Tadeusz Łomnicki padł martwy na scenie, a uwielbiany gwiazdor Czterech pancernych został publicznie wygwizdany przez rozjuszoną widownię. Mroczne kulisy władzy i zdrady w polskim kinie wychodzą na jaw po latach
Dwudziestego dziewiątego stycznia 1982 roku w skutej mrozem Warszawie, po której wciąż krążyły wojskowe patrole, na deski Teatru Narodowego podczas spektaklu Wesele Stanisława Wyspiańskiego wyszedł człowiek znany w każdym polskim domu. Miliony widzów kochały go jako poczciwego Czernousowa z serialu Czterej pancerni i pies oraz spokojnego Stanisława Włodka. Kiedy jednak Janusz Kłosiński nabrał powietrza, by wypowiedzieć pierwszą kwestię, sala eksplodowała przeraźliwymi gwizdami. Publiczność wydała bezwzględny wyrok na aktora, który jako sekretarz zakładowej organizacji partyjnej złamał środowiskowy bojkot i przed kamerami Dziennika Telewizyjnego poparł stan wojenny wprowadzony przez generała Wojciecha Jaruzelskiego. Podczas gdy Ewa Dałkowska i inni artyści występowali w prywatnych mieszkaniach w ramach Teatru Domowego, koledzy odmówili Kłosińskiemu udziału w jego benefisie na czterdziestolecie pracy, skazując go na ostracyzm aż do śmierci w listopadzie 2017 roku. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, gdzie o losach twórców decydowali cenzorzy z Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk na ulicy Mysiej, a paszport leżał w szufladzie milicji, władza nad innymi artystami bywała bowiem potężnym, ale niezwykle zdradliwym narkotykiem.

Najboleśniej przekonał się o tym Aleksander Ford, nazywany po wojnie carem polskiej kinematografii. Jako szef Przedsiębiorstwa Państwowego Film Polski i autor wstrząsającego dokumentu o obozie na Majdanku, skupił w swoich rękach kamery, taśmę, pieniądze oraz ludzkie życiorysy. Rządził jak dyktator, choć wbrew powtarzanym latami plotkom nie blokował młodego Andrzeja Wajdy, lecz pomógł mu przy Piątce z ulicy Barskiej oraz debiutanckim Pokoleniu, żądając w zamian bezwzględnej lojalności. Szczyt jego potęgi przypadł na 1960 rok i premierę monumentalnych Krzyżaków, chociaż już wcześniej poznał smak cenzury, gdy władze na ćwierć wieku zatrzymały na półce jego Ósmy dzień tygodnia według Marka Hłaski. Prawdziwe trzęsienie ziemi nadeszło jednak w marcu 1968 roku. Antysemicka nagonka w kilka miesięcy uczyniła z wszechwładnego reżysera wygnańca. Pozbawiony zespołu i wymazany z historii wyjechał do Izraela, Danii, gdzie zekranizował Krąg pierwszy Aleksandra Sołżenicyna, aż wreszcie czwartego kwietnia 1980 roku, całkowicie zapomniany, odebrał sobie życie w hotelowym pokoju na Florydzie. Równie dramatyczny finał spotkał Tadeusza Łomnickiego, genialnego odtwórcę Pana Wołodyjowskiego oraz ról w Niewinnych czarodziejach i Człowieku z marmuru. Jako rektor warszawskiej szkoły teatralnej, założyciel Teatru na Woli i członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej budził w środowisku autentyczny lęk, kontrastując z zdystansowanym dyrektorem Teatru Dramatycznego Gustawem Holoubkiem. Kiedy jednak w 1979 roku nie zdołał obronić sztuki Tadeusza Różewicza Do piachu, a siedemnastego grudnia 1981 roku w proteście przeciwko czołgom na ulicach rzucił legitymacją partyjną, sam stał się bezdomnym tułaczem, którego film Przypadek Krzysztofa Kieślowskiego trafił na półkę. Zmarł na serce dwudziestego drugiego lutego 1992 roku na scenie Teatru Nowego w Poznaniu podczas próby wymarzonego Króla Leara, bo w stolicy nikt na niego nie czekał.
Jeszcze mroczniejsze oblicze miała władza sprawowana w imię ideologicznej czystości podczas zamkniętych kolaudacji. Dwudziestego trzeciego kwietnia 1982 roku w gmachu Ministerstwa Kultury odbył się pokaz Przesłuchania Ryszarda Bugajskiego z wybitnymi kreacjami Krystyny Jandy, Janusza Gajosa i Adama Ferencego. Pod nieobecność Andrzeja Wajdy najostrzejszy wyrok na film wydała Wanda Jakubowska, współzałożycielka przedwojennej grupy Start, była więźniarka Auschwitz i Ravensbrück oraz autorka słynnego Ostatniego etapu. Nazywana matką polskiego kina reżyserka uznała obraz stalinowskiego terroru za atak na państwo, co doprowadziło do nakazu fizycznego zniszczenia kopii i emigracji Bugajskiego do Kanady, zanim uratowane na kasetach wideo dzieło triumfowało w 1989 roku w Gdyni i rok później w Cannes. Ramię w ramię z partyjnym betonem szli wówczas twórcy łączący komunizm z licencjonowanym nacjonalizmem. Bohdan Poręba, który w 1963 roku sam ucierpiał przez cenzurę po filmie Daleka jest droga o żołnierzach generała Maczka, po gigantycznym sukcesie Hubala z 1973 roku oraz widowiskach Jarosław Dąbrowski i Katastrofa w Gibraltarze stał się szefem zespołu Profil i zaciekłym wrogiem kina moralnego niepokoju Krzysztofa Zanussiego. Jako współtwórca antysemickiego Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald organizował w 1981 roku wiece pod dawnym gmachem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, poparł stan wojenny w szeregach PRON, a w 1990 roku jako jeden z ostatnich głosował przeciwko rozwiązaniu partii. Jego ekranowy major Henryk Dobrzański, czyli obdarzony niezwykłą charyzmą Ryszard Filipski, przeszedł identyczną drogę. Uwielbiany jako wachmistrz Soroka z Potopu i Władysław Łokietek ze Znaku orła, w rzeczywistości twardą ręką rządził Teatrem Ludowym w Nowej Hucie, zasiadał w komitetach partyjnych, a po klęsce swojego gigantycznego filmu Zamach stanu o Józefie Piłsudskim został w latach osiemdziesiątych wicedyrektorem studia Iluzjon. Zmarł w październiku 2021 roku, prosząc przed śmiercią, by o jego pogrzebie Polska dowiedziała się dopiero po fakcie.
W tym świecie strachu istniała jednak także władza dyskretna, oparta na koneksjach małżeńskich oraz krzywdzących plotkach, które po latach obalały dopiero archiwa Instytutu Pamięci Narodowej. Nina Andrycz, czerwona królowa z Teatru Polskiego, przez ponad dwadzieścia lat wracała ze sceny rządową limuzyną do domu premiera Józefa Cyrankiewicza, tego samego, który w 1956 roku w Poznaniu groził obywatelom odrąbaniem ręki. Choć szeptano, że jej pozycja spycha w cień wielką przedwojenną gwiazdę Trędowatej Elżbietę Barszczewską, po rozwodzie w 1968 roku i upadku męża Andrycz własnym talentem obroniła swój tron, dożywając stu jeden lat i umierając w styczniu 2014 roku, sześć dni po Porębie. Podobny dwór w Teatrze Ateneum stworzyła Aleksandra Śląska, niezapomniana Królowa Bona i esesmanka Liza z Pasażerki Andrzeja Munka. Jako żona wieloletniego dyrektora Janusza Warmińskiego oraz surowa profesor szkoły teatralnej rządziła jednym lodowatym spojrzeniem, budząc postrach aż do swojej śmierci we wrześniu 1989 roku. Z kolei Andrzej Łapicki, przedwojenny maturzysta z tajnych kompletów, gwiazdor Wszystko na sprzedaż, dwukrotny rektor Akademii Teatralnej i prezes ZASP, przez lata uchodził za bezwzględnego rozgrywającego, który ze swojego kawiarnianego stolika zwanego lożą muppetów u boku Tadeusza Konwickiego jednym ironicznym zdaniem niszczył kariery. Dokumenty pokazały jednak, że ten rzekomy aranżer układów nigdy nie współpracował ze służbami, wspierał opozycję, a w 1989 roku wszedł do Sejmu z listy Solidarności. Najbardziej wstrząsający bój o prawdę stoczyła jednak Irena Dziedzic, groźna perfekcjonistka prowadząca przez ćwierć wieku program Tele-Echo. Gdy w 2006 roku oskarżono ją o współpracę z kontrwywiadem pod pseudonimem Marlena i przyjmowanie tysięcy złotych, dolarów oraz bułgarskich lewów, osiemdziesięcioletnia dziennikarka sama wytoczyła proces autolustracyjny. Po ośmiu latach dramatycznej walki w sądach, podczas której wyszło na jaw, że oficer bezpieki był nią po prostu zafascynowany, a po odmowie donoszenia na zachodnich dziennikarzy sama była inwigilowana, w 2014 roku Sąd Najwyższy ostatecznie oczyścił ją z zarzutów, zanim w listopadzie 2018 roku odeszła w całkowitej samotności, o czym media dowiedziały się dopiero po dwóch miesiącach.