Ich ekranowe twarze były WIELKIM KŁAMSTWEM. Za uśmiechem i humorem kryły się TORTURY, śmierć i wstrząsające sekrety
Miliony Polaków każdego wieczoru zasiadały przed telewizorami, by śmiać się do łez lub z wypiekami na twarzy śledzić losy niezłomnych bohaterów i przebiegłych łotrów. Przez dziesięciolecia wybitni aktorzy telewizyjni stanowili uosobienie beztroski, humoru lub wręcz przeciwnie – cynicznego zła i pospolitego cwaniactwa. Jednak to, co widzowie podziwiali na szklanym ekranie, było jedynie mistrzowską iluzją. Prawdziwe życiorysy największych gwiazd polskiego kina skrywają wstrząsające tajemnice, z których widownia przez lata nie zdawała sobie sprawy. Za maską komików i błaznów kryli się żołnierze podziemia, ofiary brutalnych tortur Gestapo i ludzie naznaczeni niewyobrażalnymi tragediami II wojny światowej, a najwięksi ekranowi twardziele w rzeczywistości prowadzili życie pełne cichego bólu i dramatycznych wyborów.

Trudno uwierzyć, że aktorzy, którzy z taką łatwością rozśmieszali całe pokolenia, w młodości przeszli przez prawdziwe piekło. Wiesław Gołas, uwielbiany jako wesoły Tomek Czereśniak, jako czternastoletni chłopiec był bestialsko torturowany w kieleckim więzieniu Gestapo, chroniąc tajemnice Szarych Szeregów. Krzysztof Kowalewski, uosobienie pogodnego gawędziarza z popularnych komedii, jako dziecko cudem uniknął zagłady, ukrywając swoje żydowskie pochodzenie po tym, jak jego ojciec został zamordowany w sowieckiej niewoli, a zaledwie rok po wojnie musiał uciekać przed pogromem. Równie wstrząsające są losy kobiet, które na ekranie emanowały radością i optymizmem. Irena Kwiatkowska, legendarna i przezabawna bohaterka kabaretów, była w rzeczywistości łączniczką w Powstaniu Warszawskim i niezwykle surową, zdyscyplinowaną perfekcjonistką, unikającą wspomnień o zbrojnym zrywie. Alina Janowska, uśmiechnięta ciotka i matka z telewizyjnych seriali, spędziła długie miesiące na Pawiaku, niemal trafiając do obozu zagłady, by chwilę później walczyć w powstaniu. Z kolei Danuta Szaflarska, uosobienie powojennej beztroski z pierwszych filmów, przetrwała ten sam zryw niepodległościowy, ukrywając się pod ostrzałem z rocznym dzieckiem na ręku.
Kino miało jednak również swoich etatowych czarnych charakterów i życiowych nieudaczników, których prawdziwe oblicza były całkowitym zaprzeczeniem ekranowego wizerunku. Emil Karewicz, dla całego narodu bezwzględny i okrutny gestapowiec Bruner, w rzeczywistości szedł na Berlin jako żołnierz polskiego wojska, a w życiu prywatnym był niezwykle spokojnym malarzem i domatorem. Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach przeszli do historii jako duet znudzonych życiem, pospolitych cwaniaków i pijaczków. Prawda o nich była jednak zupełnie inna. Maklakiewicz z bronią w ręku walczył w Powstaniu Warszawskim już jako siedemnastolatek i przeżył niemiecką niewolę, a Himilsbach, zanim stał się symbolem naturszczyka spod budki z piwem, był uznanym w środowisku pisarzem i poetą, którego przed kamerę wciągnął jego literacki talent. Podobnie Roman Kłosowski, kojarzony powszechnie z rolą irytującego donosiciela i kombinatora Maliniaka, w prawdziwym życiu był cenionym dyrektorem teatru, poważnym i wykształconym człowiekiem, który z determinacją występował na scenie nawet wtedy, gdy całkowicie stracił wzrok.
W życiorysach tych legendarnych postaci nie brakuje też skrajnych kontrowersji, moralnych dylematów i cichego heroizmu, o którym milczano przez lata. Adolf Dymsza, niekwestionowany król polskiej komedii, po wojnie został oskarżony o kolaborację i bojkotowany za występy w teatrach kontrolowanych przez Niemców. Niewielu z oburzonych widzów zdawało sobie sprawę, że ten sam człowiek w tajemnicy ryzykował życiem swoim i swojej rodziny, ukrywając we własnym domu Żydów i wyciągając kolegów z rąk Gestapo. Zupełnie inny, równie głęboki kontrast skrywał Stanisław Mikulski. Naród widział w nim agenta J-23, niezłomnego, samotnego wilka walczącego z systemem na własnych zasadach, podczas gdy aktor w rzeczywistości był niezwykle lojalnym działaczem partii komunistycznej, którego prywatne życie rozpadło się przez dramatyczną śmierć dwóch nowo narodzonych synów i przedwczesne odejście żony. Z kolei Jan Kobuszewski, najwybitniejszy komik tamtych lat, po zejściu z kabaretowej sceny okazywał się skromnym, głęboko wierzącym człowiekiem, który w poczuciu honoru odrzucił specjalne państwowe przywileje finansowe i z ogromnym oddaniem opiekował się ciężko chorą żoną.
Te dwanaście nazwisk to dobitny dowód na to, jak potężnym złudzeniem potrafi być telewizyjna rzeczywistość. Widzowie śmiali się z ludzi, którzy w sercach nosili mrok wojennej traumy, i nienawidzili tych, którzy prywatnie byli cichymi bohaterami o gołębich sercach. Polscy aktorzy tamtego pokolenia nie musieli na ekranie grać prawdziwego bólu, cierpienia, strachu czy niezłomności – oni to wszystko wcześniej przeżyli. Fakt, że potrafili wyjść na scenę i dać milionom Polaków chwilę radości, rozrywki lub napięcia, nie był wyłącznie kwestią wybitnego aktorskiego kunsztu. Było to świadectwo nadludzkiej siły ocalałych, którzy po przejściu przez najgorsze piekło potrafili założyć maskę i żyć dalej, zamykając swoje najmroczniejsze tajemnice, blizny i największe życiowe dramaty głęboko za teatralnymi kulisami.