CZOŁGI PRZECIWKO WŁASNEMU NARODOWI! Zamiast chleba dostali kule – tak upadł mit państwa robotniczego w Poznaniu
W letni, czerwcowy poranek 1956 roku w Poznaniu nie było słychać standardowego zgiełku miasta. Zamiast tego nad dachami zawyła zakładowa syrena. Jednak tym razem nie wzywała ona do pracy przy tokarkach i obrabiarkach. Wzywała dziesiątki tysięcy zdesperowanych ludzi na ulice, by po latach milczenia i upokorzeń wykrzyczeć proste, ale niebezpieczne żądania: „Chcemy chleba”, „Chcemy żyć”, „Precz z normami”. Wzorcowy zakład, nazwany cynicznie imieniem Józefa Stalina, stał się areną pierwszego, krwawego buntu przeciwko komunistycznej władzy, obnażając bezlitosny fałsz całego ustroju.

Przez całe lata robotnicy w Zakładach Przemysłu Metalowego (wcześniej i później im. Hipolita Cegielskiego) byli karmieni pięknymi frazesami. Z plakatów uśmiechali się uśmiechnięci przodownicy pracy, a gazety trąbiły o potędze klasy robotniczej jako jedynych, prawdziwych gospodarzy kraju. Ta zuchwała propaganda brutalnie zderzała się z ponurą codziennością. Kiedy gasły światła fabrycznych hal, zmęczeni ludzie wracali do dramatycznie przeludnionych, zimnych pokoików, wynajmowanych często kątem u obcych, gdzie łazienka była nieosiągalnym luksusem. Na ich stołach królował chleb ze smalcem, a zarobki nie pozwalały na dotrwanie do pierwszego. Frustrację pogłębiały absurdalne systemy akordowe – komunistyczna władza z zimną krwią podnosiła normy produkcyjne, nie zmieniając pensji, co w praktyce oznaczało systematyczne obniżanie zarobków. Robotnicy, choć nazywani panami fabryki, nie mieli nic do powiedzenia, a każda prośba o uczciwość zderzała się z murem biurokratycznego milczenia.
Iskrą, która ostatecznie podpaliła lont, stały się właśnie sprawy finansowe. Zawyżone normy, obcięte premie (stanowiące od 20 do 30% budżetów) oraz niesłusznie pobrany podatek od wynagrodzeń sprawiły, że cierpliwość pękła. Co ważne, zdesperowani pracownicy najpierw próbowali szukać sprawiedliwości legalnie, posyłając delegację prosto do ministerstwa w Warszawie. Obietnice załagodzenia sporu, jakie stamtąd przywieźli, okazały się jednak bezczelnym oszustwem. Gdy minister Przemysłu Maszynowego Roman Fidelski przyjechał do Poznania i brutalnie wycofał się z danych obietnic, szala goryczy się przelała. Zrozumiano, że na spokojne negocjacje nie ma już absolutnie żadnych szans.
Początek Buntu i Marsz
Rankiem 28 Czerwca 1956
Robotnicy z Wydziału W3 w Zakładach im. Stalina (ZISPO) odmawiają podjęcia pracy. Syrena staje się sygnałem do wyjścia z hal. Stutysięczny, potężny pochód przemieszcza się do centrum miasta, dołączają inni pracownicy i mieszkańcy.
Przelew Krwi pod Urzędem Bezpieczeństwa
Popołudnie 28 Czerwca 1956
Brak reakcji władz przeradza marsz w wściekłość. Część tłumu szturmuje więzienie na ul. Młyńskiej, inni ruszają pod gmach Urzędu Bezpieczeństwa przy ul. Kochanowskiego. Z budynku padają pierwsze, śmiertelne strzały do bezbronnych obywateli.
Czołgi na ulicach Poznania
Wieczór i kolejne dwa dni
Władza komunistyczna, w panice przed utratą kontroli, wyprowadza na ulice miasta ponad 10 tysięcy żołnierzy i setki czołgów. Poznań zamienia się w krwawe pole bitwy. Setki zabitych i rannych, setki zatrzymanych podczas masowych represji.
Słowa Cyrankiewicza
29 Czerwca 1956
Premier Józef Cyrankiewicz wygłasza historyczne, grożące przemówienie: „każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie”.
W tamten czerwcowy poranek, uzbrojeni jedynie w transparenty żądające chleba, robotnicy ruszyli w stronę komitetu partii. Chcieli tylko być wysłuchani, ale komunistyczna władza znowu odpowiedziała po swojemu: milczeniem, które po kilku godzinach przerodziło się w agresję, szturm zdesperowanego tłumu na więzienie, a ostatecznie – w przerażającą serię z karabinów pod gmachem bezpieczeństwa na ulicy Kochanowskiego. Krew niewinnych ludzi splamiła poznański bruk, a państwo, które rzekomo należało do robotników, wysłało przeciwko nim blisko 10 tysięcy żołnierzy i setki opancerzonych pojazdów. Własna armia masakrowała z czołgów swoich obywateli. Zginęło około 58 osób, a setki odniosły poważne obrażenia. A później, premier Józef Cyrankiewicz z zimną premedytacją zapowiedział z telewizyjnych ekranów „odrąbywanie rąk” wszystkim tym, którzy podniosą je na rzekomą władzę ludową, pogrążając miasto w strachu, łapankach i ustawionych procesach. Choć przez ćwierć wieku partia starała się brutalnie wymazać to wydarzenie z podręczników, Poznań 1956 r. udowodnił, że godności i głosu narodu nie da się rozjechać czołgami.