Uncategorized

Marek Perepeczko musiał uciekać z kraju na drugi koniec świata, a Pola Raksa całkowicie odcięła się od ludzi. Mroczna klątwa kultowych polskich seriali zniszczyła życie uwielbianym idolom

Wielka rola w hitowym serialu potrafi z dnia na dzień przynieść sławę, pieniądze oraz bezgraniczną miłość milionów telewidzów. Zdarza się jednak, że ten sam gigantyczny sukces staje się bezwzględną pułapką, z której do końca życia nie ma już żadnej ucieczki. Publiczność przestaje dostrzegać żywego człowieka, widząc w nim wyłącznie ekranową postać, reżyserzy boją się ryzykować, a telefon z propozycjami nagle milknie na zawsze. Dziesięć dramatycznych historii największych gwiazd polskiej telewizji epoki PRL pokazuje, jak uwielbienie tłumów potrafi zmienić się w zawodowy wyrok, zamieniając wybitnych artystów w zakładników własnej popularności.

Najbardziej klasycznym przykładem tego brutalnego paradoksu stał się Stanisław Mikulski, który dla milionów Polaków pod koniec lat sześćdziesiątych po prostu przestał istnieć pod własnym nazwiskiem. Gdy na ekrany weszła Stawka większa niż życie, elegancki i opanowany agent J-23 przyćmił cały wcześniejszy dorobek teatralny oraz filmowy aktora. Widzowie nie chcieli już oglądać Mikulskiego, żądali wyłącznie Hansa Klossa, zaczepiając go na ulicach i oczekując, że prywatnie również zachowuje się jak niezwyciężony szpieg. Choć rola dała mu nieśmiertelność, jednocześnie odebrała anonimowość i na dekady zamknęła w ciasnej szufladzie, zmuszając do nieustannego udowadniania, że potrafi zagrać cokolwiek innego. Niemal identyczny los spotkał Marka Perepeczkę, kiedy w 1973 roku wystąpił w serialu Janosik w reżyserii Jerzego Passendorfera. Imponująca sylwetka, charyzma i głęboki głos uczyniły z niego największego męskiego idola tamtych lat, do którego wzdychały kobiety w całym kraju. Perepeczko marzył o rolach skomplikowanych psychologicznie, ale branża widziała w nim już tylko tatrzańskiego zbójnika i twardziela. Brak ciekawych ofert doprowadził do tego, że pod koniec lat siedemdziesiątych rozgoryczony aktor wyjechał aż do Australii, a gdy po latach wrócił do Polski, czas dla widzów jakby się zatrzymał i wciąż widzieli w nim wyłącznie szlachetnego harnasia.

Ucieczkę za granicę jako jedyne wyjście z aktorskiego impasu wybrały także dwie wielkie kobiece gwiazdy, którym jeden serial obiecał wszystko, a ostatecznie zabrał zawodową przyszłość. Ewa Lemańska, ekranowa ukochana Perepeczki, jako delikatna Maryna z Janosika zyskała natychmiastową rozpoznawalność, która miała być trampoliną do wielkiego kina. Zamiast lawiny scenariuszy przyszła jednak bolesna cisza, bo żaden reżyser nie potrafił spojrzeć na nią inaczej niż przez pryzmat dziewczyny zbójnika, co w drugiej połowie lat siedemdziesiątych popchnęło Lemańską do emigracji do Stanów Zjednoczonych i całkowitego porzucenia dawnego życia. Równie gorzki scenariusz napisało życie dla Elżbiety Góralczyk, niezapomnianej Anuli z serialu Wojna domowa. Naturalna, bliska młodzieży bohaterka tak głęboko wryła się w pamięć Polaków, że gdy aktorka dorosła, nikt nie miał dla niej poważnych propozycji na miarę jej talentu. Zamiast rozwijać skrzydła przed kamerą, Góralczyk stopniowo znikała z ekranów, by ostatecznie wyjechać na stałe do Austrii i odciąć się od świata mediów. Nawet Pola Raksa, która przed występem w serialu Czterej pancerni i pies miała już status cenionej i doświadczonej gwiazdy filmowej, nie zdołała wygrać z potęgą jednej kreacji. Jako romantyczna sanitariuszka Marusia Ogoniok, ukochana Janka Kosa, stała się popkulturową ikoną, w której widziano jedynie symbol słodkiej urody. Zmęczona wciskaniem w ten sam schemat artystka w końcu całkowicie wycofała się z życia publicznego, znikając z oczu fanów na długie dekady.

Załoga czołgu Rudy 102 naznaczyła zresztą znacznie więcej życiorysów, stając się dla jednych przekleństwem, a dla drugich polem wieloletniej, wyczerpującej bitwy o własną twarz. Dwudziestoletni Janusz Gajos jako dowódca Janek Kos zyskał u boku psa Szarika sławę, o jakiej inni marzą przez całe życie, ale szybko zrozumiał, że telewizyjny mundur może stać się jego zawodowym grobem. Przez długi czas nikt nie brał go na serio jako aktora dramatycznego, dlatego Gajos musiał potraktować własną popularność jak śmiertelnego wroga, krok po kroku niszcząc wizerunek sympatycznego czołgisty na deskach teatrów i w trudnych rolach filmowych, aż stał się jednym z najwybitniejszych artystów w historii kraju. Tego spektakularnego przełomu na wielkim ekranie nie powtórzył jednak jego serialowy kolega Włodzimierz Press, czyli pełen temperamentu gruziński kierowca Grigorij Saakaszwili. Charakterystyczny akcent i urok postaci przylgnęły do niego jak druga skóra, sprawiając, że mimo intensywnej pracy w teatrze oraz dubbingu, dla masowej widowni już na zawsze pozostał chłopakiem z czołgu. Podobną walkę o odzyskanie własnej tożsamości musiał stoczyć Krzysztof Stroiński po gigantycznym sukcesie serialu Daleko od szosy z lat siedemdziesiątych. Jego Leszek Górecki, niepewny siebie chłopak ze wsi desperacko walczący o awans społeczny i edukację w mieście, był tak autentyczny, że reżyserzy przez lata bali się powierzyć mu inne zadania. Dopiero ucieczka w stronę mrocznych, skomplikowanych ról teatralnych pozwoliła Stroińskiemu zrzucić z siebie cień dawnego bohatera.

Są wreszcie tacy, którzy z serialowym wyrokiem postanowili się pogodzić, choć cena za ten kompromis okazała się niezwykle wysoka. Andrzej Kopiczyński miał na koncie świetne kreacje, w tym rolę Mikołaja Kopernika z 1973 roku, lecz gdy Jerzy Gruza obsadził go w Czterdziestolatku, klamka zapadła bezpowrotnie. Zwyczajny, nieco zagubiony inżynier Stefan Karwowski, w którym Polacy przejrzeli się jak w lustrze, odebrał Kopiczyńskiemu szansę na wielkie role dramatyczne. Choć sam aktor nigdy nie żałował udziału w tym fenomenie i cieszył się, że bawi miliony ludzi, do samej śmierci pozostał więźniem jednego komediowego wizerunku. Nieco inaczej do swojej klatki podszedł Bronisław Cieślak, który przed końcem lat siedemdziesiątych pracował jako dziennikarz radiowy i telewizyjny. Gdy w serialu 07 zgłoś się stworzył postać porucznika Sławomira Borewicza, z miejsca okrzyknięto go polskim Jamesem Bondem. Pewny siebie, ironiczny milicjant tak bardzo zlał się z twarzą Cieślaka, że ludzie na ulicy zwracali się do niego serialowym nazwiskiem, a on sam otwarcie wskazywał na losy Mikulskiego oraz Kopiczyńskiego jako dowód na to, jak łatwo telewizja zamyka człowieka w szufladzie. Dla niego aktorstwo było jednak przede wszystkim wielką przygodą, a po dekadach zdołał jeszcze przypomnieć się młodszemu pokoleniu jako detektyw Bronisław Malanowski w produkcji Malanowski i partnerzy, udowadniając, że nawet z najgłębszej serialowej szuflady można czasem wyjrzeć na świat z własnym, ironicznym uśmiechem.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy