NOCNE PUKANIE DO DRZWI I DROGA W NIEZNANE! W bydlęcych wagonach rozegrały się sceny rodem z piekła. Poznaj wstrząsające kulisy wielkich wywóz
Zaczynało się zawsze tak samo – od głuchego walenia kolbą karabinu w drzwi w środku nocy, gdy sen był najgłębszy. Otwierając, przerażeni domownicy widzieli twarze żołnierzy NKWD, którzy bez cienia emocji oznajmiali: “Zbierać się! Wyjeżdżacie”. Nie było tłumaczeń ani odpowiedzi na pytania dokąd i na jak długo. W latach tysiąc dziewięćset czterdziestym i czterdziestym pierwszym przez wschodnie tereny dawnej Rzeczypospolitej przetoczyły się cztery potężne fale deportacji, które miały na zawsze wymazać stamtąd polskość. Rodziny miały zaledwie kilkanaście minut na spakowanie całego swojego dotychczasowego życia do jednego tobołka. Zostawiali dorobek pokoleń, ciepłe domy i zamarznięte na polach plony, by zabrać ze sobą jedynie najcenniejsze okruchy: pierzynę, trochę chleba i zdjęcia. Za progiem czekał ich bezlitosny, czterdziestostopniowy mróz, odkryte sanie i podróż w bydlęcych wagonach, z których wielu miało już nigdy nie wysiąść. Zaczynał się koszmar, którego skala do dziś poraża i rodzi gorące spory wśród historyków.

Dramat zesłańców rozpoczynał się jeszcze przed przekroczeniem progu wagonu. Transport na stację kolejową odbywał się na otwartych saniach, w potwornym mrozie, który natychmiast obnażał błędy pośpiesznego pakowania. Ci, którzy w nadziei na szybki powrót nie zabrali ciepłych kożuchów, płacili za to najwyższą cenę – umierali z wyziębienia jeszcze zanim dotarli do pociągów. Na stacjach rozgrywały się dantejskie sceny: rozdzielano rodziny, mężczyzn zdolnych do pracy ładowano do osobnych transportów, a resztę wpychano do ciemnych, zaryglowanych z zewnątrz wagonów towarowych. Wnętrze takiego pojazdu stawało się dla kilkudziesięciu osób domem, więzieniem i umieralnią na kolejne tygodnie. Jedynym źródłem ciepła był żelazny piecyk, zwany “kozą”, a za toaletę służyła dziura wycięta w podłodze, odzierając ludzi z ostatnich resztek godności.
Podróż przez bezkresne przestrzenie Związku Sowieckiego była brutalnym sprawdzianem woli życia. Zimno potęgowało dojmujące uczucie głodu i pragnienia. Walka toczyła się o każdy łyk rzadko wydawanego wrzątku – “kipiatoku” – oraz o skrawek miejsca bliżej piecyka. W zaduchu, brudzie i potwornym ścisku szerzyły się choroby, z tyfusem plamistym na czele. Trupy bliskich trzeba było ukrywać przed konwojentami, by zmarli nie zostali brutalnie wyrzuceni przy torach bez jakiegokolwiek pochówku, w bezimiennej przestrzeni obcej ziemi. Wymiana resztek dobytku z miejscowymi na postojach była desperackim ratunkiem. Rodzinna pierzyna, symbol ciepła i wspomnienie utraconego domu, zmieniała się w worek mąki, który dawał szansę na przeżycie kolejnych dni. Po kilku tygodniach niewyobrażalnej męki drzwi w końcu otwierano. Oczom ocalałych ukazywał się bezkresny step Kazachstanu lub przerażająca głusza syberyjskiej tajgi – nowy świat, który od razu rzucał na kolana, zmuszając do walki o przetrwanie od pierwszego oddechu mroźnego powietrza.
Wyrok zesłania nie oznaczał biernego siedzenia w obozie, ale niewolniczą harówkę naznaczoną jednym bezlitosnym słowem: “norma”. Życie, jedzenie i szansa na przetrwanie zależały wyłącznie od tego, czy wycieńczony organizm zdołał wyrobić dzienny przydział pracy ponad ludzkie siły. W tajdze oznaczało to katorżniczy wyrąb drzew przy czterdziestostopniowym mrozie, gdzie padające kłody i ześlizgujące się piły okaleczały codziennie dziesiątki rąk. W Kazachstanie zesłańcy musieli własnoręcznie lepić domy z gliny i nawozu, by potem w nieludzkim upale lub na przeszywającym wietrze pracować na polach kołchozów. Otrzymywana za normę racja żywnościowa – ciężki, gliniasty chleb zmieszany z trocinami i wodnista zupa – nie pozwalała na regenerację, wpędzając ludzi w błędne koło głodu i osłabienia. Aby przeżyć, należało stać się ekspertem od wszystkiego: od znajdowania jadalnych korzeni i ziół, po szycie ubrań ze starych szmat i leczenie chorób bez dostępu do lekarstw. W desperacji zjadano obierki i wygotowywano kości, byle tylko oszukać ssący w żołądku ból. Solidarność i ciche podtrzymywanie narodowych tradycji stawały się jedyną bronią w walce z odczłowieczeniem.
Nadzieja na wyzwolenie przyszła z najmniej oczekiwanej strony – w wyniku konfliktu dawnych sojuszników, gdy nazistowskie Niemcy uderzyły na Związek Sowiecki. Upokarzająca “amnestia” po układzie Sikorski-Majski pozwoliła wreszcie przekroczyć granice posiołków, wywołując masową wędrówkę polskich obywateli ku wolności. Na południe, gdzie powstawała Armia Andersa, ruszyły tysiące zagłodzonych, wyczerpanych cieni z dawnej Rzeczypospolitej. Był to marsz okupiony kolejnymi, masowymi zgonami na epidemię tyfusu, a wielu nie zdołało nigdy dotrzeć na okręty ewakuujące ich do Iranu. Dokładna liczba ofiar stalinowskiego terroru, obejmującego wywózki z lat 1940-1941, od kilkudziesięciu lat stanowi zarzewie ostrego konfliktu między polskimi a rosyjskimi badaczami. Podczas gdy Moskwa cynicznie zaniża dane w oparciu o wadliwe archiwa NKWD, powojenne szacunki mówią o liczbie blisko miliona wywiezionych. Bez względu na ostateczny rachunek, ten bezduszny system odebrał tysiącom niewinnych ludzi wszystko: ojczyznę, dobytek, a nierzadko też życie, pozostawiając po sobie tysiące bezimiennych mogił rozsianych od Syberii po stepy Kazachstanu.