Polskie kobiety zamieniono w ŻYWE KRÓLIKI, a niemiecka lekarka po wyjściu z więzienia spokojnie przyjmowała pacjentów w swoim gabinecie.
Historia obozu koncentracyjnego Ravensbrück, położonego nad malowniczym jeziorem Schwedt w północnych Niemczech, to najbardziej przerażający dowód na to, jak system totalitarny potrafił zaprojektować piekło wymierzone wyłącznie w kobiecą biologię, macierzyństwo oraz godność. Kiedy w maju tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku pierwsze osiemset sześćdziesiąt siedem więźniarek przywiezionych z przeludnionej twierdzy Lichtenburg przekroczyło bramę nowego obiektu, zadbane klomby kwiatowe dawały złudną nadzieję na znośne warunki. Zaraz za murem rozpoczynała się jednak procedura całkowitego odczłowieczenia, powtarzana przez sześć kolejnych lat wobec ponad stu trzydziestu tysięcy kobiet i dzieci z trzydziestu krajów, z których od dziewięćdziesięciu do stu dwudziestu tysięcy nigdy nie przeżyło. Nowo przybyłe, od szesnastoletnich dziewcząt po sześćdziesięcioletnie staruszki, zmuszano do rozebrania się do naga, golono im głowy, a następnie na oczach całego tłumu poddawano brutalnym badaniom ginekologicznym bez zmiany rękawiczek i narzędzi pod pretekstem szukania ukrytych pierścionków. W obozie budowanym dla sześciu tysięcy osób pod koniec wojny gnieździło się ponad pięćdziesiąt tysięcy więźniarek, śpiących na zmiany na zawszonych siennikach, bez żadnych środków higienicznych podczas menstruacji, co prowadziło do ciężkich infekcji, podczas gdy w fabryce Siemensa pracowano po czternaście godzin na dobę przy produkcji części do rakiet V-2. Nad tym systemem czuwały kobiety szkolone na miejscu na bezwzględne nadzorczynie dla całego aparatu terroru, w tym dla Auschwitz, Majdanka i Bergen-Belsen. Największy postrach budziła Dorothea Binz, która zaczęła karierę w obozowej kuchni jako dziewiętnastolatka, by szybko awansować na zastępczynię głównej nadzorczyni. Binz przechadzała się z pejczem i owczarkiem niemieckim, tratując i rozstrzeliwując kobiety bez powodu, a wieczorami spacerowała pod rękę ze swoim kochankiem, oficerem SS Edmundem Bräuningiem, wzdłuż ciemnych cel bunkra, słuchając krzyków torturowanych tak spokojnie, jakby wychodziła z kina. Jej uczennice, takie jak szczująca psami Johanna Bormann, zwana Łasicą, czy komendantka podobozu Uckermark Ruth Neudeck, uczyniły z mordu rutynę administracyjną, wspieraną osobiście przez Heinricha Himmlera, który pomieszkiwał w pobliżu u swojej kochanki i w kwietniu tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku zatwierdził karę chłosty na drewnianym koźle, zwaną Prügelstrafe, oraz polewanie więźniarek lodowatą wodą na mrozie.
Najbardziej bestialski rozdział zapisano jednak latem tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku w bloku czternastym, kiedy to po buncie mężczyzn w Sachsenhausen lekarze Karl Gebhardt, Fritz Fischer oraz jedyna kobieta w zespole, Herta Oberheuser, wybrali siedemdziesiąt cztery młode Polki z transportów lubelskich, głównie harcerki i studentki skazane na śmierć za konspirację, by zamienić je w doświadczalne króliki, nazywane przez załogę ze śmiechem Kaninchen. Dwudziestotrzyletniej Jadwidze oraz osiemnastoletniej Wandzie wpychano szmaty do ust, po czym na brudnych od węgla nogach otwierano mięśnie, zaszywając w ranach kawałki drewna, tłuczone szkło, ziemię i bakterie zgorzeli gazowej lub tężca, aby testować działanie sulfonamidów. Od listopada tego samego roku chirurgom to nie wystarczało i zaczęli łamać zdrowe kości piszczelowe oraz udowe na kilka części, wycinając nerwy i mięśnie do pseudonaukowych przeszczepów. Choć pięć Polek zmarło w męczarniach, a sześć kolejnych rozstrzelano jako zużyty materiał, sześćdziesiąt trzy okaleczone dziewczyny przeżyły dzięki niezwykłej solidarności obozowej. Więźniarki nie tylko dzieliły się z nimi dwustigramową racją chleba, organizowały tajne lekcje pisane patykiem na ziemi i fałszowały listy wywózkowe przed egzekucją w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku, ale także zrobiły z ukrycia zdjęcia zmasakrowanych nóg i przesłały na wolność meldunki pisane moczem jako niewidzialnym atramentem, o czym alarmowało polskie radio w Londynie.
Równie przerażającą walkę stoczono w Ravensbrück o każde nienarodzone życie, gdyż obóz miał za zadanie fizyczne wymazanie przyszłych pokoleń, co realizowano poprzez napromieniowywanie narządów rodnych ośmioletnich dziewczynek oraz romskich kobiet promieniami rentgena pod pozorem leczenia skóry. Lekarz SS Rolf Rosenthal wraz z pielęgniarką Gerdą Quernheim przeprowadzali przymusowe, brutalne aborcje nawet w ósmym miesiącu ciąży, a do tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku każde żywo urodzone dziecko topiono w wiadrze lub duszono poduszką na oczach krwawiącej matki. Później utworzono tak zwane Kinderzimmer, czyli nieogrzewaną izbę, w której nagie niemowlęta gryzione przez robactwo wchodzące do nosów i uszu umierały z głodu w ciągu miesiąca, przez co z pięciuset dwudziestu dwóch udokumentowanych przez czeską więźniarkę porodów przeżyło zaledwie trzydzieścioro dzieci. Jednym z cudownie ocalonych było dziecko Polki Walerii, przywiezionej po powstaniu warszawskim, która urodziła na pryczy dwudziestego piątego marca tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, podczas gdy współwięźniarki głośnym kaszlem i sztuczną kłótnią zagłuszały pierwszy płacz noworodka przed strażnikami. W tym samym czasie tysiące wyczerpanych kobiet wywożono białymi autobusami do ośrodków eutanazji w Bernburgu i zamku Hartheim, wysyłając rodzinom fałszywe akty zgonu, a na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku w nowo wybudowanej komorze gazowej zamordowano do sześciu tysięcy więźniarek, w tym sto trzydzieści matek z niemowlętami, zanim dwudziestego siódmego kwietnia pognano resztę w marszu śmierci. Choć podczas procesów w Hamburgu i Norymberdze, gdzie cztery Polki bez słów odsłoniły przed sędziami swoje blizny, skazano na śmierć i powieszono w maju tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku Dorotheę Binz, Gretę Bösel, Elisabeth Marschall, Verę Salvequart oraz rok później Karla Gebhardta, to Herta Oberheuser z dwudziestu lat więzienia odsiedziała zaledwie pięć, wracając spokojnie do pracy jako lekarz rodzinny w Niemczech Zachodnich, podczas gdy ocalona Jadwiga do końca życia w Polsce unikała luster, by nie widzieć krótszej nogi i nie słyszeć echa własnego krzyku.