„SPAKOWANA TORBA NA DZIEŃ PRZED ŚMIERCIĄ I JEDNA NOC W WIEDNIU!”: Tajemnica nagłego zgonu najbogatszego Polaka i wstrząsające kulisy jego gigantycznego imperium
Na dwadzieścia cztery godziny przed tragicznym finałem, który wstrząsnął posadami polskiego świata biznesu, najbogatszy obywatel Rzeczypospolitej miał już dopiętą każdą procedurę na ostatni guzik. Podróżna torba leżała spakowana w luksusowej sypialni, a prywatny samolot czekał na płycie lotniska w gotowości do natychmiastowego startu.
Zabieg medyczny w prestiżowej wiedeńskiej klinice przebiegł pomyślnie. Lekarze osobiście zapewniali go, że wszystko znajduje się pod pełną kontrolą, a organizm bez problemu znosi rekonwalescencję. Tymczasem w Warszawie na biurku przedsiębiorcy piętrzył się kalendarz wypełniony po brzegi: kluczowe spotkania z międzynarodowymi inwestorami, podpisy pod wielomilionowymi umowami oraz strategiczne decyzje dotyczące globalnych rynków surowcowych.
Mając sześćdziesiąt pięć lat, Jan Kulczyk zarządzał imperium wycenianym przez magazyn Forbes na ponad piętnaście miliardów złotych, posiadając aktywa rozsiane na czterech kontynentach. Wystarczyło spędzić zaledwie jedną, spokojną noc w szpitalnym pokoju, złożyć podpis na urzędowym wypisie i wrócić do wielkiej gry, którą kochał ponad wszystko. Do powrotu jednak nigdy nie doszło.
W nocy z dwudziestego ósmego na dwudziestego dziewiątego lipca dwa tysiące piętnastego roku serce miliardera nagle przestało bić. Jako oficjalny powód zgonu podano niespodziewany zator żylno-płucny. Wiedeń – miasto, które dwanaście lat wcześniej stało się areną bolesnego pęknięcia w jego wizerunku za sprawą skandalicznego obiadu z rosyjskim oficerem wywiadu – tym razem odebrał mu życie, zamykając najbardziej niezwykły, kontrowersyjny i fascynujący rozdział w historii polskiego kapitalizmu. Jak to możliwe, że człowiek dysponujący nieskończonymi zasobami finansowymi i najlepszą opieką medyczną świata odeszedł tak nagle? Co tak naprawdę wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami wiedeńskiej kliniki?
Od pasty BHP do królestwa motoryzacji: Jak rodziła się potęga

Początki tej gigantycznej fortuny w niczym nie zapowiadały wejścia do globalnej elity finansowej. Jan Jerzy Kulczyk urodził się w Bydgoszczy, lecz to w Poznaniu zdobył wykształcenie, które zaważyło na jego losach. Ukończył prawo na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza oraz handel zagraniczny na Akademii Ekonomicznej, a w wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat obronił doktorat z zakresu prawa międzynarodowego.
W realiach głębokiego PRL-u połowy lat siedemdziesiątych, gdzie prywatna przedsiębiorczość uchodziła za podejrzaną, a obrót twardą walutą surowo karano, młody prawnik wydawał się człowiekiem bez szans na wielki sukces. Posiadał jednak potężny atut, którego zazdrościli mu wszyscy: ojca Henryka, mieszkającego na stałe w Berlinie Zachodnim i prowadzącego tam prężne interesy.
Gdy w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku komunistyczne władze wprowadzały rygory stanu wojennego, ojciec i syn zarejestrowali spółkę polonijną Interkulpol. W kraju dotkniętym totalnym brakiem podstawowych towarów hitem sprzedażowym nowego podmiotu została… zwykła pasta ochronna do mycia rąk dla pracowników zakładów przemysłowych. W tamtych realiach liczył się nie sam produkt, lecz dostęp do surowców, pozwolenie na import oraz genialna wręcz umiejętność lawirowania w gąszczu absurdalnych, państwowych przepisów.
Kulczyk połączył zachodni kapitał z bezbłędną znajomością prawa, wykonując ruch wyprzedzający całą epokę. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku – na rok przed upadkiem muru berlińskiego – został oficjalnym przedstawicielem koncernu Volkswagen w Polsce. Kiedy polski rynek dopiero raczkował, on posiadał już wyłączność na sprowadzanie samochodów, które dla stęsknionego zachodniego luksusu społeczeństwa były szczytem marzeń.
Policyjny kontrakt stulecia i dramatyczny ratunek dla Poznania
Prawdziwy przełom w budowie kapitałowej potęgi nastąpił w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku. Przedsiębiorca nie czekał na powolny rozwój sprzedaży masowej, lecz uderzył bezpośrednio w najwyższy szczebel – do państwa. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych podpisało z jego firmą bezprzetargowy kontrakt na dostawę aż trzech tysięcy samochodów dla polskiej policji oraz Urzędu Ochrony Państwa. Umowa opiewała na astronomiczną wówczas sumę stu pięćdziesięciu milionów złotych.
To zamówienie dało mu gigantyczny zastrzyk gotówki, który pozwolił na powołanie spółki Kulczyk Tradex. Importowała ona do kraju flagowe marki koncernu z Wolfsburga: Audi, Seata, Skodę oraz Porsche. W tym samym czasie w Poznaniu dokonywał się dramat: legendarne zakłady w Antoninku produkujące wysłużone Tarpany bankrutowały, a wycofanie się japońskiej Toyoty groziło natychmiastowym bezrobociem dla tysięcy robotników.
Wtedy doktor Kulczyk osobiście zaprosił do Wielkopolski zarząd Volkswagena, roztaczając przed niemieckimi menedżerami wizję nowoczesnego serca motoryzacyjnego Europy Środkowej. Skuteczność tych zabiegów zaowocowała powstaniem spółki joint venture, która przekształciła się w jeden z najnowocześniejszych zakładów na kontynencie. Zamożny biznesmen połączył kontrowersyjny, bezprzetargowy kontrakt z uratowaniem tysięcy miejsc pracy, stając się postacią o niezwykle złożonym, wielowymiarowym wizerunku społecznym.
Mistrz wielkich prywatyzacji i czterdzieści milionów euro prowizji
Prawdziwe źródło gigantycznych zysków kryło się jednak w procesach przekształceń własnościowych polskiego majątku narodowego. Państwo masowo wyprzedawało banki, browary, ubezpieczenia i telekomunikację. Jan Kulczyk wcześnie pojął złotą zasadę transformacji: najwięcej zarabia ten, bez czyjej obecności żadna skomplikowana transakcja nie ma prawa dojść do skutku.
W 1993 roku przejął Browary Wielkopolskie, połączył je z Tyskimi i odsprzedał globalnemu gigantowi South African Breweries, budując potężną Kompanię Piwowarską.
Wchodził w strukturę Powszechnego Banku Kredytowego, Towarzystwa Ubezpieczeniowego Warta oraz Polskiej Telefonii Cyfrowej.
Powołał spółkę Autostrada Wielkopolska, budując kluczowy odcinek autostrady A2 w systemie partnerstwa publiczno-prywatnego.
Najbardziej spektakularnym majstersztykiem finansowym okazała się prywatyzacja Telekomunikacji Polskiej w 2000 roku. Konsorcjum z udziałem Kulczyk Holding oraz France Telecom przejęło narodowego operatora. Państwo wymagało udziału polskiego podmiotu jako gwaranta bezpieczeństwa strategicznych sreber rodowych. Kulczyk zorganizował całe przedsięwzięcie, przy czym jego wkład kapitałowy sfinansowali bezpośrednio… sami Francuzi. W ostatecznym rozliczeniu biznesmen zainkasował czterdzieści milionów euro czystego zysku, nie angażując w zakup ani jednej własnej złotówki! Choć rząd zasilił budżet miliardami, w opinii publicznej na stałe utrwalił się mit zawodowego pośrednika, który inkasował gigantyczną premię za samą obecność przy stole negocjacyjnym.
Wiedeński stolik, pułkownik Ałganow i burza przed sejmową komisją
Gdy interesy miliardera dotknęły sektora naftowego oraz próby prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej z udziałem brytyjskiego funduszu Rotch Energy i PKN Orlen, sprawa przestała być czystym biznesem. Przekształciła się w geopolityczną grę o bezpieczeństwo energetyczne państwa. Aresztowanie prezesa Orlenu w lutym 2002 roku wywołało polityczne trzęsienie ziemi i doprowadziło do powołania sejmowej komisji śledczej, której obrady Polacy śledzili przed telewizorami z zapartym tchem.
Prawdziwa bomba wybuchła 21 października 2004 roku, kiedy szef Agencji Wywiadu ujawnił tajne notatki operacyjne. Wynikało z nich, że 17 lipca 2003 roku w wiedeńskiej restauracji Jan Kulczyk spotkał się na obiedzie z Władimirem Ałganowem – dawnym pułkownikiem radzieckiego wywiadu, powiązanym ze skandalami szpiegowskimi na szczytach polskiej władzy.
Zawartość notatek porażała. Z dokumentów wynikało, że strona rosyjska miała pretensje o niedotrzymanie obietnic zakupu rafinerii mimo rzekomych wielomilionowych łapówek dla urzędników ( czemu zainteresowani kategorycznie zaprzeczali). Co gorsza, polski miliarder miał się powoływać na rzekome pełnomocnictwa do rozmów uzyskane od samego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Choć żaden sąd nigdy nie postawił Kulczykowi formalnych zarzutów, publiczne przesłuchanie przed kamerami bezpowrotnie zniszczyło jego reputację w oczach miliona rodaków. Z szanowanego filantropa stał się w świadomości mas człowiekiem biesiadującym z obcym szpiegiem.
Ucieczka na cztery kontynenty i afrykańskie miliardy
Czując, że krajowy grunt staje się zbyt gorący, najbogatszy Polak podjął radykalną decyzję. W 2007 roku przekształcił swoje struktury w Kulczyk Investments z siedzibą w Luksemburgu oraz biurami w Londynie i Kijowie, z premedytacją omijając Warszawę szerokim łukiem. Zamiast walczyć o lokalne przetryki, postawił na megaprojekty w Afryce.
Zainwestował ponad miliard złotych w poszukiwanie i wydobycie ropy naftowej w Nigerii, wszedł w złoża gazu u wybrzeży Czarnego Lądu oraz podjął gigantyczne inwestycje z funduszami z Kataru. Łącznie zaangażował na afrykańskim kontynencie ponad trzy miliardy złotych, stając się bezapelacyjnie największym polskim inwestorem w tej części globu. Równocześnie powracał do kraju jako prywatny inwestor z twardym kapitałem: przejął elektrociepłownię Nowa Sarzyna, wyłożył ponad 600 milionów złotych na chemiczny Ciech i powołał Polenergię, rozwijającą zieloną energię wiatrową.
W 2013 roku amerykański Forbes oszacował jego majątek na 3,5 miliarda dolarów. Szykując sukcesję, oddał stery operacyjne synowi Sebastianowi, podczas gdy córka Dominika objęła fundację charytatywną. Sam o sobie mawiał, że jest jak drapieżna ryba, która musi płynąć w rwącym prądzie, bo w spokojnej wodzie natychmiast umarłaby z nudów.
Tajemnicza noc w Wiedniu i narodziny miejskiej legendy
Wiosną 2015 roku Jan Kulczyk wciąż brylował na salonach w nienagannie skrojonych garniturach, z uśmiechem na twarzy. Mało kto wiedział jednak, że za kulisami toczy najtrudniejszą batalię w życiu. W całkowitej tajemnicy leczył się onkologicznie w Nowym Jorku po operacji raka prostaty, a w kraju był nękany przesłuchaniami jako ofiara szantażu w głośnej aferze podsłuchowej.
Ostatni akt tego dramatu rozegrał się pod koniec lipca w Wiedniu. Do dziś wokół jego śmierci krążą trzy wykluczające się wersje:
Wersja oficjalna: Powikłania po planowej operacji kardiologicznej i wszczepieniu bypassów.
Wersja śledcza dziennikarzy: Rutynowy zabieg niezwiązany z sercem, po którym doszło do nagłego zatoru płucnego.
Hipoteza zagranicznych mediów: Pobyt w klinice Allgemeines Krankenhaus miał związek z eksperymentalną, niedopuszczoną w Austrii terapią onkologiczną niszczącą nowotwór impulsami prądu o potężnym napięciu.
Milczenie pogrążonej w żałobie rodziny sprawiło, że w próżni informacyjnej błyskawicznie wykiełkowała potężna miejska legenda. Tuż po pogrzebie w Poznaniu w całym kraju zaczęły krążyć szeptane opowieści, że miliarder… sfingował własną śmierć, by uciec przed śledztwami, podsłuchami i wrogami, znikając z powierzchni ziemi pod zmienioną tożsamošću.
Choć nikt nigdy nie przedstawił ani jednego dowodu na poparcie tej teorii, sama jej obecność w masowej wyobraźni dowodzi niezwykłego statusu, jaki Jan Kulczyk osiągnął za życia. Polacy uwierzyli, że człowiek, który z taką lekkością poruszał się po najwyższych szczeblach globalnej władzy, potrafiłby przechytrzyć nawet samą śmierć. Zostawił po sobie autostrady, fabryki i imperium, a także wieczne, otwarte pytanie o to, czym naprawdę była polska transformacja gospodarcza, której stał się najjaskrawszym i najbardziej fascynującym symbolem.