PRL, O KTÓRYM ZAPOMNIANO W PODRĘCZNIKACH: 15 rzeczy, za którymi w tajemnicy do dziś szlocha pół Polski. Czego tak naprawdę brakuje nam z czasów pustych półek i cenzury?
Kiedy wspominamy czasy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, zazwyczaj przed oczami stają nam kilkukilometrowe kolejki za mięsem, opustoszałe do cna półki sklepowe, wszechobecna szarzyzna blokowisk i cenzura, która kneblowała usta. Trudno uwierzyć, że ktokolwiek mógłby tęsknić za światem, w którym zakup papieru toaletowego urastał do rangi zdobycia Mount Everestu, a paszport w szufladzie biurka był jedynie niespełnionym marzeniem. A jednak, gdy opada kurz politycznych sporów, a starsze pokolenie zasiada do niedzielnego obiadu z wnukami, pojawia się niespodziewana nostalgia. To nie jest tęsknota za systemem, dygnitarzami czy kartkami na cukier. To bolesny żal za utraconymi elementami codzienności, których brutalnie pozbawił nas dzisiejszy, pędzący na złamanie karku kapitalizm. Co tak naprawdę skrywa się pod płaszczykiem sentymentu za czasami słusznie minionymi? Odkrywamy 15 rzeczy, których najbardziej brakuje milionom Polaków.

Tajemnica zaginionego podwórka to chyba najboleśniejsza z utraconych relikwii przeszłości. Wyobraź sobie przestrzeń między blokami, która dziś jest gęsto zastawiona samochodami i odgrodzona szlabanami, a dawniej tętniła życiem od świtu do zmierzchu. Dzieciarnia wymyślała własne zasady gry w kapsle, budowała bazy za śmietnikami i wracała do domów z rozbitymi kolanami dopiero wtedy, gdy matka krzyknęła z okna, że obiad na stole. Nikt nie planował im wolnego czasu z kalendarzem w ręku, nikt nie zapisywał na drogie zajęcia pozalekcyjne. Podwórko uczyło życia, rozwiązywania konfliktów i budowało sąsiedzkie więzi, o których dzisiaj możemy jedynie pomarzyć. W czasach, gdy nie znamy imienia osoby mieszkającej za ścianą, a o szklankę cukru łatwiej poprosić kuriera z aplikacji niż sąsiada, ta utracona bliskość staje się towarem luksusowym, którego nie da się kupić za żadne pieniądze.
Gigantycznym sentymentem darzona jest również niezwykła żywotność przedmiotów codziennego użytku. W PRL-u niczego nie wyrzucano z błahych powodów. Buty nosiło się do szewca, dziurawe swetry cerowano, a psujące się radio ratował złota rączka z parteru, który z zepsutych części potrafił wyczarować działający sprzęt. Dziś, gdy przytłoczeni nadmiarem wyrzucamy pęknięty kubek i natychmiast kupujemy nowy, z nostalgią wspominamy szacunek do ludzkiej pracy uwięzionej w przedmiotach. Oczywiście, ta gospodarność wynikała z potężnych braków na rynku, ale paradoksalnie budowała więź z otoczeniem i uczyła zaradności, której brakuje w epoce jednorazowych, plastikowych dóbr konsumpcyjnych. Utrata tej umiejętności, zamiana osiedlowych rzemieślników na anonimowe serwisy gwarancyjne, to cicha tragedia współczesnych miast.
Wielu z rozrzewnieniem wspomina także spokój, jaki dawała świadomość posiadania stałego zatrudnienia. Fabryka nie była jedynie miejscem, w którym odrabiało się pańszczyznę od ósmej do szesnastej. Była to potężna instytucja społeczna, która oferowała wczasy pracownicze, kolonie dla dzieci, dostęp do zakładowej przychodni, a nierzadko nawet przydział na upragnione mieszkanie. I choć praca często bywała źle płatna, nudna lub całkowicie fikcyjna, to dawała złudne, acz kojące poczucie bezpieczeństwa. Dziś, gdy młodzi ludzie skaczą z jednego niepewnego kontraktu na drugi, drżąc o spłatę trzydziestoletniego kredytu hipotecznego, stabilność rodem z PRL-u jawi się jako niedościgniony ideał, nawet jeśli w rzeczywistości oznaczała trwanie w zawodowej wegetacji bez szans na rozwój.
Paradoksalnie, tęsknimy również za wolnym czasem, którego dzisiaj tak rozpaczliwie nam brakuje. Mimo że w czasach komuny kobiety po pracy na etacie stawały do drugiego, morderczego etatu w kuchni i kolejkach, a mężczyźni spędzali wolne soboty na polowaniu na części zamienne, to wieczory bywały prawdziwie spokojne. Nikt nie odbierał służbowych maili po dwudziestej drugiej, nie istniało pojęcie pracy po godzinach z laptopem na kolanach. Gdy brakowało prądu, co zdarzało się nagminnie, zapalano świeczki, wyciągano karty do gry i zapraszano sąsiadów na herbatę z termosu. Awaria stawała się pretekstem do bycia razem. Dzisiaj, otoczeni ekranami i zalewani strumieniem powiadomień, żyjemy w tłumie, a jednocześnie jesteśmy przeraźliwie samotni, nie potrafiąc wygospodarować nawet godziny na zwyczajną rozmowę z bliskimi.
Nostalgia za PRL-em to nie jest proste pragnienie powrotu do czasów dyktatury i gospodarki niedoboru. To głęboki, psychologiczny mechanizm obronny przed brutalnością współczesnego świata, w którym o wartości człowieka decyduje stan jego konta i liczba lajków w mediach społecznościowych. Kiedy starsi ludzie mówią, że kiedyś było lepiej, tak naprawdę mają na myśli: kiedyś byliśmy młodsi, zdrowsi i mieliśmy siebie nawzajem. Tęsknią za solidarnością, która rodziła się z konieczności radzenia sobie w absurdalnej rzeczywistości. Tęsknią za podwórkiem pełnym wrzeszczących dzieciaków, osiedlowym maglem wymieniającym plotki i pewnością, że w razie awarii rury, sąsiad z góry przyjdzie z kluczem francuskim, nie pytając o stawkę godzinową. Czy potrafimy ocalić te wartości, nie wracając jednocześnie do pustych haków w mięsnym i brutalnej propagandy sukcesu? To pytanie, z którym musi zmierzyć się dzisiejsze, nowoczesne społeczeństwo.