Złota era polskiego kina skąpana w wódce. UMIERALI NA BRUKU I W SAMOTNOŚCI, gdy miliony widzów biły im brawo
Blask fleszy i uwielbienie tłumów stanowiły jedynie iluzję, za którą krył się najmroczniejszy demon epoki Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Kiedy gasły światła na planach filmowych, najwięksi ulubieńcy publiczności staczali się w otchłań nałogu, z której dla wielu nie było już powrotu. Prawda o kulisach życia ówczesnych elit artystycznych przeraża do dziś, obnażając system, w którym ogromny talent szedł w parze z tragiczną autodestrukcją. Za fasadą uśmiechów z okładek magazynów kryły się dramaty złamanych życiorysów, policyjne interwencje i powolna śmierć w oparach alkoholu, który stawał się jedyną ucieczką od szarej, przytłaczającej rzeczywistości.

Najbardziej wstrząsający dowód na upadek legendy stanowi los Zdzisława Maklakiewicza, bohatera Powstania Warszawskiego i wybitnego aktora. Mężczyzna, który zaledwie chwilę wcześniej świętował wielki sukces artystyczny, skończył jako bezimienna ofiara brutalności i społecznej znieczulicy. Po przypadkowym zatargu przed luksusowym hotelem, skatowany artysta leżał nieprzytomny na warszawskim bruku. Przechodnie omijali go z obojętnością, biorąc zasłużonego twórcę za zwykłego pijaka. Zmarł kilka dni po tym incydencie, pozostawiając po sobie gorzki obraz środowiska, które potrafiło wynosić na piedestał, ale w chwilach słabości odwracało wzrok. W podobnym mroku zapadał się Jerzy Dobrowolski, legendarny satyryk i twórca kabaretowy. Jego życie przypominało równię pochyłą, na której tracił kontakt z rzeczywistością, znikając na całe dnie z domu bez śladu. Choć w ostatnich momentach życia próbował ratować się w ośrodku odwykowym, jego skrajnie wyczerpany organizm po prostu się poddał, odbierając Polsce jednego z najwybitniejszych obserwatorów codzienności.
Nałóg nie oszczędzał również kobiet, niszcząc kariery najbardziej pożądanych aktorek tamtych lat. Maria Probosz, uznawana za absolutny symbol seksu i wielką nadzieję kina lat osiemdziesiątych, zamieniła swoje życie w prawdziwe piekło. Zamiast czerwonych dywanów, jej codziennością stały się libacje do białego rana, odcięty prąd i nieustanne wizyty milicji wzywanej przez zdesperowanych sąsiadów. Kobieta, do której wzdychały miliony, zmarła w przedwczesnym zapomnieniu, przegrywając ostatecznie walkę z nowotworem. Podobny los, choć na innym kontynencie, spotkał Elżbietę Czyżewską. Wyniesiona na szczyty popularności aktorka, która dzieciństwo dzieliła między dom zmagający się z alkoholizmem matki a sierociniec, nie potrafiła uciec przed rodzinnym fatum. Na emigracji w Stanach Zjednoczonych, mimo prób ratowania kariery, tonęła w długach i nałogu. Zakończyła życie w nowojorskim szpitalu, trawiona przez bezlitosną chorobę, z dala od ojczyzny, która niegdyś leżała u jej stóp.
Ciemna strona artystycznej bohemy przybierała niekiedy formy skrajnie niebezpieczne i pełne przemocy. Wiesław Dymny, niezwykle utalentowany współtwórca słynnej krakowskiej Piwnicy, pod wpływem alkoholu zamieniał się w bestię. Destrukcja jego własnego mieszkania była niczym w porównaniu z brutalnością, jakiej dopuszczał się wobec najbliższych. Jego burzliwy romans zapisał się w historii mrocznym incydentem, podczas którego w amoku zazdrości zaatakował swoją partnerkę ciężką popielniczką, omal nie doprowadzając do nieodwracalnej tragedii. Z kolei Ryszard Filipski, wybitny reżyser i aktor, prezentował zupełnie inny wymiar alkoholowego zatracenia. Jego skłonności do hazardu i mocnych trunków przybierały formy wręcz karykaturalne. Potrafił wynająć całe piętro w prestiżowym hotelu, by sponsorować alkoholowe seanse przypadkowo napotkanym osobom, trwoniąc majątek i zdrowie. Rodzina zmarłego artysty do samego końca musiała mierzyć się z ciężarem jego nałogu, ukrywając w tajemnicy informację o jego śmierci aż do zakończenia ceremonii pogrzebowej.
W tym przerażającym panteonie upadłych gwiazd można jednak odnaleźć ślady nadziei i niezwykłej siły woli. Stanisława Celińska, będąca u szczytu sławy w latach siedemdziesiątych, o mało nie zapłaciła za swój sukces całkowitym zniszczeniem rodziny i kariery. Z każdym rokiem pogrążała się w uzależnieniu, tracąc grunt pod nogami. Jej nagłe, całkowite odstawienie alkoholu w wieku czterdziestu jeden lat do dziś pozostaje zjawiskiem, które sama przypisuje wyłącznie żarliwej wierze i głębokiej przemianie duchowej. Równie heroiczną drogę przebył Henryk Gołębiewski, uwielbiany aktor dziecięcy, dla którego wczesna sława stała się przekleństwem. Przez lata pochłonęły go niewyobrażalne ilości wódki i morderczy nałóg hazardowy. Mimo to, wbrew wszelkim statystykom, zdołał podnieść się z samego dna. Znalazł oparcie w rodzinie i trosce o własne zdrowie, co pozwoliło mu na powrót przed kamery i odbudowanie godnego życia.
Historie tych legendarnych postaci malują zupełnie inny, brutalnie szczery obraz polskiej kinematografii tamtych lat. Sukces, sława i uwielbienie tłumów okazywały się często ciężarem nie do uniesienia, a butelka wódki najszybszym sposobem na uciszenie wewnętrznych demonów. Ci, którzy nie potrafili znaleźć drogi ucieczki z tego błędnego koła, płacili cenę najwyższą. Umierali w samotności, w szpitalnych łóżkach, na chłodnym asfalcie lub w zdemolowanych mieszkaniach, pozostawiając po sobie wspaniałe role i bolesną przestrogę, o której świat wolałby na zawsze zapomnieć.