Uncategorized

Daniel Olbrychski chwycił za szablę w centrum Warszawy, a Jan Englert bez pardonu upokorzył młodego chłopaka na oczach kamer. Mroczna prawda o polskich idolach wychodzi na jaw po latach milczenia

Polacy od dekad kochają swoich ekranowych bohaterów miłością niemal bezwarunkową, stawiając im za życia pomniki z uwielbienia, prestiżowych nagród i lukratywnych kontraktów. Jednak za kulisami telewizyjnych studiów i deskami najważniejszych teatrów kryje się rzeczywistość, która z szarmanckim uśmiechem z czerwonych dywanów nie ma absolutnie nic wspólnego. Tam, gdzie gasną jupitery, zaczyna się festiwal rozdętego do granic możliwości ego, pogardy dla zwykłego człowieka i przekonania, że wielkiemu artyście wolno po prostu więcej. Zestawienie dziesięciu najbardziej aroganckich postaci rodzimego show-biznesu to nie tylko lista towarzyskich skandali, ale przede wszystkim gorzka diagnoza polskiego środowiska artystycznego, które przez lata hodowało w sobie poczucie całkowitej bezkarności.

Symbolem tej szlacheckiej wręcz buty, przeniesionej prosto z planu filmowego do prawdziwego życia, stał się Daniel Olbrychski. Aktor, którego miliony widzów utożsamiały z niezłomnym Andrzejem Kmicicem z Potopu czy Rafałem Olbromskim z Popiołów, w listopadzie 2000 roku postanowił wymierzyć sprawiedliwość własną ręką, nie czekając na wyroki sądów. Uzbrojony w prawdziwą szablę ukrytą pod płaszczem, wkroczył do warszawskiej galerii Zachęta i w obecności kamer Telewizji Polskiej pociął fotografie na wystawie Naziści autorstwa Piotra Uklańskiego. Olbrychski uznał, że wykorzystanie jego kadru z francuskiego filmu Jedni i drudzy obok zdjęć Jana Englerta, Stanisława Mikulskiego oraz Jean-Paula Belmondo bez pytania o zgodę to gwałt na jego poczuciu sprawiedliwości. Choć po tym incydencie minister kultury Kazimierz Michał Ujazdowski zamknął wystawę, a sam aktor spierał się na wizji z dyrektorką Andą Rottenberg, skruchy nie wyraził nigdy. Poczucie wyższości nad zwykłymi zjadaczami chleba dało o sobie znać także później, gdy w czerwcu 2015 roku stracił prawo jazdy za prowadzenie auta pod wpływem alkoholu, a w styczniu 2021 roku u Moniki Olejnik, broniąc artystów szczepiących się poza kolejnością, wypalił wprost, że spora część jego ukochanego narodu jest po prostu bezdennie głupia.

Równie bezkompromisowo ze swoim wizerunkiem obchodzi się od lat Bogusław Linda, niekwestionowany twardziel polskiego kina i niezapomniany Franz Maurer z Psów Władysława Pasikowskiego. Artysta, który swoją legendę budował u Agnieszki Holland w Gorączce, Krzysztofa Kieślowskiego w Przypadku czy Andrzeja Wajdy w Człowieku z żelaza i Dantonie, nigdy nie zabiegał o sympatię mediów. Kiedy jednak decyduje się zabrać głos, robi to z brutalną szczerością, która potrafi zaboleć całe miasta. Jesienią 2015 roku, kręcąc w Łodzi Powidoki, nazwał to miejsce miastem meneli, wywołując wściekłość władz oraz mieszkańców ulicy Włókienniczej. Tłumaczył potem, że chodziło mu o dramat ludzi filmu pozostawionych bez pracy po upadku wytwórni, ale niesmak pozostał. Kilka lat później we Wrocławiu drwił z parytetów dla kobiet na festiwalach filmowych, co ostro skomentowała Paulina Młynarska. Paradoksalnie, w wywiadzie dla tygodnika Newsweek z listopada 2022 roku mąż Lidii Popiel uderzył w samego siebie, nazywając się tanim, fatalnym aktorem, który nie lubi swojego nudnego zawodu. Ta autoironia miesza się jednak u niego z wyraźnym znużeniem światem, który od czasu Psów przestał mu oferować cokolwiek wartego uwagi.

Znużenie i chłodną wyższość do rangi sztuki podniósł także Jan Englert, wieloletni dyrektor artystyczny Teatru Narodowego i były rektor warszawskiej szkoły teatralnej. Gdy w styczniu 2025 roku ogłoszono, że w jego pożegnalnym Hamlecie królową Gertrudę zagra jego żona Beata Ścibakówna, a Ofelię córka Helena Englert, środowisko zawrzało od oskarżeń o nepotyzm, na co ostro zwracała uwagę między innymi dramaturżka Małgorzata Maciejewska. Prawdziwy pokaz arogancji nastąpił jednak w dniu premiery, 12 kwietnia 2025 roku. Pytany przez reportera programu Halo tu Polsat, Maksa Behra, o powody wyboru szekspirowskiego dramatu, osiemdziesięciojednoletni mistrz uznał pytanie za boleśnie banalne, oświadczył dziennikarzowi, że ten strasznie go nudzi, po czym rzucił krótkie do widzenia i odszedł, narzekając jeszcze na młode pokolenie czerpiące wiedzę z Wikipedii i TikToka. Zanim we wrześniu 2025 roku fotel dyrektora przejął Jan Klata, Englert zdążył zapisać się w historii także bezwzględnym zwolnieniem dyscyplinarnym Grażyny Szapołowskiej w kwietniu 2011 roku. Wielka gwiazda filmów Kieślowskiego i Pana Tadeusza sama wykazała się wówczas zdumiewającym lekceważeniem widzów. Zamiast wyjść na scenę w Tangu Sławomira Mrożka, wybrała fotel jurorki w programie Bitwa na głosy w TVP2, odsyłając do domu stupięćdziesięciu posiadaczy biletów. Przegrała później w sądzie, a po latach żaliła się jedynie, że najbardziej zabolały ją zeznania kolegów z zespołu.

Tego rodzaju pewność siebie miała w polskim teatrze swojego ojca chrzestnego, którym był niewątpliwie Adam Hanuszkiewicz. Współtwórca Teatru Telewizji, który w 1968 roku w atmosferze środowiskowego skandalu przejął Teatr Narodowy po wyrzuconym przez władze za Dziady Kazimierzu Dejmku, do końca życia uważał, że uratował tę scenę przed rozpadem. Tłumaczył, że namówił go poeta Jerzy Sito, by teatr nie wpadł w ręce frakcji Moczara, choć sam Dejmek uważał go za antytalencie. Gdy w 1974 roku wystawił Balladynę na motocyklach marki Honda, krytyczki Zofia Jasińska i Marta Fik oraz tygodnik Polityka nie zostawiły na nim suchej nitki. Były mąż Zofii Kucówny do śmierci w 2011 roku twierdził, że bez niego w teatrze będzie po prostu nudno, co zresztą wyryto na jego grobie. Podobnie o swojej wielkości myślał Roman Wilhelmi, niezapomniany Olgierd z Czterech pancernych, Nikodem Dyzma i Stanisław Anioł z Alternatywy 4. Choć Hanuszkiewicz kręcił nosem na jego niski wzrost, Aleksander Zelwerowicz widział w nim powojenny geniusz. Sam Wilhelmi otwarcie mówił w szkole, że w tym zawodzie kocha wyłącznie siebie, a mniejsze role przyjmuje z łaski. Aby zagrał Dyzmę, Maciej Domański musiał uciec się do podstępu, wmawiając mu, że rolę przejmie Jerzy Stuhr. Mimo trudnego charakteru i marzeń o Oscarze, o których pisał biograf Marcin Rychcik, przyjaciele tacy jak Barbara Wrzesińska, Jerzy Trela czy Kazimierz Kutz widzieli w tym zmarłym w 1991 roku artyście zarówno próżnego diabła, jak i naiwne dziecko.

W świecie telewizji informacyjnej i rozrywkowej arogancja przybierała jednak znacznie bardziej toksyczne formy. Irena Dziedzic, żelazna dama prowadząca przez ćwierć wieku Tele-Echo, zbudowała wokół siebie mit jedynej autorki sukcesu programu, choć w 1956 roku stworzyli go Mira Michałowska i Jerzy Gruza, a pierwszymi gospodarzami byli Alina Janowska oraz Edward Dziewoński. Janowska z obawy przed gniewem koleżanki wykreśliła ten fakt ze swojej biografii. Witold Filler pisał o chorobliwej wręcz ambicji Dziedzic, która potrafiła publicznie upokorzyć Bogusława Kaczyńskiego czy pouczać profesor Ewę Łętowską, jak należy prosto siedzieć przy stole, obwiniając ją później do samej śmierci w 2018 roku o utratę pracy. Jeszcze boleśniejszy upadek zaliczył Kamil Durczok. Gwiazdor Wiadomości i Faktów TVN, laureat Złotej Telekamery i Wiktorów, w lutym 2009 roku pokazał swoją prawdziwą twarz na wyciekłym nagraniu, w którym wulgarnie zrugał współpracownika za brudny stół. Choć poseł Janusz Palikot mówił o chamstwie, a z redakcji po latach konfliktu odszedł Tomasz Sianecki, pozycja szefa wydawała się niezachwiana aż do lutego 2015 roku, gdy tygodnik Wprost opisał przypadki mobbingu i molestowania. Durczok odszedł ze stacji, zmagał się z depresją oraz chorobą alkoholową, o czym pisał w książce Przerwa w emisji, i zmarł przedwcześnie w listopadzie 2021 roku. Z kolei Borys Szyc zdołał zatrzymać się nad przepaścią. Po sukcesach w Symetrii, Vinci, Oficerze i Wojnie polsko-ruskiej woda sodowa uderzyła mu do głowy tak mocno, że w 2008 roku stracił prawo jazdy za jazdę po pijanemu, a plany zdjęciowe trzeba było przerywać przez jego niedyspozycję. Dopiero w sierpniu 2014 roku odstawił alkohol, założył rodzinę z Justyną Nagłowską, a trudną relację z córką Sonią przepracował na planie filmu Miało cię nie być. Na drugim biegunie pozostaje natomiast Kuba Wojewódzki, który z bezczelności uczynił swój główny model biznesowy. Samozwańczy król TVN i juror programu Idol ma na koncie niezliczone skandale: od wetknięcia polskich flag w psie odchody przez Marka Raczkowskiego i Krzysztofa Stelmaszyka w 2008 roku, po radiowe audycje z Michałem Figurskim, w których obrażano prezydenta Lecha Kaczyńskiego, urzędnika Alvina Gajadhura oraz Ukrainki podczas Euro 2012, za co otrzymali tytuł Hieny Roku, a stacje płaciły gigantyczne kary. Mimo że Kinga Rusin nazwała go najbardziej aroganckim facetem w Warszawie, Wojewódzki wciąż trwa na antenie, udowadniając, że w polskim show-biznesie tupet sprzedaje się lepiej niż pokora.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy