Zapłacili za sławę w najgorszy możliwy sposób. NAJWIĘKSI AMANCI POLSKIEGO KINA BYLI TYLKO ZWYKŁYMI UTRZYMANKAMI?
Zazwyczaj, gdy mówi się o mrocznych kulisach dawnego kina, przed oczami staje obraz młodych i naiwnych aktorek, które były całkowicie uzależnione od kaprysów potężnych reżyserów. Jednak w szarej rzeczywistości Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ten bezlitosny mechanizm miał również swoją drugą, niezwykle wyrachowaną stronę. Przystojni, młodzi absolwenci szkół teatralnych bardzo szybko odkrywali, że fizyczne piękno i odpowiednio ulokowane uczucia potrafią otwierać drzwi, których sam talent nigdy by nie sforsował. W kuluarach szeptano o nich bez litości, nazywając ich bawidamakami, utrzymankami, a nierzadko po prostu żigolakami. Za uśmiech, młodość i gotowość do pełnienia roli towarzysza u boku wpływowych kobiet, kupowali sobie życiorys, prestiżowe role, luksusowe mieszkania i zagraniczne paszporty. Ich biografie to nie tylko pasmo artystycznych sukcesów, ale przede wszystkim wstrząsający zapis tego, jak wielka ambicja brutalnie ścierała się z chłodną kalkulacją.

Bramy do absolutnych elit otwierały się najszerzej przed tymi, którzy potrafili uwieść kobiety na samych szczytach władzy i wpływów. Ignacy Gogolewski, dysponujący aparycją romantycznego bohatera, błyskawicznie połączył swoje losy z Niną Andrycz, niekoronowaną królową sceny i żoną ówczesnego premiera. Różnica wieku i absolutnie nietykalna pozycja partnerki dawały mu poczucie całkowitego bezpieczeństwa. Nagle z anonimowego absolwenta stał się bywalcem zamkniętych salonów, a dyrektorzy teatrów musieli traktować go z ogromnym respektem. Podobną drogę przeszedł Karol Strasburger, którego kariera nabrała zawrotnego tempa, gdy stał się ulubieńcem Ireny Dziedzic. Żelazna dama polskiej telewizji potrafiła zniszczyć każdego, ale dla młodego aktora stała się potężną przepustką do świata, w którym zaproszenia na elitarne bankiety sypały się zewsząd. Choć obaj panowie ostatecznie obronili się talentem, łatka protegowanych potężnych kobiet ciągnęła się za nimi przez lata, stając się bolesną ceną za błyskawiczny zawodowy awans.
Dla wielu ekranowych uwodzicieli związek był po prostu najkrótszą drogą do niewyobrażalnego luksusu, o którym przeciętny obywatel mógł jedynie pomarzyć. Tadeusz Pluciński niemal z dnia na dzień trafił do świata wypełnionego antykami i zachodnimi samochodami dzięki małżeństwu z zamożną śpiewaczką operową Bożeną Brun-Barańską. Kobieta zapewniała mu wysoki status, dzięki któremu nie musiał desperacko walczyć o przetrwanie, mogąc z pozycji playboya spokojnie przebierać w artystycznych propozycjach. Jeszcze dalej posunął się Leon Niemczyk, który wprost porównywał kobiety do kolejnych portów podczas swojego długiego rejsu. Jego zagraniczne romanse z zamożnymi producentkami w Niemczech pozwalały mu na życie w standardzie zachodniej gwiazdy, pachniał luksusem i nie musiał prosić systemu o żadne łaski. Z kolei Jan Nowicki zbudował swoją międzynarodową pozycję u boku węgierskiej reżyserki Marty Meszaros, która dała mu dostęp do europejskich festiwali i ról, podczas gdy on zachowywał pełną swobodę w krakowskich kawiarniach.
Najbardziej dramatyczny wymiar miały jednak historie kobiet, które z wielkim oddaniem wychowywały i kształtowały przyszłe gwiazdy, by ostatecznie zostać odrzuconymi. Daniel Olbrychski był niezwykle utalentowanym, ale wciąż nieokrzesanym chłopakiem, dopóki jego pierwsza żona Monika Dzienisiewicz nie nauczyła go salonowych manier, sposobu ubierania się i prowadzenia rozmów. Zbudowała mu fundamenty pod wielką karierę, a gdy stał się ogólnopolskim idolem, po prostu odszedł, nie potrzebując już dawnej przewodniczki. Podobny los spotkał Annę Polony, która walczyła o każdą rolę dla Marka Walczewskiego w Krakowie, by ostatecznie patrzeć, jak ten porzuca ją dla nowej miłości w Warszawie. Nawet Krzysztof Kowalewski swoje pierwsze kroki w elitarnym świecie stawiał u boku starszej o dwie dekady Hanny Skarżanki, czerpiąc z niej wiedzę o kuluarach show-biznesu. U boku doświadczonych mentorek młodzi aktorzy zdobywali to, czego nie dało się kupić, by chwilę później bez skrupułów zamknąć ten rozdział życia.
Niektórzy amanci obrali z kolei strategię opartą na pozornej bezradności, maskującej czyste wygodnictwo i wykorzystywanie cudzych zasobów. Roman Wilhelmi, absolutnie genialny przed kamerą, w życiu prywatnym był człowiekiem wyniszczającym. Nie potrafił zadbać o podstawy egzystencji, więc jego kolejne partnerki stawały się de facto jego darmowymi menadżerkami, kucharkami i opiekunkami, znosząc nałogi w zamian za blask życia z geniuszem. W podobnym, choć znacznie łagodniejszym stylu funkcjonował Andrzej Kopiczyński. Mimo wizerunku roztargnionego inżyniera, żenił się czterokrotnie, za każdym razem płynnie wprowadzając się do mieszkań i życia swoich dobrze sytuowanych partnerek. Kobiety zapewniały mu stabilizację, a on przyjmował to z uroczą delikatnością, która całkowicie rozbrajała czujność otoczenia. Obraz tych legendarnych ikon kina, widziany zza zamkniętych drzwi, boleśnie obnaża prawdę o tym, że za sukcesem najsilniejszych mężczyzn tamtej epoki stały kobiety, które zapłaciły za tę iluzję własnym czasem, pozycją, a nierzadko też złamanym sercem.