Bestia z fajką w zębach: ROLNIK, KTÓRY STWORZYŁ PIEKŁO W AUSCHWITZ i śmiał się ofiarom w twarz!
Kiedy 22 grudnia 1947 roku na sali sądowej w Krakowie wyczytano jego nazwisko, zapadła grobowa cisza, w której krył się niewyobrażalny ciężar ludzkiego cierpienia. Ludwig Plagge, z pozoru przeciętny 37-letni rolnik z Landsbergu, nie był potężnym generałem ani wielkim ideologiem nazistowskiego reżimu. Był zaledwie trybikiem w machinie śmierci, który z własnej woli, z przerażającym entuzjazmem i sadyzmem, zamienił władzę nad ludzkim życiem w chorobliwy sport. Więźniowie Auschwitz nigdy nie tytułowali go jego stopniem; zapamiętali go pod ironicznym i budzącym absolutny terror przezwiskiem „Fajeczka”. Z nieodłączną fajką w zębach i lodowatym spokojem na twarzy, ten były chłop własnoręcznie torturował, upokarzał i posyłał na śmierć tysiące niewinnych ludzi, odnajdując w zadawaniu bólu swoją największą życiową satysfakcję.

Historia Plaggego to wstrząsający dowód na to, jak totalitarny system potrafi obudzić najczarniejsze demony w zwykłym, szarym człowieku. Zmęczony biedą, pozbawiony perspektyw i upokorzony powojennym kryzysem w Niemczech, 21-letni Ludwig znalazł ukojenie w brutalnych obietnicach Adolfa Hitlera. Wstąpienie w szeregi SS i awans społeczny zadziałały jak najgorszy narkotyk. Swoje zbrodnicze rzemiosło szlifował w obozach Esterwegen i Sachsenhausen, gdzie nauczył się deptać ludzką godność, asystując przy katowaniu więźniów politycznych, a nawet laureata Nagrody Nobla, Carla von Ossietzky’ego. Jednak to Auschwitz stało się prawdziwym laboratorium jego okrucieństwa, w którym „Fajeczka” bez żadnych ograniczeń i hamulców mógł eksperymentować z bólem i śmiercią, przechodząc samego siebie w wymyślaniu coraz to nowych metod tortur.
Jego sadystyczna wyobraźnia nie znała granic. Plagge urządzał zbrodnicze rytuały, wymuszając na wycieńczonych więźniach liczenie po niemiecku podczas wymierzania regulaminowych 25 uderzeń namoczonym kijem. Najmniejsza pomyłka czy jęk bólu oznaczały powrót do zera, aż ciało ofiary zamieniało się w krwawą miazgę. Podczas gdy jego ofiary traciły zmysły z bólu, on stał niewzruszony, powoli pykając swoją ulubioną fajkę. Co gorsza, z zimną krwią uczestniczył w przełomowym eksperymencie we wrześniu 1941 roku. Plagge był w samym sercu piekła, w piwnicach Bloku 11, pomagając w pierwszym masowym zagazowaniu ludzi Cyklonem B, udowadniając przerażającą skuteczność tej metody, która wkrótce pochłonęła ponad milion żywotów. Z równą obojętnością, stojąc na rampie selekcyjnej, jednym gestem skazywał matki i dzieci na pewną śmierć w komorach gazowych, traktując to jak zwyczajną, rolniczą rutynę.
Mimo sprytnych prób zatarcia śladów po upadku III Rzeszy i przebrania się w cywilne ubrania, demon z Auschwitz został wkrótce schwytany i wydany w ręce polskiego wymiaru sprawiedliwości. W obliczu ocalonych, którzy z niezwykłą precyzją przypominali sobie charakterystyczny zapach jego tytoniu i potworny spokój w jego oczach podczas zadawania ciosów, jego żałosne tłumaczenia o “lekkich policzkach wymierzanych dla porządku” okazały się wyłącznie żałosnym tchórzostwem. Wyrok Najwyższego Trybunału Narodowego był ostateczny – kara śmierci przez powieszenie, którą wykonano w styczniu 1948 roku. Z szubienicy zniknęła ironiczna fajeczka, ale mrożąca krew w żyłach prawda o Ludwigu Plagge pozostała; zwykły chłop z Niemiec udowodnił światu, że najpotężniejsze zło nie musi przybierać kształtu wyimaginowanego potwora, lecz często nosi twarz człowieka z sąsiedztwa, który dostał do rąk absolutną, bezkarną władzę nad życiem i śmiercią drugiego człowieka.