RZEŹ WOŁYŃSKA: SĄSIEDZI MORDOWALI SĄSIADÓW W JEDNĄ NOC! Zobacz, jak wymazano z mapy całe wsie!
Zostało po nich tylko puste pole. Trawa sięgająca aż do pasa, samotny betonowy krzyż i dzika grusza, która kiedyś najpewniej ocieniała wejście do czyjegoś domu. Pod tym skrawkiem ziemi spoczywają szczątki całej wsi – kilkuset mieszkańców, którzy od pokoleń dzielili tę samą drogę, kłaniali się sobie przy studni i wspólnie biesiadowali po ciężkiej pracy na roli. Dzisiaj nie ma tam absolutnie nikogo. Nie przetrwał ani jeden dom, ani jedna tabliczka z nazwiskiem. Jak to w ogóle możliwe, że spokojny świat, w którym Polacy i Ukraińcy żyli drzwi w drzwi, przestał istnieć zaledwie w ciągu jednego, krwawego lata? Historia ludobójstwa na Wołyniu to mrożąca krew w żyłach opowieść o tym, jak brutalna polityka i rosnący latami nacjonalizm bezpowrotnie zatruły umysły, zamieniając spokojnych sąsiadów w bezlitosnych katów.

Przez wieki wołyńska codzienność toczyła się niespiesznym rytmem wyznaczanym przez pory roku i ciężką pracę. Wsie były zróżnicowane pod względem etnicznym i religijnym. Ukraińcy stanowili niemal 70% ludności, Polacy około 16%, a obok nich żyli również Żydzi, Niemcy i Czesi. Katolickie kościoły i prawosławne cerkwie wznosiły się po dwóch stronach tych samych osad, a niedzielne dzwony wspólnie wzywały wiernych na modlitwę. Różnice religijne nie stanowiły jednak przeszkody. Święta Bożego Narodzenia obchodzono tu z uśmiechem podwójnie, goszcząc się nawzajem. Prawdziwym spoiwem tej wielokulturowej układanki była jednak ziemia. Bezwzględna praca podczas żniw wymagała ścisłej współpracy, dlatego polski chłop bez wahania kosił ramię w ramię ze swoim ukraińskim sąsiadem. Kumostwo – czyli proszenie sąsiada innej wiary na rodzica chrzestnego – wiązało rodziny na całe życie, tworząc więzi, które w obliczu nadchodzącej tragedii często okazywały się silniejsze niż nienawiść. Jednak pod powierzchnią tej pozornej sielanki od lat niebezpiecznie wrzało.
Potężny głód ziemi i wynikająca z niego skrajna bieda były pierwszymi iskrami zapalnymi. Rodziny były niezwykle liczne, a parcele drastycznie się kurczyły. Sytuację pogorszyło masowe osadnictwo wojskowe po 1920 roku, gdy państwo polskie nagradzało swoich weteranów najlepszymi, rozparcelowanymi gruntami na Kresach Wschodnich. Dla miejscowego, ukraińskiego chłopa, któremu ziemi wciąż brakowało, widok przybysza otrzymującego nagrodę od władz był po prostu nie do zniesienia. Kolejnym gwoździem do trumny dobrosąsiedzkich relacji okazało się fatalne poczucie marginalizacji. Ukraińcy, stanowiący zdecydowaną większość na Wołyniu, w urzędach i sądach stykali się z językiem polskim, co budowało w nich ogromne poczucie obcości we własnym domu. Najpotężniejszym ciosem okazały się jednak kontrowersyjne działania władz polskich z drugiej połowy lat 30. Brutalne burzenie prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie wywołało na Wołyniu wstrząs, odbierany jako bezpośredni i bezczelny atak na to, co dla Ukraińców było najświętsze. Na tym podatnym, przesiąkniętym żalem i frustracją gruncie w 1929 roku wykiełkowała radykalna Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), głosząca bezpardonowe hasła oczyszczenia przyszłego państwa ukraińskiego z jakichkolwiek obcych elementów.
Piekło rozpoczęło się stopniowo, a jego kulminacja przypadła na niedzielę, 11 lipca 1943 roku – dzień, który na zawsze zapisał się w historii jako “Krwawa Niedziela”. To właśnie wtedy, pod osłoną wczesnego poranka, zbrojne bojówki UPA, często wspierane przez samych ukraińskich chłopów ze wsi, uderzyły jednocześnie na blisko 150 polskich miejscowości. Cel był jeden, przerażająco jasny i precyzyjnie wykonany: całkowita eksterminacja polskiej ludności i zatarcie wszelkich śladów jej wielowiekowej obecności. Atakowano bez litości wiernych w kościołach, bezbronnych w ich własnych domach i ograbionych z majątku kolonistów. Używano siekier, wideł, noży – narzędzi, którymi jeszcze wczoraj wspólnie uprawiano ziemię. Zabijano nie tylko mężczyzn, ale i kobiety, starców oraz niemowlęta, z nieludzkim wręcz sadyzmem równając z ziemią kolejne osady i wymazując setki parafii. Ten barbarzyński akt pochłonął, według historyków, grubo ponad 100 tysięcy polskich istnień, spychając ocalałych w objęcia rozpaczy i tułaczki.
W tej niezgłębionej ciemności można było jednak dostrzec także niezwykle jasne przebłyski heroizmu. W tych samych wsiach, gdzie jedni Ukraińcy mordowali, inni z ogromnym narażeniem własnego życia ostrzegali, ukrywali i pomagali uciec polskim sąsiadom, często przypłacając to najwyższą ceną – życiem swoim i swoich najbliższych rodzin. Odpowiedzią na rzeź była polska samoobrona, jak choćby ta w słynnym Przebrażu, gdzie zdesperowani Polacy odpierali zmasowane ataki nacjonalistów, ratując tysiące ludzkich żyć przed okrutnym losem. Nie można jednak pominąć niezwykle bolesnego faktu polskich akcji odwetowych, w których zginęło około 15 tysięcy ukraińskich cywilów, udowadniając tym samym, że nakręcająca się wciąż spirala nienawiści pochłania ofiary po obu stronach barykady. Dziś puste, wołyńskie pola wciąż milczą, będąc przerażającym pomnikiem nienawiści, ale także niezwykle cenną, choć bardzo gorzką lekcją, że zbrodnia jest kwestią ludzkiego wyboru, a o pamięć ofiar trzeba walczyć każdego dnia, opierając się wyłącznie na historycznej prawdzie.