Milicja ukrywała to przez TRZYDZIEŚCI LAT, a pod podłogą miejskiej łaźni w Łodzi odkryto makabryczne archiwum sióstr Wróblewskich.
Siedemnastego października tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku porucznik Piotr Kaczmarek z łódzkiego wydziału kryminalnego wszedł z łomem do starej, przedwojennej łaźni w ślepym zaułku przy ulicy Brzeskiej na Bałutach i podważył ciężką kamienną płytę. To, co zobaczył w świetle latarki w szerokim kanale odpływowym, sprawiło, że ten potężny, były bokser po wyjściu na podwórko oparł się o odrapany mur kamienicy i nie potrafił wypowiedzieć słowa przez dwadzieścia minut, podczas gdy dowodzący akcją major Roman Pawlak z Komendy Głównej w Warszawie po raz pierwszy od trzech lat sięgnął po papierosa, łamiąc zapałkę. Pod podłogą w idealnym, niemal archiwalnym porządku leżało dziewięć starannie owiniętych pakunków ze szczątkami, a obok każdego z nich równo poskładana odzież, brezentowa torba z rzeźnickimi nożami, wędka, pas ze sprzączką oraz dokumenty. W ten sposób rozwiązano zagadkę zniknięcia dziewięciu mężczyzn na przestrzeni siedmiu lat, o których wiedziała cała ulica, lecz zmowa milczenia kamienic była tak szczelna, że nikt nie puścił pary z ust. Za tym podziemnym cmentarzyskiem stały dwie niezamężne siostry prowadzące łaźnię po babci i matce, czterdziestodwuletnia, barczysta Helena Wróblewska o kamiennej twarzy oraz trzydziestosześcioletnia, blada zielarka Celina, których ojciec Józef do tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku bezkarnie katował ich matkę Stanisławę. W każdy wtorek, czwartek i sobotę w gęstej parze pachnącej szarym mydłem i rumiankiem łódzkie włókniarki zdejmowały wraz z ubraniami wstyd, odsłaniając ślady domowego piekła, na które lekarze z przychodni i przekupny dzielnicowy, sierżant Józef Malinowski, od lat zamykali oczy.

Wszystko zaczęło się w listopadzie tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku, kiedy trzydziestodziewięcioletnia Maria Majewska pokazała w łaźni fioletowy od kopniaków bok, połamane palce i ślady po papierosach bez filtra, gaszonych na jej ramionach przez męża, czterdziestosiedmioletniego rzeźnika z hali przy ulicy Zgierskiej, Stanisława Majewskiego, który zamykał usta dzielnicowemu paczkami mięsa i uderzył głową o ścianę ich siedmioletniego syna Pawła. Gdy Helena powiedziała krótkie słowo dość, dwanaście dni później, czwartego grudnia, rzeźnik przepadł bez śladu w drodze na targ, a stara lokatorka z naprzeciwka, siedemdziesięcioletnia Apolonia, mijając łaźnię, tylko nieznacznie skinęła głową. Latem tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku ten sam los spotkał pięćdziesięciotrzyletniego majstra z fabryki przy Ogrodowej, Władysława Barana, który przywiązywał żonę Jadwigę sznurem do krzesła i kazał jej patrzeć, jak katuje pasem czternastoletnią córkę Grażynę, a dziesięć dni po wyznaniu kobiety jego rower i wędkę znaleziono nad rzeką Ner. W kwietniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku z porzuconej pod Piotrkowem ciężarówki wyparował trzydziestoośmioletni kierowca z Widzewa, Marek Lis, po tym, jak w łaźni Celina zauważyła krzywo zrośniętą rączkę u trzymiesięcznego synka Michała oraz prostokątne oparzenia od gorącego żelazka na udach dwudziestodwuletniej Ewy. W kolejnych latach pod podłogę trafili nocny stróż Henryk Szymański, który w listopadzie tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku ogłuszył żonę Danutę taboretem, ładowacz z cegielni Kazimierz Krawczyk wybijający zęby Zofii, budowlaniec Tadeusz Nowicki zmuszający Barbarę do całowania swoich butów, mechanik tramwajowy Roman Lewandowski duszący Krystynę oraz magazynier Jerzy Mazur łamiący palce Irenie w drzwiach, podczas gdy sąsiad naprawiający rowery, Antoni Wawrzyniak, widząc nocą ręczny wózek z workami, posłusznie odwracał głowę, a na dzielnicy szeptano zaklęcie, by nie bić żony, bo dowiedzą się siostry.
Perfekcyjna maszyna zacięła się dopiero szesnastego czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku, gdy z wieczornego spaceru po piwo nie wrócił dziewiąty oprawca, czterdziestoczteroletni Wiktor Zieliński, który skopał swoją trzydziestosześcioletnią żonę Annę po utracie ciąży w siódmym miesiącu. Pech chciał, że był on kuzynem wszechwładnego pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Mariana Zielińskiego, który jednym telefonem do Warszawy postawił na nogi cały aparat bezpieczeństwa. Sprowadzona przez Celinę śmierć pochodziła z niepozornej rośliny o granatowych kwiatach, gdyż w próbkach wykryto akonitynę, czyli zabójczy alkaloid tojadu, podawany nieświadomym niczego żonom w buteleczkach jako ziołowe krople na uspokojenie i pijaństwo, wywołujące objawy identyczne z zawałem serca. Kiedy siedemnastego października milicyjna Nysa wywoziła skute siostry z ulicy Brzeskiej, przed bramą stanął milczący mur mieszkańców, a dziewięć ocalonych wdów z Marią Majewską na czele wystąpiło przed szereg i w absolutnej ciszy oddało im głęboki pokłon. Choć podczas utajnionego ze względu na nazwisko partyjnego dygnitarza procesu przed Sądem Wojewódzkim w Łodzi, dwudziestego ósmego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku, Helena oświadczyła, że nie żałuje zatrzymania dziewięciu powolnych morderców, a Celina szeptała o dłoniach stworzonych do zabierania bólu, obie usłyszały wyrok kary śmierci. W sierpniu Sąd Najwyższy zamienił młodszej siostrze wyrok na piętnaście lat więzienia, lecz Helenę stracono jesienią tego samego roku, a akta opieczętowano klauzulą poufności na trzy dekady, podczas gdy po zburzonej łaźni zostały dziś tylko dwa młode drzewa i przekazywane z pokolenia na pokolenie ostrzeżenie w starych bramach Bałut.