Legendarni amanci kina BYLI ZWYKŁYMI UTRZYMANKAMI, a ich oszałamiające kariery w całości KUPIŁY ZAKOCHANE KOBIETY
Złota era polskiego kina i teatru w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej jawi się jako epoka wielkich talentów, tytanów pracy i charyzmatycznych dżentelmenów. Jednak za zamkniętymi drzwiami luksusowych hoteli i w dymie elitarnych kawiarni kryła się brutalna prawda, o której prasa milczała przez dekady. Najwięksi gwiazdorzy, do których wzdychały miliony Polek, w rzeczywistości budowali swoje pozycje, majątki i wpływy w sypialniach znacznie starszych, potężnych kobiet. Mit o ciężkiej pracy i czystym talencie sypie się w gruzy, gdy spojrzy się na to, kto tak naprawdę pociągał za sznurki, załatwiał paszporty, przydziały na luksusowe mieszkania i główne role. Młodzi aktorzy, zamiast mozolnie wspinać się po szczeblach kariery, wybierali drogę na skróty, stając się utrzymankami wpływowych protektorek, które za miłosne uniesienia płaciły im całkowitą nietykalnością.

Najbardziej szokujący dowód tej bezwzględnej gry rozegrał się na samych szczytach komunistycznej władzy. Ignacy Gogolewski, genialny aktor o hipnotyzującym spojrzeniu, zapewnił sobie absolutną ochronę, wchodząc w romans z Niną Andrycz, pierwszą damą polskiego teatru i żoną ówczesnego premiera. Ten układ dawał mu dostęp do najwyższych salonów i przywileje, o jakich inni mogli tylko marzyć, a wszystko to pod nosem najważniejszego człowieka w państwie. Równie wyrachowaną strategię przyjął Tadeusz Pluciński. Zamiast gnieździć się w wynajmowanych klitkach, zamieszkał w ociekającym antykami apartamencie słynnej śpiewaczki operowej, Bożeny Brun-Barańskiej. Jego bezczelna swoboda i luksusowe życie były finansowane przez zakochane kobiety, a on sam brylował na salonach jako pan sytuacji. Podobnie działał Leon Niemczyk, który wykreował się na światowca i zachodniego playboya. Jego luksusowe garnitury i drogie samochody fundowały bogate Niemki, które traktował jedynie jako wygodne porty podczas swoich zagranicznych wojaży.
Telewizja i wielkie kino również miały swoje szare eminencje. Uśmiechnięty idol telewizyjnej rozrywki, Karol Strasburger, swój błyskawiczny awans i obecność w najlepszym czasie antenowym zawdzięczał żelaznej królowej telewizji, Irenie Dziedzic. To ona roztoczyła nad nim parasol ochronny, wymuszając na reżyserach zatrudnianie swojego młodego faworyta. Z kolei europejska kariera Jana Nowickiego nigdy nie nabrałaby takiego rozmachu, gdyby nie węgierska reżyserka Márta Mészáros. To ona uczyniła go swoją artystyczną muzą, zapewniając zagraniczne wyjazdy, prestiż i walutę, podczas gdy on w Krakowie swobodnie bawił się wizerunkiem nieuchwytnego amanta, grając na dwa fronty. Młody, debiutujący Krzysztof Kowalewski swoją pozycję w warszawskim środowisku i bilet wstępu do elity zawdzięczał natomiast starszej o dwie dekady Hannie Skarżance, która całkowicie finansowała jego wystawne życie i bezlitośnie walczyła o jego role.
Wielu z tych wirtuozów przetrwania potrafiło bezlitośnie porzucić swoje stwórczynie, gdy tylko poczuli się niezależni. Daniel Olbrychski, zanim stał się narodowym symbolem męskości, był nieokrzesanym prowincjuszem. Został ucywilizowany, ubrany i wprowadzony na salony przez Monikę Dzienisiewicz, starszą i doskonale ustosunkowaną bywalczynię. Kiedy jednak zbudowała jego legendę, aktor po prostu odszedł do młodszej piosenkarki. Jeszcze okrutniejszy scenariusz napisał Marek Walczewski. Jego pozycję w Krakowie wykuła od podstaw potężna Anna Polony. Załatwiała mu role, uczyła zawodu i otworzyła wszystkie drzwi. Gdy aktor poczuł zew warszawskiej sławy, spakował walizki i zostawił kobietę, która poświęciła mu lata życia, zmuszając ją do publicznego znoszenia upokorzenia w teatralnych korytarzach.
Jednak prawdziwe mistrzostwo w cynicznym wykorzystywaniu kobiet osiągnęli ci, po których nikt by się tego nie spodziewał. Roman Wilhelmi, ekranowy geniusz, prywatnie funkcjonował jak emocjonalny wampir. Nigdy nie dbał o własne lokum, pasożytując na kolejnych partnerkach, które traktował jako darmowe hotele, księgowe i pielęgniarki, odwdzięczając się tyranizmem i alkoholowymi awanturami. Lecz absolutnym królem kamuflażu okazał się Andrzej Kopiczyński, uosobienie poczciwego, fajtłapowatego inżyniera, którego kochały miliony widzów. Pod maską zagubionego chłopca krył się bezwzględny strateg, który gładko przechodził z jednego luksusowego mieszkania do drugiego, zawsze lądując u boku wpływowej kobiety gotowej zorganizować mu całe życie. Ironia losu sprawiła, że jego ostatnią, bezpieczną przystanią stała się Monika Dzienisiewicz, ta sama, którą przed laty wykorzystał i bez mrugnięcia okiem porzucił inny wielki gwiazdor.
Historia dawnego show-biznesu to w rzeczywistości smutna opowieść o celowym wymazywaniu zasług. Prawdziwymi architektkami największych męskich karier były zafascynowane, zakochane kobiety, które brały na siebie całą prozę życia, organizowały role i przecierały szlaki w brutalnym świecie artystycznych intryg. Aktorzy brali od nich salonową ogładę, gigantyczne majątki i nietykalną pozycję, by potem dumnie błyszczeć w blasku fleszy jako niezależni twórcy własnego sukcesu. Zafascynowane społeczeństwo latami oklaskiwało genialnych i samodzielnych dżentelmenów, nie mając absolutnie żadnego pojęcia, że słony rachunek za ich luksusowe życie, nieskazitelne wizerunki i wybitne role, w całości opłaciły kobiety, o których oficjalne biografie wolały na zawsze zapomnieć.