ZAGINĘŁA w Bieszczadach. 10 lat później koparka odkryła szokującą prawdę…
Karolina Majewska miała 31 lat i mieszkała w Warszawie. Była osobą spokojną, zamkniętą w sobie, ceniła porządek i przewidywalność. Pracowała jako architektka wnętrz w małej pracowni na Pradze, gdzie zajmowała się projektami mieszkań w stylu skandynawskim. Nie miała męża ani dzieci. Wolny czas dzieliła między
książki, siłownię i sporczne spotkania z najbliższą przyjaciółką Justyną. Zbliżało się lato 2009 roku. Karolina od dawna planowała samotny wyjazd z dala od zgiełku miasta i kontaktów z ludźmi.
Marzyła o tygodniu wśród natury, bez telefonu, bez internetu. Tylko ona i las. Nie była zapaloną podróżniczką, ale coś ciągnęło ją na południe. W Bieszczady znalazła blok, w którym ktoś opisywał ukryte szlaki nad jeziorem solińskim, stare drogi leśne i nieużywane kamieniołomy, gdzie można
było rozbić namiot z dala od innych turystów. To ją przekonało. Wzięła urlop od 10 lipca i zaczęła planować każdy szczegół. Jej własny samochód nie nadawał się do jazdy po górskich drogach. Dlatego zarezerwowała terenówkę w Sanoku, zielonego suwa z wypożyczalni prowadzonej przez lokalną firmę. Miała
odebrać auto 9 lipca rano, spędzić jedną noc w motelu, a potem ruszyć w góry. Zaplanowała trasy, zaznaczyła punkty na mapie, kupiła nowy namiot, kuchenkę gazową, zapas żywności i powerbank. Dzień przed wyjazdem zadzwoniła do Justyny.
Jeśli przez tydzień się nie odezwę, nie panikuj. Zażartowała. Tam podobno nie ma zasięgu. Ale jak wrócę, dam znać. Justyna zapytała, czy na pewno chce jechać sama. Karolina tylko się uśmiechnęła. Chciała odpocząć, odciąć się od wszystkiego. Tak przynajmniej mówiła. 9 lipca rano Karolina wsiadła do
swojego samochodu i ruszyła w stronę Sanoka. Trasa z Warszawy zajęła jej prawie 8 godzin. Dotarła wieczorem zmęczona, ale zadowolona. Zatrzymała się w tanim motelu przy wylotówce z miasta. Rano poszła na śniadanie, a potem odebrała terenówkę.

Wypożyczalnia mieściła się w małym parterowym budynku przy warsztacie samochodowym. W środku pachniało smarem i kurzem. Przy biurku siedział właściciel, starszy mężczyzna o siwych włosach i szorstkim głosie. Wypełnili dokumenty, podpisała umowę, pokazała prawo jazdy. Właściciel powiedział, że terenówka świetnie nadaje się do
bieszczackich szlaków, ale żeby uważała na stare drogi przy żwirowniach. Niektóre są nieoznaczone i łatwo się zgubić. Dodał. Wtedy do pomieszczenia wszedł drugi mężczyzna. Miał około 40 lat. krótkie, ciemne włosy i twarz jakby nie do końca obecną. Przedstawiono go jako Wiktora, mechanika i przewodnika.
Pracował w wypożyczalni od kilku lat i znał okoliczne trasy lepiej niż GPS. Zaproponował Karolinie krótkie szkolenie z jazdy w terenie. Firma oferowała je za darmo, zwłaszcza dla osób, które nie miały wcześniej doświadczenia. Karolina się zgodziła. Pojechali razem na poligon treningowy, nieużywane pole za miastem,
gdzie uczył ją jak włączać napęd na cztery koła, jak pokonywać nierówności, jak ruszać na wzniesieniu. Po pół godzinie wrócili. Wiktor życzył jej powodzenia i wrócił do warsztatu. Karolina zapakowała swój sprzęt do bagażnika. Zrobiła jeszcze szybkie zakupy. Konserwy, chleb, wodę, owoce. Na
kamerze monitoringu przy stacji Orlen widać jak wychodzi ze sklepu, wsiada do terenówki i odjeżdża w kierunku południowym. Godzina 13:17. To był ostatni moment, kiedy ktoś widział Karolinę Majewską. Miała się odezwać za tydzień. Justyna odliczała dni do powrotu Karoliny, ale nie była
szczególnie zaniepokojona przez pierwsze kilka dni. Wiedziała, że przyjaciółka planowała totalną samotność. bez telefonu, bez internetu, bez ludzi. Odetnę się i odpocznę mówiła. Dla Justyny to brzmiało jak koszmar, ale dla Karoliny jak spełnienie marzeń. Jednak
gdy mijał dzień czwarty i piąty, w sercu Justynny zaczęło pojawiać się coś więcej niż niepokój. Napisała wiadomość: “Żyjesz jeszcze, dzikusie?” Telefon milczał. Kolejny dzień. Nadal nic.
żadnej wiadomości, żadnego sygnału. W niedzielę, czyli po sześciu dniach, Justyna zadzwoniła do rodziców Karoliny mieszkających w okolicach Lublina. Oni również nie mieli od niej żadnych wieści. Karolina zawsze dawała znać.
Zawsze. Siódmego dnia w planowany dzień powrotu Karolina nie oddała wypożyczonego samochodu. Właściciel wypożyczalni próbował się z nią skontaktować, ale bezskutecznie. Czekał do wieczora, po czym zadzwonił na policję. Ósmego dnia do Sanoka przyjechali rodzice Karoliny. Złożyli
oficjalne zgłoszenie zaginięcia córki. Policja zorganizowała natychmiastową akcję poszukiwawczą. Na miejsce przyjechali funkcjonariusze z Sanoka wsparci przez Straż Leśną i Ratowników GOPR. Łącznie ponad 30 osób wyposażonych w psy tropiące kłady i drony. Punktem wyjścia była ostatnia
znana lokalizacja, stacja Orlen przy drodze wyjazdowej w stronę gór. Nagraniu z monitoringu Karolina była sama, uśmiechnięta, pewna siebie. Wsiadła do terenówki i odjechała. I to był koniec. Śledczy zlokalizowali ostatni sygnał telefonu w pobliżu skrętu na jedną z dawnych dróg leśnych, kilka kilometrów
za jeziorem Solińskim. To miejsce nie miało żadnych zabudowań. Jedynie kręte ścieżki między gęstymi drzewami, porzucone szlaki i zarośnięte kamieniołomy. Przez kolejne dni teren był przeczesywany w promieniu ponad 20 km.
Przeszukano szlaki, pobocza, polany, kempingi i opuszczone parkingi. Użyto psów tropiących. Sprawdzono brzegi jeziora, rzeki i stare schrony. Przesłuchano okolicznych turystów i mieszkańców. Nikt nie widział kobiety jadącej zieloną terenówką. Nikt nie
słyszał krzyków, nie znalazł śladów. Wypożyczalnia potwierdziła, że samochód, który wypożyczyła Karolina, był w bardzo dobrym stanie. Żadnych usterek, nowy akumulator, pełny bak. Właściciel opisał Karolinę jako spokojną, zorganizowaną, bez oznak niepokoju. Powiedział też, że
jedynym pracownikiem, który miał z nią kontakt był Wiktor Makowski. Policja szybko do niego dotarła. Wiktor opowiedział, że rzeczywiście pokazał jej jak prowadzić auto terenowe i dał swój numer na wypadek problemów. Twierdził, że po krótkim szkoleniu Karolina odjechała, a on wrócił do warsztatu i już jej więcej nie widział. Jego
zeznania były spójne, potwierdzone przez współpracowników. Nie miał historii kryminalnej. Wydawał się wiarygodny. Tymczasem poszukiwania trwały. Sprawdzano każde możliwe miejsce, w którym kobieta mogłaby rozbić namiot. wpaść do rowu, zjechać z drogi.
Helikoptery patrolowały lasy, ale gęstość drzew uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek z góry. Policja wystosowała oficjalny apel do mediów. Zgłaszano dziesiątki podobnych kobiet, które widziano w górach, na stacjach, w sklepach. Wszystkie tropy okazały się
fałszywe. Nie było ani śladu obozowiska, ani śmieci, ani urwiska, ani nawet śladów opon. Nie znaleziono samochodu, nie znaleziono ciała. Po dwóch tygodniach intensywnych poszukiwań akcja została ograniczona. Teren był zbyt rozległy, a sygnałów żadnych.
Sprawa została zaklasyfikowana jako zaginięcie bez śladu. Rodzice Karoliny nie chcieli się z tym pogodzić. Zatrudnili prywatnego detektywa, rozwieszali plakaty z jej zdjęciem w całym regionie, odwiedzali lokalne ośrodki zdrowia i szpitale. Bez skutku.
W końcu wrócili do domu ze strachem, nadzieją i pytaniem, które nie dawało im spać. Jak to możliwe, że w XX wieku w środku Europy ktoś może po prostu zniknąć bez jednego śladu? W miarę jak tygodnie mijały, a sprawa Karoliny zaczęła znikać z mediów, policja wciąż
próbowała łączyć fakty. Brak ciała, brak samochodu, brak świadków. Każda hipoteza od wypadku przez zagubienie aż po ucieczkę była tak samo możliwa jak i bezpodstawna, ale jeden szczegół wciąż wracał w notatkach śledczych. Wiktor Makowski, mechanik z
Sanoka. Ostatnia osoba, która widziała Karolinę przed jej zniknięciem. Nie był przesłuchiwany jako podejrzany, raczej jako świadek. Był spokojny, opanowany, dokładny w zeznaniach. powiedział, że po treningu Karolina odjechała sama, a on wrócił do pracy. Potem skończył zmianę i
pojechał do domu. I rzeczywiście właściciel wypożyczalni to potwierdził. Inni pracownicy również. Wiktor nie miał przeszłości kryminalnej. Nie był notowany. Miał opinię człowieka zamkniętego w sobie, ale sumiennego. Od trzech lat pracował w firmie i nigdy nie sprawiał problemów. Mimo to coś nie
pasowało. Wzmianka o tym, że dał Karolinie swój numer, nie została zapisana w żadnym protokole firmowym. Nikt nie widział tej karteczki, nie było jej w dokumentach. Ale przecież to był drobiag, gest uprzejmości, nie dowód zbrodni. Policja nie mając nic na niego odpuściła.
Ale nie na długo, bo trzy miesiące po zaginięciu Karoliny Wiktor Makowski złożył wypowiedzenie. W oficjalnym dokumencie podał, że dostał lepszą ofertę w innym województwie. Pożegnał się z kolegami, sprzedał swój stary samochód, spakował rzeczy i wyjechał.
Nowy adres. Dolny Śląsk. Zamieszkał na obrzeżach Wałbrzycha w wynajętym domu niedaleko warsztatu, w którym podjął pracę. Nie utrzymywał kontaktu z byłymi współpracownikami, nie odbierał telefonów z Sanoka, po prostu zniknął z ich życia. Nowi sąsiedzi mówili, że był grzeczny, ale trzymał dystans. Jeździł
na zakupy, pracował, czasem wyjeżdżał w góry. Nigdy nie wspominał o Bieszczadach, nigdy nie mówił o Karolinie, nigdy nie wspomniał, że miał coś wspólnego z jej zaginięciem. Mijały lata. Rodzina Karoliny wciąż raz w roku jeździła nad jezioro Solińskie i kładła kwiaty na prowizorycznym miejscu
pamięci. Justyna raz do roku pisała post w mediach społecznościowych z pytaniem, czy ktoś ją widział. Komentarze pojawiały się rzadko. Ludzie zapomnieli. W 2010 roku sprawa została formalnie zamknięta jako zaginięcie bez śladów.
Wersja oficjalna brzmiała: Karolina prawdopodobnie zginęła w wyniku wypadku w trudno dostępnym miejscu. Ciała ani samochodu nie udało się odnaleźć. Rodzina nie mogła się z tym pogodzić. Ale co można było zrobić? Z kolei Wiktor żył tak, jakby nigdy nie istniała i
gdyby nie pewien zbieg okoliczności 10 lat później, być może nikt nigdy nie poznałby prawdy. Minęło dokładnie 10 lat. Było lato 2019 roku, kiedy nadleśnictwo w okolicach jeziora Solińskiego ogłosiło przetarg na uporządkowanie starych, zaniedbanych terenów leśnych. Chodziło o
wykarczowanie zarośli, wyrównanie opuszczonych dróg i przygotowanie nowych miejsc biwakowych dla turystów. Jednym z takich miejsc była zapomniana żwirownia niedaleko jednej z bocznych dróg. Dawno nieużywana, częściowo zarośnięta z hałdami starego kamienia i piachu. Na miejsce przyjechała lokalna firma
budowlana. Pięciu pracowników ciężki sprzęt, koparka, wywrotka i walec. Plan był prosty. Usunąć warstwę starego żwiru, wyrównać podłoże i zasypać nową nawierzchnią. Trzeci dzień prac.
Operator koparki prowadził ramię maszyny nad jedną z większych haałd. Nagle łyżka koparki uderzyła w coś twardego. Metal. Inny dźwięk, inny opór. Coś nie pasowało. Operator zatrzymał maszynę, wysiadł, podszedł. Spod warstwy piachu i kamieni wystawał brudny, zardzewiały
fragment czegoś. Kształtem przypominał dach. Wezwał resztę ekipy. Przez kolejne minuty już ręcznie z łopatami zaczęli ostrożnie odkopywać teren wokół. Po 30 minutach nie było już wątpliwości.
Pod warstwą dwóch metrów żwiru znajdował się samochód. Ciemny lakier, skorodowany dach, wybite szyby, zgnieciona karoseria. Pracownicy natychmiast przerwali pracę. Kierownik budowy zadzwonił na policję. Na miejsce przyjechał patrol, potem technicy kryminalni. Teren został odgrodzony
taśmami, wstrzymano wszelkie działania. Tego samego popołudnia pojawił się zespół śledczych z Sanoka i Rzeszowa. W ciągu godzin udało się odsłonić cały pojazd. To był SUV, model, który wypożyczono 10 lat wcześniej Karolinie Majewskiej. Numery rejestracyjne, choć zardzewiałe, były nadal czytelne. Baza
danych potwierdziła. Pojazd był od 10 lat uznany za zaginiony. Drzwi były zablokowane. Kiedy udało się je otworzyć, w środku unosił się stęchły, duszący zapach wilgoci i rozkładu. Na tylnym siedzeniu ludzkie szczątki, skurczona sylwetka jakby skulona w
pozycji obronnej, resztki ubrań, tkaniny, a także coś więcej. Ręce związane, twarz zakryta materiałem. Żadnych śladów walki, ale też żadnych złudzeń. To nie był wypadek. W bagażniku leżał jeden przedmiot. Duży,
nieregularny kamień z brunatnymi plamami. Został zabezpieczony przez techników jako potencjalny dowód. W schowku stara mapa okolic jeziora Solińskiego. Na marginesie ktoś zapisał imię i numer telefonu. Imię brzmiało Wiktor M. Wiadomość o odnalezieniu Zakopanego samochodu szybko obiegła
lokalne media. Policja jednak wstrzymała się z udzielaniem informacji. Musieli być pewni. W ciągu kilku dni laboratorium kryminalistyczne rozpoczęło badania najpierw pojazdu, potem zawartości wnętrza. Samochód został przewieziony do zabezpieczonego hangaru w Sanoku, gdzie eksperci rozpoczęli
drobiazgową analizę. Na tylnym siedzeniu obok szczątków znaleziono fragment portfela. W środku zniszczone dokumenty tożsamości. Jednym z nich był dowód osobisty należący do Karoliny Majewskiej. Potrzebne były jeszcze badania genetyczne, ale nikt nie miał wątpliwości.
To była ona. Wnętrze auta opowiadało historię, której nikt nie chciał usłyszeć. Na kierownicy i lewarku zmiany biegów znaleziono ślady biologiczne, fragmenty skóry i zaschniętej krwi. Po przeprowadzeniu badań DNA potwierdzono, że część materiału należała do Karoliny.
Jednak nie wszystko. Cząsteczki skóry na kierownicy należały do mężczyzny. Krew na kamieniu znalezionym w bagażniku również została przebadana. Wynik był jednoznaczny. To była krew Karoliny. Kształt kamienia i jego masa pasowały do urazu czaszki, który został zidentyfikowany podczas analizy
szczątków. Wszystko wskazywało na to, że został użyty jako narzędzie przemocy. Ale najbardziej niepokojący był inny przedmiot, mapa. Stara, lekko podarta mapa okolic jeziora solińskiego zawierała kilka ręcznie narysowanych kółek i krzyżyków. Prawdopodobnie oznaczenia miejsc biwakowych lub punktów
orientacyjnych. Na marginesie widniał napis Wiktor M. Telemar 13. To był pierwszy konkretny punkt zaczepienia od 10 lat. Śledczy natychmiast sięgnęli do akt z roku 2009.
I tam na jednej z pierwszych stron znajdowało się nazwisko Wiktor Makowski, mechanik, przewodnik, ostatnia osoba, która widziała Karolinę żywą. Zaskakujące było to, że wtedy jego nazwisko nie pojawiło się nigdzie indziej. Nie było wzmianki o numerze
telefonu, nie było zapisów o jakimkolwiek kontakcie po wypożyczeniu auta, a jednak jego imię i numer znalazły się na mapie, która przez 10 lat leżała w Zakopanym samochodzie. Policja rozpoczęła ciche dochodzenie. W ciągu kilku dni ustalili, że Wiktor Makowski nadal mieszka w Polsce na
Dolnym Śląsku. Pracował jako mechanik w prywatnym warsztacie w okolicach Wałbrzycha. Wynajmował dom. Nie był żonaty, nie miał dzieci. W ciągu kolejnych dni śledczy zaczęli sprawdzać, co jeszcze można powiązać z Wiktorem. Wypytali dawnych współpracowników z Sanoka. Wszyscy zgodnie twierdzili, że był człowiekiem zamkniętym, ale
solidnym. Nigdy nie wzbudzał podejrzeń. Jednak data jego wyprowadzki nie dawała spokoju. Wiktor opuścił Sanok kilka miesięcy po zaginięciu Karoliny. To mogło być przypadkiem. A mogło nie być. Policja nie miała jeszcze wystarczających dowodów, by go zatrzymać, ale zdecydowano się na
obserwację. Oddelegowano dwóch funkcjonariuszy w cywilu, którzy przez kilka dni mieli śledzić każdy krok Wiktora, jego pracę, zakupy, spotkania. Nie wiedzieli jeszcze co znajdą, ale czuli, że są bardzo blisko prawdy. 19 września 2019 roku o godzinie 10:00 rano
dwaj funkcjonariusze w cywilu weszli do warsztatu samochodowego na obrzeżach Wałbrzycha. Zastali tam Wiktora Makowskiego, jak zwykle spokojnego, skupionego na pracy w roboczym kombinezonie. Poprosili go, by pojechał z nimi na krótką rozmowę do komendy. Nie stawiał oporu. W samochodzie był cichy,
nie zadawał pytań. Na komisariacie przesadzono go do sali przesłuchań. Śledczy przedstawił się i rozpoczął rozmowę. Panie Wiktorze, prowadzone są czynności dotyczące zaginięcia Karoliny Majewskiej. Czy pan ją pamięta? Makowski skinął głową.
Tak, wypożyczyła samochód. Pamiętam. Dałem jej kilka wskazówek. To wszystko. Śledczy wyjął fotografię mapy znalezionej w pojeździe. Pokazał mu ją. To pana pismo? Wiktor spojrzał na zdjęcie. Chwilę milczał, po czym powiedział: Tak, wygląda na moje.
Zapisałem jej numer telefonu i imię, żeby mogła zadzwonić, jakby miała problem. To było rutynowe. Czy kontaktowała się z panem po wyjeździe? Makowski zawahał się. Widać było, że analizuje odpowiedź. Nie przypominam sobie. Może raz. Nie jestem pewien. Minęło tyle lat. Śledczy
pochylił się bliżej. Mamy dowody, że było inaczej. Blew. W rzeczywistości nie mieli żadnych zapisów rozmów. Minęło zbyt dużo czasu. Dane zniknęły, ale blew zadziałał. Makowski zamilkł, nie potwierdził ani nie zaprzeczył. po prostu siedział w milczeniu. Wtedy
funkcjonariusz wyciągnął ostatnią kartę. Pojazd został odnaleziony. 10 lat zakopany w starej żwirowni. W środku ciało Karoliny. Ręce związane, twarz zakryta. Obok kamień z jej krwią, a na kierownicy ślady DNA należące do mężczyzny. Makowski nie zareagował, nie
drgnął, spojrzał w okno i milczał. Zapytano go, czy zgodzi się dobrowolnie oddać próbkę DNA. Po krótkiej konsultacji z adwokatem zgodził się. Nie został zatrzymany, jeszcze nie, ale wiedział, że coś się skończyło. Kilka dni później przyszły wyniki. DNA z
kierownicy i DNA Wiktora Makowskiego zgodne w 100%. Dwa dni po otrzymaniu wyników DNA 22 września śledczy z Sanoka i Wałbrzycha pojawili się z nakazem przeszukania w domu Wiktora Makowskiego.
Była 7:00 rano. Wiktor otworzył drzwi w ciszy bez protestu. Przyglądał się jak funkcjonariusze systematycznie przeszukują każdą szafkę, szufladę, zakamarek. Wchodzili do piwnicy, garażu, strychu. On siedział w kuchni nie odzywając się ani słowem. W garażu
pomiędzy pudłami z narzędziami i starymi dokumentami funkcjonariusze znaleźli karton z napisem Bieszczady. W środku znajdowały się przewodniki, mapy turystyczne, zdjęcia krajobrazów. Jedna z map była wyraźnie starsza. Jej rogi były postrzępione, papier pożółkły. Na niej kilka odręcznych krzyżyków i
zaznaczone kółka. Jeden z krzyżyków znajdował się dokładnie w miejscu, gdzie odnaleziono zakopany samochód Karoliny Majewskiej. Gdy pokazano mapę Wiktorowi, powiedział tylko: “To stara mapa z czasów pracy w Sanoku”. Zaznaczałem miejsca, które pokazywałem klientom. Nie umiał jednak wytłumaczyć, dlaczego jedno
z tych miejsc było miejscem odnalezienia ciała zaginionej kobiety, którą rzekomo widział tylko raz w życiu. W jednej z szaf znaleziono też starą wyblakłą kurtkę dżinsową. Miała plamy na mankietach, których nie dało się już usunąć. została zabezpieczona do analizy. Laboratorium wykazało później,
że na materiale były mikroskopijne ślady krwi Karoliny, a także drobinki żwiru zgodnego ze składem kamieniołomu, w którym odnaleziono samochód. Na półce w sypialni znaleziono mały notatnik. Większość stron zawierała luźne zapiski.
Numery telefonów, listy zakupów, daty przeglądów technicznych, ale jedna strona wyglądała inaczej. W rogu zapisano Karolina 9 lipca 15 skręt przy Solinie. To był dzień zaginięcia i to był czas, gdy telefon Karoliny po raz ostatni nadał sygnał. To nie mogło być
przypadkowe. Zabezpieczono wszystko i choć Wiktor wciąż milczał, milczenie przestało wystarczać. 8 października 2019 roku, punktualnie o 8:00 rano, funkcjonariusze ponownie zapukali do drzwi Wiktora Makowskiego. Tym razem nie mieli już tylko pytań. Mieli nakaz
aresztowania. Został zatrzymany bez oporu. Nie protestował, nie zadawał pytań. W milczeniu założył buty, kurtkę i pozwolił się odprowadzić do radiowozu. W drodze na komisariat nie powiedział ani słowa. Został oskarżony o zabójstwo z premedytacją. Prokurator wniósł o tymczasowy areszt, a sąd przychylił się
do wniosku. Dowody były mocne. Zgodność DNA, mapa z jego imieniem, notatka z datą i miejscem, kurtka z krwią, a przede wszystkim ślady z samochodu, którego nikt poza nimi Karoliną nie powinien dotykać.
Proces rozpoczął się dopiero półtora roku później, w marcu 2021 roku. Opóźniła go pandemia. Sprawa była głośna. W sali sądowej pojawili się dziennikarze, rodzina Karoliny, dawne koleżanki, nawet byli pracownicy wypożyczalni z Sanoka. Wiktor nie
zeznawał. Przez cały proces milczał, patrzył w stół. Ani razu nie spojrzał w stronę rodziców Karoliny. Prokuratura przedstawiła wszystkie dowody. Ślady biologiczne, mapy, zapiski, analizę kamienia znalezionego w bagażniku.
Biegli potwierdzili, że śmierć Karoliny nastąpiła w wyniku duszenia, a poprzedziło ją uderzenie w tył głowy, dokładnie takim przedmiotem jak kamień z auta. Obrońca próbował podważyć związki czasowe i sugerować, że Wiktor mógł mieć kontakt z autem wcześniej, ale żadna z tych hipotez nie trzymała się faktów.
Nie udało się podważyć dowodów. W styczniu 2022 roku zapadł wyrok. Dożywocie bez możliwości warunkowego zwolnienia. Rodzice Karoliny płakali. Po 13 latach mogli wreszcie złożyć jej prochy do rodzinnego grobu w Lublinie.
Na nagrobku wyryto słowa: “Nasza córka zawsze z nami, prawda nie umiera.” Wiktor Makowski został osadzony w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze. Nigdy nie złożył apelacji, nigdy nie wyjaśnił, dlaczego to zrobił, nigdy nie poprosił o rozmowę. Gdyby nie tamto
przypadkowe uderzenie koparki w metalowy dach pod zwałami żwiru, być może ta historia do dziś pozostałaby tajemnicą. Ale ziemia, choć milczy długo, czasem oddaje głos.