Przybylska i Królikowski ukrywali PRAWDĘ do samego końca, a za kulisami polskich seriali rozgrywał się dramat, o którym bali się mówić nawet lekarze.
Polska telewizja od dekad karmi widzów kolorową iluzją, w której ulubieni bohaterowie z ekranu wydają się nieśmiertelni, zawsze uśmiechnięci i wolni od trosk zwykłego śmiertelnika. Jednak gdy gasną studyjne reflektory, za zamkniętymi drzwiami garderób i szpitalnych sal rozgrywają się tragedie, których nie powstydziłby się najbardziej mroczny scenarzysta. Przez lata miliony Polaków zasiadały przed odbiornikami, nie mając pojęcia, że ich idole toczą w tym samym czasie nierówną, skazaną na porażkę walkę o każdy kolejny oddech. Najbardziej wstrząsającym symbolem tego rozdarcia między blaskiem sławy a brutalną fizjologią pozostaje historia Anny Przybylskiej. Aktorka z Gdyni, która bez dyplomu szkoły teatralnej podbiła serca publiczności jako Marylka Baka w serialu Złotopolscy oraz doktor Karina w produkcji Daleko od noszy, u szczytu popularności usłyszała wyrok brzmiący jak egzekucja. Choć w dwa tysiące trzynastym roku przeszła operację usunięcia złośliwego guza trzustki w gdańskiej klinice i szukała ratunku w Szwajcarii, do samego końca zachowywała w mediach pozory niezłomnego optymizmu. Zmarła piątego października dwa tysiące czternastego roku w swoim rodzinnym domu w Orłowie w wieku zaledwie trzydziestu pięciu lat, osierocając troje dzieci, Oliwię, Szymona i Jana, których doczekała się z piłkarzem Jarosławem Bieniukiem. Równie podstępny wróg zaatakował Mariusza Sabiniewicza, czyli serialowego Norberta Wojciechowskiego z hitu M jak miłość. Aktor związany przez lata z Teatrem Nowym w Poznaniu po pierwszym nawrocie raka trzustki zdołał nawet wrócić na plan u boku Dominiki Ostałowskiej, dając fanom złudną nadzieję na cud. Odszedł jednak dwudziestego szóstego kwietnia dwa tysiące siódmego roku w wieku czterdziestu czterech lat, a scenarzyści zamiast szukać zastępstwa, uśmiercili jego postać w katastrofie lotniczej w Stanach Zjednoczonych.

Prawdziwe fatum zdawało się ciążyć nad obsadą kultowego serialu Ranczo, gdzie śmierć zbierała żniwo niemal na oczach telewidzów. Weteran polskiego kina i uczestnik powstania warszawskiego, Leon Niemczyk, mający na koncie setki ról, w tym w nominowanym do Oscara Nożu w wodzie Romana Polańskiego, kreował postać Jana Japycza w pierwszym sezonie produkcji w dwa tysiące szóstym roku, będąc już śmiertelnie chorym na raka płuc. Reżyser Wojciech Adamczyk po latach ujawnił, że scenarzyści pisali po kilka wersji dialogów, ponieważ nikt nie wiedział, w jakim stanie osiemdziesięciodwuletni gwiazdor dotrze na plan, a sam Niemczyk otwarcie deklarował chęć śmierci przed kamerą, zanim odszedł w listopadzie tego samego roku i został zastąpiony przez Franciszka Pieczkę. Kilkanaście lat później dramat dotknął inną ikonę tej samej produkcji, Pawła Królikowskiego, uwielbianego za rolę malarza Kusego. Mąż aktorki Małgorzaty Ostrowskiej-Królikowskiej i ojciec pięciorga dzieci zmagał się z problemami neurologicznymi już od dwa tysiące piętnastego roku, kiedy usunięto mu tętniaka mózgu. Mimo pełnienia funkcji prezesa Związku Artystów Scen Polskich, w dwa tysiące dziewiętnastym roku musiał poddać się kolejnej operacji z powodu guza mózgu, a tuż przed świętami Bożego Narodzenia trafił na oddział neurochirurgii, z którego już nigdy nie wrócił, umierając dwudziestego siódmego lutego dwa tysiące dwudziestego roku w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat. Z kolei Marek Frąckowiak, znany z ponad stu ról filmowych i niemal tylu samo dubbingowych, przez lata walczył z nowotworem kręgosłupa wykrytym w dwa tysiące trzynastym roku. Mąż Ewy Złotowskiej, czyli polskiego głosu Pszczółki Mai, po dramatycznym upadku w ogrodzie w dwa tysiące czternastym roku trafił na wózek inwalidzki, a mimo operacji usztywnienia kręgów w Grodzisku Mazowieckim zmarł w listopadzie dwa tysiące siedemnastego roku.
Jeszcze bardziej poruszające są przypadki artystów, którzy z własnego cierpienia uczynili tajemnicę państwową lub oręż w walce o godność innych chorych. Emilian Kamiński, założyciel warszawskiego Teatru Kamienica i serialowy Wojciech Marszałek z M jak miłość, przez pięć lat ukrywał przed opinią publiczną raka płuc, który uderzył w niego mimo faktu, że aktor nigdy nie palił papierosów. Choć lekarze dawali mu zaledwie trzy miesiące życia, zdołał przeżyć kolejne lata, grając i kierując sceną u boku żony Justyny Sieńczyło, by odejść w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia w dwa tysiące dwudziestym drugim roku, a prawdę o jego heroizmie ujawniła rodzina dopiero kilka miesięcy później w rozmowie z Dorotą Wellman. Całkowite zaprzeczenie powagi sytuacji towarzyszyło natomiast ostatnim chwilom Romana Wilhelmiego, niezapomnianego Nikodema Dyzmy oraz Stanisława Anioła z Alternatywy 4. Jeszcze trzy dni przed śmiercią w listopadzie tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku, pięćdziesięciopięcioletni aktor ze szpitalnego łóżka dzwonił do Francji, by umawiać kolejne występy, nie dopuszczając do siebie myśli, że rak wątroby z przerzutami do płuc właśnie kończy jego życie. Zupełnie inną drogę wybrał Maciej Kozłowski, twardziel polskiego kina znany z Psów czy Listy Schindlera, który o zakażeniu wirusem zapalenia wątroby typu C dowiedział się przypadkiem w dwa tysiące piątym roku podczas akcji krwiodawstwa. Aktor do swojej śmierci w maju dwa tysiące dziesiątego roku głośno edukował społeczeństwo na temat raka wątroby, podobnie jak obdarzony niezwykłym głosem Krzysztof Kolberger. Ten wybitny odtwórca ról w Dziadach i Panu Tadeuszu, który w dwa tysiące piątym roku czytał Polakom testament Jana Pawła II, mimo wieloletnich zmagań z rakiem nerki i dwóch operacji do stycznia dwa tysiące jedenastego roku powtarzał, że praca to jedyny lek pozwalający chorym czuć się potrzebnymi.
W tej ponurej kronice polskiego ekranu nie brakowało również momentów, w których cała branża i widzowie próbowali wykupić swoich ulubieńców z rąk śmierci, lecz za każdym razem okazywało się to daremne. Kiedy w czerwcu dwa tysiące dwudziestego roku córka Andrzeja Strzeleckiego, niezapomnianego doktora Tadeusza Koziełły z serialu Klan i byłego rektora warszawskiej Akademii Teatralnej, ogłosiła zbiórkę na bajecznie drogi amerykański lek na nieoperacyjnego raka płuc i oskrzeli, Polacy wpłacali pieniądze z ogromną nadzieją, nie wiedząc, że artysta odejdzie zaledwie miesiąc później. Podobna solidarność towarzyszyła Gabrieli Kownackiej, uwielbianej Ance Kwiatkowskiej z Rodziny zastępczej, która od dwa tysiące czwartego roku walczyła z rakiem piersi, a mimo charytatywnego koncertu w Teatrze Narodowym w dwa tysiące dziewiątym roku, zmarła w listopadzie dwa tysiące dziesiątego roku. Z kolei dla Małgorzaty Braunek, legendarnej Oleńki z Potopu, Izabeli Łęckiej z Lalki oraz Barbary z Domu nad rozlewiskiem, a prywatnie nauczycielki buddyzmu zen, bliscy organizowali fundusze na klinikę w Niemczech po diagnozie raka jajnika w dwa tysiące trzynastym roku, lecz po trzech operacjach aktorka zmarła w czerwcu dwa tysiące czternastego roku. Z humorem do własnego odejścia podchodził natomiast Bronisław Cieślak, dziennikarz, były poseł i kultowy porucznik Sławomir Borewicz z serialu 07 zgłoś się, który po wykryciu raka prostaty w dwa tysiące siedemnastym roku żartował z onkologicznej rzeczywistości aż do maja dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Najbardziej przejmujący epilog napisało jednak życie Andrzeja Kopiczyńskiego, czyli inżyniera Stefana Karwowskiego z Czterdziestolatka. Zdiagnozowana w dwa tysiące czternastym roku choroba Alzheimera stopniowo wymazywała mu pamięć, aż przestał rozpoznawać najbliższych, a gdy w czerwcu dwa tysiące szesnastego roku niespodziewanie zmarła opiekująca się nim żona Monika Dzienisiewicz-Olbrychska, osamotniony w mroku własnego umysłu aktor podążył za nią dokładnie cztery miesiące później.