SZOKUJĄCA PRAWDA o ikonach ekranu! Śmierdzieli i tonęli w wódce, a ich prawdziwe oblicze WYWOŁUJE MDŁOŚCI
Blask fleszy, nienagannie skrojone garnitury i uwielbienie milionów widzów. Tak w czasach PRL-u prezentowały się największe gwiazdy ekranu i teatru. Jednak gdy gasły światła kamer, a kurtyna opadała, perfekcyjny wizerunek pękał jak bańka mydlana. Za fasadą blichtru kryła się mroczna, a nierzadko wręcz odpychająca codzienność. Ukochani przez naród artyści zamieniali się w zniewolonych przez nałogi wraków, a ich zakulisowe zwyczaje i desperackie próby maskowania alkoholowych ciągów do dziś budzą ciarki na plecach. Prawda, która latami była zamiatana pod dywan, w końcu ujrzała światło dzienne, obnażając dramatyczny upadek tytanów polskiego kina.

Trudno uwierzyć, że uosobienie elegancji i najwyższej teatralnej klasy, Andrzej Seweryn, mógł kiedykolwiek budzić w otoczeniu zniesmaczenie. A jednak to właśnie jego pierwsza żona musiała stoczyć prawdziwą batalię z własną rodziną, by bliscy w ogóle zaakceptowali jej wybranka. Przyszły mistrz sceny miał bowiem szokować otoczenie nie tylko skrajnym skąpstwem, ale przede wszystkim fatalną higieną, strasząc notorycznie niemytymi włosami. To jednak zaledwie niewinny wstęp do mrocznych sekretów tamtej epoki. Prawdziwe dramaty rozgrywały się tam, gdzie do gry wkraczała wódka. Ukochany przez widzów Bronisław Pawlik, człowiek o niezwykle ciepłym głosie, latami staczał się w alkoholową przepaść. Aby ukryć przed kolegami z teatru potworny odór przetrawionego alkoholu, przed każdym wyjściem do ludzi dosłownie oblewał się litrami taniej wody kolońskiej. Zamiast maskować problem, ten duszący, chemiczny zapach stał się z czasem tragicznym symbolem jego upadku, którego nie powstrzymały nawet najcięższe problemy zdrowotne.
Alkoholowe opary potrafiły zamienić pracę na planie w absolutny koszmar, a w skrajnych przypadkach prowadziły do sytuacji rodem z najgorszych absurdów. Przekonała się o tym boleśnie piosenkarka Maryla Rodowicz podczas ceremonii otwarcia mistrzostw świata w piłce nożnej. Zamknięta w dusznej, gigantycznej konstrukcji przypominającej piłkę, musiała dzielić przestrzeń z Jerzym Cnotą, słynnym zbójnikiem z serialu o Janosiku. Po całonocnej libacji zapach wydychanego alkoholu w ciasnym wnętrzu był tak potworny, że gwiazda dusiła się, desperacko szukając szczelin z dostępem do tlenu. Z kolei na planie pewnego serialu udrękę przeżywały nawet zwierzęta. Zdzisław Maklakiewicz, grający rolę stajennego, panicznie bał się koni, a te z daleka wyczuwały od niego silną woń alkoholu, reagując nerwowością i agresją. Charyzmatyczny aktor prywatnie coraz bardziej tonął w nałogu, z którego nie potrafił się już nigdy wyzwolić.
Destrukcyjny pociąg do kieliszka zniszczył życie wielu wybitnym talentom, zamieniając ich codzienność w pasmo upokorzeń. Krzysztof Chamiec, przed kamerami dystyngowany arystokrata i łamacz kobiecych serc, w domowym zaciszu fundował swoim bliskim prawdziwe piekło pełne kłamstw, zdrad i pijackich awantur. Zamiast brylować na salonach, ten elegancki amant spędzał czas w szemranym towarzystwie. Podobny los spotkał Romana Wilhelmiego. Wybitny aktor potrafił wpadać w mroczne, wielodniowe ciągi, przepadając bez wieści i rujnując harmonogramy produkcji. Kiedy w końcu wracał, wymyślał najbardziej fantastyczne historie, by ukryć fakt, że po raz kolejny przegrał z wódką i nałogowym paleniem. Z kolei genialny satyryk Jerzy Dobrowolski, którego bystrość umysłu bawiła całą Polskę, wielokrotnie kończył swoje eskapady nieprzytomny. Zdarzało się, że znajdowano go leżącego gdzieś w przypadkowym miejscu nad wodą, zalanego w trupa, skąd musieli ratować go przyjaciele.
Wiele z tych tragedii miało swoje drugie, niewyobrażalnie bolesne dno. Mariusz Gorczyński, pamiętny aktor epizodyczny, w hektolitrach wódki próbował utopić potworną traumę z czasów okupacji, kiedy to jako dziecko patrzył na śmierć własnego ojca. Nałóg doszczętnie zrujnował mu zdrowie i ostatecznie wyrzucił poza margines teatru. Z kolei Bogusz Bilewski, uwielbiany przez widzów potężny góral z kultowego serialu, tak bardzo wczuł się w rolę, że zakopiańskie biesiady pochłonęły go bez reszty. Potrafił sprzedać własny samochód, byle tylko mieć za co stawiać wódkę w podhalańskich knajpach, co drastycznie skróciło mu życie. Nawet legendarny gawędziarz Jan Himilsbach, choć na ekranie bawił do łez autentycznością, za kulisami demolował pracę całej ekipy filmowej swoimi nieprzewidywalnymi zniknięciami i tkwieniem w morderczych biesiadach. Ci giganci polskiego kina przed kamerą potrafili stworzyć absolutne arcydzieła, jednak w prawdziwym życiu odgrywali najtragiczniejszą z ról. Zamiast oklasków czekały na nich zapach tytoniu, odór wódki i przedwczesna, smutna końcówka wielkiej kariery.