Uncategorized

OCHMATÓW 1644: Krwawy pogrom hordy! Jak husaria ZMASAKROWAŁA 20 000 Tatarów

Stanisław Koniecki stanął naprzeciw Tatarów w trzech starciach, które Kresy pamiętały [muzyka] przez pokolenia. Pierwsze skończyło się dla niego niewolą. Drugie przyniosło mu zwycięstwo, o którym mówiono od Lwowa po Kraków. Trzecie 30 stycznia 164

roku miało rozstrzygnąć, czy to drugie nie było tylko szczęśliwym przypadkiem. Był środek zimy i mróz łamał drzewa w ukraińskich jarach. Tak zimno bywa na stepie rzadko, a jeśli już bywa, ludzie nazywają to rokiem, który zapamiętają do śmierci. Rzeki stały pod lodem tak

grubym, że można było po nich przeprowadzić armaty. Śnieg skrzypiał pod kopytami, a oddech koni zamieniał się w parę, która osiadała szronem na uprzężach i brodach. W takiej porze roku tatarzy krymscy czuli się najlepiej.

Latem rzeki i bagna chroniły osady Rzeczypospolitej, bo konnica stepowa nie mogła ich łatwo przekroczyć. Zimą ta ochrona znikała, a lód otwierał drogi tam, gdzie wcześniej były tylko błota. Dlatego wielkie najazdy na Podole, Wołyń i ziemię

Brocławską wypadały często właśnie w miesiącach, gdy wszyscy inni siedzieli przy piecach. Hanat krymski był państwem wasalnym [muzyka] sułtana osmańskiego rządzonym przez dynastię Girejów z siedzibą w Bakczysaraju.

Jego siłą nie były miasta ani twierdze, lecz ruchliwa jazda, którą Han mógł wystawić w ciągu kilku tygodni. Gdy sułtan potrzebował wojska na wojnę, wzywał tatarów. Gdy nie potrzebował, tatarze wyprawiali się na własną rękę, bo wojna była dla nich źródłem

utrzymania. Rzeczpospolita przez długie lata wysyłała do Bakczysaraju upominki, czyli w praktyce daninę w zamian za spokój, który i tak nie zawsze trwał. Między osadami polskimi a krymskimi leżały dzikie pola, rozległy pas stepu, na

którym nie było stałych miast, a jedynymi mieszkańcami byli kozacy, koczownicy i bandy rozbójników. To tamtędy wiodły szlaki tatarskie. zwane czarnym, kuczmańskim i mucha muwieckim.

Nazwy te znali wszyscy na kresach, bo oznaczały drogi, którymi nadchodziła śmierć. Cel takiego najazdu nie był polityczny, ani nawet w pierwszej kolejności wojskowy. Tatarzy szli po ludzi. Jasyr, czyli jeńców zabranych w niewolę i sprzedawanych potem na targach

niewolników w kafie na Krymie, był jednym z filarów gospodarki Hanatu. Według szacunków historyków, w ciągu dwóch stuleci z ziem Rzeczypospolitej i Moskwy uprowadzono w ten sposób od kilkuset tysięcy do miliona ludzi, choć dokładnej liczby nikt nie zna. Za jednym

czambułem, czyli oddziałem rabunkowym liczącym od kilkuset do kilku tysięcy jeźdźców, szły zwykle spętane rzemieniem kobiety, dzieci i młodzi mężczyźni. Starych i chorych zabijano po drodze, bo nie było z nich pożytku. Wieś, która nie

zdążyła uciec do lasu albo za mury, znikała z mapy w ciągu jednego poranka. Pułkownicy i rotmistrze wiedzieli, że przy takiej skali i takiej szybkości obrona od frontu nie ma sensu. Tatarzy mogli wejść w głąb kraju w 10 miejscach naraz, a wojsko koronne było jedno i

niewielkie. Dlatego pod koniec życia hetmana Koniec polskiego kresy stały się szkołą cierpliwości, w której wygrywał nie ten, kto miał więcej ludzi, lecz ten, kto wiedział wcześniej, gdzie i kiedy wróg się pojawi. W styczniu 11 roku przez granicę przeszedł

największy od lat najazd. Dowodził nim Tuhaj Bay Mirza z Pereekopu, doświadczony wódz, którego imię znali na Podolu i na Kijowszczyźnie. Według różnych relacji miał pod sobą od kilkunastu do około 20 000 jeźdźców, a niektóre późniejsze wspomnienia mówią o

liczbie jeszcze większej. Do Tatarów krymskich dołączyły oddziały Ordy Budziackiej i [muzyka] Nogajskiej. Nie jest pewne, jak głęboko Tatarzy zdążyli wejść w ziemię Rzeczypospolitej, zanim zostali zatrzymani.

Część źródeł mówi o najeździe, który dopiero się rozpędzał. Inne o hordzie już obładowanej łupem i wracającej ze stadami bydła, końmi i jeńcami. [muzyka] Wiadomo natomiast, że w pierwszej fazie nikt nie spodziewał się, że ktokolwiek wyjdzie im naprzeciw w tak mroźną porę.

Wyszedł jednak stary hetman. W 1744 roku koniec Polski miał po 50. Od 12 lat był hetmanem wielkim koronnym i od trzech dekad walczył na wschodzie. Pamiętał ludzi, którzy zginęli pod cekorą. Pamiętał własne lata w

tatarskiej niewoli i pamiętał dzień, w którym po raz pierwszy [muzyka] zobaczył tatarów uciekających przed polską jazdą. Żeby zrozumieć co się stało pod Ochmatowem trzeba więc zacząć od człowieka który tam [muzyka] stał i od dwóch spotkań z hordą które go ukształtowały.

Po drodze porównamy trzy starcia tego samego człowieka z tym samym przeciwnikiem i zapytamy o jedno. Co naprawdę się zmieniło, a co przez 24 lata pozostało takie samo. Boatów nie był bitwą z nowego rozdania. był trzecim aktem sprawy, która zaczęła się 24 lata

wcześniej na naddniestrzańskim stepie w deszczu i błocie. Rok 1620 zaczął się dla Rzeczypospolitej jak wiele innych lat na pograniczu od wieści o niepokojach w Mołdawii.

Tamtejszy gospodar wasal sułtana szukał oparcia u Polaków, a część magnatów kresowych była gotowa mu je dać. Oficjalnie państwo nie prowadziło żadnej wojny z Turcją. Nieoficjalnie na południowo-wschodnią granicę ruszyła armia, którą dowodził jeden z najbardziej doświadczonych wodzów epoki.

Od dwóch dekad polscy magnaci mieszali się w sprawy Mołdawii na własną rękę w tak zwanych awanturach mołdawskich. Szukali tam wpływów, tytułów i bogactw, a także ochrony własnych posiadłości przed tatarskimi i tureckimi napadami.

Państwo patrzyło na to z niepokojem, bo każda taka wyprawa mogła skończyć się konfliktem z sułtanem, do którego Rzeczpospolita nie była przygotowana. Stanisław Żółkiewski, hetman wielki koronny, miał wtedy około 70 lat i za sobą zwycięstwo pod Kłuszynem oraz

zajęcie Moskwy. Wiedział, że wojsko, które prowadzi jest zbyt małe na starcie z całą potęgą osmańską. Według większości opracowań miał pod sobą od ośmiu do kilkunastu tysięcy ludzi, z czego znaczną część stanowiły chorągwie prywatne panów kresowych. Przeciw niemu

szła połączona armia turecka i tatarska, której liczebność źródła oceniają różnie. Od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy. Na czele Tatarów stał Kantymir Murza, wódz Ordy Budziackiej. W drugiej połowie września 1720 roku oba

wojska starły się pod Cekorą, niedaleko Jaz. Polacy bronili się w obozie, otoczeni z każdej strony, aż brak żywności i rozbicie dowództwa zmusiły ich do odwrotu. Odwrót ruszył w kierunku Dniestru. Żółkiewski kazał ustawić wozy w ruchomy obóz, czyli Tabor, który

posuwał się naprzód z armią w środku i z jazdą przy wozach. Był to marsz tysięcy ludzi z rannymi i resztkami zapasów, ścigany dzień i noc przez lekką jazdę nieprzyjaciela, a trwał ponad dwa tygodnie. Według większości opracowań w czasie bitwy pod Cekorą zginął także syn

hetmana Jan Żółkiewski. 7 października 1620 roku wojsko polskie rozpadło się nad rzeką. Żółkiewski zginął w czasie odwrotu, a jego głowę odesłano do Stambułu. Wielu oficerów i rycerzy wpadło do niewoli albo poległo na

szlaku. Jeden z jeńców miał wtedy około 30 lat. Był młodym, ale już znanym dowódcą jazdy i nazywał się Stanisław Koniec Polski. Los takich jeńców zależał od tego, kto ich pojmał i ile pieniędzy mogła zebrać rodzina. Koniec Polski

spędził w niewoli około trzech lat. Biografowie podkreślają, że ten czas nie był dla niego wyłącznie utratą wolności, bo poznał z bliska tych, z którymi miał potem walczyć przez resztę życia. Wolność odzyskał, kiedy zebrano okup, a droga do domu wiodła przez ziemię, które

dobrze znał z dawnych kampanii. W następnym roku 1621 pod Chocimiem polska armia i kozacy zatrzymali wielką wyprawę sułtana Osmana II. Dzięki temu państwo uniknęło najazdu, który mógł je zniszczyć, ale pamięć o

cekorze nie zniknęła. Choćim ocalił kraj, a cekora zostawiła ranę, którą tak łatwo było poczuć na kresach. W Rzeczypospolitej po cekorze zapanowała trwoga. Padł hetman wielki, a razem z nim wojsko, które miało bronić granicy.

Kantymir Murza stał się na kresach postacią niemal mityczną. I przez następne lata tatarzy mogli wchodzić w głąb kraju z poczuciem, że nikt ich nie zatrzyma. Polska odpowiedź nie mogła się spóźniać, ale była tak [muzyka] słaba, jak słaby był skarb państwa, który nie płacił

nawet tym żołnierzom, których miał. Tu zaczyna się właściwa historia. Koniec polskiego. Po powrocie z niewoli dostał nie tylko urzędy, lecz przede wszystkim zadanie, które w jego pokoleniu mogło spełnić niewielu ludzi. Miał zamknąć kresy przed hordą, nie mając do tego ani pieniędzy, ani armii porównywalnej z tą,

którą stracono nad Dniestrem. Mógł liczyć na własny rozum. kilka tysięcy zawodowych żołnierzy i ludzi, którzy z nim jeździli, bo wierzyli, że wyprowadzi ich z każdej opresji. Hetmanów polskich w tamtych czasach oceniano według jednej miary. Liczyło

się, czy umieją sprowadzić wojsko do domu. Koniec Polski miał tę umiejętność w stopniu, który zadziwiał nawet jego wrogów. Nie szukał sławy w szarży na oślep. Szukał przewagi tam, gdzie inni widzieli tylko ryzyko i potrafił czekać na nią dniami, a nawet tygodniami.

Wszystko to zostało sprawdzone 4 lata po corze. Latem 172 roku tatarzy znów weszli w ziemie polskie, a na ich czele stał ten sam człowiek, który rozbił wojsko Żółkiewskiego. Kantymir Murza miał powody, by wierzyć, że powtórzy swój

sukces. Nie wiedział, że po drugiej stronie jedzie jeździec, który poznał go lepiej niż on poznał jego. Wiosną 1624 [muzyka] roku Kantymir Murza przeszedł z Ordą przez ziemie ruskie i Podolskie, a za nim jak zawsze ciągnęły kolumny jeńców i

stada zdobytego bydła. Koniec Polski. Wówczas hetman, polny koronny nie rzucił się na niego z tym, co miał pod ręką. zebrał wojsko, wysłał przodem zwiadowców i ruszył za ordą jak za zwierzem, którego nie wolno spłoszyć. Według relacji późniejszych kronikarzy, przez

kilka dni po prostu szedł za jej śladem, czekając, aż tatarzy popełnią błąd. Błąd przyszedł nad Dniestrem, pod Martynowem. Orda obciążona łupem i rozciągnięta na przeprawie utraciła to, co stanowiło jej największą siłę, czyli szybkość i

swobodę manewru. Koniec Polski uderzył w chwili, gdy część Tatarów była jeszcze [muzyka] na jednym brzegu, część na drugim, a jeńcy, konie i bydło tarasowały każdy brud. Rozstrzygnięcie nastąpiło szybko. Wojsko Kantymira zostało rozbite, wielu jeńców odbito, a

jego samego opuściło to, co przez 4 lata dawało mu pewność siebie. Dla Koniec polskiego był to rewanż, ale zimny, wyliczony na tygodnie marszu i dni oczekiwania. Dla kresów był to dowód, że Tatarów można pokonać nawet po klęsce,

jaką była Cekora. Dla samej Ordy był to sygnał, że Rzeczpospolita ma nowego przeciwnika, który nie daje się wciągnąć w ich ulubioną grę. Warto na chwilę zatrzymać się przy tym, co różniło oba starcia i co pozwoli zrozumieć Ochmatów.

Pod Cecorą [muzyka] Tatarzy zamknęli Polaków w obozie, odcięli od wody i zmusili do odwrotu przez otwarty step, na którym lekka jazda ma przewagę nad każdym innym wojskiem. Pod Martynowem hetman [muzyka] odwrócił tę sytuację. To tatarzy znaleźli się w

miejscu, z którego nie mogli uciec, bo obciążał ich własny łup. Pod Cekorą decydowała liczba. Pod Martynowem decydowała chwila, pod Cekorą Polacy byli wojskiem, które idzie za cudzym planem. Pod Martynowem to oni ustalili

tempo i miejsce starcia. Tę różnicę koniec Polski przeniósł potem na wszystko, co robił na Kresach przez 20 lat. Jeśli lubisz opowieści o hetmanach, którzy wygrywali nie liczbą, ale rozumem, zajrzyj na naszym kanale do filmu o Cekorze. Tam zobaczysz tę samą

rzekę, ten sam stepowy wiatr i tych samych ludzi. Tyle że w dniu, w którym wszystko poszło źle. Zasubskrybuj kanał, żeby nie przegapić kolejnych bitew z kresów. Po Martynowie droga hetmana do pełni władzy była już prosta. W 1642

roku wielka buława hetmańska trafiła w jego ręce. Przez następne 12 lat nie wypuszczał kresów z rąk. Jak to robił, najlepiej widać w liczbach i kamieniach. Zamiast czekać, aż tatarzy przyjdą, budował system, który miał ich zatrzymywać i spowalniać. Rozstawiał

garnizony w zamkach i miastach pogranicza. utrzymywał sieć zwiadowców, czyli czat wysuwanych daleko na step, którzy mieli widzieć wroga, zanim on zobaczy Polaków. Dbał o to, żeby wojsko kwarciane, czyli opłacane z czwartej części dochodów królewszczyzn, otrzymywało żołd na tyle

regularnie, by nie rozpadało się w ciągu zimy. Wspierał też budowę fortyfikacji, które do dziś stoją w pamięci kresów. Najsłynniejszą z nich była twierdza w brodach. ufortyfikowana według nowoczesnych wzorów bastionowych, gdzie hetman miał rezydencję. W 1645 roku nad

Dnieprem w miejscu zwanym Kudak powstała warownia, która miała pilnować rzeki i ograniczać wyprawy kozackie na Morze Czarne, bo te prowokowały sułtana. Kozacy zdobyli ją i zburzyli jeszcze w tym samym roku, lecz niedługo potem została odbudowana i znów stała się

ważnym punktem obrony. Najtrudniejszym partnerem w tej układance byli Kozacy. Rzeczpospolita potrzebowała ich jako zwiadowców i żołnierzy, a jednocześnie bała się ich niezależności. W 1647 i 164 roku wojska pod zwierzchnictwem hetmanów

tłumiły kolejne powstania kozackie, a ordynacja z 1648 roku mocno ograniczyła liczbę kozaków rejestrowych, czyli tych, którzy mogli służyć za żołd. Dla kresów oznaczało to krótkotrwały spokój kupiony za cenę narastającego żalu, który po latach miał wybuchnąć z pełną siłą. Zmiany dotknęły

też samego wojska. Koniec Polski widział, że husaria, choć nie do zastąpienia w szarży, nie wystarczy do wojny, w której przeciwnik nie stoi, tylko krąży. Dlatego rosła rola piechoty i artylerii, a także pancernych i chorągwi kozackich, czyli średniej i

lekkiej jazdy zdolnej do pościgu. W jego armii tradycyjna szarża ciężkiej kawalerii stawała się częścią większej całości, nie jedynym argumentem. Gdy w styczniu 164 do roku przyszła wiadomość o nowym najeździe Tuhajbea, koniec

Polski miał więc za sobą dwa starcia z Ordą. 20 lat prób i błędów oraz armię, która nie przypominała już tej zceory. Miał też coś, czego brakowało jego wrogom. wiedział, że tatarzy są przewidywalni w jednej sprawie w

sposobie rozpoczynania bitwy. Zacznijmy od tego, jak hetman dowiedział się o nadejściu hordy. W 1644 roku nie istniało nic, co przypominałoby dzisiejszy wywiad. Były natomiast czaty, czyli małe oddziały konne wysyłane

daleko na step i były stanice kozackie, które miały zapalać ognie na wieżach obserwacyjnych. Gdy tatarzy pojawiali się na horyzoncie, do tego dochodzili jeńcy, szpiedzy i chłopi uciekający z zagrożonych wsi. Z takich okruchów

trzeba było poskładać obraz tego, co się dzieje. Czas był tu ważniejszy niż liczba żołnierzy. Tatarzy, gdy już weszli w głąb kraju, rozpraszali się w kilkanaście lub kilkadziesiąt mniejszych czambułów, które rozbiegały się po okolicy w poszukiwaniu wsi i jeńców.

Takiego rozproszonego przeciwnika nie dało się złapać w jednej bitwie. Dlatego hetman miał jedną szansę, żeby uderzyć na Ordę, zanim się rozpierzchnie, kiedy jej siły wciąż jechały razem. Według relacji, które do nas dotarły, koniec Polski wiedział o zbliżającym się

najeździe na tyle wcześnie, że zdążył zebrać wojsko. Nie było to łatwe, bo zima nie sprzyjała koncentracji. Drogi stały w zaspach, żołd był opóźniony, a część chorągwi rozlokowano na leżach zimowych po różnych miastach i wsiach. Hetman wezwał jednak wszystkich,

których mógł wezwać i wyruszył z tym, co miał. Nie czekając na resztę. Armia, która ruszyła na spotkanie Tuhajbeja liczyła według większości opracowań około 5000 żołnierzy, choć w niektórych przekazach pojawia się liczba do 7000.

Była to mała siła w porównaniu z hordą, ale bardzo dobrze zgrana. Trzon stanowiły chorągwie kwarciane, czyli zawodowe oddziały opłacane przez państwo, uzupełnione przez ludzi magnackich, którzy przyszli z własnymi poczetami.

Według części opracowań w wojsku znajdowali się także Jeremi Wiśniowiecki i hetman polny Mikołaj Potocki, choć o szczegółach ich udziału źródła mówią niejednakowo. Warto powiedzieć z jakich formacji składała się ta armia, bo od tego zależy

zrozumienie dalszego przebiegu bitwy. Najbardziej znaną formacją była Husaria. Ciężka jazda uzbrojona w drzewce o długości od 4,5 do ponad 5 m. szable, koncerze i pistolety.

Husarze nosili zbroje z napierśnikami i hełmy typu szyszak, a przy siodle wozili charakterystyczne skrzydła z piór, które według tradycji miały płoszyć wrogie konie hukiem w czasie galopu. Szarża Husari nie była męczącym pościgiem. To

był jeden potężny cios wymierzony w momencie, gdy przeciwnik się rozciągnął. Husarz nie był zwykłym żołnierzem. Służył zazwyczaj z własnego majątku, a jego sprzęt kosztował tyle, ile warta była niewielka [muzyka] wieś. Horągiew husarska składała się z towarzyszy,

czyli szlachciców, którzy każdy prowadził za sobą własny poczet, to znaczy kilku zbrojnych służących i dodatkowe konie. Dzięki temu w jednej chorągwi kilkudziesięciu towarzyszy oznaczało w praktyce ponad 100 jeźdźców.

którzy znali się od lat i potrafili jechać razem w jednym szyku. Drugą formacją byli pancerni, zwani tak od kolczugi i płytowych elementów zbroi, którą nosili. Była to średnia jazda, mniej efektowna od [muzyka] Husari, ale bardziej uniwersalna, zdolna do walki w

szyku i do pościgu. Obok nich jeździły chorągwie kozackie, nazywane tak od sposobu walki, nie od narodowości. Był to rodzaj lekkiej jazdy z lancami, szablami i bronią palną, który do zwiadu i ścigania uciekających nadawał się

lepiej niż ktokolwiek inny w polskiej armii. Armię wzmacniała piechota w dużej części obcego autoramentu, czyli uzbrojona i szkolona na wzór zachodni. Muszkieterowie strzelali z ciężkich broni opartych na widełkach, a pikinierzy chronili ich przed jazdą. Do

tego dochodziła artyleria polowa. Działa małego i średniego kalibru, które można było przewozić na saniach i wozach. W latach, gdy koniec Polski rządził wojskiem, ta kombinacja ognia, żelaza i ruchu stała się jego znakiem rozpoznawczym.

Po drugiej stronie stała Orda jakiej nie spotykało się w Europie Zachodniej. Tatar Krymski był od dzieciństwa jeźdźcem i łucznikiem, a jego głównym orężem był łuk refleksyjny sklejony z drewna, rogu i ścięgien. Z takim łukiem doświadczony strzelec trafiał w cel z

odległości kilkudziesięciu kroków, a w ciągu kilku sekund puszczał kilka strzał. Każdy jeździec miał zwykle dwa lub trzy konie, które zmieniał w czasie marszu, dzięki czemu Orda mogła pokonywać dziesiątki kilometrów dziennie. Nie zatrzymując się dłużej niż to konieczne. Tatarzy nie lubili

frontalnych starć z ciężką jazdą, w których tracili największą przewagę, czyli ruchliwość. Ich ulubionym sposobem walki było manewrowanie na skrzydłach, ostrzał z dystansu, pozorowane ucieczki i nagłe zawracanie, by uderzyć na rozciągniętą kolumnę. Gdy mieli przewagę

liczebną, stosowali manewr zwany tulgą. Polegał on na otaczaniu przeciwnika półksiężycem, którego ramiona zamykały się coraz ciaśniej, aż zostawały tylko dwie możliwości: rozbić pierścień albo zginąć. Do tego wszystkiego dochodziły względy praktyczne. Orda nie miała

taborów w naszym rozumieniu tego słowa. Jedzenie wiozła w jukach, a konie karmiła tym, co znalazły pod śniegiem. To dawało jej szybkość, ale sprawiało, że każdy dłuższy postój kosztował ją więcej niż Polaków. Zima, która pomagała tatarom wejść w głąb kraju, utrudniała

im jednocześnie walkę, bo konie stepowe, mniejsze i lżejsze od polskich, słabo znosiły lód i głęboki śnieg. Koniec Polski znał te słabości z własnego doświadczenia. Według przekazów jego wojsko ruszyło szybko i lekko z ograniczonym taborem, a

marsz w zimowym mrozie kosztował ludzi więcej sił niż późniejsza walka. Żołnierze mieli jeść w siodłach i spać krótko, bo każda godzina postoju zmniejszała szansę, że dotrą na miejsce przed hordą. Nie wszystkie szczegóły tej zimowej wyprawy są pewne. Późniejsi

autorzy chętnie dodawali rozmaite ozdobniki, jak sanie bojowe z artylerią czy specjalne podkowy z ostrymi hacelami i trudno dziś ustalić co jest prawdą, a co legendą, która urosła przez 3 i pół wieku. Pewne jest natomiast to, że

hetman dotarł w okolic ochowa przed tatarami albo w tym samym czasie co oni i że wybrał pole, na którym mała armia mogła walczyć z dużą. Warto zrozumieć co oznaczała zima dla obu stron. Polscy żołnierze potrzebowali owsa i siana dla

koni, a przy trzaskającym mrozie zapasy topniały szybciej niż można było je uzupełniać. Ogniska, które pozwalały przetrwać noc, zdradzały pozycje wojsku, które chciało pozostać niezauważone. Z kolei konie tatarskie radziły sobie lepiej. Przywykły do wygrzebywania

kopytami suchej trawy spod śniegu i mogły iść tygodniami bez paszy, jaką wożono dla koni polskich. Po tatarskiej stronie nikt nie pamiętał cek kory lepiej niż ci, którzy w niej uczestniczyli.

Zwycięstwo Kantymira z 1620 roku stało się częścią opowieści, którą miżowie przekazywali młodszym wojownikom, a z nią utrwaliła się wiara, że Polaków da się zamknąć w obozie i wykończyć głodem.

Nawet klęska pod Martynowem nie zmieniła tego przekonania, bo można ją było tłumaczyć przypadkiem i przeprawą, na której zabrakło szczęścia. Tuaj Bay szedł więc na ochmatów z doświadczeniem kilkunastu wypraw i z pewnością, że wie jak walczy się z

Polakami. Zima była więc tym, co równało szansę w sposób, który nie dawał żadnej ze stron pewności. Polacy mieli ciepłe ubrania i dowódcę, który znał kresy. Tatarzy mieli wytrzymałe konie i liczebność. który z tych czynników okaże się ważniejszy,

miało rozstrzygnąć pole bitwy, a nie żaden plan. Ochmatów w tamtych czasach był niewielkim miasteczkiem na pograniczu ziemi braciej i kijowskiej położonym wśród wzgórz, jarów i stawów, które w zimie zamarzały i zamieniały się w płaskie tafle lodu. Takie

ukształtowanie terenu działało na korzyść obrońcy. Wzgórza dawały osłonę artylerii i widok na dolinę. Jary pozwalały ukryć jazdę, a groble i mosty zmuszały przeciwnika do skupiania się w wąskich miejscach. Dokładny układ polskich szyków pod Ochmatowem znamy

tylko z późnych i niepełnych relacji, więc trzeba go traktować jak rekonstrukcję. Najczęściej opisuje się go tak. Rankiem 30 stycznia 164 roku piechota i działa stały na wyniosłościach w centrum, tak aby zasłaniały drogę prowadzącą przez

dolinę. Jazda pozostawała w odwodzie, częściowo ukryta za wzgórzami i wiarach, żeby tatarzy nie widzieli jej liczebności. Przed linię wysunięto oddział straży przedniej, który miał pokazać się wrogowi i sprowokować go do ataku. To był stary i sprawdzony manewr. Tatarzy,

widząc małą grupę polskich żołnierzy przed sobą, nie mogli oprzeć się pokusie. Dla nich takie widoki oznaczały łatwy łup, a przy ich przewadze liczebnej każdy oddział, który wysunął się przed linię, wydawał się łatwy do otoczenia.

W ich oczach koniec Polski był wodzem, który popełnił błąd, ruszając na nich z kilkoma tysiącami ludzi. Gdy rozwidniło się nad doliną, polscy oficerowie na wzgórzu zobaczyli na horyzoncie ciemną linię jazdy. Według opisów Tatarzy schodzili ze stepu szeroką ławą, z

końskimi ogonami na proporcach i z sajdakami przy bokach. Z tak dużej odległości [muzyka] nie było słychać nic poza głuchym dudnieniem kopyt w o zmarzniętą ziemię. Pierwsze starcie jak w większości bitew z tatarami zaczęło się od potyczki straży przedniej. Przed

polską linią stał niewielki oddział jazdy, który wysunięto tak, żeby wróg widział go z daleka. Orda ruszyła w jego stronę szeroką ławą, jak to miała w zwyczaju i od razu zaczęła rozciągać skrzydła. Według opisów [muzyka] Tuhaj Bay rozpoczął

manewr, który znał od dzieciństwa, czyli Tulgę. Dla kogoś, kto widzi to z polskiego wzgórza, wygląda to tak, jakby na horyzoncie rosły dwa ramiona. Jedno skręca w lewo, drugie w prawo, a środek ordy posuwa się wolniej i czeka.

Tatarzy w ten sposób okrążali każdego przeciwnika, który nie miał osłonięcia i zmuszali go do obrony na wszystkie strony [muzyka] naraz. Taki pierścień bywał śmiertelny dla każdej armii, która nie była na niego przygotowana.

Pod cecorą zadziałał także. Na polskim wzgórzu panowała w tym czasie cisza, jaka zapada tuż przed bitwą, kiedy wszyscy wiedzą, co ich czeka i nikt nie chce mówić o tym głośno. Słychać było parskanie koni, brzęk wędzideł i kroki oficerów przechodzących wzdłuż linii.

Piechurzy sprawdzali ląty i proch, a jeźdźcy poprawiali popręgi. Chorągwie husarskie stały w jarach za wzgórzem. Także ich skrzydła i proporce nie wystawały nad grzbiet. Pierwsze strzały padły z łuków. Tatarzy podjechali na odległość strzału i zaczęli posyłać w

stronę polskiej straży chmury [muzyka] strzału, które lecąc w mroźnym powietrzu wydawały cichy, syczący dźwięk. Konie rżały i parskały, wyrzucając z nozdrzy kłęby pary. Ludzie wokół nich mieli twarze pokryte szronem, a metal broni był tak zimny, że przylepiał się do

skóry. Straż przednia odpowiadała ogniem z broni palnej i wycofywała się powoli zgodnie z planem. Takie wycofanie było ryzykowne, bo przy małej liczbie ludzi łatwo zamieniało się w prawdziwą ucieczkę. Jego sens polegał na tym, żeby cofający się jeźdźcy utrzymali szyk i

pociągnęli za sobą pościg, który wprowadzi tatarów w pole ostrzału. Orda zrobiła dokładnie to, czego od niej oczekiwano. Część jazdy ruszyła za wycofującym się oddziałem, a główne siły dalej [muzyka] rozciągały się po bokach.

Tatarom wydawało się, że wystarczy zamknąć pierścień, a przeciwnik sam złoży broń albo rozbiegnie się w panice. Takie doświadczenia mieli pod Cekorą, gdzie to Polacy byli osaczeni i głodni. Ten obraz był odwróceniem cekory. W 1620 roku to Polacy stali w kręgu wozów, a

orda krążyła wokół nich i czekała na zmęczenie. Teraz stał ten, kto miał za sobą wzgórze i działa, a krążył ten, kto liczył na to, że przeciwnik pęknie pierwszy. Ale pod Ochmatowem było inaczej, bo polski obóz nie stał w kotle, tylko na wzgórzu. Gdy czoło

tatarskiej jazdy zbliżyło się do linii piechoty, zagrały działa. Strzelały kartaczami, czyli pociskami wypełnionymi drobnymi kulami i kawałkami żelaza, które na krótkim dystansie rozrywały zwarte grupy jeźdźców. W gęstej [muzyka] ławie ordy otworzyły się wyrwy, w

których ginęli ludzie i konie. Muszkieterowie dołożyli swoje, strzelali salwami z szeregu, a ci, którzy oddali strzał, cofali się na tył, żeby przeładować broń, podczas gdy następny szereg wychodził naprzód. Ładowanie ciężkiej broni na mrozie zajmowało wiele

czasu i wymagało sprawnych palców, ale zdyscyplinowana piechota potrafiła utrzymać ogień na tyle długo, by zatrzymać pierwsze natarcie. Różnicę dobrze widać, jeśli postawić obok siebie trzy bitwy. Pod Cekorą Polacy bronili się w obozie, a Orda

mogła czekać, aż pragnienie i głód zrobią swoje. Pod Martynowem przeciwnika złapano na przeprawie, gdy własny łup odebrał mu ruchliwość. Pod Ochmatowem po raz pierwszy ogień piechoty i dział działał w polu na terenie wybranym przez Polaków. I to on, a nie szarża,

rozstrzygnął pierwszą fazę bitwy. Dla jeźdźców stepowych było to doświadczenie, do którego nie byli przyzwyczajeni. Przywykli do wojny z jazdą, która szarżowała na nich i dawała się wciągać w pościg albo z obozami, które trzeba było oblegać.

Ogień z regularnej linii piechoty i dział ustawionych na wzgórzu zmuszał [muzyka] ich do rozbicia szyku. Konie, które nie znały huku armat, stawały dęba i zrzucały jeźdźców. Tu Bay miał wciąż 20 [muzyka] 000 ludzi, z czego tylko część zdążyła zaangażować

się w walkę i miał za [muzyka] sobą otwarty step. Nie zawrócił jednak. Rzucał na polską linię kolejne grupy jazdy, jak podają relacje raz po raz, jakby wierzył, że przy czwartym czy piątym podejściu pierścień się zamknie.

Nie zamknął się. Polskie chorągwie osłonięte ogniem trzymały linie, a zniszczenia w szeregach Ordy narastały. Tatarzy zbliżali się do wzgórza i padali, odpływali i wracali, a każde takie podejście było krótsze od poprzedniego.

Konie wyczerpane marszem i mrozem słabły, a jeźdźcy, którzy przybyli z dalekiego Krymu, nie mieli już świeżych wierzchowców, [muzyka] by zmienić je w czasie walki. Hetman czekał. Relacje podają, że obserwował całą tę scenę ze wzgórza i nie wydał

rozkazu do szarży, dopóki Orda nie zaczęła tracić szyku. Ramiona półksiężyca, które miały zamykać się wokół Polaków, rozciągnęły się tak szeroko, że straciły łączność ze środkiem. Każdy oddział walczył sam dla siebie, a tatarzy zaczęli się mieszać

między sobą. W takich chwilach przechylała się szala bitwy, choć z pozycji pojedynczego żołnierza nic tego nie zapowiadało. Dla piechura, który od godziny odpierał natarcia, każda kolejna fala wyglądała tak samo groźnie jak poprzednia. Dla tatara, który galopował w stronę

wzgórza, każdy kolejny pocisk z armat był równie zaskakujący. O wyniku decydowało to, kto pierwszy straci siły i wolę dalszej walki. To był moment, który w sztuce wojennej nazywa się chwilą kryzysu przeciwnika.

Trwa krótko, czasem kilka minut i trzeba go rozpoznać na odległość, bez żadnych instrumentów, jedynie na podstawie doświadczenia. Według późniejszych opisów koniec Polski rozpoznał go tak, jak rozpoznał pod Martynowem, że przeciwnik jest rozciągnięty i słaby. Na

jego znak wyszły z ukrycia chorągwie jazdy. Pierwsza ruszyła Husaria. Pancerni i chorągwie kozackie wyszły ze skrzydeł tak, żeby uderzyć na boki i zamknąć drogę odwrotu. Od tej chwili wszystko, co działo się na polu, układało się wokół jednej długiej,

ciężkiej szarży, która miała rozstrzygnąć bitwę w ciągu kilku minut. Husarze zeszli ze wzgórza stępa, potem kłusem, na koniec galopem, trzymając szyk w jednej linii, kolano przy kolanie z lancami skierowanymi [muzyka] w stronę przeciwnika. Husaria nie szarżowała od

razu w galopie. Według opisów zbite w X wieku chorągwie szły najpierw z tęa, potem kłusem, a dopiero na ostatnich kilkuset krokach przechodziły do galopu, żeby konie nie zmęczyły się przed uderzeniem i żeby szyk pozostał zwarty.

Im bliżej wroga, tym ciaśniej jechali jeźdźcy, kolano przy kolanie. Także zderzenie następowało całą linią na raz. To właśnie zwartość, a nie sama szybkość dawała Husari siłę przebijania. Koniec Polski, który po cekorze trafił do tatarskiej [muzyka] niewoli, dowodził

teraz jazdą, która miała złamać ten sam rodzaj wroga, który kiedyś wziął go do niewoli. Źródła nie mówią, co czuł w chwili, gdy Husaria ruszyła. Wiadomo tylko, że szarża została wykonana dokładnie wtedy, gdy ordzie zaczęły rozsuwać się skrzydła, a nie wcześniej.

Pościg, jak w większości bitew tego okresu, przejęły lżejsze oddziały, czyli pancerni i jazda kozacka. Husaria musiała po uderzeniu zebrać szyk i nie nadawała się do ścigania uciekających po śniegu. Tatarzy nie byli w stanie przyjąć takiego uderzenia. Ich konie

były mniejsze i lżejsze, a szyk, który mieli rozciągnięty na bokach i cienki w środku, [muzyka] rozpadł się w chwili zderzenia. Część jeźdźców próbowała uciec, część walczyła do końca, lecz cała linia, która jeszcze przed chwilą zdawała się zamykać wokół Polaków,

popękała na dziesiątki grup. Za Husarią weszli pancerni i chorągwie kozackie, żeby dobić tych, którzy próbowali się przegrupować. Klęska ordy nie nastąpiła w jednej chwili, tylko rozlała się po polu jak pęknięcie na lodzie. Najpierw załamało

się jedno skrzydło, potem drugie, a w końcu środek, w którym Tuhaj Bay próbował jeszcze utrzymać oddziały pod swoim bezpośrednim dowództwem. Ci, którzy mieli szybsze konie, uciekali na step. Ci, których konie zdołały jeszcze iść, ginęli pod ostrzem Szabel albo w

zaspach, w które wpadali bez tchu. Dla tatarskiej jazdy ucieczka nie była niczym nowym. Pozorowane odwroty należały do jej arsenału od wieków i polskie wojsko znało je doskonale. Dlatego Hetman, jak podają relacje, zakazał ściągania się w pościgu bez ładu

i rozkazał utrzymać szyk. Nie chciał, żeby jego jazda rozciągnięta i zmęczona wpadła w zasadzkę stworzoną przez udającego ucieczkę nieprzyjaciela. Gdy jednak stało się jasne, że to nie jest manewr, tylko rozpad, pościg ruszył na dobre. Ścigano uciekających przez

wiele kilometrów. Dokładny dystans nie jest znany, bo relacje różnią się w tej sprawie tak, jak różnią się w sprawie wszystkiego innego. Wiadomo natomiast, że zimowy dzień był krótki i że przy mrozie, który tego dnia panował, każdy jeździec pozbawiony kożcha albo konia

miał niewielkie szanse przeżyć noc. Mróz zabijał nie mniej skutecznie niż polskie [muzyka] szable, a część tych, którzy uszli przed Polakami nie dotarła do Krymu. W tym samym czasie na polu bitwy robiło się cicho. Zostały na nim martwe

konie i ludzie, porzucone łuki, sajdaki z pękniętymi paskami i zdarte z ciał korzuchy. Ranni tatarzy, o ile nie zabrali ich ze sobą uciekający, czołgali się w śniegu. albo leżeli bez ruchu.

Polscy żołnierze, którzy przetrwali bitwę, stali w szyku z oddechem zawieszonym w parze nad głowami, a ich konie [muzyka] dygotały z zimna i zmęczenia. Wedle części relacji Orda miała już ze sobą Jasyr, to znaczy ludzi pojmanych w czasie wcześniejszych napadów, których prowadzono spętanych w

kolumnie. Jeśli tak było, to dla nich bitwa pod Ochmatowem miała zupełnie inne znaczenie niż dla żołnierzy. Dla nich nie rozstrzygała się tam kwestia sławy ani taktyki. Rozstrzygało się to, czy zostaną sprzedani na targu niewolników w kafie, czy wrócą do domów. Kiedy polscy

żołnierze rozcięli więzy i odepchnęli na bok tatarskich pachołków, którzy zostali przy jeńcach, wokół rozległ się płacz, krzyk i modlitwa. Ludzie, którzy jeszcze przed południem szli w kierunku Krymu w Pętach, teraz wchodzili do polskiego obozu, gdzie dostawali okrycia i ciepłą

strawę. Dla wielu z nich skończyło się trwające tygodnie piekło, które znali z opowieści sąsiadów, a teraz przeżyli na własnej skórze. Mróz zbierał żniwo także po polskiej stronie. W takich zimowych kampaniach rannych i wyczerpanych żołnierzy zabijało często zimno, a nie

rany. i odmrożenia stóp i dłoni były równie częste jak obrażenia od broni. Szewcy, kowale i felczerzy w obozie mieli tego dnia więcej pracy niż kiedykolwiek, a ci, którzy przeżyli noc, rano z trudem zginali palce. Dokładnej liczby uwolnionych nikt nie policzył z

pełną pewnością. W relacjach pojawiają się tysiące osób, a w opisach późniejszych autorów liczba ta rośnie wraz z odległością od wydarzeń. Podobnie jest z końmi i bydłem, które zdobyto na Ordzie. Pewne jest tylko to, że zwycięstwo przyniosło polskim żołnierzom

bogaty łup, a rodzinom na kresach wieści o tych, których uważano za zaginionych w Tatarii. Strat polskich nie znamy dokładnie. Opracowania mówią zgodnie, że były niewielkie w porównaniu ze stratami Ordy, choć różnią się w liczbach i w ocenie. Czy mowa o setkach, czy o

mniejszej liczbie poległych. W kronikach i wspomnieniach nikt nie twierdzi, że Polacy ponieśli ciężką klęskę. Dla wojska, które liczyło około 5000 ludzi i mierzyło się z hordą cztery razy większą, była to różnica, która mówiła sama za siebie. Po stronie tatarskiej

szacunki są znacznie bardziej rozbieżne. Starsze opracowania polskie mówiły o kilku tysiącach poległych, a niektóre późniejsze o kilkunastu, co wygląda na przesadę, bo żadne źródło z epoki nie opisuje pobojowiska tak wielkiego.

Realistycznie można powiedzieć tylko tyle, że Orda straciła dużą część siły, a jej dowódcy nie byli w stanie odbudować morale na całą resztę zimy. Słuchaj Bay uszedł z życiem. Według przekazów był jednym z tych, którzy w porę zrozumieli, że bitwa jest przegrana

i zawrócił konia razem z kilkoma towarzyszami. Przeżył, bo jego ucieczka była szybka i bo inni zginęli, osłaniając odwrót. Tego dnia uciekł polskim szablom, ale nie ucieknie już przed pamięcią kresów, które zapamiętały go jako wodza, który

przegrał u Ochmatowa. Po bitwie wojsko robiło to, co robiło po każdym zwycięstwie. Zbierano broń i konie, liczono rannych, dzielono zdobycz między chorągwie, a po obozie krążyli księża, którzy odprawiali modlitwy za poległych i dziękczynne nabożeństwa za ocalonych.

Rannych polskich żołnierzy układano w chatach pobliskich wsi, bo zimą nikt nie przeżyłby nocy pod gołym niebem. tatarskich jeńców, jeśli ich wzięto, odprowadzano do obozu, gdzie czekali na los, o którym dziś niewiele wiemy.

Wieczorem 30 stycznia na pobojowisku zapadła ciemność, tak jak zawsze na zimowym stepie, nagle i bez ostrzeżenia. Żołnierze rozpalali ogniska, zwoływali towarzyszy i opatrywali rannych. Hetman, jak wynika z relacji, wydał rozkazy

dotyczące zabezpieczenia obozu na noc. Bo wiedział, że rozbita Orda może jeszcze zawrócić, a pościgi nie zawsze kończą się tak, jak zaczynają. To była noc, w której wiele rzeczy mogło się jeszcze odwrócić, ale nic takiego się nie stało. Rano okazało się, że tatarze

zniknęli w stepie, a polskie wojsko, choć zmęczone, było cało. Rewanż za Cekorę, który zaczął się 24 lata wcześniej nad Dniestrem, został dopełniony w śniegu pod Ochmatowem. Gdy opadł pierwszy zachwyt, a wojsko wróciło do kwater, trzeba było zadać pytanie,

które zadaje się po każdej wygranej bitwie. Co ona właściwie zmieniła? Odpowiedź w przypadku Ochmatowa jest bardziej skomplikowana niż sugerują efektowne tytuły. Z jednej strony zwycięstwo było ogromne, z drugiej nie zmieniło sytuacji tak, jak chciałby tego

hetman. Najpierw to, co jest oczywiste. Orda Tuhajbeja nie wróciła na Krym z tym, z czym wyruszyła. Straciła ludzi, konie i pewność siebie, a jej dowódca musiał tłumaczyć się przed Hanem. Dla kresów oznaczało to kilka

spokojniejszych miesięcy, w których wsie i miasteczka mogły odetchnąć. To nie było mało, bo na pograniczu każdy spokojny sezon oznaczał zebrane żniwa i niezabrane dzieci. Wieść o klęsce rozeszła się szybko, choć nie wiemy dokładnie jak odebrano ją w

Bakczysaraju i w Stambule. Późniejsi autorzy chętnie malowali sceny żałoby na dworze Hana i gniewu Sułtana. Jednak źródła nie pozwalają potwierdzić tych obrazów. Wiadomo natomiast, że przez kilka kolejnych lat Tatarzy nie wyprawiali się w głąb Rzeczypospolitej w

takiej sile jak w 1644 roku. Był to najlepszy dowód, że lekcja została odrobiona. Warto teraz zatrzymać się przy tym, co różni ochmatów od obu poprzednich spotkań hetmana z Ordą. Pod Cecorą Polacy zostali zamknięci w obozie

i musieli uciekać przez step pod ciągłym ostrzałem. Pod Martynowem to tatarzy zostali zaskoczeni w chwili, gdy ich własne zdobycze krępowały im ruchy. Pod Ochmatowem po raz pierwszy doszło do bitwy w polu, w której obie strony widziały się nawzajem od rana do wieczora, a mała armia stanęła naprzeciw

dużej, bez żadnego triku z przeprawą. Zmieniło się więc przede wszystkim to, kto narzucał warunki. W 1620 roku narzucali je Tatarzy i Turcy. W 1624 roku koniec Polski wybrał moment i miejsce, kiedy przeciwnik był

najsłabszy. W 164 roku wybrał teren, na którym obrona i kontratak mogły się uzupełniać i poczekał, aż wróg sam rozciągnie swoje szyki. To różnica między wodzem, który reaguje, a wodzem, który ustawia grę.

Zmieniło się także samo wojsko. Armia z 1620 roku opierała się głównie na jeździe, a piechota i artyleria odgrywały w niej mniejszą rolę. W 1644 roku hetman dysponował wojskiem, w którym ogień piechoty i dział

przygotowywał uderzenie jazdy. Husaria nie była już samotnym bohaterem, tylko ostatnim etapem sekwencji, w której każdy rodzaj broni miał swoje zadanie. Jest jeszcze jedna warstwa tej historii, która dziś robi największe wrażenie. W wojsku koronnym służyli wtedy także

kozacy rejestrowi, czyli ci, którzy za żołd i przywileje stawali po stronie Rzeczypospolitej. Według części opracowań w kampanii zimowej 1645 roku brał udział także Bogdan Chmielnicki, choć jego rola jest niepewna i badacze spierają się, czy w

ogóle był pod ochmatowem. Gdyby to była prawda, oznaczałoby to, że człowiek, który za cter lata miał zniszczyć polską armię, mógł stać w jednej linii z hetmanem, który tę armię budował. A co się nie zmieniło? Tatarzy walczyli tak, jak zawsze. Pierścień, tulga, pozorowana

ucieczka, strzały z dystansu. Wszystko to znali z poprzednich dekad i wszystko to powtórzyli. Mieli dobrą taktykę, ale zbyt przewidywalną. Kiedy przeciwnik przestał popełniać błędy, które ta taktyka wykorzystywała, Orda straciła przewagę, a nie miała

pomysłu, jak ją odzyskać. Zanim ocenimy skalę zwycięstwa, trzeba zapytać o liczby, bo to one budzą najwięcej emocji. 20 000 to według większości źródeł siła Ordy, a nie liczba jej poległych. Strat tatarskich nikt nie policzył z dokładnością, jakiej

oczekujemy od współczesnej statystyki. Mówi się o tysiącach, a w niektórych relacjach o kilkunastu tysiącach. Ale każdą taką liczbę trzeba traktować jak szacunek, a nie jak wynik rachunku. Nie zmienia to jednak oceny całego starcia.

Kiedy mała armia rozbija cztery razy większą, a sama traci niewielu ludzi, nie trzeba przesadnych [muzyka] liczb, żeby zrozumieć, że to było zwycięstwo wybitne. Weźmy jeszcze jedno zestawienie. Pod Cecorą Polacy mieli kilka tysięcy żołnierzy przeciw kilkunastu lub kilkudziesięciu tysiącom

wrogów i przegrali. Pod Martynowem hetman miał mniej ludzi niż przeciwnik i wygrał. Pod ochmatowem również miał mniej i wygrał jeszcze wyraźniej. We wszystkich trzech starciach Polacy byli liczebnie słabsi. Zmieniło się nie to, ile mieli, tylko to, jak tego

używali. Warto też powiedzieć co mogło pójść inaczej, bo to najlepiej pokazuje jak wiele ryzykował hetman. Gdyby tatarzy zaatakowali z kilku stron na raz i przełamali polską piechotę, jazda stojąca w jarach nie miałaby już czasu na szarżę. Gdyby Husaria wyszła zbyt

wcześnie, rozbiłaby się o niezłamany jeszcze szyk ordy. Gdyby mróz był silniejszy, a zapasy mniejsze, armia mogłaby rozpaść się jeszcze przed bitwą. Takie rzeczy zdarzały się na kresach niemal co roku i nie każdego hetmana ratowało szczęście.

Skąd jednak wiemy to wszystko, co wiemy? Źródeł do tej bitwy zachowało się niewiele, [muzyka] a te, które mamy, to głównie listy, diariusze i późniejsze kroniki pisane z dystansu kilku lub kilkunastu lat.

Każdy autor przesuwał akcenty tak jak mu odpowiadało. A w jednych przekazach bohaterem jest Husaria, w innych piechota, [muzyka] w jeszcze innych sam Hetman. Dlatego historycy zgodnie przyjmują ogólny zarys, czyli polską przewagę taktyczną i duży rozmiar klęski

Ordy, a o szczegółach spierają się do dziś. Ochmatów jest też znacznie mniej znany niż Chocim czy Beresteczko. Powód jest prosty. To zwycięstwo nie zmieniło granic ani układu sił, nie zakończyło wojny i nie przyniosło traktatu, który

można byłoby pokazać w podręczniku. Na kresach takich dni było wiele, a pamięć zachowuje przede wszystkim te, o których coś się zmieniło. Zastanawiające jest to, że zwycięstwo pod Ochmatowem nie zostało wykorzystane tak jak mogło.

Koniec Polski według opracowań nosił się z myślą o wielkiej akcji przeciw Tatarom, która mogłaby na stałe rozwiązać problem najazdów. Do tego potrzebne były jednak pieniądze, ludzie i zgoda Sejmu. A tych trzech rzeczy naraz nigdy nie było w Rzeczypospolitej

pod dostatkiem. Król Władysław IV snóuł plany wielkiej wojny z Turcją, ale plany te rozbijały się o opór szlachty i pusty skarb. 11 marca 1646 roku hetman Stanisław Koniec Polski zmarł w brodach w twierdzy, którą sam

wzniósł. Warownia w Brodach powstała według projektu włoskiego inżyniera i uchodziła za jedną z najnowocześniejszych na wschodzie Rzeczypospolitej z bastionami, fosą i rezydencją, którą hetman uczynił swoim głównym domem. Sam koniec Polski miał 54 lata, może 55, bo

biografowie nie są zgodni co do roku jego urodzenia. zostawił po sobie system obrony kresów, który działał tylko dlatego, że on sam go pilnował. Trzeba to powiedzieć wprost. Po jego śmierci system zaczął się sypać. Nikt nie miał

jego autorytetu, wiedzy o terenie ani umiejętności utrzymywania żołnierzy w karności, gdy nie było żołdu. 2 lata później, wiosną 164 roku, na Ukrainie wybuchło powstanie Bogdana Chmielnickiego. Akresy, które koniec Polski bronił przez 20 lat,

zapłonęły z jednej strony. Najciekawszy w tej historii jest jednak detal, który po latach brzmi jak ironia losu. Do Chmielnickiego dołączył w 164 Dadusi roku Tuhaj Bayi, ten sam Mirża, który pod ochowem uciekł przed polską

jazdą. Jego tatarzy walczyli pod żółtymi wodami i pod Korsuniem, gdzie dwóch polskich hetmanów dostało się do niewoli. Jednym z nich był Mikołaj Potocki, który według części źródeł stał pod Ochmatowem obok Koniec polskiego.

Historycy zaliczają Koniec polskiego do najwybitniejszych polskich dowódców X wieku obok Żółkiewskiego, Hotkiewicza i w następnym pokoleniu Sobieskiego. Nie wygrał jednej wielkiej bitwy, która rozstrzygnęłaby losy państwa. Wygrał

kilkadziesiąt mniejszych, które przez dwie dekady trzymały kresy w całości. Ochmatów był ostatnim z nich i według wielu opracowań jednym z najbardziej kompletnych. W ten sposób historia zatoczyła pełne koło. Hetman, który jako młody dowódca trafił do tatarskiej

niewoli po Cecorze, jako stary wódz rozbił ordę pod Ochmatowem, a 4 lata po jego śmierci polscy hetmani trafili do tatarskiej niewoli pod Korsuniem. Rewanż, który koniec Polski wziął na Tatarach, nie przetrwał jego własnego życia. Trzeba jednak uczciwie dodać, że

nie mamy żadnego dokumentu, który mówiłby, że koniec Polski traktował ochmatów jako osobistą zemstę za niewolę z 1620 roku. To raczej historycy układają dziś te trzy starcia w jedną linię, bo widzą w nich tego samego człowieka i tego

samego przeciwnika. Rewanż, o którym mówimy, jest więc rewanżem państwa na zagrożeniu, które trwało dziesięciolecia. a nie jednego żołnierza na swoich dawnych strażnikach. Daj znać w komentarzu, czy według ciebie Ochmatów był prawdziwym rewanżem za Cekorę, czy po prostu jeszcze jedną

bitwą w wojnie, której nikt nie potrafił wygrać na stałe. Jeśli ten film wydał ci się wart obejrzenia do końca, dopisz się do subskrypcji, żeby następne opowieści z Kresów trafiły do ciebie same. Dziś w miejscu dawnego ochmatowa leży spokojna wieś w obwodzie czerkaskim. Zimą mróz

zamyka tam stawy tak samo jak w styczniu 163 roku, a śnieg zasypuje pola, po których kiedyś jechała Husaria. Rachunek z Cekory został zamknięty tamtego dnia. Cter lata później ktoś otworzył nowy

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy