TAJEMNICE WKU obnażone po latach. Szokujące metody, którymi młodzi Polacy OSZUKIWALI bezlitosny system wojskowy
Wiosną i jesienią w tysiącach polskich domów czas na chwilę stawał w miejscu, a dźwięk dzwonka do drzwi wywoływał u młodych mężczyzn lodowaty dreszcz. Listonosz przynoszący szarą kopertę z wezwaniem do Wojskowej Komendy Uzupełnień stawał się posłańcem, który jednym kawałkiem papieru potrafił przekreślić życiowe plany, rozdzielić zakochanych i wtrącić całe rodziny w stan absolutnej paniki. Dla niektórych, jak dla Andrzeja z Radomia, dwuletnia służba w czołgach była powodem do dumy, szansą na zdobycie cennego prawa jazdy i wejściem w dorosłość z podniesionym czołem. Jednak dla tysięcy innych, takich jak Paweł z Torunia, wizja utraty dwóch najlepszych lat młodości w brutalnych koszarowych realiach jawiła się jako życiowa katastrofa. Zaczynała się wtedy zacięta, dramatyczna, a niekiedy wręcz absurdalna walka z potężną państwową machiną, w której stawką była wolność, a broń stanowiła ludzka desperacja.

Największy dramat rozgrywał się w dusznych, przesiąkniętych zapachem lizolu korytarzach komisji lekarskich, gdzie nadzy, pozbawieni poczucia godności poborowi musieli stanąć oko w oko z bezwzględnymi wojskowymi przepisami. Chcąc oszukać medyczną aparaturę, zdesperowani chłopcy chwytali się metod, które z dzisiejszej perspektywy brzmią jak czyste szaleństwo. Marek z Łodzi ratował się wypiciem słoika smolistej esencji herbacianej, tak zwanego czaju, który błyskawicznie wywoływał palpitacje serca i kosmiczne skoki ciśnienia, zmuszając lekarza do wypisania upragnionego odroczenia. Inni, jak Włodek z Bydgoszczy, biegali nocami po klatkach schodowych w ciężkich butach i palili dziesiątki papierosów, by stanąć przed internistą na skraju całkowitego wyczerpania organizmu. Medycy, tacy jak doktor Janusz, doskonale zdawali sobie sprawę z tego korytarzowego teatru, lecz wobec galopującego pulsu pacjenta mieli związane ręce, woleli bowiem odesłać rekruta do szpitala, niż ryzykować oskarżenia w przypadku zawału na poligonie.
Kiedy proste sztuczki z ciśnieniem okazywały się niewystarczające, wkraczała medycyna specjalistyczna i akty najwyższej, często niezwykle tragicznej w skutkach desperacji. Młodzi mężczyźni uczyli się na pamięć tablic okulistycznych, by perfekcyjnie symulować głęboką wadę wzroku, bądź udawali całkowitą głuchotę przed laryngologiem. Najbardziej dramatyczną ścieżką była jednak ucieczka w szaleństwo, polegająca na dobrowolnym przekroczeniu bram zamkniętych oddziałów psychiatrycznych. Robert z Łodzi przez cztery tygodnie symulował całkowity mutyzm, nie reagując na żadne bodźce, upokorzenia czy policyjne metody przesłuchań, byle tylko zdobyć wymarzoną kategorię zwalniającą ze służby. Z kolei Michał z Warszawy poddał się już czwartej nocy, gdy na własne oczy zobaczył brutalne realia obezwładniania prawdziwie chorych pacjentów. Cena za tak zwane żółte papiery była jednak astronomiczna, gdyż w ówczesnej rzeczywistości taki dokument stawał się cywilnym wyrokiem śmierci, przekreślającym szanse na dobrą pracę, zdobycie prawa jazdy czy normalne funkcjonowanie w społeczeństwie.
Ci, którzy nie chcieli ryzykować własnego zdrowia psychicznego, szukali ratunku w lukach kodeksu rodzinnego lub w morderczym wysiłku fizycznym. Korytarze urzędów stanu cywilnego pękały w szwach od nagłych, wymuszonych strachem małżeństw, zawieranych w pośpiechu z zaledwie co poznanymi dziewczynami, byle tylko uzyskać status jedynego żywiciela rodziny. Na wsiach, jak w przypadku Tadeusza spod Lublina, z dnia na dzień przepisywano wielohektarowe gospodarstwa na najmłodszych synów, podczas gdy starsze rodzeństwo wymeldowywano z rodzinnych domów, co nierzadko kończyło się wieloletnimi, krwawymi waśniami o majątek. Alternatywą dla wielu była katorżnicza praca kilkaset metrów pod ziemią w śląskich kopalniach, gdzie młodzi, zupełnie nieprzygotowani chłopcy, tacy jak Janek z Radomia, w morderczym upale i pyle węglowym zamieniali karabin na ciężki młot pneumatyczny. Złota górnicza klatka dawała schronienie przed wojskiem i ogromne pieniądze, ale wymagała żelaznej dyscypliny, zrujnowanych płuc i obolałego kręgosłupa, a najmniejsze przewinienie skutkowało natychmiastowym zwolnieniem i biletem do jednostki karnej.
Gdy zawodziły wszystkie sprytne wybiegi, w ruch szły nieformalne układy, które w tamtych czasach stanowiły najpotężniejszą walutę. Ojcowie poborowych potrafili załatwić wolność dla swoich synów, ofiarowując lekarzom czy komendantom deficytowe towary. Ojciec Wiesława z Łodzi własnymi rękami w tajemnicy wyremontował samochód szefa komisji lekarskiej, podczas gdy inni przekazywali tony klinkierowej cegły, bagażniki pełne mięsa z nielegalnego uboju czy pożądane zachodnie towary z Pewexu. Na samym końcu tej skomplikowanej drabiny stali jednak ludzie, którzy odrzucili wszelkie kompromisy, łapówki i medyczne oszustwa. Młodzi buntownicy, tacy jak Maciej z Gdańska czy Krzysztof ze stolicy, z otwartą przyłbicą odmawiali złożenia przysięgi na wierność obcemu mocarstwu lub wzięcia broni do rąk z powodów religijnych. Ich cicha, samotna wojna z całym aparatem państwowym kończyła się wieloletnimi wyrokami w ciężkich więzieniach, stając się najbardziej poruszającym dowodem na to, jak ogromną cenę płacono niegdyś za prawo do decydowania o własnym losie.