Uncategorized

PIEKIELNY SYLWESTER W PRL. PUSTE PÓŁKI I ROZPACZ ZAMIAST ZABAWY, A STOŁY UGINAŁY SIĘ OD JEDZENIA?!

Za oknem mróz, w kalendarzu końcówka grudnia, a w portfelu starannie odliczone pieniądze i cenne kartki przydziałowe. Ktoś podchodzi do lady, pełen nadziei, że właśnie uda mu się kupić niezbędne produkty na noworoczną prywatkę. Sekundę później słyszy bezlitosny wyrok: „Towaru nie ma!”. Jak to możliwe, że w czasach najgłębszych niedoborów, potężnego kryzysu lat osiemdziesiątych i pustych, świecących odstraszająco regałów sklepowych, kilka dni później uśmiechnięci Polacy wznosili toasty szampanem nad wspaniale zastawionymi stołami, uginającymi się od domowych ciast, wędlin i kultowej sałatki jarzynowej? Odpowiedź na to pytanie ujawnia wstrząsający, mroczny, ale i fascynujący mechanizm radzenia sobie w absurdalnej i brutalnej rzeczywistości Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Noc sylwestrowa zaledwie ukrywała niewyobrażalny trud, spryt, a nierzadko łamanie prawa, by móc zorganizować choć jedną udaną i huczną imprezę.

Przede wszystkim należy obalić mit, że wszyscy obywatele spędzali tę wyjątkową noc z pustymi żołądkami, rozmyślając nad swoimi pustymi kartkami. Brutalny system reglamentacji, wprowadzany sukcesywnie począwszy od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku w związku z pogłębiającymi się kłopotami zaopatrzeniowymi kraju, boleśnie ograniczał dostępność podstawowych produktów. Posiadanie papierowego przydziału i odpowiedniej ilości gotówki w ogóle nie gwarantowało udanych zakupów. Najważniejszym i najcenniejszym kapitałem wcale nie były jednak państwowe kartki, lecz zdobyta wiedza i odpowiednie kontakty. Informacja o przybyciu dostawy była cenniejsza niż złoto. Całe rodziny funkcjonowały wręcz jak zorganizowane sztaby dowodzenia: emerytowana babcia tkwiła od wczesnych godzin w potężnej kolejce, mąż wykorzystywał krótką przerwę w zakładzie pracy, by podsłuchać najnowsze plotki o świeżym towarze u sąsiadów, a wymęczona praca żona organizowała resztę potrzebnych składników.

W przypadku braku oficjalnych, rynkowych możliwości rodacy zmuszeni byli bezustannie korzystać z tak zwanych „dróg pobocznych”, ryzykując własne bezpieczeństwo. Istniał świetnie prosperujący, gigantyczny nielegalny czarny rynek, polegający na handlu uprawnieniami czy towarach bezczelnie odkładanych głęboko „pod ladą” wyłącznie dla dobrych znajomych kierownika placówki. Zamożniejsi ratowali się zakupami luksusowych i trudnodostępnych towarów w prestiżowym Peweksie, płacąc twardą zachodnią walutą lub bonami towarowymi, podczas gdy cała reszta szukała rozpaczliwie znajomych na prowincji, by sprowadzić „od chłopa” chociaż kawałek pożądanego świątecznego wieprza. Legendarna sałatka jarzynowa i małe koreczki wbijane w połówkę chleba, nazywane potocznie „jeżami”, nie były dowodem kulinarnych szaleństw, lecz ostatecznym sposobem na ukrycie ogromnej biedy i zakamuflowanie znikomej ilości deficytowego mięsa. To było dramatyczne, gorączkowe poszukiwanie absolutnie jakichkolwiek dostępnych rozwiązań na spędzenie zabawy z uśmiechem na twarzy i zaspokojenie gości przychodzących na spotkania metodą „składkową”.

A gdy jedzenie ostatecznie jakimś cudem lądowało na zaimprowizowanym stole, gospodarz musiał jeszcze zmierzyć się z logistyką w potwornie ciasnych mieszkaniach i blokach z wielkiej płyty. Krzesła lądowały tuż pod ścianami, wielkie ławy usuwano i skrzętnie ukrywano w sąsiednich pokojach, u sąsiadów bądź na klatkach schodowych, by wygospodarować dosłownie każdy centymetr kwadratowy podłogi do tańca. Prawdziwym, skrajnym luksusem i wielkim powodem do zazdrości stawał się ktoś z wielkim, przestrzennym lokalem, kasetowym magnetofonem lub modnymi gramofonami. Prawdziwy, krzykliwy szał ogarniał panie, które w pocie czoła do późnych godzin na maszynach do szycia próbowały stworzyć wyjątkowe, wymarzone kreacje balowe z byle jakich zdobycznych, zastępczych czy przerabianych materiałów, dumnie nosząc później swoje wytapirowane upięcia włosów z dumą wyczekiwaną przez dziesiątki tygodni. Cierpliwi fryzjerzy bywali rezerwowani z ogromnym i wczesnym wyprzedzeniem. Zgromadzeni goście gnieździli się, oddając się bez reszty tańcom w gęstym dymie papierosowym w oparach przemycanego pokątnie wina czy bimbru i wsłuchując się w przemycane melodie płynące z „pocztówek dźwiękowych” lub w noworoczne wystąpienia państwowej, skrajnie propagandowej telewizji publicznej.

Prawdziwa tragedia polegała na tym, że dla tysięcy polskich rodzin, szczególnie na początku brutalnych lat osiemdziesiątych i w trakcie mrocznego okresu trwania zbrodniczego stanu wojennego, nadejście upragnionej noworocznej północy absolutnie nie wiązało się z otwarciem zdobytego cudem i po ogromnych perturbacjach radzieckiego, tak zwanego szampana Igristoje. W obozach dla internowanych działaczy zdelegalizowanej Solidarności, czy w żałobnych, opustoszałych domach wymordowanych zastrajkowanych górników kopalni Wujek, w ogóle nie myślano o suto zastawionych stołach, domowych dylematach wokół mięsa czy kreacjach modowych, lecz z potężnym przerażeniem odliczano minuty w oczekiwaniu na ewentualny znak o przetrwaniu ukochanego bliskiego. Mimo zawieszenia dotkliwej godziny milicyjnej w te jedne szczególne dni w roku, strach, ból i izolacja nadal skutecznie spowijały lodowatą, grudniową i przerażającą noc, bezlitośnie obnażając olbrzymi i przepastny kontrast pomiędzy radosną fasadą hucznych, zakładowych czy państwowych balów maskowych pod czujnym okiem zjednoczonej partii, a prawdziwym, namacalnym dramatem zwykłego, zszarpanego, brutalnie potraktowanego człowieka w systemie pełnym gigantycznych, krzywdzących społecznie absurdów.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy