MŁODA MODELKA I SPRZEDAWCZYNI MLEKA ZGOTOWAŁY WIĘŹNIOM PRAWDZIWE PIEKŁO NA ZIEMI. Przerażająca prawda o najpotężniejszych kobietach w obozach zagłady ujawniona
W czasach, gdy reżim bezwzględnie kreował wizję tysiącletniej potęgi opartej na strachu, kluczowym elementem tej makabrycznej machiny wcale nie byli wyłącznie mężczyźni z wyższych sfer dowodzenia. Za drutami kolczastymi kryła się znacznie bardziej szokująca rzeczywistość, w której absolutną władzę nad tysiącami bezbronnych ludzi przejmowały zupełnie zwyczajne, młode kobiety. Kiedy cała Europa tonęła w krwawym chaosie wojennym, dziewczęta z prowincjonalnych miasteczek nagle porzucały nudne życie przy fabrycznych maszynach, skuszone ogłoszeniami obiecującymi wysokie zarobki i państwowy prestiż. Te z pozoru delikatne pracownice z dnia na dzień zamieniały proste fartuchy na idealnie skrojone, szare mundury, z przerażającą łatwością stając się jednymi z najbardziej bezlitosnych oprawców tamtych czasów.

Doskonałym dowodem na to, jak błyskawicznie absolutna władza potrafi deprawować ludzką psychikę, jest wstrząsająca kariera Dorothei Binz. Ta niepozorna, zaledwie dziewiętnastoletnia dziewczyna, która początkowo spędzała długie godziny na zmywaniu brudnych naczyń w obozowej stołówce w Ravensbrück, bardzo szybko przyciągnęła uwagę przełożonych swoją bezwzględną skutecznością. Wystarczyło zaledwie kilka miesięcy, aby awansowała na stanowisko, które dawało jej nieograniczoną kontrolę nad mrocznymi celami karnego bunkra. To właśnie tam wydała wyrok na niezliczoną liczbę kobiet, przedłużając brutalne tortury i ograniczając i tak już głodowe racje żywnościowe, aż po pewną śmierć. Najbardziej makabryczny wymiar jej tyranii objawiał się jednak w sadystycznych zabawach. Z uśmiechem na ustach jeździła po obozowym placu na rowerze i celowo, z brutalnym impetem, wjeżdżała w ledwo trzymające się na nogach więźniarki. Jej jasny, perlisty śmiech, rozbrzmiewający nad ciałami skatowanych kobiet, stał się dla ocalałych najbardziej upiornym echem tamtych koszmarnych lat.
Równie mrożąca krew w żyłach jest historia Ilse Koch, która w przeciwieństwie do swoich obozowych koleżanek nigdy oficjalnie nie przeszła brutalnego szkolenia ani nie złożyła przysięgi wierności. Pozycję pierwszej damy zawdzięczała wyłącznie temu, że była żoną komendanta KL Buchenwald. Bezlitośnie żerując na tragedii nowo przybyłych więźniów, z chorobliwym upodobaniem przeszukiwała obozowe magazyny, z których kradła najcenniejsze sukienki, biżuterię i futra dla siebie i swoich dzieci. Gdy wyjeżdżała na pokazowe przejażdżki konne w idealnie skrojonym stroju, nawet jedno zbyt długie spojrzenie skrajnie wyczerpanego więźnia wystarczyło, aby natychmiast zapisać jego numer w podręcznym notesie, co równało się wyrokowi natychmiastowej śmierci. Z czasem jej brutalność osiągnęła tak monstrualne rozmiary, że wśród obozowej społeczności zaczęła funkcjonować pod złowrogim przydomkiem “Pani Abażur”, w związku z powtarzanymi szeptem legendami o rzekomym wytwarzaniu luksusowych przedmiotów domowych ze spreparowanej ludzkiej skóry.
Tragedia, jaka rozgrywała się w niemieckich obozach, miała też twarz niezwykle pięknej, młodej dziewczyny o łagodnym uśmiechu, która przed wojną pracowała na farmie i marzyła o zawodzie pielęgniarki. Irma Grese, zaledwie dwudziestoletnia strażniczka w Auschwitz-Birkenau, zyskała w środowisku zdesperowanych więźniów przydomki “Jasnowłosy diabeł” i “Piękna bestia”. Za anielską fasadą kryła się potworna sadystka, z pedantyczną dokładnością wybierająca swoje ofiary podczas selekcji. Zamiast standardowego wyposażenia, zawsze nosiła przy boku ciężki, wykonany na specjalne zamówienie rzemienny bicz oraz potężnego psa, którego celowo zmuszała do kilkudniowych głodówek. Wystarczyło, że więźniarka wydała jej się zbyt ładna, a Grese natychmiast szczuła ją wygłodniałym zwierzęciem. Młoda strażniczka z chorobliwym zaangażowaniem wyznaczała tysiące bezbronnych kobiet do komór gazowych, uchodząc za jedną z najbardziej przerażających postaci w całym obozowym systemie zagłady.
Makabrycznym narzędziem psychologicznego terroru w obozach była również muzyka. Z inicjatywy okrutnej Marii Mandl w Auschwitz stworzono profesjonalną kobiecą orkiestrę, w skład której wchodziły wybitne artystki z całej Europy. Obozowe skrzypaczki i śpiewaczki miały za zadanie nie tylko umilać wolny czas zbrodniarzom, grając na życzenie skomplikowane klasyczne utwory, ale przede wszystkim ich skoczna muzyka towarzyszyła nowo przybyłym transportom więźniów. Ludzie, wycieńczeni wielodniową podróżą w nieludzkich warunkach, słysząc radosne dźwięki instrumentów tuż po wyjściu z bydlęcych wagonów, naiwnie wierzyli, że miejsce, do którego trafili, nie może być pójściem na rzeź. Była to cyniczna, wyreżyserowana pułapka, która miała na celu uśpić czujność milionów ofiar w ich ostatnich chwilach przed marszem do komór gazowych, w których Mandl sama uczestniczyła. Podobnie jak w obozie koncentracyjnym Stutthof, gdzie dumnie obnosiła się niezwykle atrakcyjna modelka z Hamburga, Jenny Wanda Barkmann. Wyróżniała się z tłumu przerażonych kobiet rzucającym się w oczy, czerwonym szalikiem. Ta młoda, pewna siebie nadzorczyni z upiornym wyrachowaniem potrafiła wielokrotnie przechadzać się przed szeregami skrajnie wymęczonych kobiet na apelu, zaledwie jednym ruchem palca typując kolejne osoby do komory gazowej, po czym celowo cofała się, by z mrożącą krew w żyłach lekkością skazać na zagładę kobietę, która zdążyła już uwierzyć, że właśnie cudem uniknęła śmierci.
Po zakończeniu wojny los okrutnych zbrodniarek przybrał bardzo różny obrót, brutalnie obnażając niewydolność powojennego wymiaru sprawiedliwości. Choć Irma Grese i Dorothea Binz stanęły przed sądem i w bardzo młodym wieku odpowiedziały życiem na szubienicy, a skazana w Gdańsku 24-letnia Barkmann podzieliła ten sam los na Biskupiej Górce, była to zaledwie kropla w morzu potrzebnych rozliczeń. Szacunki wskazują, że ogromna większość z tysięcy kobiet służących w systemie zbrodni nigdy nie stanęła przed żadnym trybunałem. Wiele z nich wróciło do swoich rodzinnych miast, jak gdyby nic się nie stało. Szybko podjęły zwyczajną pracę, wyszły za mąż, wychowały dzieci i zestarzały się w otoczeniu sąsiadów, którzy do końca życia nie zdawali sobie sprawy, że ich uśmiechnięte znajome noszą na rękach krew tysięcy niewinnych ludzi. Tysiącletnia Rzesza przetrwała wprawdzie zaledwie dwanaście lat, lecz przerażające dziedzictwo kobiet, które dobrowolnie wybrały mordercze rzemiosło zamiast pracy przy taśmie fabrycznej, wciąż pozostaje mrocznym świadectwem tego, do jak potwornych zbrodni potrafi posunąć się zwykły człowiek obdarzony nieograniczoną, bezlitosną władzą.