Złowieszczy plan fanatyków zrujnował życie milionom niewinnych. ZMUSZANE DO ŚLUBÓW Z TRUPAMI I MASOWEGO ODDANIA CIAŁA DLA ZBRODNIARZY pod przykrywką niewinnych wakacyjnych obozów.
Wyobraźnia podsuwa obraz idealnego porządku: dziesiątki tysięcy młodych, uśmiechniętych dziewcząt w śnieżnobiałych bluzkach i granatowych spódnicach, stojących ramię w ramię na zalanym słońcem stadionie. Na jeden krótki rozkaz w górę wędruje morze ramion. Za tym hipnotyzującym, wręcz perfekcyjnym obrazem kryje się jednak jeden z najbardziej przerażających mechanizmów w historii ludzkości. Związek Niemieckich Dziewcząt, największa kobieca organizacja młodzieżowa na świecie, zrzeszająca w swoim szczytowym momencie ponad cztery i pół miliona członkiń, nie był zwykłym harcerstwem. To była bezlitosna fabryka, która z ubogich, szukających akceptacji dzieci masowo produkowała fanatyczne wyznawczynie zbrodniczego systemu, gotowe poświęcić własne rodziny, ciała i dusze w imię chorych wizji swoich przywódców.

Wszystko zaczęło się od skrajnej nędzy, która trawiła niemieckie społeczeństwo po przegranej pierwszej wojnie światowej i wielkim kryzysie. Dzieci gnieżdżące się w przeludnionych izbach, noszące za małe buty po starszym rodzeństwie i jedzące jeden skromny posiłek dziennie, stanowiły idealny materiał do obróbki. Gdy w szkołach pojawili się wysłannicy nowej władzy, oferując darmowe obozy w górach, ciepłe posiłki i piękne mundurki, dla wielu rodzin ze skrajnej biedy była to propozycja nie do odrzucenia. Ideologia wkraczała do ich umysłów powoli i niezauważalnie, ukryta pod płaszczykiem przygody, śpiewu przy ognisku i poczucia przynależności do czegoś wielkiego. Dziewczynki, które wcześniej nie znaczyły nic, nagle dowiadywały się, że są elitą i przyszłością potężnego narodu.
Kiedy system zyskał ich zaufanie, rozpoczął się proces całkowitego prania mózgów. Organizacja brutalnie przejmowała rolę rodziny. Lojalność wobec państwa i jego wodza stawiano ponad miłość do rodziców, a donosicielstwo na najbliższych, którzy słuchali zakazanych stacji radiowych lub wyrażali wątpliwości, gloryfikowano jako najwyższy akt patriotyzmu. W umysłach tych młodych dziewcząt zacierano granice moralności, ucząc je dysocjacji – oddzielania własnych emocji od czynów. Tłumiono w nich empatię, a litość dla słabszych, czy to podczas wyczerpujących parad, czy na ulicach pełnych poniżanych mniejszości, traktowano jako niewybaczalną słabość.
Najbardziej mrocznym i szokującym aspektem działalności tej maszyny było jednak całkowite uprzedmiotowienie ciał młodych kobiet. System oficjalnie promował cnotę i tradycyjne małżeństwo, ale w rzeczywistości traktował dziewczęta jak inkubatory do produkcji czystej rasowo rasy panów. W ramach tajnego programu Lebensborn, w luksusowych, odebranych ofiarom reżimu willach, starannie wyselekcjonowane nastolatki miały za zadanie zachodzić w ciążę z wyznaczonymi oficerami SS. Macierzyństwo poza związkiem małżeńskim, w normalnych warunkach piętnowane społecznie, tutaj było nagradzane i wychwalane. Kiedy wybuchła wojna, a potencjalni ojcowie zaczęli ginąć na frontach, władze sięgnęły po rozwiązania przypominające najgorsze koszmary. Nastoletnie dziewczęta zmuszano do zawierania oficjalnych małżeństw z trupami – żołnierzami, którzy zginęli w walce, aby państwo mogło zyskać kolejne legalne matki, a system mógł wciąż utrzymywać iluzję troski o rodzinę.
Prawdziwy egzamin z wyprania z ludzkich uczuć odbywał się jednak w obozach koncentracyjnych. To właśnie stamtąd, prosto z radosnych zbiórek i śpiewów przy ognisku, wiele młodych kobiet trafiło do obozów śmierci jako bezwzględne strażniczki. Nie były to urodzone psychopatki ani sadystki z marginesu społecznego. Były to zwykłe dziewczęta, na przykład zaledwie dwudziestoletnia Irma Grese, które przez lata uczono ślepego posłuszeństwa i braku współczucia. Zostały wychowane w przeświadczeniu, że więźniowie to podludzie, a jedyną miarą wartości człowieka jest jego przydatność dla systemu. Kiedy oddano im w ręce władzę nad życiem i śmiercią, po prostu wykonywały swoje obowiązki tak, jak je tego nauczono – z mrożącą krew w żyłach, zbrodniczą perfekcją.
Po upadku reżimu w maju tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, miliony młodych kobiet obudziły się w zgliszczach świata, który stanowił cały ich dotychczasowy kosmos. Prawda o potwornościach, do których w mniejszym lub większym stopniu przyłożyły rękę, docierała do nich latami. Wiele z nich przez resztę życia borykało się z przerażającą pustką, wypierając przeszłość lub mierząc się z miażdżącym poczuciem winy. Organizacja, do której należały, nie stworzyła potworów w probówkach. Pokazała jednak z wstrząsającą ostrością, jak łatwo, krok po kroku, można zniszczyć w człowieku to, co najcenniejsze – własny, wewnętrzny głos sumienia, pozostawiając w jego miejscu ślepą posłuszność, która ostatecznie prowadzi do największych zbrodni w dziejach.