Uncategorized

W 1978 roku mieszkańcy wsi widzieli, jak Diabeł prowadził dziewczynę do lasu. Już nie wróciła

Wieczór 12 sierpnia. 1978 roku przyniósł do cisówki duszne powietrze i blade niebo koloru starego cynku. Stefan Kałuża prowadził wóz wzdłuż smugi ziemi oddzielającej jego pole odboru ciemnego, a koń szedł leniwie, jakby też czuł ciężar zbliżającej się burzy. podkleił koszulę do pleców, a kurz osiadał na skórze cienką warstwą.

Stefan myślał tylko o studni i chłodnej wodzie, może jeszcze o kawałku chleba z smalcem, który zostawiła mu rano żona. Droga biegła wzdłuż lasu. Miejscowi nazywali ją starym traktem, bo pamięć o niej sięgała jeszcze czasów carskich. Szerokość na jeden wóz, drzewa sosnowe po obu stronach, a dalej ciemność, w którą dzień wchodził niechętnie i szybko stamtąd uciekał.

Stefan nie lubił tego odcinka, choć nie umiałby powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że nawet w upał tutaj było chłodniej, a powietrze miało inny zapach. Wilgotny, stary, jakby las przechowywał w sobie coś z dawnych lat. Koń szarpnął łubem i zarżał cicho. Stefan pociągnął lejce, mrucząc uspokajające słowa, ale zwierzę dreptało niepewnie, rozglądając się niespokojnie.

I wtedy Stefan zobaczył ją. Dziewczyna w czerwonej sukience szła brzegiem lasu, tam gdzie drzewa rzucały długie cienie na wyschniętą trawę. Sukienka była jasna, prawie krzykliwa w tym przygaszonym świetle. taka, jaką nosiły młode dziewczyny na odpust albo do kościoła w niedzielę. Włosy miała rozpuszczone, ciemne, spadające na ramiona.

Szła powoli, ręce luźno przy bokach, głowę lekko podniesioną. Stefan zmrużył oczy. Coś było nie tak. Obok dziewczyny poruszała się druga postać. Wysoka. Bardzo wysoka. Ubrany w czarny płaszcz. długi, ciężki, nieprzystający do sierpniowego wieczoru. Kaptur zasłaniał głowę, a cała sylwetka miała coś nierealnego, jakby była za chuda, zasmukła, jakby to nie człowiek, tylko cień naciągnięty na szkielet.

Postać szła tuż obok dziewczyny, nie dotykając jej, ale jakby ją prowadząc, bez słowa, bez gestu. Stefan poczuł, jak coś zimnego przesuwa mu się wzdłuż kręgosłupa. Zatrzymał wóz zupełnie koń parsknął i cofnął się o krok, a Stefan patrzył. Patrzył, bo nie mógł oderwać wzroku. Dziewczyna stawiała kroki miarowo, jak we śnie. Nie oglądała się.

nie zatrzymywała. Postać w czerni poruszała się równie płynnie, jakby nogi jej nie dotykały ziemi. I wtedy Stefan zobaczył drogę, pylistą, suchą drogę, po której przed chwilą przejechał wóz, pozostawiając głębokie koleiny. Droga, na której każdy krok zostawiał ślad. Dziewczyna szła, a za jej stopami kurz unosił się lekko i opadał z powrotem.

Jasne ślady, wyraźne, ale postać w czerni nie zostawiała żadnych śladów. Stefan wytrzeszczył oczy. Popatrzył raz, drugi, trzeci. Przesunął wzrokiem wzdłuż drogi, jakby szukając potwierdzenia, że się myli. Nie mylił się. Postać w płaszczu szła, poruszała się, stawiała kroki, ale ziemia nie reagowała. Ani wgłębienia, ani smugi, ani śladu.

Jakby szedł duch. Jakby to była tylko czerń wycięta z powietrza. Hej! Zawołał Stefan, a jego głos zabrzmiał głucho, jakby słowa ugrzęzły w gorącym powietrzu. Dziewczyno, hej! Dziewczyna nie zatrzymała się, nawet nie zwolniła. Postać w czerni ani drgnęła. Szli dalej wzdłuż lasu, tam gdzie zaczynał się zagajnik, a potem cienista ścieżka prowadząca w głąb boru ciemnego.

Stefan poczuł, jak serce wali mu w piersi. Zeskoczył z wozu, ciężko stawiając stopy na ziemi. Koń zarżał i szarpnął się, ale Stefan trzymał lejce. Dziewczyno, co ty robisz? Gdzie idziesz? Nic, żadnej reakcji. Dziewczyna weszła między drzewa. Czerwona sukienka migotała jeszcze przez chwilę między sosnami, a obok niej postać w czerni płynęła dalej jak plama ciemności.

Stefan stanął na środku drogi, ręce trzęsły mu się lekko. Odwrócił głowę i spojrzał na pylistą powierzchnię za sobą. Widział swoje własne ślady. Ślady konia, głębokie bruzdy od kół. podszedł do miejsca, gdzie szli tamci dwoje. Zobaczył małe odciski, buty dziewczyny, płytkie, ale wyraźne, a obok nic, absolutnie nic.

Stefan przyklęknął, przesunął dłonią po pyle. gładki, nienaruszony, jakby postać w czerni nigdy tam nie była. Wstał powoli. Serce wciąż mu łomotało. Popatrzył w stronę lasu, ale między drzewami było już ciemno. Czerwona sukienka zniknęła. Postać w czerni zniknęła. Stefan cofnął się o krok, potem o drugi. Zawrócił do wozu, złapał lejce i pociągnął konia.

Zwierzę chętnie ruszyło, jakby też chciało uciec z tego miejsca jak najszybciej. Stefan nie oglądał się za siebie. Jechał szybko, ile koń zdołał, aż wóz podskakiwał na koleinach. Dopiero kiedy cisówka pojawiła się przed nim, drewniane zagrody, kominy chałup, blask lamp naftowych w oknach zwolnił. Oddychał ciężko.

Pod mieszał się z kurzem, a ręce wciąż lekko drżały. Żona czekała przed domem z wiaderkiem i ścierką. Długo cię nie było. Rzuciła spokojnie. Myślałam, że może coś się stało. Stefan zeskoczył z wozu i zaczął odprzęgać konia. Nie patrzył na nią. Stefan powtórzyła Marianna. Coś się stało? Milczał przez chwilę, potem wyprostował się i popatrzył na nią. Widziałem coś.

Powiedział cicho. Tam przy lesie. Marianna zmarszczyła brwi. Co widziałeś? Stefan zawahał się. Jak to powiedzieć? że widział dziewczynę prowadzoną przez coś, co nie zostawiało śladów, że to coś było ubrane jak człowiek, ale człowiekiem nie było dziewczynę. Powiedział w końcu młodą w czerwonej sukience szła z kimś do lasu.

Marianna zmarszczyła brwi jeszcze bardziej. Z kim? Nie wiem. Odparł Stefan i odwrócił wzrok. Nie wiem, co to było. Nazajutrz zawrzała. Do południa wieść dotarła do każdego zagrodu. Zaginęła Krystyna Woźniak, 16letnia córka Zofii, która mieszkała na końcu wsi, tuż przy granicy z polem kałużów. Widziano ją wieczorem, kiedy wychodziła z domu.

Mówiła matce, że idzie do sąsiadki. Nie wróciła. Stefan słuchał tego wszystkiego w milczeniu, stojąc przy studni. A potem, kiedy Zofia Woźniak przyszła zapytać, czy przypadkiem nie widział córki wieczorem, kiedy wracał z pola, Stefan skinął głową. Widziałem. Powiedział cicho. Zofia zamarła. Gdzie? Gdzie ją widziałeś? Przy lesie.

Szła starym traktem. Nie była sama. Zofia zbladła. Z kim, Stefan? Z kim ona szła? Stefan popatrzył na nią długo, potem popatrzył w stronę boru ciemnego, którego czarna linia rysowała się wyraźnie na horyzoncie. Nie wiem, powiedział w końcu, ale ktokolwiek to był, nie zostawiał śladów na drodze.

13 sierpnia tuż po świcie przed domem Woźniaków zatrzymał się milicyjny warsztat terenowy. Jan Malik, posterunkowy z białej Podlaskiej, wysiadł z samochodu i poprawił czapkę. Był to człowiek po cziestce, o twardych rysach twarzy i powolnych ruchach kogoś, kto widział już niejedną sprawę zaginionej osoby. Zaanim szedł młodszy funkcjonariusz z notatnikiem, Zofia Woźniak wyszła im naprzeciw, ściskając w dłoniach chusteczkę.

Twarz miała szarą od bezsenności, oczy podkrążone. Pani córka nie wróciła do domu od wczorajszego wieczora? Zapytał Malik. nie podnosząc głosu. Nie wróciła odpowiedziała cicho Zofia. Wyszła przed zachodem słońca. Mówiła, że idzie do koleżanki na drugi koniec wsi, ale tam nie dotarła. Pytałam wszędzie. Malik kazał młodszemu milicjantowi zapisać nazwiska sąsiadów, godzinę wyjścia, opis ubrania.

Krystyna miała na sobie czerwoną sukienkę i płócienne sandały. Sastletnia dziewczyna, ciemne włosy do ramion, drobnej postury. Stefan Kałuża widział ją przy starym trakcie, niedaleko boru ciemnego. Dodała Zofia. Mówił, że szła z kimś. Malik zmarszczył brwi. Z kim? Nie wiedział. Jakaś postać w czarnym płaszczu.

Ale to nie był nikt ze wsi. Milicjant zanotował to bez komentarza, choć jego wzrok stwardniał. Spojrzał na las widoczny za zabudowaniami, ciemną smugę drzew ciągnącą się wzdłuż horyzontu. Czy córka miała chłopaka? Może kogoś poznała? Zofia pokręciła głową. Nie. Krystyna była cicha, nie wychodziła nigdzie poza szkołę, ale zawahała się ściskając mocniej chusteczkę.

Od tygodnia coś z nią było nie w porządku. Malik spojrzał na nią uważnie. Co pani ma na myśli? Zofia odwróciła wzrok, jakby szukała słów. Wpatrywała się w okno wieczorami, jak już zaczynało się ściemniać. Stała tak i patrzyła w stronę lasu. A kiedy ją pytałam, co tam widzi, mamrotała coś pod nosem. Nie rozumiałam słów. Jak we śnie mówiła.

Młodszy milicjant przestał pisać i spojrzał na Malika. Posterunkowy nie zmienił wyrazu twarzy. Może była chora, gorączka. Nie miała gorączki. Powiedziała cicho Zofia. I jeszcze coś. W jej pokoju znalazłam chusteczkę, czerwoną, małą. Nie wiem skąd ją wzięła. Śmierdziała siarką. Cisza zaległa na podwórku.

W oddali gdzieś zakukał ptak. Gdzie ta chusteczka? Zapytał Malik po chwili. Zofia poprowadziła ich do izby. Na drewnianym stole obok starej ikony Matki Boskiej Częstochowskiej leżała mała czerwona chusteczka z haftem. Malik wziął ją do ręki i natychmiast zmarszczył nos. Zapach był intensywny, ostry, przypominający zapalone zapałki, ale cięższy.

jakby coś paliło się pod ziemią. Młodszy milicjant cofnął się o krok. Skąd to? Zapytał Malik, obracając chusteczkę w dłoniach. Nie wiem. Leżała na parapecie przy oknie, w którym Krystyna stała. Jeszcze w sobotę jej tam nie było. Malik schował chusteczkę do plastikowej torebki i skinął na młodszego. Organizujemy przeczesanie terenu. Zacznijmy od starego traktu i okolic boru ciemnego.

Do południa przy skraju lasu zebrała się grupa kilkunastu ochotników. mężczyźni z Cisówki, młodszy brat księdza Dudy, dwóch leśniczych z Władysławem Prusem na czele. Psy tropiące, owczarki przyprowadzone z posterunków białej nerwowo ciągnęły na smyczach, kiedy jeden z psiarzy podał im do powąchania ubrań Krystyny. Psy ruszyły w las z impetem, ale już po kilkuset metrach zaczęły krążyć w kółko, skomleć i cofać się.

Psiarasz próbował je ponownie naprowadzić, ale zwierzęta uporczywie odmawiały wejścia głębiej między drzewa. Jedna z owczarek położyła się na ziemi i zaskowyczała jakby przestraszona. Co się dzieje? Zapytał Malik podchodząc bliżej. Nie wiem. Odparł psiarasz pocąc się pomimo chłodu panującego w lesie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

One tracą trop albo albo nie chcą iść dalej. Malik spojrzał w głąb boru ciemnego. Las był gęsty. Stare sosny i świerki zasłaniały niebo. Cisza tam panowała dziwna. Nie było śpiewu ptaków, tylko szum wiatru w koronach. Idziemy dalej. Powiedział. Bez psów, jeśli trzeba. Przeszukiwanie trwało do późnego popołudnia.

Znaleźli tylko jedno miejsce, które wydawało się istotne. Smugę rozdeptanej trawy prowadzącą w kierunku starej gajówki. Ale żadnych śladów walki, żadnych fragmentów ubrania, żadnych dowodów na to, że Krystyna tam była. Wieczorem, kiedy milicja wróciła do wsi, Malik usiadł w warsztacie i zapalił papierosa. Młodszy milicjant spojrzał na niego pytająco: “Co pan myśli?” Malik wypuścił dym. powoli.

Myślę, że dziewczyna miała kłopoty w szkole. Podobno nauczyciel źle ją ocenił przed wakacjami. Pewnie uciekła do Warszawy albo Lublina. Znajdzie się za kilka dni. Młodszy kiwnął głową, ale nie wyglądał na przekonanego. A ta chusteczka. Malik wzruszył ramionami. Dzieciaki palą różne głupoty. Może wzięła od kogoś na próbę.

Nie myśl za dużo. Ale kiedy posterunkowy wracał wieczorem do domu, jeszcze raz spojrzał w stronę lasu i przez moment wydało mu się, że między drzewami coś się porusza, długi, ciemny kształt. Ale kiedy zmrużył oczy, już nic tam nie było. Następnego dnia w aktach sprawy znalazł się wpis. Prawdopodobny dobrowolny wyjazd. Kontynuować poszukiwania w ośrodkach miejskich.

A Zofia Woźniak zamknęła okno w pokoju córki i już nigdy więcej go nie otworzyła. We wsi Cisówka rozmowy o zaginięciu Krystyny Woźniak nie ucichły. Przeciwnie, po tygodniu od zamknięcia śledztwa, gdy milicja uznała sprawę za wyjaśnioną, ludzie zaczęli mówić więcej. Szeptali na odpustowych straganach przy studniach, wieczorami na progach chat.

Starsi kiwali głowami ze zrozumieniem, jakby to wszystko było jasne od początku. Młodsi milczeli i spuszczali wzrok, kiedy ktoś wspominał stary trakt. Bronisława Kot mieszkała w Cisówce od urodzenia, a urodziny miała jeszcze przed wojną, tą pierwszą, wielką. Siedzenie na ławce przed jej chatą było czymś w rodzaju rytuału dla sąsiadek.

To tu pod Jabłonią można było usłyszeć rzeczy, o których inni woleli nie mówić głośno. Bronisława nigdy nie podnosiła głosu. Mówiła powoli, przeczesując siwymi palcami wełnę na wrzecionie i kiedy coś mówiła, nikt jej nie przerywał. Pewnego popołudnia, w połowie sierpnia 78 roku, przy jej chacie zebrało się cztery kobiety.

Wszystkie dobrze znały rodzinę woźniaków. Rozmawiały cicho, ale Bronisława milczała. Kręciła wrzecionem, patrzyła gdzieś w stronę zagajnika za wsią. W końcu jedna z kobiet, młodsza, może 30letnia, zapytała wprost: “Pani Bronisławo, mówią, że Krystyna nie uciekła, że coś ją zabrało. Starsza kobieta nie podniosła wzroku, tylko wrzeciono zwolniło obrót.

Mówią, powtórzyła cicho Bronisława, a ja pamiętam co mówiono dawniej. Inna z kobiet przysunęła się bliżej, jakby chciała chronić się w cieniu starego domu. Jakie dawniej? Spytała. Gdy byłam małą dziewczyną, zaczęła Bronisława, matka mówiła mi, żebym nie chodziła starym traktem po zachodzie słońca.

A jak pytałam dlaczego, to odpowiadała jedno. Tam Cort spaceruje. Cisza. Tylko wiatr poruszył liśćmi jabłoni. Cz. powtórzyła głośniej Bronisława. Tak mówiła i nie tylko ona. Wszyscy starzy ludzie tak mówili, że ten trakt jest jego, że przechodzi tędy wieczorami i że czasem zabiera kogoś ze sobą. A zabierał? Zapytała najstarsza z kobiet, ta, która sama pamiętała przedwojenną cisówkę.

Bronisława kiwnęła głową. W 998 roku zaginęła dziewczyna. Nazywała się Antonina. Miała chyba 15 lat. Podobno widzieli ją z kimś w czerni przy skraju boru ciemnego i potem nikt jej już nie widział. A szukali, szukali. Przez tydzień przeszukiwali las. Nawet z sąsiednich wsi ludzie przychodzili, ale nic nie znaleźli.

Bronisława odłożyła wrzeciono na kolana. Jej twarz była spokojna, ale głos stwardniał, a trzy noce przed tym, jak zaginęła, świeciło się światło w głębi lasu. Mój ojciec widział, mówił, że to było żółte światło, takie jak od lampki naftowej, ale silniejsze. Pojawiało się i gasło.

I zawsze w tym samym miejscu, głęboko w boże. Kto tam świecił? Nikt. Odpowiedziała krótko Bronisława. Nikt. Normalny. Kobieta, która pierwsza zapytała, przełknęła ślinę. A ten czort, widziano go? Widziano, wysoki w czarnym płaszczu z kapturem. Mówili, że nie widać mu twarzy i że nie zostawia śladów na ziemi, nawet na błocie. Moja babka mówiła, że to duch przekupnia, tego, który dawno temu sprzedał duszę na rozstajach i teraz chodzi po tym trakcie, zbierając należność.

Żadna z kobiet się nie odezwała. Bronisława podniosła wrzeciono i znowu zaczęła je kręcić, jakby rozmowa już się skończyła. Ale tego samego wieczoru w pobliskiej plebanii ksiądz Henryk Duda zamykał okno gabinetu i słyszał to samo, tylko z ust młodego mężczyzny, sąsiada kałużów, który przyszedł spytać, czy w kościele można odprawić mszę w intencji Krystyny.

Ona nie żyje, prawda? Zapytał mężczyzna wprost. Ksiądz Duda nie odpowiedział od razu. Stał przy oknie, ręce złożył za plecami, patrzył w stronę zachodzącej smugi słońca znikającej za drzewami. Milicja uznała, że wyjechała. Powiedział w końcu. Ale ludzie mówią co innego. Ksiądz odwrócił się.

Ludzie mówią dużo rzeczy, szczególnie wtedy, gdy czegoś nie rozumieją. To naturalne. Strach rodzi opowieści. Mężczyzna nie ustąpił. Ale prawda jest w tym, co mówią. Prawda, że las, że to miejsce jest złe. Duda podszedł do biurka, oparł się o nie rękami. Nie nazywam miejsc złymi. Odparł spokojnie. Ale ludzie unikają boru ciemnego od lat, zwłaszcza po zmroku.

I nie bez powodu. Może to przesąd, może coś więcej, nie wiem. Ja jestem księdzem, nie egzorcystą, ale wiem, że są rzeczy, których rozum nie ogarnia i wiem, że ludzie, którzy lekceważą takie rzeczy, często błądzą. Więc ksiądz uważa, że tam naprawdę, uważam, przerwał mu ksiądz Duda, że diabeł działa tam, gdzie ludzie mu pozwalają, a niektóre miejsca, niektóre ścieżki są starsze niż nasza pamięć i nikt nie wie, co naprawdę tam zostało zapomniane.

Mężczyzna wyszedł speszony, ale z większą pewnością, że opowieści z wioski to nie tylko plotki. Nazajutrz, kiedy proboszcz rozmawiał z leśniczym Władysławem Prusem o wyrąbie chorego drzewa przy drodze do leśniczówki, ksiądz spytał go o las. Pan Władysławie, pan przecież zna burr ciemny, lepiej niż ktokolwiek w okolicy.

Co pan o tym sądzi? Prus podniósł wzrok znad mapy, na której zaznaczał granice wyrąbu. Był mężczyzną około 50 lat. o twardym wyglądzie, przyzwyczajonym do długich dni w lesie, do samotności, do milczenia zwierząt i szumu wiatru. Sądzę, że ludzie lubią się bać. Powiedział bez emocji. A pan się nie boi? Prus odłożył ołówek.

Jego twarz pozostała kamienna, ale coś zmieniło się w oczach. Jakaś drobna, ledwo dostrzegalna zmiana. Las jest lasem. Odparł. Ma swoje zasady. Wilki, rysie, czasem dzik agresywny, zimą zaspy. Tyle. Ale leśniczy westchnął. Ale są miejsca, których nie lubię odwiedzać. Przyznał w końcu, zwłaszcza w okolicach starej gajówki pod dębami.

Tam nie wiem, powietrze jest cięższe, ptaki milkną, nawet jelenie omijają tamten kawałek, a zwierzęta czują więcej niż ludzie. Widział pan tam kiedyś coś niezwykłego? Prus długo nie odpowiadał. Patrzył w okno, gdzie za szybą majaczyły konary drzew. Raz zobaczyłem kogoś w czerni. Stał między sosnami nieruchomy. Nie reagował na mój okrzyk, a kiedy podszedłem bliżej, już go nie było.

Żadnych śladów, jakby go nigdy nie było. Ksiądz Duda skinął głową powoli. Kiedy to było? D lata temu, w sierpniu. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Prus wrócił do mapy, ale już jej nie zaznaczał, tylko trzymał ołówek w dłoni, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć więcej. Ksiądz wie, że ludzie gadają, dodał cicho, że ten las jest przeklęty, że tam chodzi. Ja w to nie wierzę.

Ale jednego jestem pewien. Po zmroku tam nie chodzę i nikomu nie radzę. Tego wieczoru cisówka zasnęła cicho, ale okna w chatach były szczelnie zamknięte, a zasłony zaciągnięte. Nikt nie wychodził na dwór po zachodzie słońca i nikt nie patrzył w stronę boru ciemnego, gdzie ścieżki znikały między drzewami, a cień stawał się grubszy niż noc.

Przez cały tydzień Stefan Kałuża nie mógł spać. Zamykał oczy i widział tę samą scenę. Czerwoną sukienkę, czarny płaszcz, pustą drogę pod stopami postaci. Marianna mówiła, że ma mrocze przez sen, że budzi się zlany potem, ale Stefan nic nie tłumaczył, tylko patrzył w okno i czekał, aż słońce zajdzie. 12 sierpnia, tydzień po zaginięciu Krystyny, usiadł przy stole i powiedział: “Idę tam jeszcze raz”.

Marianna odłożyła garniec. Gdzie? Na stary trakt. O tej samej porze. Stefanie, po co? Żeby zobaczyć. Nie dodał nic więcej. Włożył czapkę, zabrał latarkę i wyszedł, gdy niebo zaczęło różowiecieć od zachodu. Droga była taka sama. Byliście koleiny, brzuski po obu stronach, łopian przy rowie. Stefan szedł powoli nasłuchując.

Żadnego ptaka, żadnego szelestu. Stanął dokładnie tam, gdzie tydzień temu zobaczył dziewczynę i postać. Rozejrzał się. Nic. A potem spojrzał w dół. Na pylistej drodze, tuż przed nim, biegła wąska smuga, ciemna, jakby wypalona. Liście leżące na niej były zwęglone, poskręcane, ale sama smuga była równa jak sznur. Ciągnęła się w las.

Stefan przykucnął, dotknął palcem czarnej krawędzi. Popiół, zimny, ale ostry, jakby świeży. Wstał i ruszył za smugą. Las przyjął go w milczeniu. Sosny rosły gęsto. Pod stopami szeleściły suche igły. Smuga prowadziła prosto, omijała drzewa, ale nie znikała. Stefan szedł i nagle zobaczył coś jeszcze. Na pniu sosny, na wysokości jego głowy, może wyżej, ciągnęły się długie pionowe rysy.

Jakby ktoś przeciągnął pazurami albo palcami, pokorze! Drewno było świeże, jasne, żywiczne. Stefan podszedł bliżej. Policzył cztery rysy. Długie, zbyt długie jak na ludzką dłoń. Dotknął. Żywica była lepka. Popatrzył w górę. Zadrapania zaczynały się na wysokości dóch metrów, może wyżej. Żaden człowiek by tam nie sięgnął.

Odwrócił się i zobaczył kolejne drzewo. Takie same rysy i następne. Jakby coś wysokiego przeszło tuż przy pniach. zahaczając o nie palcami. Stefan poczuł, jak kark mu zesztywniał. Spojrzał w głąb lasu. Smuga biegła dalej. Zaczął iść szybciej. Latarka podskakiwała mu w ręce. Las gęstniał, a smuga wypalonych liści wciąż ciągnęła się przed nim. czarna i równa.

Nagle usłyszał szum. Odwrócił się. Chmury zaciągnęły niebo. Wielkie, ciemne. Zaczął padać deszcz. Zimny, mocny. W kilka chwil Stefan był przemoczony. Woda zalewała drogę, moczyła liście, kapała z gałęzi, ale smuga pozostała sucha. Stefan patrzył na nią jak urzeczony. Woda spływała z boków, omijała czarny pas, jakby tam była niewidzialna ściana.

Deszcz lał, a smuga sucha, jakby nigdy jej nie dotknął. Stefan cofnął się o krok, potem o drugi. Usłyszał coś jeszcze, ciche, ale wyraźne, jakby szept albo oddech gdzieś z głębi lasu, tam gdzie biegła smuga. Odwrócił się i zaczął iść z powrotem. Szybko. Nie biegł, ale szedł, tak szybko, jak tylko mógł. Deszcz zacinał mu w twarz, latarka zgasła, nie zatrzymywał się.

Gdy wyszedł na stary trakt, deszcz właśnie przestał. Las za nim był cichy jak grób. Stefan wrócił do domu o zmroku. Marianna czekała przy drzwiach. Spojrzała na niego i zapytała: “Co tam było?” Stefan zdjął czapkę, usiadł ciężko na ławie. Nie wolno tam chodzić. Powiedział po zachodzie słońca. Nigdy.

Marianna chciała coś powiedzieć, ale Stefan podniósł rękę. Pytaj ile chcesz. Nie powiem, bo jak powiem to będziesz myślała. A jak zaczniesz myśleć to będziesz patrzeć. A jak zaczniesz patrzeć. Urwał. Wstał i wszedł do izby. Marianna została na progu. patrzyła w las ciemny, gęsty, milczący. Nazajutrz Stefan poszedł do leśniczego. Zapytał Władysława Prusa, czy wie coś o starej gajówce w głębi boru ciemnego.

Prus spojrzał na niego długo. Skąd pytasz? Bo muszę wiedzieć. Leśniczy zapalił papierosa, wypuścił dym przez nos. Tam nikt nie chodzi, powiedział w końcu. Nie od lat. Nie wiem dlaczego, ale nie chodzę. Sam czuję, że nie powinienem. Stefan skinął głową i wyszedł. Przez resztę sierpnia unikał starego traktu.

Obchodził go dookoła, nawet jeśli to oznaczało dłuższą drogę i nie wychodził z domu po zachodzie słońca. Marianna pytała jeszcze raz. Stefan tylko pokręcił głową. Zobaczysz. powiedział, kiedy przyjdzie czas, wtedy wszyscy zobaczymy. I zapatrzył się w okno w kierunku lasu. Posterunek milicji w Cisówce mieścił się w dwóch ciasnych pomieszczeniach na parterze gminnego budynku.

Jan Malik siedział przy biurku zastawionym zielonymi segregatorami i patrzył na kopertę leżącą przed nim. znaczek pocztowy z Warszawy. Adres napisany dużymi, nierównymi literami. Podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer. Zofia Woźniak odebrała po trzecim sygnale. Pani Woźniak, dostaliśmy list. Powiedział Malik, starając się, by jego głos brzmiał pewnie.

Od córki z Warszawy. W słuchawce zapanowała cisza. Potem usłyszał długie, drżące westchnienie. Proszę go przeczytać. Malik otworzył kopertę i rozłożył kartkę. Tekst był krótki. Mamo, wyjechałam. Dobrze mi tu. Nie szukaj mnie. Krystyna. Znowu cisza. Malik słyszał tykanie zegara na ścianie. W końcu głos Zofii zabrzmiał sucho, płasko. To nie jej pismo.

Pani Woźniak, znam rękę własnej córki. To nie ona pisała. Panie Malik, proszę mi powiedzieć prawdę. Co pan znalazł w lesie? Malik zacisnął palce na słuchawce. Niczego tam nie znaleźliśmy. Odparł. Proszę przyjść po list, jeśli pani chce. Odłożył słuchawkę. Wstał i podszedł do okna. Za szybą widać było zakurzony plac przed gminnymi budynkami, samotną topolę i drogę wiodącą w kierunku boru ciemnego.

Malik sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął mały, starannie złożony kawałek materiału, czerwony, spłowiały na brzegach. Znaleziono go tydzień wcześniej, metr od wyjeżdżonej drogi przy kępie Paproci. Malik miał zapisać to w raporcie. Miał dołączyć do akt, ale nie zrobił tego. Rozkładał teraz materiał na dłoni. Materiał był gładki, lekki.

Brzegi były ciemne, nie od brudu, nie od wilgoci. Wyglądały, jakby ktoś przyłożył do nich żelazko rozgrzane do czerwoności albo coś gorszego. Malik przesunął palcem po ciemnym śladzie i poczuł delikatną chropowatość. Tkanina była tam. zwęglona. Złożył materiał z powrotem i schował go do kieszeni.

Następnego dnia pojechał do plebanii. Ksiądz Henryk Duda siedział w swoim gabinecie przy biurku pełnym ksiąg i papierów. Malik usiadł naprzeciwko niego i milczał przez dłuższą chwilę. Zamyka pan sprawę? Spytał ksiądz w końcu. Malik skinął głową. Rodzina dostała list z Warszawy. Dziewczyna wyjechała dobrowolnie. Duda spojrzał na niego uważnie.

Nie pytał, czy list jest prawdziwy. Nie musiał. Obaj wiedzieli. A co pan znalazł w lesie, panie Malik? Malik wyciągnął z kieszeni materiał i położył go na blacie. Ksiądz wziął go ostrożnie w dłonie, obejrzał przy świetle lampy, przesunął palcem po ciemnym brzegu. Sukienka. Spytał cicho. Fragment.

Znaleźliśmy go tydzień po zaginięciu przy starym trakcie. Duda odłożył materiał i spojrzał na milicjanta. Dlaczego nie dołączył pan tego do akt? Malik milczał, potem odchylił się na krześle i westchnął. Bo jak to opisze ojcze, że materiał wygląda jakby przeszedł przez ogień, ale nie spłonął? Że leżał w miejscu, gdzie ziemia była sucha, jakby nic tam nie rosło od lat.

Malik zawiesił głos, że psy tropiące odmówiły podejścia bliżej, że jeden z moich ludzi powiedział, że tam cuchnie siarką. Duda patrzył na niego w milczeniu. Nie mogę tego napisać. Ciągnął Malik ciszej. Przyszliby z komendy wojewódzkiej, kazaliby mi powtórzyć. Uznaliby, że jestem niepoważny albo pijany. Więc zamyka pan sprawę i pisze, że dziewczyna wyjechała.

Malik pokiwał głową. Tak będzie lepiej dla wszystkich, dla matki, dla wsi. Ksiądz sięgnął po materiał i podniósł go znowu do światła. Spojrzał przez niego jak przez szkiełko. Wie pan co to oznacza, panie Malik? Ten kolor, te ślady. Nie chcę wiedzieć, ojcze. Duda położył materiał z powrotem na biurku powoli, jakby to był przedmiot świętej wagi.

Diabeł nie zostawia ciał. Powiedział w końcu cicho. Nigdy. Zabiera je całe. To stara wiedza. Ludzie o tym pamiętają, choć nie mówią głośno. Malik wziął materiał, złożył go i schował do kieszeni. Wstał. Sprawa jest zamknięta. W aktach będzie adnotacja, wyjazd dobrowolny. Tak będzie lepiej.

Duda patrzył na niego spokojnie. A co pan zrobi z tym? Skinął głową w kierunku kieszeni Malika. Malik stanął w drzwiach. Przez chwilę stał bez ruchu plecami do księdza. Potem odwrócił głowę. Zachowam, żeby pamiętać. Drzwi zamknęły się za nim cicho. Ksiądz Duda został sam w swoim gabinecie. wstał, podszedł do okna i spojrzał w stronę boru ciemnego.

Drzewa stały ciemne, nieruchome. Niebo nad nimi było szare, ciężkie od wilgoci. Duda zamknął oczy i szepnął krótką modlitwę. Potem wrócił do biurka i zaczął przeglądać stare księgi parafialne. Szukał czegoś, czego jeszcze nie umiał nazwać. W posterunku milicji Jan Malik otworzył zieloną teczkę z napisem Woźniak Krystyna i dopisał na ostatniej stronie czarnym atramentem.

Sprawa zakończona. Wyjazd dobrowolny. Dnia 23 sierpnia 1978 roku. Zamknął teczkę i odłożył ją na półkę. Potem usiadł przy biurku i długo patrzył w okno. W kieszeni jego marynarki leżał kawałek czerwonej sukienki ze zwęglonymi brzegami. Leżał tam i czekał jak świadek, którego nigdy nie wezwano na rozprawę. Jesień 1978 roku przyszła wcześnie.

Już pod koniec września liście brzdłuż starego traktu zżółkły i zaczęły opadać, pokrywając drogę miękkim, szeleszczącym dywanem. Wieczory robiły się coraz krótsze, a zmierzch zapadał szybko, jakby ktoś gasił światło dzienne nagle, bez ostrzeżenia. W cisówce zaczęto mówić o nowych zjawiskach.

Najpierw była to plotka, którą przyniosła z targu żona kowala. Potem jeszcze jedna usłyszana przy studni, później trzecia, czwarta. Ludzie zaczęli wymieniać się opowieściami ostrożnie, jakby niepewni, czy mają prawo nazywać to, co widzieli. Ale każda historia była podobna. Postać w czarnym płaszczu, zawsze przy skraju boru ciemnego, zawsze o zmierzchu.

Stefan Kałuża przestał wychodzić wieczorami. Siadywał przy stole w kuchni, popijał herbatę i patrzył w okno, choć dokładnie unikał kierunku, z którego widać było las. Marianna stawiała przed nim talerz zupy, ale jedzenie stygło. Powinieneś powiedzieć księdzu. Mówiła cicho, wycierając dłonie w fartuch.

Stefan kręcił głową. Co mu powiem? Coś na drodze, że mi się coś przywidziało? Odwracał wzrok. To nie moja sprawa. Ale późną nocą, kiedy Marianna już spała, Stefan wstawał i patrzył przez okno w kierunku starego traktu. Czasami zdawało mu się, że widzi tam smugę ciemności ciemniejszą niż las. smugę, która porusza się powoli, bez pośpiechu, jakby wiedziała, że ma czas.

Marianna przestała wychodzić do stodoły po zachodzie słońca. Przez długi czas nie mówiła Stefanowi dlaczego, ale pewnego wieczoru, kiedy lampa naftowa rzucała na ściany niepewne cienie, wyszeptała to, co od tygodnia nosiła w sobie. Widziałam ją. Stefan odłożył gazetę. Gdzie? Przy stodole.

Marianna przełknęła ślinę dwa tygodnie temu. Byłam tam wieczorem, bo koza źle się czuła. Chciałam sprawdzić, czy ma wodę. A kiedy wyszłam, ona tam stała. Postać. Marianna skinęła głową. Stała nieruchomo, odwrócona tyłem. Płaszcz miała długi, czarny, jakby z grubego sukna i kaptur. Myślałam, że to może ktoś z sąsiedniej wsi zagubiony.

Zawołałam, zapytałam czy pomóc. Głos jej zadrżał. Odwróciła się. Stefan wstał i podszedł do żony. Co zobaczyłaś? Marianna zacisnęła palce na fartuch. Nic. Pod kapturem. Nic nie było. Nie twarz, nie głowa, tylko ciemność. Taka jakby kaptur był pusty, jakby nikt tam nie stał, a jednocześnie coś, coś tam było. Patrzyło na mnie. zamknęła oczy i czułam zapach siarki spalonego. Nie mogłam się ruszyć.

Nie wiem jak długo tam stałam. A potem mrugnęłam i postać zniknęła. Stefan objął ją ramieniem. Długo siedzieli w milczeniu. Nie wychodź wieczorem. Powiedział w końcu. Nigdzie, nawet do obory poczekaj do rana. Marianna skinęła głową. Wieś mówiła szeptem. Bronisława Kot opowiadała przy studni, że widziała postać stojącą na skraju zagajnika tuż za ostatnim domem.

Stała nieruchomo między sosnami, jakby czekała na kogoś. Kiedy Bronisława przeszła bliżej, postać nie uciekła, tylko odwróciła się i patrzyła. Bronisława wróciła do domu najszybciej jak mogła i nie wychodziła już po zmroku. Chłopak z sąsiedniej zagrody mówił, że widział coś podobnego przy moście przez strumień.

Postać stała przy brzegu, a jej odbicie w wodzie nie było. Chłopak przysięgał na Matkę Boską, że woda była spokojna, a odbicia nie było. W kościele ksiądz Henryk Duda odprawiał mszę jak zwykle. Jego kazania były krótkie, oparte na Ewangelii, bez odniesień do przesądów, ale ludzie zauważyli, że coraz częściej zostawał po nabożeństwie, zamykał drzwi i modlił się sam długo, w ciszy.

Zofia Woźniak przyszła do niego pewnego wieczoru. Stanęła przed plebanią, nieśmiała, z chustą, mocno zawiązaną pod brodą. Ojcze, czy pan wie coś o mojej Krystynie? Ksiądz Duda westchnął. Wiem tyle, co milicja mi powiedziała, że córka wyjechała. Ale to nieprawda. Zofia zacisnęła dłonie. Pan wie, że to nieprawda.

Duda patrzył na nią długo. Pani Zofio, są rzeczy, które człowiek nie może zrozumieć. Są sprawy, które należy zostawić Panu Bogu. Ale ludzie mówią, mówią, że widzieli ją z czymś, z kimś. Głos jej się załamał. Czy ona, czy ona jeszcze żyje? Ksiądz milczał, potem położył dłoń na jej ramieniu. Módlmy się. Powiedział cicho. Nie odpowiedział na pytanie.

Władysław Prus chodził po lesie rzadziej. Unikał pewnych miejsc, ale pod koniec października dostał wezwanie, żeby sprawdzić, dlaczego zwierzyna ucieka z okolic starego traktu. Myśliwi mówili, że zwierzęta zmieniły szlaki, jakby coś je płoszyło. Prus poszedł z niechęcią. Wszedł w las od strony gajówki przez stare ścieżki, które znał od dziecka.

Światło się przesączało przez gałęzie z kompąpo, jakby las zgęstniał. Pachniało wilgocią, mchem i czymś jeszcze. Czymś, co Prus nie potrafił nazwać. Znalazł je pół godziny później. Pośrodku leśnej polany leżał zwęglony pień. Nie wyglądał jakby spłonął w pożarze. Raczej jakby coś wypaliło go od środka.

Kora była czarna, popękana, a środek przypominał węgiel. Wokół pnia, w idealnym kręgu, leżały martwe ptaki. Prus przystanął. Policzył je w myślach. 12. Wszystkie ułożone głowami do środka. Sikorki wróble drost. Żadnych śladów ran. Wyglądały, jakby po prostu przestały żyć. Leśniczy przykucnął, dotknął jednego z ptaków. Był zimny, ale nie zesztywniały, jakby padł niedawno.

Prus podniósł wzrok na zwęglony pień. Coś w tym układzie było celowe, rytualiczne. Właśnie wtedy poczuł ten zapach. Siarka i spalone włosie. Odwrócił się powoli. Las wydawał się pusty, ale Prus miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Ktoś albo coś. Coś, co stało nieruchomo między drzewami. Cierpliwe i ciche. Kto tu jest? Zawołał. Cisza. Prus wstał.

Cofnął się powoli, nie odwracając wzroku od cienia między sosnami. Dopiero kiedy wszedł na wyraźną ścieżkę, zaczął iść szybciej. Kiedy wyszedł z lasu, było już prawie ciemno. Nie wrócił po ptaki, nie złożył raportu. W domu nalał sobie wódki i wypił jednym haustem. Co się stało? Zapytała żona. Nic. Odpowiedział.

Nic takiego. Ale tej nocy nie spał. Ksiądz Duda zaczął odprawiać egzorcyzmy. Nikt tego oficjalnie nie ogłaszał. Nie było żadnych komunikatów z ambony, ale ludzie wiedzieli. Wiedzieli, bo widzieli księdza wchodzącego do kościoła o dziwnych godzinach. Widzieli, jak zamykał drzwi i modlił się godzinami. Czasami słychać było słowa po łacinie.

Ciche, ale wyraźne w nocnej ciszy. Bronisława Kot mówiła, że ksiądz poświęcił cały bór ciemny wodą święconą, że chodził po lesie z krzyżem i stułą modląc się na głos. Inni mówili, że to przesada, że ksiądz tylko sprawdza stare kapliczki, ale prawda była gdzieś pośrodku. Ksiądz Duda wiedział, że coś jest w lesie, coś, co nie powinno tam być.

Wiedział to od momentu, kiedy Zofia Woźniak przyszła do niego z chusteczką pachnącą siarką. Wiedział to, kiedy czytał stare kroniki i widział podobne opisy z XIX wieku. I wiedział, że same modlitwy mogą nie wystarczyć, ale nie mówił tego głośno. Nie mówił ludziom, że boi się, że noce są coraz dłuższe, a zmierzch przychodzi zbyt szybko.

Że czasami kiedy modli się w pustym kościele, ma wrażenie, że coś patrzy przez okno. Wieścisówka zamknęła się w sobie na jesieni 1978 roku. Ludzie chodzili szybko po zachodzie słońca. Nie zatrzymywali się na drodze. Nie patrzyli w las, bo las patrzył na nich i coś w nim czekało. Pod koniec października 1978 roku Władysław Prus przyszedł do domu Kałużów tuż przed zmierzchem.

Stefan wpuścił go bez słowa. [parsknięcie] Marianna zaparzyła herbatę w aluminiowym czajniku. Leśniczy usiadł przy stole, zdjął czapkę, położył ją na kolanach, długo milczał, patrząc w okno, za którym szarzało niebo nad borem ciemnym. Muszę powiedzieć, co widziałem. Odezwał się w końcu.

Bo jeśli nie powiem teraz, to już nie powiem nigdy. Stefan skinął głową. Marianna usiadła obok męża, splutła dłonie na stole. Władysław wziął głęboki oddech. Byłem przy gajówce pod dębami. Zaczął tej starej, co stoją tam od czasów carskich. Nikt tam nie chodzi, bo budynek się zawala, a ziemia wokół jest dziwna. Nawet grzyby tam nie rosną.

Poszedłem, bo musiałem sprawdzić oznaczenia na drzewach, ale to był tylko pretekst. Prawda jest taka, że coś mnie tam ciągnęło. Nie wiem jak to nazwać. Jakby ktoś szeptał mi przez cały tydzień: “Idź tam, idź zobaczyć”. Przerwał, upił łyk herbaty, ręka mu drżała. “I co pan zobaczył?” zapytała cicho Marianna.

“Krąg!” powiedział Władysław. “Wypalony krąg na ziemi, idealnie okrągły. Średnica około 3 met, trawa czarna spieczona, jakby ktoś postawił tam rozgrzany żelazny garnek i trzymał go całą noc”. Ale nie było żadnego ogniska, żadnych kamieni, nic, tylko krąg. Stefan pochylił się do przodu, a w środku, w środku leżała chusteczka. Odparł leśniczy. Czerwona.

Poznałem ją od razu, bo Zofia pokazywała mi zdjęcie. To była chusteczka Krystyny. Marianna przezegnała się. Ale jak ona się tam znalazła? zapytała. Dziewczyna przecież zaginęła dwa miesiące temu. Nie wiem przyznał Władysław. Ale chusteczka wyglądała jakby ktoś ją położył tamtego samego dnia.

Czysta, niezniszczona, tylko trochę ciepła. Tak, ciepła. Dotknąłem jej poczułem ciepło, jakby leżała na piecu. Zamilkł na moment, przesunął dłonią po twarzy. Schyliłem się, żeby ją podnieść i wtedy poczułem, że ktoś na mnie patrzy. Wiedziałem, że jestem sam, ale czułem to wyraźnie. Jak wtedy, gdy idziesz lasem i wiesz, że dzik stoi w krzakach i obserwuje cię zanim ucieknie.

Tylko, że to nie był dzik. Co to było? Zapytał Stefan. Podniosłem wzrok. Kontynuował Władysław i zobaczyłem go tam między dębami jakieś 20 metrów ode mnie. Postać w czarnym płaszczu stała nieruchomo. Nie mogłem zobaczyć twarzy. Kaptur był naciągnięty nisko, ale wiedziałem, że patrzy prosto na mnie. Czułem ten wzrok lodowaty i gorący jednocześnie.

Marianna objęła się ramionami. I co pan zrobił? Zamarłem. Przyznał leśniczy. Nie mogłem się ruszyć jakby ktoś wbił mi kołki w ziemię. Staliśmy tak może z minutę, może dłużej, nie wiem. A potem wziąłem się w garść i zapaliłem latarkę. Skierowałem światło prosto na niego i co się stało? Znikł. Powiedział Władysław. Po prostu znikł.

Nie odwrócił się, nie uciekł. Był, a potem go nie było. Jakby światło go wymazało. Ale w tym samym momencie poczułem zapach ostry, duszący. Siarka. I coś jeszcze. Spalenizna, ale nie drewna. Coś gorszego jak spalony włos, spalona skóra. Stefan skinął głową. Ja też to czułem. Powiedział cicho. Tamtej nocy na starym trakcie.

Wiem. Odparł Władysław. Dlatego do was przyszedłem, bo nikt inny by mi nie uwierzył. Marianna nalała mu jeszcze herbaty. A co pan zrobił z tą chusteczką? Leśniczy spuścił wzrok. Zostawiłem ją tam. Powiedział. Nie mogłem jej dotknąć drugi raz. Coś mi mówiło, że jeśli ją wezmę, to to on przyjdzie za mną, że to byłby jakiś znak, jakby przyjęcie zaproszenia.

Stefan wymienił spojrzenie z żoną, więc ona tam nadal leży? Zapytał. Nie wiem. Przyznał Władysław. Nie wróciłem tam i nie wrócę nigdy. Zapadła cisza. Za oknem gałęzie jabłoni skrzypiały na wietrze. Pan coś jeszcze widział? Powiedział w końcu Stefan. Prawda? Władysław podniósł wzrok. Jego oczy były zmęczone, głębokie. Widziałem. Przyznał.

Ale nie powiem co, nie mogę, bo jeśli to powiem na głos, to będzie znaczyło, że to naprawdę się stało, a ja chcę wierzyć, że mi się zdawało. Ale to się nie zdawało. Powiedziała cicho Marianna. Wiem. Odparł leśniczy. Dlatego nie wrócę do lasu po zmroku i nikomu nie radzę, szczególnie w sierpniu.

Cokolwiek to było, co tam zobaczyłem, to nie jest z tego świata i nie chcę, żebyśmy tam chodzili. wstał, włożył czapkę. Dziękuję za herbatę. Powiedział i przepraszam, że was tym obciążam, ale ktoś musi wiedzieć na wypadek, gdyby coś mi się stało. Stefan odprowadził go do drzwi. Władysław zatrzymał się na progu, odwrócił się.

Jest jeszcze jedno dodał cicho. Tamtego dnia, kiedy stałem przy tym kręgu, usłyszałem coś jak śpiew, kobiecy głos. bardzo daleki, jakby dobiegał z głębi lasu. Śpiewał coś po polsku, ale słowa były stare, nie takie, jakich się teraz używa. I śpiewał o czarnym Panu, który przychodzi po swoich pannach. Zamilkł, spojrzał w stronę lasu.

I wiedziałem, że to nie jest zwykła piosenka. Dokończył. To było wołanie albo ostrzeżenie, albo i jedno i drugie. wszedł w ciemność, a Stefan zamknął za nim drzwi. Marianna podeszła do męża, stanęła obok. On więcej wie niż powiedział. Szepnęła. Wiem. Odparł Stefan. I boję się myśleć co to może być. Tej nocy żadne z nich nie spało.

Leżeli w ciemności i słuchali wiatru, który niósł ze sobą zapach dalekiego lasu. I może wyobraźnia im płatała figle, a może nie. Ale oboje mieli wrażenie, że w tym wietrze miesza się ledwie wyczuwalny, ostry zapach siarki. Plebania pachniała wilgocią i starym papierem. Ksiądz Henryk Duda siedział przy biurku pod małą lampą, a przed nim leżały cztery oprawne w skórę kroniki parafialne.

Najstarsze sięgały końca wieku XIX. Od tygodnia wracał do nich co wieczór, szukając czegoś, co potwierdziłoby niepokojące przeczucie. Kartki były kruche, pożółkłe, zapisane gęstym pismem poprzednich proboszczów. Większość wpisów dotyczyła narodzin, ślubów, pogrzebów, zwykłego życia wsi. Ale w trzeciej kronice pod datą 21 sierpnia 1898 roku, znalazł coś innego.

Zaginęła Antonina Mazur, dziewczyna 17letnia, córka krawca Tomasza. Widziano ją ostatnio przy starym trakcie o zmierzchu w towarzystwie nieznanego wędrowca w czarnym płaszczu. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Ludzie mówią o czarnym Panu, który wraca po dusze. Modlitwy odprawiam, lecz strach nie opuszcza parafii.

Duda odłożył lupę i potarł oczy. Czuł, jak zimno wkrada się pod sutannę, choć w pokoju było duszno. Przerzucił kilka stron dalej. Kolejny wpis z września tego samego roku. Worze ciemnym znaleziono wypalony krąg. Średnica około trzech met. Ziemia czarna jakby ktoś rozpalił tam wielkie ognisko. Leśniczy Baran mówi, że miejsce pachnie siarką i że drzewa wokół wyschły.

Nikt nie chce tam chodzić. Antonina nie wróciła. Ksiądz wstał i podszedł do okna. Za szybą ciemniało. Sierpniowy zmierzch układał się na polach ciężko i gęsto, jakby powietrze samo stało się materialnym cieniem. Pomyślał o Krystynie Woźniak, o jej matce siedzącej samotnie w pustym domu, o tym fragmencie sukienki ze śladami przypaleń, którego nie wpisano do żadnych akt.

Wrócił do kroniki. Na marginesie ktoś dopisał ołówkiem inną ręką. Znacznie później. Sierpień 898. Sierpień 1978. 80 lat. Czy wraca? Duda przełożył palcem po tych słowach. 80 lat. Dokładnie 80 lat między zaginięciem Antoniny a zaginięciem Krystyny. Otworzył najstarszą kronikę z roku 1818. Przewracał kartki szybko po omacku, aż w końcu sierpień 1818 roku.

Pożar w zagajniku przy starym trakcie. Dziewczyna młoda, imienia nie zapisano, znaleziona martwa w wypalonym kręgu. Lud twierdzi, że przyzwała Czorta i że sama poszła za nim do lasu. Nikt nie wie skąd przyszła. Jego palce zadrżały. 80 lat wstecz. Znowu sierpień. Znowu wypalony krąg. Trzy pokolenia. Trzy dziewczęta. Zawsze sierpień.

Duda zamknął kronikę i usiadł ciężko na krześle. Za oknem słychać było rechot żab z pobliskiego stawu, a gdzieś dalej szczekał pies. Zwyczajne, uspokajające dźwięki wieczoru. Ale teraz brzmiały jak coś obcego, jakby dobiegały z innego świata. Pomyślał o Stefanie Kałudze, który widział postać bez twarzy. o Władysławie Prusie, który nie chciał mówić, co zobaczył przy gajówce, o Bronisławie Kocie i jej opowieściach, które wszyscy zbywali machnięciem ręki, wstał i zapalił drugą lampę.

Musiał to przemyśleć spokojnie, bez pośpiechu. Jeśli miał rację, jeśli to, co widział w kronikach było prawdą, to zjawisko nie było przypadkowe. Powracało cyklicznie, jak choroba, jak susza, jak kara. Co 80 lat ktoś chodził starym traktem i zabierał dziewczęta do lasu. Ale czemu właśnie dziewczęta i czemu akurat te? znowu spojrzał na wpis z 1898 roku.

Ludzie mówią o czarnym Panu, który wraca po dusze. Wraca po dusze. Nie zabiera. Wraca jakby ktoś go wzywał, jakby mu pozwolono wrócić. Duda wyjął z szuflady mały notatnik i zanotował starannie wszystkie daty 181898 1978 lat. 80 lat. A potem zapisał coś, o czym nie chciał nikomu mówić, bo zabrzmiałoby to jak szaleństwo, jeśli cykl się powtarza. Następna będzie w roku 2058.

odłożył ołówek i westchnął głęboko. Była jeszcze jedna rzecz, którą zauważył we wszystkich trzech przypadkach. We wpisach kroniki zawsze pojawiało się jedno zdanie. Albo od kronikarza, albo zapisane na marginesie przez kogoś, kto czytał później. Przyzwały go same. Sama poszła za nim.

Diabeł nie bierze tych, co się nie zgodzą. Duda podniósł wzrok i spojrzał na krucyfiks wiszący nad biurkiem. Chrystus wyglądał w bladym świetle lampy, jak figura wykuta z cienia. Jeśli kroniki mówiły prawdę, jeśli stare przekazy nie kłamały, to czarny pan nie porywał dziewcząt siłą. One same szły za nim. Świadomie czy nie, ale szły.

Coś je przywoływało, coś otwierało im drzwi do lasu, a kiedy je otwierały, on przychodził. Ksiądz zamknął kroniki i odłożył je na półkę. Jutro pójdzie do Zofii Woźniak i zapyta ją wprost, czy Krystyna mówiła coś dziwnego przed zaginięciem, czy zostawiła coś poza tą chusteczką, czy robiła coś, czego nikt nie zrozumiał.

Bo jeśli zjawisko wracało co 80 lat, to nie przypadkiem. I jeśli dziewczęta same za nim szły, to trzeba było zrozumieć dlaczego, zanim nadejdzie kolejny sierpień. Sierpień 1979 roku był upalny i duszny. Stefan Kałuża stał przy oknie swojej izby i patrzył, jak słońce opada za korony drzew boru ciemnego.

12 sierpnia, dokładnie rok od zaginięcia Krystyny Woźniak. Marianna stała przy kuchni i kręciła głową. Nie idź tam powiedziała cicho. Po co ci to? Stefan nie odpowiedział. Włożył czapkę i wyszedł na dwór. Powietrze było gęste, jakby coś wisiało w nim niewidzialnie. Kiedy dotarł na stary trakt, zmrok już zapadał. Droga była pusta.

Pył pod stopami, cienie drzew ciągnące się przez zarośla, zapach iglastej ziemi i żywicy. Stefan stanął w tym samym miejscu co rok temu. Serce biło mu mocno, a dłonie były wilgotne. Czekał. Las wokół szumiał lekko, choć nie było wiatru. Gdzieś daleko, za zagajnikiem, zakrakała wrona jeden raz.

ostro, a potem usłyszał kroki ciche, miarowe, ale nie na piasku, jakby na twardym gruncie. Odwrócił głowę i zobaczył ją. Postać w czarnym płaszczu, wysoka, wychudzona, z kapturem zasłaniającym twarz. szła [odchrząknięcie] powoli przy skraju lasu, a obok niej dziewczyna, młoda, może 15 lat, w jasnej sukience z warkoczem splecionym ciasno przy karku.

Stefan nie znał jej ścisówki, może z sąsiedniej wsi. Dziewczyna szła prosto, spojrzenie puste, ręce luźno przy bokach. Nie patrzyła przed siebie, nie mrugała. Stefan poczuł, jak coś ściska mu gardło. Hej! zawołał. Głos wyszedł mu ochrypły, łamliwy. Hej, dziewczyno! Dziewczyna nie zareagowała, ale postać w czerni zatrzymała się. Stefan zamarł.

Serce waliło mu w piersi jak młot. Postać stała bez ruchu, zwrócona do niego bokiem. Kaptur zasłaniał profil, ale teraz, bardzo powoli, zaczęła obracać głowę. Nie! wyszeptał Stefan, a jego nogi zrobiły krok w tył. Postać odwróciła się w pełni. Spod kaptura wyłoniły się dłonie, długie, blade jak wosk, z paznokciami ciemnymi i ostrymi.

Podniosły się wolno, jakby chciały odsłonić twarz. Ale nie było twarzy. Była tylko ciemność. I w tej ciemności głęboko dwa punkty światła, czerwone, żarżące się, płonące jak rozgrzane węgle w piecu, w który dmuchnął wiatr. Stefan patrzył w nie, nie mógł oderwać wzroku. Był to ogień, ale nie ten, co grzeje.

To był ogień, który pali na wskroś, który zostawia tylko popiół. W środku tych oczu było coś starego, starszego od lasu, starszego od cisówki. od starego traktu, od kościoła, od krzyży przy drodze. Coś, co pamiętało jeszcze czasy, kiedy ludzie bali się ciemności nie bez przyczyny. Postać nie mrugała, bo nie miała powiek.

Stefan poczuł, jak ziemia ugina się pod nim. Kolana odmówiły posłuszeństwa. Oddech uwięził w gardle. W uszach zahuczało jak od gorączki, a przed oczyma zawirowały czarne plamy. Ostatnie, co zobaczył, to jak postać wyciąga ku niemu długie palce. I znowu zapach ostry, przenikliwy. Siarka i spalone włosy i coś jeszcze. Coś jak dym ze zwęglonego drewna.

Potem wszystko zgasło. Gdy się obudził, było już całkiem ciemno. Nad nim pochylał się Jan Malik, milicjant z latarką w ręku. Za nim stał drugi funkcjonariusz, młodszy, z wyrazem zmieszania na twarzy. Kałuża, co pan tu robił? Zapytał Malik ostro, ale w jego głosie było też coś innego. Niepokój. Stefan próbował usiąść.

Bolała go głowa, a w ustach czuł smak krwi. Pewnie przygryzł wargę, kiedy upadał. Ona wychrypiał. Dziewczyna była, dziewczyna. Malik rozejrzał się po drodze. Świecił latarką na pył, na skraj lasu, na zagajnik po drugiej stronie. Nikogo tu nie ma. Powiedział cicho. Była! Powtórzył Stefan, próbując wstać. Malik pomógł mu.

Szła z nim ta postać w czerni. Młodszy milicjant spojrzał na Malika. Malik nic nie odpowiedział. Stefan oparł się o drzewo i zamknął oczy. Oddychał ciężko. On się odwrócił. Powiedział: “Widziałem jego. Umilkł. Malik czekał. Stefan otworzył oczy i spojrzał na niego. W tym spojrzeniu było coś, czego milicjant nie widział wcześniej u tego człowieka. Strach.

Strach czysty i bezwarunkowy. Nie patrzcie mu w oczy.” Wyszeptał Stefan. Malik zmarszczył brwi. Co? Nie patrzcie mu w oczy. powtórzył Stefan tym razem głośniej, dobitniej. Jeśli go zobaczycie, nie patrzcie, nie wolno. Nie więcej nie chciał powiedzieć. Malik odwiózł go do domu. Marianna czekała przy drzwiach.

Wzięła męża za rękę, nie zadając pytań. Stefan usiadł przy stole i patrzył w jeden punkt. Nic nie jadł, nic nie mówił. Przez następne tygodnie ludzie próbowali wyciągnąć z niego, co się stało. Ksiądz Duda przychodził dwa razy. Władysław Prus leśniczy odwiedził go przy stodole. Malik pytał oficjalnie. Stefan za każdym razem odpowiadał to samo. Nie patrzcie mu w oczy.

Dziewczyna z sąsiedniej wsi Janina Baran, 16 lat nie wróciła do domu. Jej rodzice zgłosili zaginięcie. Milicja przeszukała las. Pytano w cisówce i okolicy, ale ślad się urwał. Po dwóch tygodniach w aktach zapisano: “Uciekła z domu, prawdopodobny wyjazd do miasta. Ale Janiny Baran nigdy nie znaleziono, a Stefan Kałuża do końca życia nie chodził już starym traktem po zachodzie słońca.

Akta milicyjne obu spraw zamknięto tego samego dnia, 14 września 1979 roku. Krystyna Woźniak i Joanna Mazur, dziewczyna z sąsiedniej wsi, oficjalnie uznane zostały za uciekinierki. rzekomo wyjechały do Warszawy, gdzie rodziny otrzymały od nich listy. Zofia Woźniak nigdy nie uwierzyła w te wersje.

List był obcy, pismo sztywne, zdania krótkie i puste, ale nikt nie chciał słuchać. Stary trakt zamknięto dla ruchu jesienią tego samego roku. Oficjalnie ze względu na zniszczoną nawierzchnię i niebezpieczne korzenie drzew rosnących przez drogę. Miejscowi wiedzieli lepiej. Wiedzieli, że patrol milicji znalazł coś przy drodze, coś, co kazało im wycofać się i nie wracać.

Jan Malik odszedł z milicji rok później. Przeprowadził się na zachód kraju i nigdy nie wspominał o Cisówce. Stefan Kałuża przestał pracować na polu przyze ciemnym. Władysław Prus unikał gajówki pod dębami, choć był to najprostszy szlak patrolowy. Marianna Kałuża mówiła sąsiadkom, że widziała postać w czerni jeszcze raz tuż przed żniwami, stała przy studni za domem z kapturem odwróconym w stronę ich okna.

Nikt jej nie słuchał, ale każda z kobiet zaczynała zamykać okiennice przed zmrokiem. Ksiądz Henryk Duda przestał odprawiać egzorcyzmy. Zamiast tego codziennie o zachodzie słońca zamykał kościół i odmawiał cichy pacierz przy bramie cmentarza. Bronisława Kot zmarła zimą 80 roku, ale przed śmiercią powtarzała jedno: “Nie idźcie tam w sierpniu, nie patrzcie za siebie, jeśli usłyszycie kroki.

” Nikt już nie pytał, o co jej chodziło. Cisówka nadal istnieje. Jest mniejsza, cichsza. W sierpniu okna domów są zamknięte już o 6:00 po południu. Nikt nie wychodzi sam po zmierzchu. Jeśli poczujesz w swoim domu zapach siarki, nie podchodź do okna. Jeśli zobaczysz postać w czarnym płaszczu na skraju lasu, odwróć się i uciekaj, nie patrząc w tył.

I nigdy, przenigdy nie patrz w jej oczy. Bo jeśli ona zobaczy ciebie, będzie wracać noc po nocy coraz bliżej, aż pewnego wieczoru poprowadzi cię tam, gdzie prowadzą wypalony krąg i smuga martwych liści, tam, gdzie kończą się ślady i nikt stamtąd nie wraca. M.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy