Uncategorized

ŚCIŚLE TAJNE: gdzie bez śladu zniknęło 600 Polaków w 1945?

Lipiec 1945 roku. Nad Augustowem wisi cisza, którą przerwać może tylko szczękamów albo ryczenie krowy. Ale tego dnia, tuż przed świtem las wokół wsi zaczyna się poruszać. Z ulicy tego nie widać.

Dopiero gdy podejść bliżej pojawiają się żołnierze w kolumnach. Dziesiątki, setki, może więcej. Równomierny krok. Godzinę wcześniej nie było tu nikogo. Teraz są wszędzie. Dziesiątki tysięcy ludzi w mundurach, całe dywizje, ciężkie karabiny maszynowe, ciężarówki. Armia,

naprawdę armia. Nie stoi tu jednak dla Niemców. Ci odeszli dawno. Ludzie śpią w domach i nie wiedzą jeszcze, że za kilka godzin z Augustowszczyzny znikną setki z nich. Ilu dokładnie i dlaczego tego nie wie wtedy nikt. A odpowiedź na drugie pytanie nie jest jasna do dziś. Na

obrzeżach Augustowa w jednym z drewnianych domów mieszka rodzina Wysockich. Ojciec Józef, matka, dwie siostry i starszy brat. 13letni Stanisław budzi się na pukanie do drzwi. To nie jest łagodne pukanie, to rozkaz.

Za drzwiami stoi żołnierz z dokumentami w ręku. Mówi: “Zwykła kontrola papierów. Wszystkie osoby dorosłe w domu mają się stawić za 10 minut. Zwykła procedura. Ojciec budzi dzieci. Stanisław wkłada marynarkę, bo przecież kontrola to sprawa minut, może godziny. Ojciec

zakłada buty i mówi: “Wracamy szybko, to nic strasznego.” Wojna skończyła się trzy miesiące temu. Jacy Rosjanie przegrali. Mówi: “Nikt nie przegrał. To ich ludzie. Można ufać swoim”. Stanisław zapamięta to zdanie na całe życie. Przy

wyjściu z domu pierwszy problem. Ulica jest pełna ludzi. Nie idą sami. Setki osób, może tysiące idą w tym samym kierunku. Wszyscy w stronę starej szkoły, dziś już 300letniej, otoczonej drutem kolczastym. Drutem kolczastym.

Nie dla pojazdów, ale dla ludzi. Stanisław pyta ojca: Coś ci się nie podoba? Ojciec nie odpowiada. Widzę pierwsze sznury ludzi, kilkaset osób ustawionych w rzędach jak przed wojną, przed szkołą. Ale tych ludzi nie prowadzi się do szkoły. Prowadzi się ich

do drewnianych szop, stodół i chlewów. Czasem po prostu do sądów i pomieszczeń gospodarczych na obrzeżach miasta. Wszędzie drut. Posterunkowi w szynelach mężczyźni z listami w ręku. Wtedy, gdy Stanisław i jego ojciec stoją już w rzędzie, pojawia się człowiek w mundurze. Nie żołnierz frontu, coś

innego. Ma legitymację, ale nie pokazuje jej wszystkim. Pyta coś szeptem, pokazując papierowy arkusz i śledzi palcem nazwiska. Stanisław zaczyna rozumieć. To nie kontrola dokumentów, to selekcja. Człowiek z listą należy do kontrwywiadu wojskowego, do śmerszu, jak

dziś wynika z dokumentów sowieckich, choć wtedy nikt z nich nie zna jeszcze tej nazwy. Przegląda spis i już wie, kogo szuka, kto zostanie oddzielony od rodziny i poprowadzony gdzie indziej. Wie, że nazwisko Wysocki Senior jest na liście. Mówi coś do ojca Stanisława, a

ojciec patrzy na syna i mówi: “Czekaj tutaj, wracam”. Dwie siostry Stanisława idą w inną stronę. Jeden ze żołnierzy oddziela je od braci jednym słowem: “Damskie tam”. I wskazuje stodołę na wschodzie. Stanisław próbuje

coś powiedzieć, ale żołnierz bierze go za ramię i wciąga do trzeciego sznura. Tutaj rodzina się dzieli. Ojciec gdzieś tam, siostry gdzieś tam. Stanisław tutaj, w tym samym mieście, godzinę drogi od domu, a już nie mogą się

zobaczyć. Podobne sceny rozgrywają się tego dnia w setkach domów. Między 12 a 19 lipca 1945 roku na terenie Augustowszczyzny zatrzymano ponad 7000 osób: urzędników, nauczycieli, handlarzy, właścicieli

sklepów, robotników. wszystkich, którzy przed wojną pracowali dla rządu, szkoły, kościoła albo samorządu i wszystkich, którzy mogli stać się świadkami. Selekcja w każdej rodzinie trwała po godzinie. Jedni wrócili nigdy, innych po

jakimś czasie zwolniono. Ale w tym pierwszym momencie, przed pierwszą nocą za drutem nikt jeszcze tego nie wie. W Augustowie w szkole dzielą ludzi po nazwiskach. Oficerowie Smierszu trzymają listy wydrukowane i zapisane ręką i

wywołują nazwisko, imię, patronim, czasem tylko nazwisko. Idziesz tam, mówią tam znaczy grupa przy wschodniej ścianie kilkudziesięciu mężczyzn w otoczeniu drutu i strażników.

Stanisław tam nie stoi. Wraz z matką i siostrami czeka po stronie tych, których puszczono do domu i nie wie jeszcze, że ojca widzi ostatni raz. Przez pierwsze dwie noce rodziny próbują się jeszcze szukać wzrokiem przez ogrodzenie.

Potem przestają, bo i te, które zostały razem, dzielą na mniejsze grupy. Powody podziału znamy dziś tylko częściowo. Według opisu, jaki utrwalił się w dokumentach i relacjach, decydowało między innymi to, kto pracował dla państwa przed wojną, kto miał kontakt z

partyzantką, a kto trafił do spisu sporządzonego przez lokalnych informatorów. Ostatnia grupa nie miała żadnego powodu. Po prostu nazwisko na liście. Tego jak dokładnie działała ta selekcja nie wiemy. Żaden zachowany dokument nie opisuje jej w całości. W

połowie lipca do budynku szkoły wprowadzają mieszkańców wsi w maskach. Mówią im: “Stać tutaj, patrzeć na tłum, wskazać, jeśli ktoś należał do podziemia”. Sąsiedzi patrzą na sąsiadów, niektórzy wskazują palcem. Wśród wskazanych są kolega ze szkoły, proboszcz, stolarz, który naprawiał

ogrodzenie. Co ci ludzie zrobili? Nic. Co wiedzieli, nic konkretnego. Ale lista istniała już przed nimi, przed Obławą. Obława tę listę tylko realizowała. O scenach z maskami i wskazywaniem wiemy z relacji mieszkańców Augustowa spisanych po wojnie. Nie ma na

nie dokumentu sowieckiego. Przesłuchania trwają całą noc w piwnicy budynku szkoły. Krzyki słychać przez okna, mimo że są zamknięte. Kobiety na podwórku milkną, kiedy je słyszą. Jeden z mieszkańców Augustowa mówił po wojnie, że przez trzy noce nie mógł spać, bo do jego domu dochodził dźwięk, który nie

brzmiał jak ludzki głos. Brzmiał jak coś, co łamie się pod naciskiem. Takie relacje powtarzają się w zeznaniach zbieranych później przez komitet. Nie zachował się natomiast żaden sowiecki protokół, który opisywałby te przesłuchania. Pytania podczas przesłuchań powtarzają się:

gdzie broń? Gdzie dowódca? Kto wydawał rozkazy? Kto wam pomagał? Kto jeszcze należał do oddziału? Człowiek odpowiada, że nie wie albo mówi coś, co wie. Pytania jednak nie zmieniają się. Zadają je znowu i znowu, aż odpowiedź przestaje mieć znaczenie. Bo pytanie nie służy

ustaleniu faktów. Jest testem, czy człowiek pęknie i czy powie coś, co można będzie użyć przeciwko komu innemu. Po kilku dniach oficerowie dzielą tłum. Z ponad 7000 zatrzymanych po selekcji wypuszczają większość. Dokładna liczba zwolnionych nie jest znana. Źródła mówią

o kilku tysiącach. Mówią: “Wracaj do domu”. Nie wyjaśniając dlaczego, ani co się właściwie stało? Ludzie idą. Niektórzy pytają: “A on? A ona”. Dostają odpowiedź: “Idź”. Ale pewna grupa zostaje. Oficerowie mówią: “Wy idziecie w inną stronę, nie mówiąc dokąd”. Według

zeznań i dokumentów było to około 600 osób. Wśród nich jest Józef Wysocki. Stanisław zostaje przy matce po stronie zwolnionych i patrzy jak ojca prowadzą do podstawionych ciężarówek. Zatrzymanych wiążą drutem i pakują na samochody. Kolumna liczy około 30

wojskowych ciężarówek. Odjeżdża o świcie na wschód. Ludzie na ulicach patrzą, jak konwój jedzie. Nikt nie macha, nikt nie krzyczy. Stoją i patrzą. Bo ciężarówki jadą na wschód, a nikt nie wie dokąd.

Ciężarówki znikają za zakrętem drogi. Rodziny biegną za nimi ile sił. Niektórzy krzyczą imiona. Konwój nie zwalnia, skręca w las i znika. Zostają tylko ślady opon na piasku. Matka Stanisława wierzy, że mąż wróci.

Oficerowie powiedzieli, że po weryfikacji ludzie wrócą do domów. Może za kilka dni, może za tydzień, najwyżej dwa. To tylko sprawdzenie dokumentów. Mówili. Stanisław też wierzy, bo co innego ma zrobić. Dwa tygodnie później wieś jest cicha. Nikt nie wrócił. Nikt

nie pisze. Rodzina, matka, Stanisław, dwie siostry i starszy brat idzie do miejscowego posterunku NKWD. Pytają, gdzie jest ojciec. Dostają odpowiedź: “Nie wiemy. Idźcie do domu.” Pytają ponownie. Tym razem oficer mówi: “Został wysłany na wschód”. Dokąd? Nie wasza

sprawa. Inne rodziny słyszą to samo albo coś innego, że przewieziono ich do obozu filtracyjnego, że zwolnią ich po zakończeniu śledztwa. Nikt nie podaje daty ani miejsca. Każda odpowiedź brzmi jak prawda, ale żadna nie prowadzi do człowieka. Problem w tym, że 600 osób

nie może zniknąć bez śladu. 30 ciężarówek to nie igła w stogu siana. To kolumna wojskowa, która jedzie przez wioski, mija posterunki. zatrzymuje się na skrzyżowaniach. Ktoś musi wiedzieć, dokąd jadą. Ktoś musi wiedzieć, gdzie się zatrzymały. Ale nikt nie mówi.

Rodziny próbują iść tropem konwoju. Pytają mieszkańców wiosek leżących przy wschodniej drodze. Widzieliście ciężarówki? Tak, widzieliśmy. A potem nie wiem, zniknęły w lesie. Który las?

Nie pamiętam. Takie relacje zbierano we wsiach wzdłuż drogi. To jedyne, co po konwoju zostało. Las to nie miejsce, gdzie grzebie się 600 ciał. To logistyka. Trzeba wykopać doły, załadować zwłoki, użyć sprzętu, zatrudnić ludzi. A ludzie

mówią, zawsze mówią, nawet jeśli im każą milczeć, plotka rozchodzi się szybciej niż rozkaz. Tym razem jednak plotki nie było. Nie było bezpośredniego świadka egzekucji. Nie było ciała ani grobu. Ci, którzy widzieli konwój, widzieli tylko

ciężarówki jadące na wschód. Ci, którzy słyszeli krzyki z piwnicy, nie wiedzieli kogo dotyczą. Nie zachowała się poświadczona relacja kogokolwiek, kto widziałby sam rozstrzał. NKWD kontroluje kluczowe drogi i posterunki w okolicy. Jeśli ciężarówki

pojechały na wschód, minęły wiele punktów kontrolnych. Ktoś musiał je wpuścić, ktoś wydać rozkaz, ktoś zapisać trasę. Ale żaden dokument nie wypływa na powierzchnię i żadna trasa nie jest potwierdzona. Jakby konwój wyjechał z okolic GIP i rozpuścił się w powietrzu.

Mijają miesiące, potem rok. Stanisław przestaje pytać, inni też. Bo kiedy pytasz przez rok i dostajesz 20 różnych odpowiedzi, przestajesz wierzyć, że istnieje jedna prawdziwa.

600 ludzi zniknęło bez procesu, bez wyroku, bez grobu. To nie mogło być nieudolnością. Ktoś zaplanował te operacje tak, żeby przez pół wieku nikt nie znalazł ani jednego ciała. I pytanie nie brzmi, jak to zrobili? Ale kto miał władzę, żeby to

ukryć? Jesienią 1945 roku matka Stanisława pisze pierwsze pismo do prokuratury w Suwałkach. Pyta, gdzie jest jej mąż Józef Wysocki, zabrany z domu podczas kontroli. Po sześciu tygodniach przychodzi odpowiedź: Nie figuruje w rejestrach aresztowanych.

Pisze więc dalej. Do więzienia w Białymstoku, do Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej w Warszawie, do Polskiego Czerwonego Krzyża. Jedne urzędy odsyłają ją do drugich, inne odpowiadają tą samą formułą. Nie figuruje. Urząd Bezpieczeństwa nie odpowiada wcale.

Rodziny nazywały to chaosem urzędniczym, ale odpowiedzi nie były chaotyczne. Powtarzały świadomie ten sam schemat. Żaden urząd nie napisał wprost: “Nie wiemy, gdzie jest twój mąż”. Wszystkie razem mówiły: “Nie ma śladu, że ktokolwiek został zatrzymany”. Oficjalna

wersja brzmiała: “W lipcu 1945 roku w Augustowie nic się nie wydarzyło. Rodziny zbierają pieniądze. Kilkaset złotych mogło oznaczać miesiąc pracy najemnej. Za taką sumę można wynająć adwokata albo dać łapówkę komuś, kto

obiecuje sprawdzić listy więźniów. Adwokaci biorą pieniądze i piszą pisma, a pisma trafiają do tych samych urzędów. Odpowiedzi się powtarzają: nie figuruje, czasem sprawa w toku. Nigdy nie przychodzi nazwisko, numer więzienia, data procesu, tylko pieczęć i podpis

urzędnika. A potem pojawiają się oszuści. Przychodzą do wsi ludzie z Białegostoku, z Suwałk, nawet z Warszawy. Mają listy rzekomo od zaginionych z łagrów na wschodzie. Wasz mąż żyje.

Siedzi w obozie pod Workkutą. Potrzebuje pieniędzy na żywność. Albo można go wykupić. Trzeba zapłacić 500 zł. Rodziny płacą. Po miesiącu przychodzi kolejny list z prośbą o następne pieniądze.

Potem oszust znika, a rodzina zostaje z pustym portfelem i z nową nadzieją, która znowu się rozpadnie. Bo nadzieja jest tym, co władza zostawiała rodzinom najchętniej. Nie prawdę, nie ciało, nie grób. Nadzieję, że mąż gdzieś żyje, że

go deportowano i lista się nie zachowała, że trafi list, że za rok wróci. Ta nadzieja kosztuje pieniądze na adwokatów i łapówki. Czas na pisanie pism, które wracają z tą samą odpowiedzią i zdrowie. Bo człowiek, który nie wie, czy ma opłakiwać męża,

czy czekać żyje w zawieszeniu. Około roku 1947 roku Urząd Bezpieczeństwa zmienia taktykę. Zaczyna wzywać rodziny na przesłuchania. Nie po to, żeby udzielić informacji, ale żeby zadać jedno pytanie. Dlaczego wasz mąż uciekł do lasu? Matka odpowiada: Nie uciekł.

Zabraliście go z domu funkcjonariusz mówi: Nie mamy żadnych dowodów aresztowania. Jeśli zaginął, to pewnie dołączył do band i notuje w protokole: “Rodzina podejrzana o wspieranie podziemia.” Od tego momentu rodzina ma nowy problem. Nie tylko ojciec zniknął,

ale ona sama jest na celowniku. Relacje o takich przesłuchaniach zachowały się w aktach UB i we wspomnieniach rodzin. Przebieg rozmów odtwarzamy z tych relacji, nie z protokołów. Stanisław ma 14 lat. Kiedy dowiaduje się, że pytanie o ojca może zamknąć mu

drzwi do przyszłości. Nie w przenośni, dosłownie. Chce dostać się do liceum. Wypełnia podanie, w którym jest rubryka Imię Ojca, zawód ojca, miejsce pracy ojca. pisze: “Zaginiony podczas obławy augustowskiej”. Podanie wraca z

adnotacją: “Kandydat z rodziny o niepewnej postawie politycznej. Odrzucić”. Nie było żadnego egzaminu, który mógłby oblać. Po prostu jego ojciec zniknął w niewłaściwym momencie. UB prowadzi kartoteki rodzin zaginionych. Ludzi, którzy zgłaszali

zaginięcie wpisywano do kartotek podejrzanych o związki z podziemiem. Dzieci takich rodzin mogły mieć zamkniętą drogę do studiów. Żonom utrudniano zdobycie pracy w państwowych zakładach. Krewni tracili licencje na handel. Siostra Stanisława chce zostać nauczycielką. Na rozmowie

kwalifikacyjnej słyszy jedno pytanie. Co się stało z twoim ojcem? Odpowiada: Nie wiem. zabrali go z domu. Funkcjonariusz notuje: “Rodzina szkaluje organy bezpieczeństwa, pracy nie dostaje.

Stanisław dorasta w domu, gdzie o ojcu mówi się szeptem i tylko przy zamkniętych oknach. Matka przestrzega: Nie gadaj o tym w szkole. Nie pytaj milicjanta. Nie wspominaj sąsiadom. Bo każde doniesienie może oznaczać kolejne przesłuchanie, kolejną odmowę, kolejne

drzwi zatrzaśnięte przed rodziną. Stanisław uczy się, że pamięć o ojcu to nie prawo, ale ryzyko. Milczenie jednak nie chroni. Starszy brat Stanisława dostaje wezwanie na komisariat. Nie aresztowanie.

Wezwanie. Funkcjonariusz pyta: “Dlaczego twój ojciec uciekł do lasu?” Brat odpowiada: “Nie uciekł. Zabraliście go z domu.” Nie mamy żadnych dokumentów aresztowania. Jeśli nie wrócił, to dlatego, że sam wybrał bandytów. I

dodaje: Jeśli będziesz dalej szkalował władzę ludową, sam się tam znajdziesz. Brat wraca do domu i mówi matce, że oni nigdy nie powiedzą prawdy. Od tego dnia przestaje pytać. Stanisław nie wie, że jeśli nie będzie pytał, ojciec zniknie

dwa razy. Raz fizycznie, raz z pamięci. Wie też, że w tym państwie pytanie bywa bronią skierowaną w pytającego. Podejmuje więc decyzję, która wygląda jak kapitulacja, a jest strategią.

Postanawia zostać księdzem. Dlaczego? Bo kościół był jedną z nielicznych instytucji, w których władza nie zatrudniała go bezpośrednio. Ksiądz nie dostawał etatu w ministerstwie, ani nie pracował w Hucie.

nie podlegał dyrektorowi zakładu, który bał się UB. To nie znaczyło, że był bezpieczny. Kościół inwigilowano, księży aresztowano, parafię nękano, ale sutanna dawała Stanisławowi pozycję, której nie odbierało się jednym pismem i z tej

pozycji mógł pytać bez zgody partii. Wstępuje do seminarium i uczy się teologii, ale w głowie ma jedno pytanie. Gdzie jest mój ojciec? Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie dowie się prawdy, jeśli nie zdobędzie miejsca, z którego wolno pytać.

Kiedy przyjmuje święcenia, nie myśli tylko o Bogu. Myśli o tym, że odtąd ma pozycję, którą trudniej mu odebrać. Zaczyna zbierać nazwiska. ma sutannę, ma dostęp do ludzi, którzy boją się rozmawiać z kimkolwiek innym i ma coś,

czego UB nie może odebrać. Zaufanie tych ludzi. To z tego zaufania, nie z ambony, powstanie najpierw mały notatnik, a potem lista. Postanawia zacząć od tego, co ma, od sutanny i od zaufania ludzi, którzy bali się

rozmawiać z kimkolwiek innym. Z tego zaufania, a nie z ambony, powstanie lista nazwisk. Pierwsza rozmowa odbywa się w Gibach, jesienią. Do zakrystii po mszy podchodzi kobieta i mówi, że chce porozmawiać, nie spowiadać się. Opowiada o bracie.

Zniknął w lipcu 1945 roku. Miał 26 lat. Należał do AK. Wyszedł z domu na wezwanie i nie wrócił. Stanisław pyta: “Pamiętasz dzień?”

Kobieta podaje datę, zapisuje ją wieczorem w małym notatniku, który trzyma ukryty. Stanisław wie, że jeśli chce odtworzyć skalę, musi mieć nazwiska. Nie ogólniki, 600 osób, ale konkretne imiona, daty urodzenia, miejsca zamieszkania.

Tylko wtedy przestanie to być legendą, a stanie się dowodem. Wie też, że w Polsce ludowej taki dokument to wyrok. Jeśli UB go znajdzie, nie będzie sprawy o obraze władzy, ale o szpiegostwo. A za szpiegostwo idzie się na długo. Organizuje więc prosty system.

Nie pisze wszystkiego w jednym miejscu, ale rozbija listę na fragmenty. Część nazwisk trzyma w gibach, część w Augustowie, część u księdza w Suwałkach, który mu pomaga. Każdy fragment z osobna wygląda jak zwykły rejestr parafialny. Razem dają obraz całości.

Jeździ po wsiach i nie ogłasza, że zbiera dane. Po prostu rozmawia. Pyta, kto zaginął. Ludzie mówią: “Nie od razu i nie wszyscy”. Niektórzy boją się nawet w cztery oczy. Ale Stanisław też stracił ojca, więc wiedzą, że rozumie ich strach. A kiedy o zaginionych pyta

człowiek p sutannie, trudniej odmówić niż obcemu z miasta. Po kilku latach ma w notatnikach około 600 nazwisk. To nie wystarcza, żeby odpowiedzieć gdzie leżą ciała, ale wystarcza, żeby zobaczyć skalę. Obława nie była akcją wymierzaną w jednostki ani w konkretne organizacje. Zbierając

nazwiska Stanisław odkrywa jeszcze jedno. Ludzie, którzy myśleli, że ich rodzina jest wyjątkiem, dowiadują się, że są setki takich jak oni. Kobieta zgib, że jej brat zniknął tego samego dnia, co inni mężczyźni z trzech wsi.

Człowiek z Augustowa, że jego ojciec jechał tym samym transportem co sąsiad, o którym nic nie wiedział. Powstaje wspólnota, która po latach zacznie mówić głośniej. W 1956 roku po odwilży grupa rodzin postanawia postawić krzyż. Nie pomnik. Na pomnik

nie byłoby jeszcze zgody. Krzyż drewniany, prosty, bez tablicy. Stawiają go na skraju lasu, tam gdzie według relacji widziano ostatni transport. Nikt oficjalnie nie mówi, dla kogo ten krzyż, ale wszyscy wiedzą. Krzyż stoi dwa tygodnie, potem ktoś go ścina w nocy.

Śladu ani wyjaśnienia nie zostało. Kto to zrobił? nigdy nie zostało ustalone, choć rodziny nie mają wątpliwości, po której stronie szukać sprawcy. Zniknięcie krzyża pokazuje coś, czego rodziny wcześniej nie nazywały. O tym, co wolno upamiętnić decyduje ten,

kto kontroluje teren. Stanisław, że listę ukryć łatwiej niż krzyż, ale jeśli władza boi się drewnianego krzyża, to znaczy, że wie, że ci ludzie nie zostali zapomniani. W 1967 roku, 22 lata po obławie, na polanie w puszczy augustowskiej zaczyna wyrastać

coś jeszcze. Nie pomnik, wysypisko śmieci. Państwowa firma obsługi komunalnej dostaje zlecenie na zagospodarowanie terenu leśnego. Ciężarówki przywożą śmieci. Tona za toną, tydzień za tygodniem. Stanisław dowiaduje się o tym przypadkiem. Ktoś dzwoni. W miejscu, gdzie stawialiście

krzyż, robią wysypisko. Jedzie na miejsce, patrzy na hałdę, czuje zapach. Jeśli tam naprawdę leżą ciała, wysypisko czyni ekshumację niemożliwą. Jeśli ciał tam nie ma, jest ostrzeżeniem. Każdą próbę szukania przykryje się śmieciami.

Która wersja jest prawdziwa, nie wie nikt. Wiadomo tylko, że teren nagle stał się użyteczny. Stanisław próbuje protestować. pisze do urzędu wojewódzkiego i dostaje odpowiedź. Teren jest użytkowany zgodnie z planem gospodarczym. Żadnych naruszeń nie stwierdzono. To formuła, którą usłyszy

jeszcze wiele razy. W tym samym roku na skraju lasu koło Bargłowa Kościelnego wybucha pożar. Las płonie dziwnie, jakby ogień objął jedno miejsce. Po pożarze szybko rusza budowa drogi. Asfalt kładą tam, gdzie wcześniej rosły drzewa. Potem rodziny stoją na poboczu i

patrzą na jezdnię, wiedząc, że pod spodem może leżeć ktoś z ich bliskich, a może nie. Tego nikt nie sprawdził. Żadna z hipotez o drodze postawionej nad grobami nie znalazła dotąd potwierdzenia w terenie. Każda próba upamiętnienia kończyła się podobnie. Krzyż znikał,

kamień wywożono, a teren zamieniano w coś użytecznego. Drogę, parking, wysypisko, czego nie da się ruszyć bez zgody urzędu. Rodziny odczytały to jako sygnał, że ktoś liczy na to, że nie znajdą miejsca pochówku. Kto dokładnie decydował o tych inwestycjach w większości przypadków nie wiadomo.

Stanisław robi więc jedną rzecz, na którą ma wpływ. Dokumentuje. Zapisuje każdy przypadek osobno. Las zamieniony w wysypisko wraz z datą, miejscem i nazwą firmy, polanę zalaną asfaltem wraz z numerem drogi i rokiem budowy. Kamień wywieziony wraz ze świadkiem, który

widział ciężarówkę i zauważa prawidłowość. Teren zaczyna się zmieniać wtedy, gdy rodziny zaczynają dane miejsce odwiedzać. Dopóki nikt tam nie przychodzi, las zostaje lasem. Gdy pojawia się pierwszy znicz, rusza inwestycja. To jeszcze nie dowód, to sygnał, który każe pytać dalej.

Stanisław wie, że tej bitwy nie wygra. Nie sposób zatrzymać buldożera. Ma jednak coś innego. Może zapisać, co się stało. Wierzy, że kiedyś ktoś będzie wiedział, gdzie zacząć kopać i to przekonanie utrzyma go przez kolejne dziesięciolecia.

Lista nazwisk i ta dokumentacja mają odpowiedzieć na jedno pytanie. Gdzie pochowano zabranych i kto wydał rozkaz? Nie na pytanie, czy warto o tym pamiętać. O tym Stanisław nigdy nie miał wątpliwości.

24 sierpnia 1989 roku ksiądz Stanisław Wysocki wchodzi do studia Radia Białystok i po raz pierwszy mówi publicznie to, czego nie wolno było wypowiedzieć przez 44 lata. Nie w podziemnej drukarni, nie w mieszkaniu przy zaciągniętych zasłonach. ale w

Radiu Państwowym. Podaje nazwiska, daty i miejsca aresztowań oraz listę 593 mężczyzn, których NKWD zabrało latem 1945 roku i nigdy nie wydało ciału. Telefony milkną. Ludzie zatrzymują samochody przy

drodze, żeby dosłuchać audycji do końca. Ktoś nagrywa ją na magnetofon i odtwarza w kościele. Rodziny słyszą po raz pierwszy w życiu, że ich sprawa ma nazwę Obława Augustowska. Nie muszą już udawać, że ojciec zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Mogą powiedzieć, że został aresztowany przez

NKWD i ślad po nim zniknął. Władze nie wysyłają za to milicji. W ciągu tygodnia do księdza zgłasza się 47 rodzin. Każda przynosi coś nowego. Świadectwo zgonu z fałszywą datą. List z więzienia, który nigdy nie dotarł. Zeznanie sąsiada, który widział kolumnę ciężarówek jadącą

w stronę GIP. To pierwsze zeznania, które uzupełniają listę 593 nazwisk. 18 września 1989 roku powstaje społeczny komitet poszukiwań nieznanych miejsc pochówku ofiar obławy augustowskiej.

Nie tajne stowarzyszenie, ale komitet z pieczątką, listą członków i adresem. Augustów ulica Misska 2. Stanisław pisze oficjalne pismo do prokuratury wojewódzkiej w Suwałkach. Wnoszę owszczęcie śledztwa w sprawie zaginięcia 593 obywateli polskich w lipcu 1945

roku. Podaje nazwiska, daty i miejsca. Wymienia świadków gotowych zeznawać. Załącza kopię listy, którą ukrywał przez 20 lat. Prokuratura odpowiada po dwóch tygodniach. Wszczęto dochodzenie. To pierwszy raz, kiedy państwo polskie oficjalnie przyznaje, że zaginięcia trzeba zbadać i że trzeba ustalić, kto

za nie odpowiada. Komitet ma jednak odpowiedzieć na jedno pytanie i nie traci go z oczu. Gdzie leżą ciała i kto wydał rozkaz? Od razu pojawia się przeszkoda. Polskie archiwa są puste. Dokumenty dotyczące obławy, protokoły aresztowań, listy przewozowe, rozkazy

wywiozło NKWD wycofując się ze wschodnich terenów. do ZSRR. W Polsce zostały tylko kartoteki osobowe. Z adnotacją nie wrócił. Komitet przesłuchuje świadków, spisuje relacje, jeździ do lasów i szuka śladów grobów.

Ale każde zeznanie, każda mapa i każda próbka ziemi prowadzą do tego samego punktu. Żeby udowodnić co się stało, trzeba dotrzeć do archiwów w Moskwie. W Rosji działa wtedy stowarzyszenie Memoriał, założone pod koniec lat 80 przez historyków i działaczy walczących

o ujawnienie zbrodni stalinowskich. Po pierestrojce dostaje dostęp do części zamkniętych archiwów. Stanisław pisze do memoriału list, opisuje obławę, podaje daty, prosi o pomoc w odnalezieniu dokumentów.

Odpowiedź przychodzi po miesiącu. Rozpoczynamy poszukiwania. Pierwszy raz od 1945 roku ktoś w Moskwie oficjalnie szuka śladów obławy augustowskiej. Nie rodzina i nie anonimowy informator, ale historycy z dostępem do archiwów NKWD.

Komitet czeka. Rodziny czekają. Ksiądz Stanisław co tydzień dzwoni do Moskwy i pyta: Czy coś znaleźliście? Przez pół roku odpowiedź brzmi tak samo: Jeszcze szukamy. Na przełomie 1989 i 1990 roku memoriał zawiadamia komitet, że w

dokumentacji sowieckiego kontrwywiadu wojskowego trafiono na ślad. Zapisano to tak, jak to zapamiętano. Wczesny telefon z Moskwy, spokojny głos, zdanie, mamy dokument. Sam przebieg rozmowy jest rekonstrukcją, ale sama wiadomość udokumentowana. Dokument ma numer 25212

i datę 21 lipca 1945 roku. Nadawca Wiktor Abakumow szef kontrwywiadu wojskowego Smierz, odbiorca Wawrienti Beria, ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRR.

Treść jest sucha i biurokratyczna, jakby chodziło o zatwierdzenie budżetu albo przeniesienie żołnierzy. W okresie od 12 do 19 lipca 1945 roku w lasach powiatu augustowskiego zatrzymano 592 osoby podejrzane o współpracę z polskim

podziemiem niepodległościowym. Materiały operacyjne potwierdzają ich wrogą działalność. Proszę o zgodę na zastosowanie najwyższego wymiaru kary. To prośba o zgodę. Dokument opisuje liczbę zatrzymanych i charakter operacji, ale nie zawiera ani

nazwisk, ani miejsca, ani daty wykonania i nie mówi, czy zgoda przyszła. Najwyższy wymiar kary brzmiało [odchrząknięcie] w ówczesnej mowie urzędowej jak eufemizm rozstrzelania. Tak czytają je rodziny i tak czytają go historycy. Nikita Pietrow, rosyjski

historyk związany z memoriałem, znajduje ten dokument w 1994 roku w archiwach byłego KGB. Przeszukuje tysiące akt i dziesiątki teczek, aż natrafia na telegram Abakumowa do Beri.

W tym samym roku publikuje go w swoim zbiorze dokumentów sowieckich. To najważniejszy znany oficjalny dokument, który pokazuje, że część zatrzymanych z obławy augustowskiej przeznaczono do rozstrzelania. Przez 50 lat władze sowieckie utrzymywały, że obławy w ogóle nie było,

że zatrzymania to plotka, a rodziny wymyśliły zaginięcia. A teraz telegram z pieczątką NKWD, podpisem Abakumowa i prośbą o pozwolenie na rozstrzelanie prawie 600 ludzi. W 1995 roku Pietrow przekazuje kopię dokumentu

stronie polskiej. W tym samym roku telegram zostaje pokazany publicznie w Warszawie. Polskie media drukują faksymile. Rodziny pytają, czy są na nim nazwiska ich bliskich, ale Telegram nie zawiera nazwisk. Nie zawiera też lokalizacji egzekucji. Jest tylko liczba. 592,

data 21 lipca i prośba o zgodę. Czy Beria zgodę wydał? Gdzie rozstrzelano więźniów? Kto wykonywał wyrok? Gdzie są ciała? Dokument odpowiada na jedno pytanie, a otwiera kolejne. I to nie jest chwyt, ale fakt, z którym rodziny

żyją do dziś. Również w 1995 roku polska prokuratura zleca tłumaczenie dokumentu z rosyjskiego na polski. Tłumacz zwraca gotowy tekst. W miejscu, gdzie Abakumow pisze zlikwidować, w przekładzie pojawia się to samo słowo. Oddaje ono rosyjskie

likwidacja, które i po polsku znaczy likwidację, usunięcie kogoś. Nie aresztować, nie deportować, nie osadzić w obozie. Komitet zwołuje prawników. Pytanie brzmi, czy to oznacza to, co wszyscy myślą? Prawnicy czytają cały dokument. Abakumow prosi o zgodę na

likwidację 592 osób aresztowanych w obwodzie augustowskim. Pisze, że operacja ma przebiegać bez rozgłosu. Dodaje zwłoki zakopać. To dobór słów, który brzmi jak plan egzekucji, ale w telegramie nie ma ani faktu, ani daty jej wykonania.

Stanisław dostaje kopię tłumaczenia, czyta zdanie po zdaniu. Jego ojciec Józef Wysocki był jednym z tych 592 ludzi. Do tej pory rodzina żyła nadzieją, że ojciec gdzieś przetrwał w obozie. Dokument tego nie potwierdza ani nie wyklucza. Po raz pierwszy jednak

pokazuje, że ktoś w Moskwie pisał o likwidacji zatrzymanych i o zakopaniu zwłok. Dla Stanisława to najbliższe prawdy, na co pozwalają źródła. Pewności nie ma i nie udaje, że ją ma. W telegramie jest jeszcze jeden szczegół.

Abakumow pisze, że do operacji wyznaczono pracowników operacyjnych i batalion wojsk NKWD. Prosi o zgodę Beri, ale zaznacza, że przygotowania już trwają. Znaczy to, że operację organizowano, zanim przyszła jakakolwiek odpowiedź z Moskwy. Kiedy dokładnie wyznaczono

egzekucję, dokument nie mówi. W kwietniu 1992 roku polska prokuratura wszczyna formalne śledztwo. Lata od 1989 do 1991 były tylko etapem wstępnym, dochodzeniem, zbieraniem relacji i pism.

Dopiero w 1992 roku powstaje postępowanie karne, które ma odpowiedzieć na pytanie, kto odpowiada za te zaginięcia. Sprawcy jednak w większości nie żyją. Abakumow został stracony po procesie w 1954 roku. Beria został rozstrzelany w 1953.

Oficerowie prowadzący obławę też nie żyją albo są nieosiągalni. Prawne dociekanie winy dzisiaj jest więc utrudnione, a przez długi czas było wprost niemożliwe. Oficjalna kwalifikacja zbrodnia przeciwko ludzkości pojawi się dopiero w 2009 roku. W 1991

roku Telegram nie był jeszcze żadnym sądowym dowodem zbrodni. Był dokumentem, który dopiero otwierał sprawę. Zostaje jedno pytanie i ono nie jest retoryczne. Gdzie są ciała? W 1992 roku polscy badacze zawężają strefę poszukiwań do kilku obszarów przy

granicy z ówczesną białoruską SRR. Nie jest to cała puszcza augustowska, ale konkretne fragmenty lasu, w których sowieckie dokumenty wspominają o Zakopaniu, a miejscowe wspomnienia wskazują na nocne kolumny ciężarówek.

Jeden z takich obszarów leży koło wsi Giby, drugi przy drodze z Augustowa do granicy, trzeci w rejonie Boczek. łącznie może 10 do 15 km². Stanisław Wysocki kontaktuje się z polskimi archeologami i specjalistami od ekshumacji. Technologia istnieje.

Georadar może wykryć naruszenia gruntu, czyli miejsca, w których ziemia była kopana i zasypywana, ale wynik badania zależy od głębokości grobów typu gleby i zakłóceń w podłożu. Więc georadar nie widzi wszystkiego na żądanej głębokości.

daje przesłanki, które trzeba potwierdzić innymi metodami. Prokuratura przygotowuje wniosek o dostęp do terenów po białoruskiej stronie granicy. W 1945 roku ustalono powojenną granicę Polski z ZSRR, a po rozpadzie Związku Radzieckiego jej fragment stał się

granicą z Białorusią przecinającą rejon Puszczy Augustowskiej. Część podejrzanych miejsc leży po polskiej stronie, ale lokalizacje wskazywane przez świadków i poszlaki, a jest to jedna z wersji, niepewność, znajdują się kilkaset metrów za drutem. W 1993

roku polska prokuratura wysyła oficjalny wniosek do władz białoruskich, prosząc o zgodę na badania terenowe i poszukiwanie szczątków. Białoruś odmawia bez uzasadnienia. Prokuratura próbuje ponownie w 1994 roku, tym razem szczegółowo opisując

planowane prace i proponując udział białoruskich ekspertów. Białoruś znowu odmawia. Także w 1995 roku polski rząd zwraca się bezpośrednio do Rosji prosząc o pomoc prawną w śledztwie dotyczącym zbrodni NKWD.

Odpowiedź nie jest milczeniem. Główna prokuratura wojskowa odpowiada i potwierdza, że w 1945 roku zatrzymano 592 osoby. Dokumenty, które mogłyby wskazać dokładne miejsce pochówku, pozostają jednak w rosyjskich archiwach i Rosja

nie udostępnia ich do prac terenowych. Stanisław jedzie nad granicę. Stoi przy drodze w gibach. Patrzy na słupy graniczne i drut kolczasty. Po drugiej stronie pilnują białoruscy pogranicznicy. Wie, że tam za drutem prawdopodobnie leży jego ojciec, ale to

jego przypuszczenie, którego żadna dotychczasowa kwerenda nie zmieniła w pewność. Granica okazała się dla rodzin szczelną ścianą. Nie trzeba już było tajemnicy ani niszczenia dokumentów. Wystarczył patrol obcego państwa, żeby nikt nie mógł wejść i sprawdzić. W 1998

roku prokuratura próbuje ostatni raz. Wysyła wniosek do prokuratury generalnej Białorusi o ekshumację powołując się na międzynarodowe konwencje o zbrodniach wojennych. Białoruś odpowiada, że nie ma na swoim terytorium dowodów na istnienie grobów. Dla państwa, które kontroluje

ten las, telegram Abakumowa z zapisem zwłoki zakopać nie wystarcza jako podstawa do pracy. Stanisław rozumie więc, że fizycznie nie dotrze do ciał. Ma podstawy sądzić, że szczątki istnieją i ma hipotezę, gdzie ich szukać, ale nie ma dostępu do terenu. Wie, że jeśli nie

może odnaleźć grobu, pozostaje zbudować pomnik z samej prawdy. Jeszcze w 1987 roku w gibach na skraju puszczy augustowskiej powstał skromny pomnik. Pierwsze trwałe upamiętnienie ofiar obławy.

4 lata później, w 1991 roku, stanął tam krzyż z wyrytymi 530 nazwiskami. Nie ze wszystkimi, bo część nazwisk udało się ustalić dopiero później. Prawdziwy duży memorial z pełną liczbą imion powstał dopiero po odkryciu Telegramu, czyli nie wcześniej niż w

połowie lat 90. Dokładnej daty jego odsłonięcia nie da się dziś ustalić. Źródła podają ją różnie. Ten memorial to mur zutego kamienia, wysoki na 3 m, zimny i szary. Wyryto na nim 592 nazwiska. Lista komitetu liczyła wcześniej 593

osoby. Dlaczego w dokumencie i na murze jest o jedną mniej? Tego źródła nie wyjaśniają. Część nazwisk z muru potwierdzono w dokumentach sowieckich. Inne pochodzą tylko ze świadectw rodzin, które przechowywały pamięć przez pół wieku. Ciał tu nie ma. Nie ma trumien ani zdjęć. jest tylko kamień i litery.

Obok tablicy z nazwiskami wisi kopia telegramu n 25212 z tekstem w języku rosyjskim i w polskim tłumaczeniu. Każdy kto przyjdzie może przeczytać prośbę Abakumowa o zgodę na likwidację zatrzymanych i o zakopanie zwłok i samodzielnie ocenić co ten

dokument mówi a czego nie mówi. To największa wartość tego miejsca. Dokument pisany w tajemnicy i przechowywany w zamkniętym archiwum stoi dziś w centrum Memoriału, a nazwiska ludzi, których system usunął z rejestrów są wykute w kamieniu. Dziś jest rok

2015. Stanisław ma 83 lata. przychodzi tu co roku 12 lipca w dniu pamięci ofiar obławy augustowskiej ustanowionym przez polski sejm w 2015 roku. Stoi przed tablicą i szuka jednego nazwiska Wysocki Józef. Nie wie gdzie leży ciało ojca.

Nie może zapalić znicza na prawdziwym grobie więc kładzie kwiaty tutaj. Chłopiec, który czekał na ojca przy kolacji, nie sprowadził go do domu. Sprowadził go z powrotem do historii. I to jest wszystko, co udało się zrobić, bo nie udało się wydobyć szczątków. Nie udało się postawić przed sądem ani

jednego żywego sprawcy. Białoruś nadal nie wpuszcza polskich śledczych na teren, gdzie prawdopodobnie pochowano ofiary. Ani jedno z poszukiwanych miejsc nie zostało potwierdzone. Gdzie dokładnie leżą ciała i gdzie zapadła ostateczna decyzja? To wciąż pytanie bez odpowiedzi. Stanisław idzie wzdłuż

tablicy. Widzi nazwiska ludzi, których znał osobiście. sąsiadów, kolegów ojca, nauczycieli, dwóch młodych mężczyzn z jego własnej wsi. Każde nazwisko to czyjeś dziecko, które dorosło bez ojca, czyjaś żona, która czekała, ktoś, kto przez całe życie mieszkał z pytaniem bez odpowiedzi. Obok memoriału stoi mała

kaplica, a w niej księga pamięci. Każdy może wpisać wspomnienie, zostawić świadectwo, dodać szczegół. To właśnie udało się ocalić. Imiona, świadectwa i rozkaz, który nie jest już tajemnicą. Zabito ludzi, ale nie udało się zabić ich imion. Stanisław wraca do domu. W

jego gabinecie na ścianie wisi oprawiona kopia telegramu. Numer 25212. Data 21 lipca 1945 roku. Podpis Abakumowa. Dokument państwa sowieckiego, w którym ktoś prosi o zgodę na likwidację zatrzymanych i na ukrycie

ich ciał. Nie ma grobu, nie ma ciała, nie ma sprawiedliwości

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy