Państwo Polskie stworzyło imperium nielegalnego obrotu, a za szklanymi witrynami PEWEXU ukryto prawdę o tym, jak upokarzano miliony obywateli we własnym kraju.
Polska Rzeczpospolita Ludowa stworzyła jeden z najbardziej perfidnych paradoksów w powojennej historii Europy, w którym oficjalny pieniądz emitowany przez Narodowy Bank Polski stał się w najbardziej pożądanych sklepach kraju bezwartościowym świstkiem papieru. Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych młody klient zapytał w warszawskim Pewexie, czy może zapłacić normalnymi złotówkami, kasjerka licząca pod ladą zielone banknoty odesłała go z pogardą do spożywczaka po drugiej stronie ulicy. W tym państwie w państwie obowiązywały wyłącznie twarde waluty oraz kolorowe bony towarowe PKO, podczas gdy samo posiadanie dolarów bez udokumentowanego źródła stanowiło dla zwykłego obywatela poważne przestępstwo karno-skarbowe, traktowane niemal na równi z nielegalnym posiadaniem broni. Przez dwie dekady, niezależnie od tego, czy w latach siedemdziesiątych Polak zarabiał trzy i pół tysiąca złotych przy czarnorynkowym kursie dolara na poziomie stu dwudziestu złotych, czy w połowie lat osiemdziesiątych otrzymywał dwadzieścia tysięcy złotych przy kursie przekraczającym tysiąc złotych u cinkciarzy, system perfekcyjnie zrównywał wszystkich w biedzie. Inżynier, górnik, pielęgniarka i nauczyciel pracowali przez cały miesiąc za równowartość dwudziestu pięciu do trzydziestu dolarów, a państwo odbierało przekazy od rodzin ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy RFN, zatrzymując prawdziwe dewizy w skarbcach i wypłacając ludziom papierowe zastępniki. Komu zabrakło krewnych za oceanem lub kontraktu na statku handlowym, ten musiał ryzykować spotkania z waluciarzami w skórzanych kurtkach, którzy rządzili w bramach pod warszawskimi hotelami Victoria i Forum, na sopockim Monciaku przy Grand Hotelu, pod krakowską Cracovią czy w okolicach dworców głównych we Wrocławiu i Katowicach. Gdy już jednak udało się zdobyć upragniony banknot, jak w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym roku krakowskiemu kierowcy autobusu Zdzisławowi, dziesięć dolarów od ciotki zamieniało się w trzy tabliczki czekolady z orzechami dzielone nożem kuchennym na równe kostki oraz w brak wydawanej reszty, którą kasjerki zastępowały paczką zachodnich żyletek, zapałek lub gumą do żucia.

Ta brutalna ekonomia niedoboru przenikała prosto na betonowe podwórka, gdzie pod metalowym trzepakiem dziesięcioletni chłopcy w krótkich spodenkach tworzyli bezwzględną giełdę towarową, na której twardą walutą stały się amerykańskie gumy Donald oraz tureckie Turbo. Sam smak słodkiej masy znikał po stu dwudziestu sekundach, przez co dzieci obtaczały wyżutą gumę w domowej cukierniczce lub przyklejały ją na noc do ramy łóżka, jednak prawdziwą fortunę stanowiły ukryte pod papierkiem historyjki komiksowe oraz zdjęcia zagranicznych samochodów, trzymane w blaszanych puszkach po paście do butów Kiwi. Jak wspominał dziennikarz Wojciech Przylipiak, za niski numer z prototypem Lamborghini Countach, Porsche 959 czy bolidem Formuły 1 oddawało się dwadzieścia zwykłych obrazków z Fiatem Uno lub Oplem Kadettem, dorzucając scyzoryk i komiksy o Tytusie, Romku i Atomku, a pisarz Mariusz Szczygieł opisywał domową technologię konserwacji pogniecionych wkładów, które prasowano ukradkiem żelazkiem przez dwie wilgotne szmatki lub prostowano pod tomami encyklopedii przyciśniętymi kamieniem do kiszenia ogórków. Jeszcze większy dramat rozgrywał się wokół kosztujących półtora dolara metalowych samochodzików Matchbox i Majorette z drucianym zawieszeniem, które historyk doktor Tomasz Szarota nazwał miniaturowymi pomnikami luksusu, stojącymi za szybą meblościanki obok kryształów i dopuszczanymi do jazdy wyłącznie w niedzielę po dywanie z fabryki w Kowarach. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku w Łodzi ojciec dziewięcioletniego Piotrka zabrał bordowego Forda Capri na dwa dni do narzędziowni w fabryce włókienniczej, by ślusarze mogli pod lupą badać zachodnie odlewy z cynku, natomiast dwa lata później w Katowicach dziesięcioletni Andrzej po kryjomu wyniósł żółtego resoraka na klatkę schodową, a gdy zabawka wpadła do szybu windy, dwóch dorosłych sąsiadów przez dwie godziny przeszukiwało z latarkami betonowe podziemia, by uratować chłopca przed gniewem ojca wracającego z drugiej zmiany w hucie. Szkolny prestiż przenosił się następnie do klasowych ławek, gdzie w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku Tomasz z Poznania stracił na lekcji geografii dwudolarowy, wielopoziomowy piórnik magnetyczny z wbudowanym termometrem, kompasem i wysuwaną na sprężynie temperówką, podczas gdy dziewczynki doprowadzały polonistki do furii metalicznym klikaniem grubych długopisów mieszczących dziesięć kolorowych wkładów. W domach ojcowie po nocach przejmowali kontrolę nad duńskimi klockami Lego z serii Classic Space, jak ojciec Krzysztofa z Wrocławia przy bazie kosmicznej kupionej na ulicy Świdnickiej, a małe dziewczynki, wzorem Magdy z Warszawy w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku, przed dotknięciem norymberskiej lalki z zamykanymi oczami musiały za każdym razem szorować ręce w łazience.
Absurd osiągał jednak swoje apogeum w łazienkach i kuchniach, gdzie przedmioty codziennego użytku traciły swoje pierwotne przeznaczenie, stając się nietykalnymi relikwiami statusu społecznego. Kulturoznawca Wiesław Kot celnie zauważył, że zachodnie mydła Fa, Camay czy Lux za dolara i dwadzieścia centów nigdy nie służyły do mycia rąk, do czego używano szarego mydła z jeleniem lub Kajtka, lecz po nacięciu rogu opakowania żyletką lądowały na lata w bieliźniarkach, podczas gdy Danuta ze Szczecina w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku położyła bordowo-złote mydło Camay na szpitalnej szafce podczas porodu wyłącznie po to, by zyskać szacunek personelu, a nauczycielka Barbara z Torunia nosiła swój prezent z Dnia Nauczyciela w niedzielnej torebce przez cztery semestry. Podobny los spotykał dezodoranty Impulse, Bac i Limara, których puste puszki zdobiły półki pod lustrem, a także aluminiowe opakowania po napojach Coca-Cola, Fanta, 7 Up czy duńskim piwie Tuborg, z których Marek z Gdyni zbudował na kredensie siedmioletnią wystawę podziwianą przez gazowników, a inni przerabiali je pilnikiem do paznokci na przyborniki biurkowe. W kuchniach Helena z Bydgoszczy w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku przez cztery dni parzyła gęstą esencję z dwóch łyżeczek chińskiej herbaty Yunnan w czajniczku z Ćmielowa, a matka Tadeusza z Radomia w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku z aptekarską precyzją odmierzała granulki kawy Nescafe Gold i Jacobs Krönung, zostawiając słoiki na majeranek. Na ulicach natomiast symbolem sukcesu był aparat Polaroid Supercolor 635, którym Wojciech z Lublina w maju tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku wyliczał pod kościołem dziesięć bezcennych kadrów z komunii córki, wystające z kieszeni koszuli paczki papierosów Marlboro, Rothmans i Camel uzupełniane po cichu krajowymi Klubowymi przez Krzysztofa z Radomia wraz z zapalniczkami BIC i Cricket, a także białe adidasy na rzepy, które Mariusz z Warszawy czyścił po każdym spacerze starą szczoteczką do zębów.
Na samym szczycie tej piramidy marzeń stała jednak japońska i zachodnia elektronika, która potrafiła sparaliżować życie całych blokowisk i wymagała od właścicieli niemal chirurgicznej wiedzy. Jak wspominał dziennikarz Cezary Prasek, jego wujek mechanik przez dwa lata odkładał każdego centa na dwukasetowy radiomagnetofon z Pewexu, którego klawisze naciskał wyłącznie przez bawełnianą szmatkę, podczas gdy Grzegorz z Poznania na stutudolarowym sprzęcie marki Sharp kopiował na kasetach TDK, Sony, BASF oraz z Żelazowej Woli przeboje z listy Marka Niedźwiedzkiego, chłodząc przegrzane silniczki mokrym ręcznikiem. Jeszcze większe emocje budziły ośmiobitowe mikrokomputery Commodore 64, Atari 800XL oraz ZX Spectrum za sto pięćdziesiąt dolarów, podłączane do telewizorów Rubin i Neptun, przy których koledzy Tomasza z Wrocławia w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku wstrzymywali oddech na dwadzieścia pięć minut, regulując małym śrubokrętem głowicę magnetofonu, by uniknąć błędu wgrywania gry River Raid. Absolutnym cesarzem meblościanki był jednak kosztujący równowartość dwuletnich zarobków, czyli nawet sześćset dolarów, magnetowid VHS marek Panasonic, JVC, Sony czy Otake z pilotem zafoliowanym na dekadę w fabrycznym woreczku, który w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku zamienił mieszkanie Janusza z Warszawy w salę kinową dla dwudziestu sąsiadów oglądających do czwartej rano film Obcy z monotonnym głosem polskiego lektora. Cała ta mistyczna potęga runęła jednak z dnia na dzień na przełomie tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego i dziewięćdziesiątego roku, gdy otwarto granice, zalegalizowano kantory, a pod Pałacem Kultury na placu Defilad oraz na bazarze Różyckiego pojawiły się tysiące polowych łóżek zawalonych towarem z Berlina i Wiednia. Kiedy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku sam Pewex zaczął przyjmować zwykłe złotówki, czar bezpowrotnie prysł, udowadniając Polakom, że przez wszystkie te lata nie chodziło o kawałek plastiku czy puszkę napoju, lecz o wydarte szarej rzeczywistości poczucie godności i smak wspólnego polowania na niedostępny świat.