Sprawiedliwość, która NIGDY NIE NADESZŁA. Szokująca prawda o NAZISTACH, KTÓRZY ZMARLI W SPOKOJU
Mogłoby się wydawać, że potwory z czasów II wojny światowej poniosły surową karę za swoje zbrodnie, a proces norymberski ostatecznie zamknął najciemniejszy rozdział w historii ludzkości. Tymczasem rzeczywistość jest o wiele bardziej przerażająca. Wielu z tych, którzy z uśmiechem na ustach wysyłali niewinnych ludzi na pewną śmierć, po wojnie wróciło do normalnego życia. Zamiast na stryczek, trafili do ciepłych domów, prestiżowych klinik, a nawet… do synagog. Ich ofiary spłonęły w piecach krematoryjnych, podczas gdy oprawcy cieszyli się długim, dostatnim życiem w otoczeniu kochających rodzin. To nie jest opowieść o sprawiedliwości. To przerażająca prawda o tym, jak łatwo zbrodniarzom udało się oszukać cały świat.

Wyobraźcie sobie kobietę o imieniu Elfriede Rinkel. Brzmi niewinnie, prawda? Ta była strażniczka obozowa, w czasie której służby zginęło ponad dziesięć tysięcy osób, uciekła do Stanów Zjednoczonych, ukrywając swoją krwawą przeszłość. Co gorsza, wyszła za mąż za niemieckiego Żyda ocalałego z Holokaustu! W San Francisco prowadziła spokojne życie, chodziła do synagogi i udzielała się charytatywnie. Przez kilkadziesiąt lat nikt nie podejrzewał, że uśmiechnięta starsza pani z sąsiedztwa była trybikiem w nazistowskiej machinie zagłady. Została zdemaskowana i deportowana do Niemiec dopiero jako osiemdziesięcioletnia kobieta. Zmarła, zanim stanęła przed sądem. Cmentarz żydowski w San Francisco do dziś skrywa przygotowane dla niej miejsce u boku męża – to wyjątkowo perfidny i makabryczny symbol.
Nie mniej wstrząsająca jest historia Hildegard Neumann, głównej nadzorczyni w obozie w Theresienstadt. To ona z zimną krwią selekcjonowała więźniów na transporty śmierci do Auschwitz. Z obozu przeszło ponad sto trzydzieści tysięcy osób, z czego większość zginęła. Neumann była piękna, ale jej lodowaty spokój przerażał bardziej niż brutalność innych strażniczek. Po wojnie… po prostu zniknęła. Mówi się, że założyła rodzinę w Europie Zachodniej i dożyła sędziwego wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat, w otoczeniu wnuków. Żadnego procesu, żadnego wyroku, tylko długie, spokojne życie z krwią dziesiątek tysięcy ofiar na rękach.
Wielu zbrodniarzy nie ukrywało się w cieniu, lecz funkcjonowało w blasku naukowego prestiżu. Eugen Fischer, wybitny naukowiec z trzema dyplomami, swoimi badaniami legitymizował rasistowską politykę Trzeciej Rzeszy. Opracowywał pseudonaukowe podstawy ustaw norymberskich i przeprowadzał przymusowe sterylizacje. Po wojnie po prostu przeszedł na emeryturę. Zmarł we własnym łóżku w wieku dziewięćdziesięciu jeden lat, w otoczeniu książek i szacunku. Podobnie postąpił Friedrich Wegner, patomorfolog z łódzkiego getta. Ten potwór w białym fartuchu fascynował się śmiercią do tego stopnia, że w prosektorium czekał przy żyjących, konających pacjentach, by natychmiast po ich zgonie pobrać „świeże” próbki do badań. Jego działalność pochłonęła tysiące ofiar. Po wojnie wrócił na uczelnię jako szanowany naukowiec. Trybunał w Norymberdze nie postawił mu zarzutów, ponieważ Wegner, choć miał legitymację partyjną, nie podpisywał rozkazów i nie stał na czele oddziałów wojskowych. W majestacie prawa uniknął jakiejkolwiek kary.
Herta Oberheuser, jedyna kobieta oskarżona w procesie lekarzy, w Ravensbrück poddawała więźniarki (tzw. „króliki”) nieludzkim eksperymentom medycznym. Po wojnie, skazana na dwadzieścia lat, wyszła na wolność już po kilku. Wróciła do zawodu w małym niemieckim miasteczku. Gdy wybuchł skandal, odebrano jej prawo do wykonywania zawodu, ale nigdy nie wróciła za kratki. Z kolei Maria Mandel, wielbicielka muzyki klasycznej, kierowała obozem dla kobiet w Auschwitz-Birkenau. To z jej inicjatywy powstała obozowa orkiestra, która przygrywała ofiarom prowadzonym do komór gazowych. Mandel była bezlitosna – jedno nieodpowiednie spojrzenie ze strony więźniarki oznaczało śmierć. Ona jako jedna z niewielu w tym zastawieniu poniosła surową karę – została skazana na śmierć przez polski Najwyższy Trybunał Narodowy i powieszona.
Oprócz kobiet i naukowców w machinie zbrodni tryumfowali logistycy, tacy jak Alois Brunner, zaufany współpracownik Adolfa Eichmanna. Brunner to architekt potwornej efektywności – zaprojektował i wdrożył ruchome komory gazowe oraz zorganizował deportacje, które zgładziły setki tysięcy istnień. Po wojnie bez przeszkód zbiegł przez Włochy do Syrii, gdzie dekadami żył w luksusie pod fałszywym nazwiskiem, z pełną aprobatą tamtejszych władz. Choć agenci Mosadu dwukrotnie próbowali go zlikwidować – w zamachach bombowych stracił oko i palce – Brunner przeżył. Do końca swych dni twierdził, że niczego nie żałuje i że ofiary zasłużyły na swój los. Zmarł jako wolny człowiek w Damaszku, na początku XXI wieku.
A co z najważniejszymi figurami? Ernst Kaltenbrunner, zastępca Himmlera, szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), to on osobiście usankcjonował użycie komór gazowych, pętli i kul do zabijania więźniów. Pod koniec wojny próbował ukryć się zrabowanymi skarbami w alpejskich górach, jednak rozpoznali go… zwykli pasterze, którzy nie wahali się zgłosić tego Amerykanom. Jako jeden z nielicznych opisywanych oprawców zawisł na norymberskiej szubienicy. W przeciwieństwie do Friedricha Wilhelma Krügera, odpowiedzialnego za śmierć milionów ludzi w Generalnym Gubernatorstwie i masowe porywanie polskich dzieci do germanizacji, który popełnił samobójstwo w Górnej Austrii tuż przed ujęciem, i do Theodora Eickego, dowódcy zbrodniczej dywizji SS “Totenkopf”, który zginął zestrzelony nad Ukrainą w 1943 roku.
Z trzynastu opisanych tu życiorysów zbrodniarzy wyłania się obraz, od którego krew stygła w żyłach. Tylko dwie osoby odpowiedziały przed sądem najwyższym wymiarem kary. Pozostali znaleźli schronienie za dyplomami, w nowych tożsamościach, w egzotycznych krajach, a nawet obok swoich ocalałych ofiar. Historia sprawiedliwości poniosła tu druzgocącą porażkę. Oprawcy dożywali sędziwego wieku w domowym zaciszu, bez poczucia winy, bez publicznego potępienia. Zostawili po sobie jedynie rany w sercach ocalonych i nieme pytanie: czy sprawiedliwość, która przychodzi za późno lub wcale, to wciąż sprawiedliwość, czy już tylko bolesna farsa?