noc w pociągu jadącym na wschód była zaledwie wstępem do finału, po którym nie miała już nigdy nadejść kolejna noc, a ich istnienie kończyło się w kłębach duszącego dymu.