Tajne akta wrocławskiej prokuratury ZNISZCZONO, a po pięćdziesięciu trzech latach wyszła na jaw przerażająca prawda o ostatnich sekundach Zbigniewa Cybulskiego.
Polska kinematografia do dziś żyje mitem romantycznego bohatera w ciemnych okularach, ale prawda o tym, co wydarzyło się ósmego stycznia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku o czwartej dwadzieścia rano na trzecim peronie dworca Wrocław Główny, przypomina mroczny kryminał pełen instytucjonalnych zaniedbań. Zbigniew Cybulski, okrzyknięty przez zachodnią prasę polskim Jamesem Deanem po genialnej roli Maćka Chełmickiego w Popiele i diamencie Andrzeja Wajdy, zginął pod kołami ekspresu Odra w okolicznościach, które przez ponad pół wieku obrastały wygodnymi kłamstwami, podsycanymi nawet w autobiografii Marleny Dietrich. Dopiero otwarta latem dwa tysiące dwudziestego roku brązowa teczka archiwalna numer trzysta osiemdziesiąt, licząca osiemdziesiąt jeden stron i nietknięta przez pięćdziesiąt trzy lata, obnażyła kulisy tamtej nocy. Aktor pędził na pociąg do Warszawy wraz ze swoim krakowskim przyjacielem Alfredem Andrysem, który zdołał wskoczyć do wagonu i odebrać od gwiazdora mały neseser. Cybulski, obciążony grubym kożuchem, ześlizgnął się ze stopnia na schodki serwisowe i został przeciągnięty przez skład na odcinku dwunastu metrów i dwudziestu centymetrów. Choć dyżurna ruchu Wiesława Grądkowska widziała tragedię, a Andrys zerwał hamulec bezpieczeństwa, ekspres odjechał do stolicy po czternastu minutach opóźnienia, gdyż ranny jeszcze żył, a postój kosztował kolej zbyt drogo. Konający na betonie idol, którego nikt z obsługi nie rozpoznał bez leżących obok rozbitych okularów, szeptał tylko do przyjaciela, by go nie zostawiał, i błagał w karetce, aby nie mówić nic matce, zanim zmarł o piątej dwadzieścia pięć w szpitalu imienia Rydygiera.

Największy skandal wybuchł jednak w gabinetach śledczych, gdzie śmierć najpopularniejszego Polaka badano z zadziwiającą opieszałością, by ostatecznie zniszczyć kluczowe dowody. Lekarz pogotowia kolejowego Roman Witek wpisał do protokołu zatrucie alkoholowe bez żadnych badań krwi, a komisja kolejowa przez tygodnie bezskutecznie dobijała się o wyniki z milicji, zamykając sprawę w lutym wyłącznie na podstawie węchu świadków. Dopiero w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku prokuratura dla dzielnicy Wrocław-Krzyki przesłała jedno zdanie z informacją o umorzeniu śledztwa i rzekomym wyniku trzech i czterdziestu pięciu setnych promila alkoholu we krwi zmarłego, podczas gdy same akta prokuratorskie zostały w latach siedemdziesiątych legalnie przemielone. Alfred Andrys do dziś nazywa tę liczbę absurdem, przypominając, że tamtej nocy mieli umowę o zachowaniu trzeźwości, a Cybulski przed wyjazdem na dworzec przez kilka godzin prowadził w mieszkaniu przy ulicy Żelaznej niezwykle trudną, przytomną rozmowę ze swoją kochanką, aktorką wrocławskiej pantomimy Ewą Warwas, która żądała od niego deklaracji w sprawie rozwodu z żoną Elżbietą Chwalibóg. Co więcej, zaledwie dzień wcześniej, siódmego stycznia, aktor będący niemal bez grosza na sylwestra otrzymał ze Stanów Zjednoczonych astronomiczną ofertę stu tysięcy dolarów za rolę Stanleya Kowalskiego w telewizyjnej adaptacji Tramwaju zwanego pożądaniem. Mimo tej euforii ryzykował życie w biegu na pociąg, ponieważ w kraju reżyserzy bali się już jego spóźnień na planie filmu Morderca zostawia ślad Aleksandra Ścibora-Rylskiego, w którym ostatecznie głosu musiał mu pośmiertnie użyczyć Tadeusz Łomnicki, a utrata porannej próby w teatrze telewizji oznaczała dla niego zawodową śmierć.
Przed tym tragicznym finałem los ostrzegał go przynajmniej trzykrotnie, lecz człowiek wychowany w przedwojennym majątku dziadków Izabeli i Józefa Jaruzelskich w Kniażach na Pokuciu pod Śniatynem, tęskniący całe życie za kompotem z derenia, miał naturę wiecznego uciekiniera. Już w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku w filmie Pociąg Jerzy Kawalerowicz uwiecznił jego autentyczny nawyk wskakiwania do jadących wagonów, wkładając w usta konduktora mrożące krew w żyłach słowa o obciętych nogach, a podobną scenę powtórzył Tadeusz Konwicki w Salcie, natomiast w sylwestra na tydzień przed wypadkiem kolejarze oficjalnie odnotowali kolejny taki wybryk gwiazdora. Gdy jednak trumna została zamknięta, nad ciałem aktora rozgorzała bezwzględna wojna polityczna między aparatem partyjnym a głęboko wierzącą matką Ewą oraz bratem Antonim Cybulskim, katowickim prawnikiem. Podczas gdy władze w Warszawie planowały świecki pochówek w Alei Zasłużonych na Powązkach, a dygnitarze w Katowicach, tacy jak Edward Gierek i Jerzy Ziętek, umywali ręce od religijnego skandalu, o wszystkim przesądził ocalony w ostatniej sekundzie życia neseser. Obok piżamy, pantofli, listów i metalowego samochodzika leżał w nim przedwojenny modlitewnik, który posłużył bratu jako dowód w urzędzie wojewódzkim i wymusił bezprecedensowy kompromis w postaci dwóch pogrzebów jednego dnia, dwunastego stycznia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku.
Ceremonia w Katowicach, gdzie dwa lata wcześniej spoczął jego ojciec Aleksander, przedwojenny urzędnik ministerstwa spraw zagranicznych, zamieniła się w surrealistyczne widowisko, które Cybulski sam przewidział rok wcześniej na cmentarzu Rakowickim w Krakowie po pogrzebie Adama Fiuta. Choć Służba Bezpieczeństwa wytyczyła trasę świeckiego konduktu tak, by ominąć wszystkie kościoły, i odłączyła księżom mikrofony nad grobem, dziesiątki tysięcy ludzi zablokowały ulice, spychając fotoreporterów do otwartego dołu, przed czym rodzinę musieli własnymi ciałami chronić trzymający się za ręce Daniel Olbrychski, Bogumił Kobiela, Jacek Fedorowicz, Gustaw Holoubek oraz Kalina Jędrusik. Gdy jednak opadł kurz oficjalnych przemówień, a funkcjonariusze przestali spisywać kazanie biskupa w katedrze Chrystusa Króla, dawni przyjaciele z założonego w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku gdańskiego teatrzyku Bim-Bom postawili na świeżej mogile zwykły blaszany budzik, odtwarzając słowo w słowo proroczą scenę ze swojego spektaklu sprzed dekady. Klątwa tamtych dni zdawała się jednak trwać dalej, gdyż zaledwie dwa i pół roku później, po nakręceniu przez Wajdę wstrząsającego filmu Wszystko na sprzedaż, w wypadku pod Bydgoszczą zginął ukochany przyjaciel aktora Bogumił Kobiela. Najbardziej bolesny epilog dopisało jednak życie jedynego syna legendy, Macieja Cybulskiego, nazwanego tak na cześć bohatera Popiołu i diamentu. Chłopiec, który w dniu śmierci ojca miał sześć lat, nigdy nie udźwignął ciężaru wielkiego nazwiska, a po eksmisji z warszawskiego mieszkania przy ulicy Czerniakowskiej na wniosek własnej matki, pobiciu i tułaczce po ogródkach działkowych, błagał publicznie państwo o jakikolwiek dach nad głową, by ostatecznie umrzeć w zapomnieniu na marskość wątroby dziewiętnastego lutego dwa tysiące szesnastego roku w wieku pięćdziesięciu pięciu lat.