Uncategorized

Monte Cassino (1944) bez mitów — Za co naprawdę zginęło 923 Polaków

Trzy alianckie natarcia rozbijają się o tę samą górę. W jedną noc ponad 1600 dział otwiera ogień o tej samej godzinie, a z trzech kompanii jednego batalionu wracają 34 osoby. Na szczycie, w białym pyle ruin ktoś wbija w sterte kamieni mały proporczyk. Jak pada

twierdza, której nikt nie zdobył szturmem? Witajcie, nazywam się Marek Wroński. To historia bitwy o Monte Casino z maja 1944 roku. Żeby ją zrozumieć trzeba cofnąć się o trzy lata daleko od Włoch, tam gdzie ta armia się narodziła. Sierpień

1941 roku, Moskwa. Więzienie na Łubiance. Strażnik otwiera drzwi celi i wyprowadza więźnia, którego od półtora roku przesłuchują w tym budynku. Władysław Anders, generał ranny we wrześniu 39 roku i wzięty do niewoli przez Armię

Czerwoną idzie korytarzem jeszcze jako więzień. Wkrótce potem słyszy propozycję, która odwraca jego los. Ma dowodzić armię zbudowaną z Polaków rozsianych po więzieniach, łagrach i zesłaniach państwa, które ich tam zamknęło. Ten zwrot ma prostą przyczynę.

22 czerwca Niemcy uderzają na Związek Radziecki i w kilka tygodni wdzierają się głęboko w jego terytorium. Moskwa potrzebuje sojuszników, a Brytyjczycy naciskają, by jednym z nich stał się polski rząd w Londynie. 30 lipca generał Władysław Sikorski, premier tego rządu i

zarazem naczelny wódz, podpisuje porozumienie z ambasadorem radzieckim. Polscy obywatele w Związku Radzieckim dostają tak zwaną amnestię, choć nie popełnili żadnego przestępstwa. Porozumienie ma lukę widoczną od pierwszego dnia, bo nie rozstrzyga do kogo należą Ziemie Wschodnie zajęte

przez Armię Czerwoną we wrześniu. Generał Kazimierz Sosnkowski, jeden z najbardziej doświadczonych polskich dowódców, uważa to za ustępstwo nie do przyjęcia i odchodzi z rządu. Sikorski liczy inaczej. W łagrach i osadach zesłańczych są setki tysięcy polskich obywateli, a każdy miesiąc głodu

zmniejsza ich liczbę. Spór o granicę można odłożyć, ludzi nie. Latem 41 roku ten rachunek wygląda na jedyny możliwy. W sierpniu Anders obejmuje dowództwo i do buzu łuku oraz do obozu w Tockoje na stepach między Wołgą a Uralem zaczynają

ściągać ludzie z całego Związku Radzieckiego. Jadą tygodniami w wagonach towarowych. Idą pieszo, płyną barkami. Zgłaszają się szeregowi, podoficerowie, urzędnicy, kobiety z dziećmi. Od początku brakuje jednak jednej grupy.

Prawie nikt nie dociera z trzech obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, gdzie trzymano kilkanaście tysięcy oficerów i policjantów, a od wiosny 40 roku nie przychodzą stamtąd nawet listy. Ci, którzy docierają, noszą na ciele ślad tego, co przeszli. Zjawiają się w

łachmanach, które kiedyś były mundurami, często boso albo w łapciach zyka. Szkorbut rozpulchnia dziąsła i wypycha zęby. Kurza ślepota odbiera wzrok po zmroku, a dur plamisty i czerwonka zabijają w kilka dni nawet tych, którzy przetrwali łagier. Wychudzone nogi drżą

już po kwadransie stania w szeregu. Zimą żołnierze mieszkają w namiotach przy mrozie przekraczającym 30 stopni i śpią w ubraniach, przytuleni do siebie. Pierwsza miska gęstej zupy i pierwszy kompletny mundur znaczą dla nich więcej niż jakikolwiek rozkaz. Anders powierza

poszukiwania zaginionych rotmistrzowi Józefowi Czapskiemu, malarzowi, który sam przeszedł przez Starobielsk i należy do nielicznych ocalałych z tego obozu. Czapski zbiera nazwiska, objeżdża urzędy, pisze do naczelników łagrów. W książce Na nieludzkiej ziemi wspomina, że każda rozmowa kończyła się uprzejmą

odpowiedzią, z której nic nie wynikało. 3 grudnia pytanie trafia na najwyższy szczebel. Sikorski i Anders siedzą na Kremlu naprzeciw Józefa Stalina, przywódcy Związku Radzieckiego. Według polskiego zapisu rozmowy Stalin twierdzi, że oficerowie uciekli, a

zapytany dokąd wskazuje Mandżurię. Odpowiedź z Kremla zmienia położenie armii bardziej niż niejedna przegrana bitwa. Brakuje jej tysięcy oficerów zawodowych, a zaufanie do gospodarzy kurczy się z każdym tygodniem. Wiosną 1942 roku strona radziecka obcina przydziały

żywności, a broni wciąż nie starcza dla wszystkich. Sikorski chce zatrzymać wojsko na froncie wschodnim, bo tylko tak Polska zachowa głos w sprawie swoich ziem. Anders uważa, że armia, której nie da się wyżywić, nie dotrwa do pierwszej bitwy. Moskwa ostatecznie zgadza się

wypuścić Polaków do Iranu. Z portu w Krasnowodu. Statki przewożą ludzi przez Morze Kaspijskie do Pachlawii, na irańskim brzegu. W dwóch ewakuacjach wychodzi ze Związku Radzieckiego ponad 115 000 osób, w tym około 78500 żołnierzy, a resztę stanowią cywile.

Wśród nich tysiące dzieci. Na plaży czekają chleb, mięso i owoce, lecz organizmy wyniszczone głodem nie zawsze to wytrzymują i część ewakuowanych umiera już na wolności. Oaleni trafiają do Iraku i Palestyny, gdzie po mrozach łagrów przychodzi upał powyżej 40

stopni, piasek w ustach i marsze w pełnym oporządzeniu. Wojsko dostaje brytyjskie mundury i broń, ale tysiące rodaków, którzy nie zdążyli do punktów zbornych, zostają po drugiej stronie granicy. W kwietniu 1943 roku pytanie Czapskiego dostaje

odpowiedź z najmniej oczekiwanej strony. Niemcy ogłaszają, że w lesie pod Katyniem koło Smoleńska odkryli masowe groby polskich oficerów i wykorzystują to w propagandzie. Zbrodnia katyńska to zamordowanie przez radziecką policję polityczną wiosną 1940 roku blisko 22

000 polskich jeńców i więźniów. Wśród nich oficerów, o których Sikorski pytał na Kremlu. Mandżuria okazuje się lasem pod Smoleńskiem i innymi miejscami kaźni. Polski rząd prosi Międzynarodowy Czerwony Krzyż o zbadanie sprawy. Moskwa obwinia o zbrodnię Niemców. Polskiemu

rządowi zarzuca współpracę z nimi i zrywa z nim stosunki. Dla żołnierzy w Iraku to [odchrząknięcie] nie jest sprawa polityki. Wśród zamordowanych są ich ojcowie, bracia, dawni dowódcy. 4 lipca samolot, którym Sikorski wraca z inspekcji wojsk na Bliskim Wschodzie spada do morza tuż po starcie z

Gibraltaru, a generał ginie razem z córką. Naczelnym wodzem zostaje Sosnkowski. Ten sam, który d lata wcześniej sprzeciwił się porozumieniu z Moskwą. Armia traci człowieka, który osłaniał ją w rozmowach z Londynem i Waszyngtonem. Z tych ludzi powstaje drugi korpus Polski. Większość żołnierzy

pochodzi z Kresów wschodnich II Rzeczypospolitej. z Wileńszczyzny, [odchrząknięcie] ze Lwowa, z Wołynia i Polia, czyli z ziem, które dziś należą do Litwy, Białorusi i Ukrainy. Ich domy leżą za linią frontu, a Moskwa nie ukrywa, że uważa te ziemie za swoje. Pod koniec roku pierwsze oddziały przypływają do

Włoch, gdzie alianci powoli posuwają się na północ półwyspu. Korpus ma wyszkolonych ludzi, brytyjską broń i determinację, jakiej nie uczy żaden poligon. Nie ma państwa, które mogłoby go przyjąć po wojnie. ani zadania, o którym usłyszałby świat. 14 października

1943 roku, środkowe Włochy, 130 km na południowy wschód od Rzymu. Polacy są jeszcze na Bliskim Wschodzie. Do bramy Opaw na szczycie góry podjeżdża wojskowy samochód, z którego wysiada niemiecki podpułkownik, oficer zaplecza dywizji pancernej. Według jego późniejszej

relacji przyjeżdża z własnej inicjatywy. Prosi o rozmowę z Opatem, którym jest niemal 80letni Gregorio Diam i mówi mu, że front przesuwający się od września na północ zatrzyma się właśnie tutaj. Opad długo się waha. Opactwo stoi na tej górze od VI wieku, od czasów gdy święty

Benedykt założył na szczycie wspólnotę, z której wyrósł zakon Benedyktynów. Niszczyli je longobardowie. caraceni i trzęsienie ziemi, a mnisi za każdym razem je odbudowywali. Z murów wznoszących się niemal pół kilometra nad miastem Cassino widać całą dolinę rzeki Liri, szeroką i płaską.

Biegnie nią droga numer 6, najkrótsza droga z południa do Rzymu. Kto chce iść tędy na północ, musi przejść u stóp góry. A jednak niemieckie dowództwo postanawia, że w samym klasztorze nie stanie ani jeden żołnierz. Ten wybór ma swoją logikę. Feldmarszałek Albert

Kesselring, który dowodzi wojskami niemieckimi we Włoszech, przekonuje Berlin, że półwyspu nie trzeba oddawać aż po Apeniny. Można go zatrzymać znacznie dalej, na południu, w najwęższym miejscu, gdzie góry schodzą niemal do morza. Tam powstaje linia Gustawa, ciąg umocnień od ujścia

Garigliano po wybrzeże Adriatyku. Najmocniejszym jej ogniwem jest masyw nad Cassino z rzeką Rapido przed sobą i z górami za plecami. Każdy miesiąc obrony tutaj trzyma aliantów daleko od Rzymu i daleko od granic Rzeszy.

Ostrzeżenie oficera nie kończy się na słowach. W ciągu kilku tygodni około 120 niemieckich ciężarówek wywozi z Opctwa do Rzymu bibliotekę i archiwum. Około 70 000 tomów i 1200 rękopisów. Większość zakonników wyjeżdża razem ze skrzyniami.

Skarby trafiają ostatecznie pod opiekę Watykanu. Opad zostaje na górze z garstką braci przy grobie świętego Benedykta. Obronę odcinka pod Cassino obejmuje generał Friedolin von Zenger, dowódca korpusu pancernego i zarazem świecki członek zakonu Benedyktynów.

Zakazuje swoim żołnierzom wchodzenia do opactwa i do strefy 300 m wokół jego murów. A niemieckie władze zapewniają Watykan, że klasztor nie zostanie zajęty. Punkty obserwacyjne i gniazda karabinów maszynowych powstają jednak na zboczach poniżej i na sąsiednich wzgórzach. Niektóre niedaleko granicy

strefy. Opactwo pozostaje puste, a góra pod nim zamienia się w twierdzę. Z doliny tego rozróżnienia nie widać. Trzy miesiące później, w styczniu 1944 roku, na Rapido stoją Amerykanie z piątej armii generała Marka Clarka, dowódcy natarcia na tym odcinku frontu.

Zadanie Clarka wygląda rozsądnie. 22 stycznia alianci mają wylądować daleko na tyłach Niemców pod Ancio, kilkadziesiąt kilometrów od Rzymu. Żeby desant się udał, niemieckie odwody muszą zostać tutaj pod kasino. Najprostszy sposób, by je przyciągnąć, to uderzyć

wprost przez rzekę, tam gdzie dolina Liri otwiera się na drogę do Rzymu. Wieczorem 20 stycznia piechota amerykańskiej dywizji schodzi nad wodę. Rapido ma tu kilkanaście metrów szerokości, ale nurt jest szybki, a woda lodowata. Żołnierze niosą na ramionach ciężkie łodzie przez pola, z których

saperzy nie zdążyli usunąć wszystkich min. Nad rzeką wisi mgła zmieszana z dymem zasłon i ludzie gubią przejścia oznaczone taśmą. Łodzie przewracają się, kładki pękają pod ogniem moździerzy. Ci, którzy docierają na drugi brzeg, leżą w błocie w przemoczonych mundurach przy temperaturze bliskiej zera i nie mogą

ani się cofnąć, ani ruszyć naprzód. W ciągu 48 godzin dywizja traci około 2100 ludzi, a przyczułek przestaje istnieć. Desant pod Anzio zaskakuje Niemców, lecz Kessel Ring szybko zamyka przyczółek, nie osłabiając obrony pod kasino. Linia

Gustawa w dolinie stoi nienaruszona. Natarcie przez rzekę miało być tanim sposobem związania przeciwnika, a okazało się jednym z najdroższych epizodów kampanii. Aliantom zostaje obejście doliny od północy przez góry.

Na północ od miasta inna amerykańska dywizja przekracza rapido w górnym biegu i pod koniec stycznia wspina się na masyw. Przez dwa tygodnie zdobywa skałę po skale. Na początku lutego jej czołowe oddziały stoją na zboczach wzgórza, które na mapach nosi numer 593,

mniej więcej 900 m od murów klasztoru. Wzgórze leży wyżej niż opactwo, a mury widać stąd z bliska. Dalej Amerykanie nie przechodzą. Ludzie na tych zboczach od tygodni nie zdejmują butów. Nocą temperatura spada poniżej zera, deszcz przechodzi w śnieg, a mokre mundury

sztywnieją od mrozu. W nagim wapieniu nie da się wykopać okopu, więc żołnierze układają z kamieni niskie murki i leżą za nimi całymi dniami, bo każdy ruch za dnia ściąga ogień. Stopy puchną i sinieją, a odmrożenia wyłączają z walki kolejnych ludzi. Wodę, amunicję i

żywność wnoszą nocą muły i tragaże ścieżkami. Gdy w połowie lutego dywizje zmieniają inne oddziały, część żołnierzy trzeba znosić na noszach, bo nie są w stanie zejść o własnych siłach. Ci, którzy leżą na wzgórzu 593, nie potrafią wskazać, skąd przychodzi ogień. Moździerze i karabiny maszynowe

strzelają z przodu, ale także z boku i z tyłu, ze wzgórz, które wyglądały na zostawione za plecami albo nieistotne. Niemcy siedzą na odwrotnych stokach, czyli po tej stronie grzbietu, której atakujący nie widzi, w szczelinach skalnych i w schronach niewidocznych z doliny. Widać natomiast białe mury

opactwa, które górują nad krajobrazem i zdają się śledzić każdy ruch. Dla żołnierza na zboczu i dla oficera w sztabie odpowiedź jest oczywista. Ktoś stamtąd patrzy i kieruje ogniem. W lutym ten pogląd podzielają już nie tylko żołnierze. Oficerowie, korespondenci i

część wyższych dowódców mówią o klasztorze jak oku, przez które Niemcy widzą całą dolinę. Zapewnienia Vonsengera i deklaracje przekazane Watykanowi nie docierają do ludzi, którzy od tygodni leżą pod ostrzałem.

Clark ma wątpliwości i nie widzi dowodów, że Niemcy są w środku. Po pierwszej bitwie o casino alianci mają jednak za sobą nieudany szturm przez rzekę i natarcie, które utknęło pod samymi murami. Zostaje im góra, której szczytu nie potrafią zdobyć i budynek, który w oczach całej armii stał się

winowajcą. 15 lutego 1944 roku. Poranek. W podziemiach Opactwa, pod salami, z których dawno wywieziono księgi, siedzi garstka starych mnichów i kilkuset uchodźców z okolicznych wsi i z miasta Casino. Według części relacji

nawet około 800. Chronią się tu przed ostrzałem, który od tygodni przetacza się po dolinie. Około wół słyszą narastający głęboki pomruk silników, inny niż świst pocisków, do którego zdążyli przywyknąć. Gregorio Diamare, sędziwy opad, który mimo jesiennych

ostrzeżeń nie opuścił góry, zbiera braci do modlitwy. Chwilę później ziemia zaczyna drżeć. Nad górą przelatują ciężkie amerykańskie bombowce, nazywane latającymi fortecami, a po południu nadchodzi kolejna fala, tym razem bombowców średnich. Łącznie według

różnych zestawień ponad 200 maszyn zrzuca na klasztor kilkaset ton bomb. Celem jest budynek, w którym w tej chwili nie ma ani jednego niemieckiego żołnierza. Zakaz generała Fonsengera, dowódcy niemieckiego korpusu na tym odcinku, wciąż obowiązuje, a w murach przebywają tylko mnisi i cywile. Alianci

niszczą miejsce, którego przeciwnik nie zajął. W podziemiach nie da się oddychać. Każde trafienie wypycha z korytarzy powietrze, a za nim przychodzi gęsty pył wapienny, który osiada w gardle i pod powiekami. Świece gasną, ludzie tracą orientację w ciemności i nie słyszą własnych głosów, bo huk

wybuchów zagłusza wszystko. Część uchodźców w panice wybiega na dziedziniec, gdzie dosięgają ich kolejne bomby. Innych przygniatają zawalające się stropy. Do wieczora z opactwa zostają poszczerbione mury, sterty gruzu i kilka ocalałych pomieszczeń w najgłębszych podziemiach. Wśród nich

krypta z grobem świętego Benedykta. Ilu cywilów ginie tego dnia, nie wiadomo do dziś. Szacunki wahają się od kilkudziesięciu do ponad 200 osób, a niektóre sięgają jeszcze wyżej. Dzień wcześniej alianccy artylerzyści wystrzelili nad górę pociski z ulotkami

ostrzegawczymi, ale według różnych relacji do mieszkańców klasztoru dotarły one zbyt późno, albo wcale i nikt nie zdołał się na czas ewakuować. Rankiem 17 lutego po dwóch dobach w ruinach opad schodzi z góry z grupką ocalałych, niosąc krzyż. Niemcy przyjmują go w

sztabie Fonsengera i spisują jego oświadczenie, że w murach nie było niemieckich żołnierzy. Propaganda II Rzeszy rozgłasza je po całej Europie. Teraz zakaz nie ma już czego chronić. Niemieccy żołnierze wchodzą w ruiny, a wkrótce cały odcinek przejmuje pierwsza

dywizja spadochronowa generała Richarda Heidricha, dowódcy najbardziej doświadczonej piechoty niemieckiej we Włoszech. Jego ludzie walczyli na Krecie, na froncie wschodnim i na Sycylii. Formalnie należą do lotnictwa niemieckiego, ale w boju są piechotą i znają obronę lepiej niż ktokolwiek po drugiej stronie frontu. Gruz okazuje się

lepszym umocnieniem niż nienaruszone mury. Sklepione piwnice i grube ściany przyziemia wytrzymują ostrzał. Sterty kamienia zasłaniają karabiny maszynowe, a każdy wyłom staje się strzelnicą. W nocy po bombardowaniu, a potem przez kolejne trzy doby, do natarcia idzie czwarta dywizja indyjska z grzbietów, na

których wcześniej utknęli Amerykanie. A w dolinie Nowozelandczycy wzdłuż nasypu kolejowego w stronę dworca w mieście Casino. Na zboczach leży śnieg przemieszany z deszczem, a kompanie żołnierzy z Indii i górków z Nepalu wspinają się po skałach w ciemności, w której nikt nie widzi sąsiada na kilka

kroków. Ogień spada na nich ze wzgórza 593, z sąsiednich grzbietów i z ruin. Nowozelandczycy zdobywają dworzec, lecz nie zdążają przygotować przejścia dla czołgów i niemieckie kontrnatarcie wyrzuca ich z powrotem. Po trzech dniach druga bitwa o casino dobiega końca, a

front stoi tam, gdzie stał. Miesiąc później, 15 marca alianci próbują po raz trzeci, tym razem przez samo miasto u stóp góry. Od rana kilkaset bombowców zrzuca ładunki na kasino, a potem do pracy przystępuje artyleria. Miasto zamienia się w pole lejów i rumowisk,

przez które nie przejeżdżają czołgi, a nocny deszcz zalewa wyrwy wodą. Spadochroniarze, którzy przetrwali w piwnicach, wracają do karabinów maszynowych, zanim nowozelandzka piechota przebije się przez gruz. Górkchowie wdzierają się na wzgórze 435, nazywane od resztek słupa kolejki

linowej wzgórzem wisielca, niecałe ćwierć kilometra poniżej murów klasztoru. Trzymają je przez ponad tydzień, zaopatrywani ze zrzutów lotniczych, a gdy natarcie zostaje wstrzymane, schodzą na rozkaz. Trzecia bitwa kończy się tak jak dwie poprzednie. Decyzja z lutego oglądana z

dystansu lat wygląda na pomyłkę, ale w tamtej chwili ma mocne podstawy. Dowódca korpusu nowozelandzkiego, który ma prowadzić natarcie, żąda bombardowania jako warunku ataku. Dowódca dywizji indyjskiej uważa, że żadna piechota nie zdobędzie wzgórza z tak potężnym gmachem na szczycie, niezależnie od tego, kto w

nim siedzi. Lotnicy meldują o ruchu wokół murów, a żołnierze na zboczach są przekonani, że stamtąd ktoś kieruje ogniem. Generał Harold Aleksander, dowódca wszystkich wojsk alianckich we Włoszech, przyjmuje, że skoro dowódca prowadzący natarcie uważa bombardowanie za konieczne, nie można mu go odmówić.

Sprzeciw Clarka, który dowodzi armią na tym odcinku, zostaje pominięty. Do tego dochodzi presja prasy i opinii publicznej, zmęczonych porażkami pod jedną górą. Skutek okazuje się odwrotny do zamierzonego. Bomby nie trafiają żadnego niemieckiego obserwatora, bo w murach go nie było. Za to tworzą

pozycję, jakiej Niemcy wcześniej nie mieli. W 1969 roku armia amerykańska oficjalnie przyznaje, że przed bombardowaniem Niemcy opactwa nie zajmowali. A Martin Blumenson, autor jej oficjalnej historii tej kampanii, ocenia, że uderzenie nie

przyniosło żadnej korzyści wojskowej. Po trzecim nieudanym natarciu położenie pod kasino jest zupełnie inne niż w styczniu. Wtedy alianci mieli przed sobą górę z pustym klasztorem na szczycie i zakazem, który trzymał Niemców poza murami. Teraz mają przed sobą ruiny obsadzone przez najlepszych obrońców,

jakimi przeciwnik dysponuje we Włoszech. A każda następna próba musi zaczynać od pozycji silniejszej niż przed lutym. Pod górą leżą żołnierze z Ameryki, Wielkiej Brytanii, Indii, Nepalu i Nowej Zelandii. Ich dowódcy wiedzą już, że kolejnego natarcia nie da się poprowadzić w ten sam sposób. 23 albo 24

marca 1944 roku, bo źródła podają obie daty. Pod Casino dogasa trzecie natarcie, a w kwaterze brytyjskiego dowództwa, dokąd wezwano dowódcę polskiego korpusu, na stole leży mapa masywu z klasztorem.

Generał Oliver Lee, który od początku roku dowodzi brytyjską ósmą armią, przedstawia plan wiosennej ofensywy i proponuje, by Polacy wzięli na siebie właśnie tę górę. Władysław Anders, dowódca korpusu, słucha w milczeniu.

Nikt mu niczego nie nakazuje. Może [odchrząknięcie] odmówić i poprosić o inny odcinek frontu. Na odpowiedź nie potrzebuje wiele czasu. Pułkownik Kazimierz Wiśniowski, szef sztabu korpusu, notuje, że generał zdecydował w ciągu 10 minut, choć inne relacje mówią o 12 minutach albo o kwadransie. Anders

wspomina, że po krótkim namyśle oświadczył, iż podejmuje się tego trudnego zadania. Zgoda pada szybko, a dotyczy góry, na której utknęły już dywizje amerykańskie, indyjskie, nowozelandzkie i brytyjskie.

Anders zna przebieg wszystkich trzech porażek. Korpus, który ma pójść na tę górę, liczy według różnych danych od 44 do 50 000 ludzi. Mniej więcej połowa z nich nigdy nie była w boju. Obie dywizje piechoty mają po dwie [odchrząknięcie] brygady zamiast trzech, bo nie było z

kogo sformować trzecich. Trzecia dywizja strzelców karpackich generała Bronisława Ducha wyrosła z brygady, która broniła Tobruku. A piąta kresowa dywizja piechoty generała Nikodema Sulika składa się w dużej części z ludzi z Wilna, Lwowa i Wołynia. Najpoważniejszy problem nie dotyczy jednak liczb. Po zerwaniu

stosunków z Moskwą ze Związku Radzieckiego nie dociera już nikt nowy, więc uzupełnień praktycznie nie ma. Właśnie dlatego decyzji sprzeciwia się generał Kazimierz Sosnkowski, który od lipca poprzedniego roku jako naczelny wódz odpowiada za całe polskie wojsko na zachodzie. Uważa, że korpus bez

uzupełnień nie powinien brać zadania, które może go wykrwawić. Według przekazów miał zarzucić Andersowi, że śniły pióopusz, czyli sława wodza prowadzącego żołnierzy do szturmu. Argument Sosnkowskiego jest poważny.

Armia bez państwa, która straci kilka tysięcy ludzi pod jedną górą, może nie mieć z czego odtworzyć dywizji przed rozstrzygnięciami, które naprawdę zadecydują o losie Polski. Plan, który przedstawia LIS przygotował sztab generała Harolda Aleksandra dowodzącego wszystkimi wojskami alianckimi we Włoszech. Tym razem alianci nie uderzają

w jednym miejscu. Brytyjczycy i Kanadyjczycy mają przejść przez Rapido i iść doliną Liri, Amerykanie wzdłuż wybrzeża, a Francuzi, w których szeregach walczą Marokańczycy i Algierczycy, przez góry Aurunci na południe od doliny. Polacy dostają masyw. Mają opanować wzgórza na północ i

północny zachód od klasztoru, odciąć go od zaplecza i zejść do drogi nerotie z Brytyjczykami. Równolegle trwa gra pozorów. Fałszywe meldunki radiowe i udawane przygotowania do desantu na północ od Rzymu sprawiają, że feldmarszałek Albert Kesselring, dowódca wojsk niemieckich we Włoszech, spodziewa

się przed swoim frontem sześciu dywizji. W rzeczywistości jest ich 13. Niemcy wiedzą, że ofensywa nadejdzie, ale nie znają ani dnia, ani miejsca głównego uderzenia. W kwietniu polskie bataliony zaczynają obejmować pozycje na masywie, zmieniając tam Brytyjczyków. Wchodzą

wyłącznie nocą, bo za dnia każdy ruch na zboczu widzą niemieccy obserwatorzy. Kolumny idą gęsiego wąskimi ścieżkami, a muły obuczone skrzyniami z amunicją i kanistrami z wodą ślizgają się na wapiennych płytach. Na stanowiskach nie da się wykopać okopu, więc strzelcy

poprawiają kamienne murki po poprzednikach. Między głazami wciąż widać ślady wcześniejszych natarć, porzucony sprzęt i niepochowane ciała. Za dnia ludzie tkwią bez ruchu w wiosennym słońcu, z jedną manierką na wiele godzin, bo każdy kanister trzeba wnieść nocą z doliny. Noce w górach

wciąż są chłodne, a wilgotne mundury nie schną aż do południa. Kto unosi głowę zbyt wysoko, ściąga na całą sekcję ogień moździe. W dolinie alianci utrzymują zasłony dymne, które kryją ruch na drogach, ale na grzbietach nie ma czym się osłonić. Na tyłach saperzy przez

kilka tygodni budują drogę, po której czołgi i ciężarówki mogą podjechać bliżej masywu. Dziś to miejsce nosi nazwę drogi polskich saperów. Artylerzyści ustawiają działa i przygotowują ogień na cele znane tylko z map i zdjęć lotniczych. Sztab korpusu z góry przyjmuje przewidywane straty.

Około 3500 żołnierzy niemal w całości z batalionów, które pójdą pierwsze. Ta liczba nie jest tajemnicą dla dowództwa. Jest częścią rachunku, który Anders zaakceptował w marcu. Generał zna tę cenę, gdy mówi tak. we wspomnieniach wyjaśnia, że sukces Polaków byłby

najlepszą odpowiedzią na radziecką propagandę, która przedstawia polskie wojsko na zachodzie jako armię uchylającą się od walki. Po katyniu i zerwaniu stosunków z Moskwą głos Polski w rozmowach wielkich mocarstw słabnie, a korpus jest jednym z niewielu argumentów, które jej jeszcze zostały.

Bitwa, o której usłyszy świat, ma przypomnieć, że za tym wojskiem stoi państwo, nawet jeśli jego rząd przebywa na uchodźstwie. Jest też drugi rachunek, wojskowy. Anders wie, że główny cios ma paść w dolinie Lirii i w górach na południu, a jego żołnierze mają przede wszystkim wiązać walką Niemców na

masywie, tak by nie mogli ich przerzucić tam, gdzie rozstrzyga się ofensywa. Zadanie jest najcięższe, ale nie jest samotne. Obaj generałowie liczą trzeźwo, tylko z innych miejsc. Z perspektywy Londynu rachunek Sosnkowskiego jest zimny i trafny, bo chroni ludzi, których

niczym nie da się zastąpić. Z perspektywy masywu rachunek Andersa jest jedynym, który daje korpusowi głos w sprawach, o których decydują inni. Marcowa rozmowa z dowódcą ósmej armii zmienia położenie korpusu bardziej niż jakakolwiek wcześniejsza decyzja. Do tej pory Polacy mogli wybierać. Od tej

chwili ich zadanie jest wpisane w plan, którego nie da się zmienić bez naruszenia całej ofensywy, a cena została nazwana z góry. Na masywie bataliony Ducha i Sulika czekają na termin natarcia, który zna tylko kilku oficerów. Otwarte zostaje jedno, mianowicie, czy wiązanie walką

wystarczy, by upadła góra, której nie zdobyły trzy natarcia. 11 maja 1944 roku, kilka minut przed 23. Od wybrzeża Morza Tyrreńskiego po zbocza masywu nad Casino tysiące artylerzystów stoją przy działach, a oficerowie baterii patrzą na

wskazówki zegarków. Na górze polscy strzelcy leżą za kamiennymi murkami i słuchają ciszy, w której słychać tylko świerszcze i odległy szum silników w dolinie. Nikt nie pali, nikt nie podnosi głosu. Punktualnie o 23:00 ponad 1600 dział otwiera ogień jednocześnie, a

niebo nad doliną liri robi się jasne jako zmierzchu. To największe uderzenie artylerii, jakie widziała ta kampania. Na odcinku ósmej armii strzela około 1060 dział, na odcinku piątej armii około 600, a wśród nich polska grupa artylerii, która od tygodni

przygotowywała ogień na cele w górach. Pociski spadają na baterie, stanowiska i drogi do wozu po stronie niemieckiej. Po tej stronie frontu w niemieckich sztabach brakuje jednak ludzi, którzy powinni teraz wydawać rozkazy. Generał Heinrich von Witinghoff, dowódca 10 armii broniącej linii Gustawa, wyjechał

do Niemiec po odznaczenie z rąk Hitlera. Generał Friedolin von Zenger, którego korpus trzymał zimą odcinek pod kasino, od połowy kwietnia przebywa na miesięcznym urlopie. Szef sztabu feld marszałka Kesselringa leży chory.

Meldunki z frontu trafiają do zastępców, którzy muszą bez przełożonych rozstrzygać, czy to już główne uderzenie, czy jedno z wielu pozorowanych. Wcześniej tego wieczoru oficerowie odczytują w kompaniach rozkaz generała Andersa, dowódcy polskiego korpusu. Najczęściej przytacza się z niego kilka zdań. Anders pisze

żołnierzom, że nadeszła chwila bitwy i że zadanie, które im przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego. Kończy wezwaniem, by w ich sercach mieszkał lew. Dla wielu słuchających to pierwszy rozkaz bojowy w życiu.

Niespełna trzy lata wcześniej spora część z nich była więźniami łagrów. Gdy zaczyna się ogień, ziemia pod nimi drży bez przerwy. Pociski własnej artylerii przelatują nad głowami z szumem przypominającym przejeżdżający pociąg, a błyski wybuchów co chwilę wyrywają z ciemności zarysy grzbietów. W powietrzu

stoi zapach prochu i rozbitego kamienia, a pył osiada na twarzach i w ustach. Rozmowa jest niemożliwa. Rozkazy przekazuje się dotykiem i gestem. Każdy strzelec ma na sobie karabin, zapas nabojów, granaty, manierkę i łopatkę, z której na tym kamieniu nie będzie

pożytku. A niektórzy dźwigają jeszcze pociski do moździerzy albo zwoje kabla telefonicznego. Ten ciężar trzeba będzie wnieść pod górę, po głazach, po ciemku. i zdążyć przed świtem. Majowa noc jest krótka, a słońce wschodzi przed 6z:00.

Polska piechota rusza z podstaw wyjściowych według jednych źródeł około północy, według innych około 1zej w nocy. Strzelcy karpatcy generała Bronisława Ducha idą na wzgórze 593, które leży wyżej niż klasztor i zamyka masyw od północnego zachodu oraz w

stronę wąwozu prowadzącego do folwarku Albaneta. Bataliony kresowe generała Nikodema Sulika kierują się na grzbiet nazywany widmem, leżący dalej na północ. Saperzy idą przodem szukając min, a tuż za kompaniami posuwają się sanitariusze z noszami. Do grzbietów jest od kilku

metrów do kilometra, ale w ciemności, po głazach i pod ogniem taki odcinek pokonuje się godzinami. Plan zakłada, że obie dywizje uderzają jednocześnie, tak by obrońcy nie mogli przenosić ognia z jednego grzbietu na drugi. Sztab korpusu wie, że poprzednie natarcia szły kolejno

i każde z osobna wpadało pod ogień z kilku stron. W tym samym czasie w dolinie pod nimi żołnierze [odchrząknięcie] brytyjscy i indyjscy wspierani przez kanadyjskie czołgi spychają na rapido łodzie i budują mosty. A na południe od doliny Francuzi i ich żołnierze z Maroka i Algierii wchodzą w góry Aurunci. Ofensywa rusza

na całej szerokości frontu naraz. Po raz pierwszy od stycznia Niemcy muszą bronić się wszędzie jednocześnie, a nie tylko tam, gdzie akurat atakuje jedna dywizja. Na masywie czekają spadochroniarze z pierwszej dywizji generała Richarda Heidricha, tej samej, która od zimy siedzi w ruinach i na okolicznych

wzgórzach. Ilu ich jest dokładnie nie wiadomo. Często powtarzana liczba, około 800 obrońców masywu nie znajduje potwierdzenia w dokumentach. Wiadomo natomiast, jak przetrwali ostrzał. siedzą w piwnicach klasztoru, w skalnych szczelinach i w schronach za odwrotnymi stokami grzbietów, czyli tam, gdzie

pociski spadające od strony doliny nie sięgają. Gdy ogień przenosi się w głąb, wychodzą do karabinów maszynowych i moździerży, których cele od miesięcy są wstrzelane w każde podejście i każdą ścieżkę. Nieobecność niemieckich dowódców nie jest przypadkiem ani lekkomyślnością.

Gra pozorów prowadzona przez aliantów od tygodni przekonała niemiecki wywiad, że ofensywa nie nastąpi tak szybko, a główne niebezpieczeństwo grozi raczej od morza z desantu na północ od Rzymu. Kesselring spodziewa się przed sobą o połowę mniej dywizji niż ma w rzeczywistości i nie widzi powodu, by

zatrzymywać generałów na stanowiskach w dniu, który wygląda na zwyczajny. Urlop, wyjazd po odznaczenie i zwolnienie chorobowe mają w tej sytuacji sens. Ich skutki odczuwa przede wszystkim dolina i południe frontu, gdzie rozkazy dochodzą z opóźnieniem, a odwody ruszają za późno. Na masywie brak dowódców nie

zmienia prawie niczego. Spadochroniarze nie potrzebują rozkazu z kwatery armii, by otworzyć ogień na podejścia, które sami przygotowali. Artyleria, której huk słychać w całej dolinie, robi to samo, co lutowe bomby. Rozbija kamień, a ludzi pod kamieniem zostawia na miejscu.

Niemiecki dowódca kompanii na wzgórzu nie musi wiedzieć, że jego armia nie ma tej nocy komendanta. Wystarczy mu, że w świetle rakiet widzi sylwetki wspinające się po zboczu. Pierwsza noc ofensywy zaczyna się więc w najlepszym możliwym momencie dla całego frontu i w najtrudniejszym miejscu dla Polaków. W

dolinie i w górach na południu przeciwnik jest zaskoczony i pozbawiony głowy. Na masywie czeka na nich ta sama piechota w tych samych ruinach z tymi samymi polami ostrzału, które zatrzymały trzy poprzednie natarcia. Polscy strzelcy wspinają się po głazach w stronę grzbietów, a ze szczelin, z ruin

i z sąsiednich wzgórz zaczynają odzywać się karabiny maszynowe. Świt 12 maja 1944 roku, szczyt wzgórza 593. Strzelcy karpatcy leżą za głazami na grzbiecie, który zdobyli w ciemności. Są wyżej niż klasztor i widzą jego ruiny w

szarym świetle, mniej więcej kilometr na południowy wschód. Przez kilka minut panuje względny spokój. Potem ogień przychodzi jednocześnie z trzech stron. Z folwarku Albanetta w kotlinie poniżej, od strony ruin opactwa i z grzbietu San Angelo za plecami. Wzgórze, które w nocy

kosztowało tyle wysiłku, staje się pułapką. Ludzie na szczycie znajdują się w położeniu, które trudno zrozumieć. Zdobyli cel, przed którym zatrzymali się Amerykanie. stoją ponad klasztorem i panują nad sąsiednimi kotlinami. Na mapie w sztabie korpusu wzgórze jest już polskie. W rzeczywistości nie mogą na

nim wstać, przejść kilku kroków, ani wysłać meldunku, nie ściągając na siebie ognia, którego źródeł nie widzą. Kilka godzin wcześniej wszystko wyglądało inaczej. Drugi batalion strzelców karpackich z dywizji generała Bronisława Ducha wdziera się na szczyt w nocy i próbuje iść dalej na sąsiednie wzgórze

569. Ostatnie metry pokonuje się na granaty i bagnety w ciemności rozjaśnianej tylko rakietami i błyskami wybuchów. Ludzie wspinają się na czworakach, kalecząc dłonie o ostre krawędzie wapienia i nie widzą, kto jest kilka kroków przed nimi.

Pierwszy batalion schodzi w tym czasie w wąwóz, który żołnierze nazywają gardzielą i razem z czołgami brygady pancernej ma dotrzeć do Albanety, kamiennego folwarku w Kotlinie między wzgórzami. Na północy dwa wileńskie bataliony z dywizji generała Nikodema Sulika 13 i 15 wychodzą na grzbiet widma

między wół a w nocy. Tracą po drodze mniej więcej co piątego człowieka, ale docierają na miejsce. Gdy wstaje dzień okazuje się, że grzbiet leży pod ogniem z San Angelo i ze wzgórz położonych dalej na zachód. Kresowiacy trzymają się kamieni, ale nie mogą zrobić ani kroku

naprzód. Gardziel okazuje się zaminowana gęściej niż przewidywano. Czołgi wjeżdżają na miny jeden po drugim i stają w wąskim przejściu blokując drogę następnym. Saperzy, którzy idą przodem, by oczyścić przejazd, pracują pod ogniem karabinów maszynowych z Albanety i z okolicznych zboczy i giną prawie

wszyscy. Wysłanie czołgów w ten wąwóz miało swoją logikę. Tylko pancerz mógł wesprzeć piechotę na dnie kotliny, a zdobycie Albanety odcięłoby obrońców wzgórza 593 od zaplecza. Natarcie zatrzymuje się jednak na minach, zanim zdąży do czegokolwiek doprowadzić. Na

szczycie wzgórza od rana trwa bój o każdy głas. Okopać się nie można, więc strzelcy leżą za kamieniami, które pociski moździerzy rozbijają na ostre odłamki, raniące równie skutecznie jak stal. Wodę wnosi się z dołu na plecach i w ciągu dnia nie dociera prawie wcale.

Majowe słońce nagrzewa skałę, a pył wciska się do ust i do zamków karabinów. Rannych nie da się znieść za dnia, bo każdy ruch na zboczu ściąga ogień, więc leżą obok tych, którzy jeszcze strzelają. Kable telefoniczne są przecięte, a gońcy z meldunkami giną

albo docierają z wielogodzinnym opóźnieniem. Sztab korpusu wie o sytuacji na grzbiecie mniej niż jakikolwiek strzelec. Spadochroniarze generała Richarda Heidricha, który od zimy trzyma ten masyw, kontratakują raz za razem. Ich metoda jest prosta i sprawdzona. Uderzają natychmiast, zanim

atakujący zdążą się urządzić na zdobytym terenie i podciągnąć amunicję. Wychodzą z odwrotnych stoków, gdzie przetrwali nawałę. Podchodzą na odległość rzutu granatem i spychają polskie grupy z części szczytu. A po chwili sami zostają odrzuceni. Szczyt kilkakrotnie przechodzi z rąk do rąk. Ginie major

Ludwik Rawicz Rojek, jeden z karpackich oficerów walczących o wzgórze, a ciężko ranny zostaje major Tytus Brzusko. Z trzech kompanii jednego batalionu, które wchodziły na górę w nocy, wracają potem 34 osoby. Każda próba wyjścia za grzbiet w stronę wzgórza 569

kończy się tak samo, bo grupy, które się wychylają padają pod ogniem z kotliny Albanety, zanim pokonają kilkadziesiąt metrów. Amunicja topnieje, granaty trzeba oszczędzać na kontrataki, a w kompaniach z godziny na godzinę ubywa oficerów i podoficerów.

O 14:00 Anders podejmuje decyzję, która dla żołnierzy na grzbiecie brzmi jak przyznanie się do porażki. Rozkazuje, by po zmroku oddziały wycofały się na pozycje wyjściowe. Według innej wersji odwrót następuje dopiero rano 13 maja, gdy kończy się amunicja. Utrzymywanie

skrawków wzgórza za wszelką cenę wyglądałoby na honor, lecz oznaczałoby wykrwawienie batalionów, których nie ma kim zastąpić. Cofając się, korpus oddaje teren, ale zachowuje ludzi na następną próbę. Odpowiedź na to, dlaczego zdobytego wzgórza nie da się utrzymać,

leży w samym kształcie masywu. To nie jest jedna góra z klasztorem na szczycie, lecz system wzgórz, które osłaniają się nawzajem ogniem. Wzgórze 593 widać z ruin opactwa. Z Albanety, ze wzgórza 569 i z San Angelo. Widmo widać z San Angelo

i z grzbietów położonych dalej na zachód. Kto zdobywa jedno z nich, staje się celem dla wszystkich pozostałych. A obrońcy przenoszą ogień tam, gdzie akurat jest przeciwnik. Dopóki nie padną wszystkie wzgórza naraz, nie da się utrzymać żadnego. Tak samo skończyło się w lutym dla Amerykanów, którzy dotarli

na to samo zbocze. Wieczorem do Andersa przyjeżdża generał Oliver Lee, dowódca brytyjskiej armii, w której składzie walczą Polacy. Dziękuje za wysiłek polskich żołnierzy, a według późniejszych relacji prasowych podkreśla, że był on ogromny. Pierwszy dzień polskiego natarcia kończy się w

miejscu, z którego się zaczął. Na mapie nic się nie zmienia, a cena jest już zapłacona. Masyw zachowuje się dokładnie tak, jak wobec wszystkich wcześniejszych natarć. Część historyków zwraca jednak uwagę, że tego dnia niemiecka artyleria z gór strzela przede wszystkim na

polskie grzbiety, a nie na brytyjskie przeprawy przez Rapido w doinie. Niemcy tracą na masywie ludzi, amunicję i siły, których nie mogą przerzucić gdzie indziej. Anders ma przed sobą wybór węższy niż w marcu. Może zdecydować jedynie kiedy i jak uderzyć ponownie, bo zadania nikt już nie odwoła.

Noc z 13 na 14 maja 1944 roku, góry Aurunci, kilkanaście kilometrów na południe od masywu Casino. Polacy od doby siedzą z powrotem na pozycjach wyjściowych, a tutaj po drugiej stronie doliny Liri kolumna gumierów wspina się ścieżką, którą zna

tylko miejscowy przewodnik. Gumierzy to marokańscy górale walczący w nieregularnych oddziałach francuskiego korpusu ekspedycyjnego i przywykli do marszu po bezdrożach. Idą w ciemności, w długich wełnianych płaszczach, prowadząc muły obuczone amunicją. Na grzbiecie nie

ma ani jednego niemieckiego posterunku. Nikt do nich nie strzela. Te góry miały być zaporą same w sobie. Wznoszą się na ponad 1000 m. Nie prowadzi przez nie żadna droga, po której przejechałby czołg albo ciężarówka z zaopatrzeniem.

Niemieckie dowództwo uznało je za teren, przez który nie przejdzie żadna większa jednostka i obsadziło je słabymi siłami. Najmocniejsze dywizje stoją w dolinie Liri i na masywie nad Casino. Ta pomyłka wygląda tym dziwniej, że Niemcy przez całą zimę mieli czas, by te góry poznać.

To właśnie tu, w miejscu uznanym za najbezpieczniejsze front zaczyna się sypać. Generał Alfons Juan dowodzi francuskim korpusem ekspedycyjnym. W 1940 roku trafił do niemieckiej niewoli, a teraz wraca do walki na czele wojsk złożonych w dużej części z żołnierzy z Afryki Północnej.

Od miesięcy przekonuje przełożonych, że góry są dla jego ludzi szansą, a nie przeszkodą. W jego korpusie służą dywizje marokańskie i algierska, żołnierze, z których wielu urodziło się w górach Atlasu. Pierwszego dnia ofensywy natarcie Francuzów grzęźnie tak jak wszędzie, ale 13 maja druga dywizja

marokańska zdobywa szczyt Montemo, kluczowy punkt niemieckiej obrony w tym paśmie. Linia Gustawa na południe od doliny pęka w niespełna dwie doby. Generał Mark Clark, dowódca amerykańskiej piątej armii, w której składzie walczą Francuzi, podkreśla później we wspomnieniach właśnie to

tempo. Przez następne dni gumierzy i piechota marokańska idą coraz dalej w głąb gór, wychodząc na tyły niemieckich pozycji. Marsz trwa nocami, bo za dnia ruch na grzbietach widać z daleka. Ludzie niosą na plecach amunicję, wodę i żywność na kilka dni, a muły ślizgają

się na kamieniach i trzeba je przeprowadzać za uzdę przez najbardziej strome odcinki. Noce na tej wysokości są zimne. W dzień słońce pali odsłonięte zbocza, a wody brakuje, bo źródeł w górach jest niewiele. Zmęczenie jest takie, że żołnierze zasypiają na postojach w pozycji, w której się

zatrzymali. W dolinie Lirii postęp jest znacznie wolniejszy. Żołnierze brytyjscy i indyjscy przeprawili się przez Rapido, ale budowa mostów pod ogniem kosztuje dużo czasu i ludzi, a niemieckie stanowiska w dolinie wciąż się trzymają.

Generał Oliver Lee, którego ósma armia prowadzi natarcie w dolinie, przesuwa się naprzód metr po metrze. Dolina, która z klasztoru wygląda na płaską, jest w rzeczywistości pocięta rowami, strumieniami i zagajnikami, a każdy murowany dom staje się punktem oporu.

Między doliną a górami Aurunci zaczyna się jednak tworzyć coś, czego Niemcy nie przewidzieli. Ich obrona w dolinie ma teraz Francuzów nie tylko przed sobą, ale coraz bardziej z boku. Na masywie nad Casino polskie bataliony liczą straty. W wielu kompaniach zostaje połowa stanu. Ciał ze wzgórza 593

nie da się zabrać, bo zbocza wciąż są pod ogniem, a tych, których udało się znieść, chowa się nocą na tyłach. W dzień panuje upał, w nocy chłód, a gdy wiatr wieje od wzgórza, niesie ze sobą zapach rozkładu. Ludzie nie śpią od kilku dób. Jedzą na zimno, bo dym z

ognisk ściąga ogień moździe i czekają w tych samych kamiennych murkach, z których wyszli do pierwszego natarcia. Do kompanii trafiają kierowcy, pisarze, łącznościowcy i żołnierze z oddziałów zaopatrzenia. Wielu z nich nigdy nie było w ataku. Z tyłowych służb formuje się dwa improwizowane bataliony, a pułk

UAN przeznaczony dotąd do rozpoznania przygotowuje się do walki pieszo. 14 maja o 16:30 generał Władysław Anders, dowódca polskiego korpusu, wydaje rozkaz operacyjny ner 2. Nowe natarcie ma ruszyć 16 maja o 4:00 rano. Potem termin

zostaje przesunięty na 17 maja na 7:00. Anders nie chce tym razem uderzać samotnie. Drugi atak ma zbiec się z wyjściem Brytyjczyków w dolinie bliżej drogi ner 6, tak by obrońcy masywu musieli patrzeć jednocześnie w dwie strony. 15 maja artyleria korpusu

prowadzi półgodzinne pozorowane przygotowanie ogniowe. Niemcy odpowiadają ogniem i w ten sposób zdradzają położenie części swoich stanowisk. Przyczyna niemieckiej pomyłki w górach staje się jasna, gdy patrzy się na mapę oczami feld marszałka Alberta Kesselringa, dowódcy wojsk niemieckich

we Włoszech. Spodziewa się on głównego uderzenia w dolinie Lirii, tam gdzie biegnie droga do Rzymu, oraz desantu od strony morza na północ od stolicy. Tam trzyma od wody. Góry bez dróg wydają się zaporą, bo armia zależna od ciężarówek nie przeprowadzi przez nie dywizji i nie

wyżywi jej na grzbietach. Ten rachunek jest rozsądny wobec armii zmotoryzowanej, ale nie wobec górali z mułami. Do tego dochodzi masyw. Pierwsze polskie natarcie wiąże na nim spadochroniarzy i artylerię, a groźba kolejnego nie pozwala zdjąć z gór batalionów, które mogłyby zatkać wyrwę

na południu. Teraz po raz pierwszy widać za co zapłacono 12 maja. Masy nie musi zostać zdobyty od czoła, by przestał bronić drogi do Rzymu. Wystarczy, że front pęknie gdzie indziej, a obrońcy gór nie będą mogli odejść, by temu przeszkodzić. Kessel Ring ma coraz mniej

swobody. Każdy batalion na masywie jest potrzebny w dolinie i na południu, ale zabranie go oznacza oddanie Polakom wzgórz. Polacy wiedzą o sukcesie Francuzów z meldunków, a nie z widoku. Na papierze drugie natarcie celuje w te same wzgórza co pierwsze. W rzeczywistości jest już częścią

większego ruchu, którego obrońcy masywu ze swoich stanowisk nie widzą w całości. Przed polskimi strzelcami wciąż jednak stoi ta sama góra. 16 maja 1944 roku, kilka minut po 22:00, strzelcy 16.

batalionu lwowskiego idą po ciemku w stronę grzbietu widma, tego samego, na którym cztery dni wcześniej utknęli Wilnianie. Tym razem nie poprzedza ich żaden pocisk. Polskie działa milczą, nikt nie odpala rakiet, a ludzie stawiają stopy ostrożnie, by nie strącić kamienia. Każdy niesie karabin, granaty

i zapas nabojów, a ciężar ściąga w dół na stromych odcinkach. Słychać tylko oddechy i chrzęst budów na żwirze. Według jednych źródeł o 22:20 batalion wdziera się na grzbiet i zaskakuje obrońców. Według innych opanowuje go dopiero około 7:00 rano

następnego dnia. W obu wersjach widmo przechodzi w polskie ręce. Natarcie bez przygotowania artyleryjskiego wygląda na ryzyko, ale ma swój rachunek. Po tygodniach walk Niemcy wiedzą, że nawała ognia zapowiada atak i na jej dźwięk obsadzają stanowiska. Cisza nie budzi

alarmu. Dzień wcześniej polska artyleria prowadziła pozorowane przygotowanie, po którym żaden szturm nie nastąpił. Więc wartownicy na grzbiecie mają podstawy, by uznać, że tej nocy nic się nie wydarzy. Zdobycie widma otwiera drogę na następny grzbiet San Angelo, z którego

ogień przez cały pierwszy dzień spadał na Polaków. Plan na 17 maja jest prosty w założeniu i brutalny w wykonaniu. Obie dywizje mają uderzyć jednocześnie i walczyć przez cały dzień, aż obrońcy przestaną przenosić ogień z grzbietu na grzbiet. Sztab korpusu zakłada, że jeśli

Niemcy będą musieli walczyć na każdym wzgórzu naraz, zabraknie im ludzi do kontrataków. Kompanie liczą jednak połowę stanu, a amunicję, wodę i granaty trzeba wnosić na plecach i na mułach ścieżkami pod ostrzałem. Każdy strzelec wie, ile ma nabojów w ładownicach. Nikt

nie wie, czy to wystarczy do zmroku. O 7:00 rano ruszają wszyscy. Kresowiacy generała Nikodema Sulika, dowódcy dywizji, która właśnie opanowała widmo, idą na San Angelo. Podejście prowadzi przez głęboki, zaminowany parów pod ogniem karabinów maszynowych, a skalny

grzbiet ma kilka wierzchołków, z których każdy trzeba zdobywać osobno. Strzelcy karpatcy generała Bronisława Ducha, którego dywizja kilka dni wcześniej płaciła za wzgórze 593, znów wychodzą na ten sam szczyt i w stronę folwarku Albanetta. Tym razem nie wspinają się sami. Na całym masywie

każdy niemiecki Pluton ma przed sobą przeciwnika. Melchor Wańkikowicz, korespondent wojenny korpusu, który po bitwie spisywał relacje uczestników, opisuje ten dzień w swojej trzytomowej książce. Po kilku godzinach walki ciało przestaje słuchać. Wielu żołnierzy nie spało od ponad doby. Majowe słońce

nagrzewa wapień tak, że trudno położyć na nim dłoń, a pył z rozbitych skał osiada w gardle i w lufach. Z pyłem miesza się dym zasłon i sfond spalonego prochu, przez które trudno odróżnić swoich od obcych na sąsiednim wierzchołku. Manierki są puste od rana,

a nowe kanistry docierają rzadko, bo tragarze giną na ścieżkach. Ładownice robią się lekkie, strzela się oszczędnie, granaty liczy się po sztuce i zostawia na otparcie kontrataku. Rannych ściąga się w dół, na płachtach namiotowych, po kamieniach, bo noszami po takim zboczu nie da się przejść. Koło

południa brak amunicji zaczyna decydować o przebiegu walki. Pod San Angelo ginie major Jan Żychoń z 13 batalionu wileńskiego. Przed wojną szef jednej z placówek polskiego wywiadu wojskowego. Natarcia na wzgórze 593 zostają odparte, a na San Angelo kolejne wierzchołki

przechodzą z rąk do rąk. Anders, dowódca korpusu, rzuca do walki ostatnie odwody. Kompanie komandosów, uanów walczących pieszo i improwizowane bataliony złożone z kierowców, pisarzy i łącznościowców. Wysyłanie ludzi bez doświadczenia na najtrudniejsze wzgórza Włoch wygląda na

desperację. Zatrzymanie natarcia w połowie dnia oznaczałoby jednak, że wszystko co zapłacono od świtu poszło na marne. Po drugiej stronie spadochroniarze generała Richarda Heidricha, który od miesięcy odpowiada za obronę masywu, trzymają wzgórze 593 i Albanetę z tą samą zaciętością co 5 dni

wcześniej. Ich zasada jest prosta. pozycji nie oddaje się bez rozkazu, a każdy utracony skrawek odbija się natychmiastowym kontratakiem. Z ich stanowisk ta zasada wciąż ma sens, bo szczyt nadal jest w ich rękach, a Polacy płacą za każdy metr wysoką cenę. Oni

także od tygodnia nie znają odpoczynku, a nocny dowóz od strony Piedimonte staje się z każdym dniem trudniejszy. Z grzbietów nie widać jednak tego, co dzieje się kilka kilometrów dalej w dolinie. Wieczorem odpowiedź na pytanie, czy sił wystarczy jest podwójna. Na wszystko nie wystarczyło. Wzgórze 593

pozostaje niemieckie, a San Angelo jest w polskich rękach tylko częściowo. Jednocześnie przez cały dzień żaden niemiecki batalion nie mógł zejść z gór, bo każdy był potrzebny na swoim grzbiecie. Tego samego dnia brytyjska 78 dywizja nacierająca w dolinie Liri

wychodzi na drogę ner 6 na zachód od kasino i zaczyna odcinać masyw od zaplecza. To główna droga, którą masyw dostaje amunicję, żywność i uzupełnienia. Polskie bataliony urządzają się na noc na zdobytych skałach, układają kamienne osłony i liczą rannych, których jeszcze nie

zdołano znieść. Od tego wieczoru obrońcy masywu mają przeciwnika z trzech stron. Od północy stoją Polacy na widmie i na części San Angelo. Od południa Brytyjczycy na drodze do Rzymu, a w górach na południe od doliny Francuzi wychodzą coraz głębiej na tyły całej

linii Gustawa. System wzgórz, który przez cztery miesiące osłaniał się nawzajem ogniem, po raz pierwszy pęka od strony, z której nikt wcześniej nie zdołał go przełamać. Jego zaplecze odcina tymczasem uderzenie, którego z gór nie widać. Feldmarszałek Albert Kesselring, dowódca wojsk niemieckich we

Włoszech, ma przed sobą już tylko dwa wyjścia. Może trzymać górę i ryzykować utratę najlepszej dywizji, jaką ma na tym froncie, albo z niej zejść. Na wzgórzach niczego jeszcze nie rozstrzygnięto, ale położenie obrońców zmieniło się bardziej niż przez cały poprzedni tydzień. 18 maja 1944

roku, około 6:00 rano. Nad masywem wstaje słońce. A na polskich stanowiskach panuje coś, czego nikt tu nie słyszał od tygodnia. Ze wzgórza 593 nie strzela karabin maszynowy. Z kotliny Albanety nie odzywają się moździe. Od

strony ruin klasztoru nie dochodzi żaden dźwięk. Żołnierze leżący za kamiennymi murkami podnoszą głowy ostrożniej niż pod ostrzałem, bo cisza na tej górze zawsze coś oznaczała. Dowódcy nie ufają tej ciszy. Spadochroniarze przez cały tydzień pozwalali Polakom wchodzić na

grzbiety, by uderzyć na nich, zanim zdążyli się urządzić. Puste stanowiska mogą być zasadzką, a ruiny klasztoru idealnym miejscem, by przepuścić zwiadowców i otworzyć ogień do tych, którzy pójdą za nimi. Z drugiej strony meldunki z doliny mówią, że droga numer 6 jest przecięta. Nikt na masywie nie

wie jeszcze, która z tych dwóch prawd okaże się ważniejsza. O 6:40 grupy szturmowe drugiej brygady strzelców karpackich dostają rozkaz przygotowania do działania, a o 8:00 wychodzą pierwsze patrole. Karpatczycy wchodzą na wzgórze 593 kamień po kamieniu z bronią gotową do

strzału i zajmują je w końcu na stałe. Saperzy sprawdzają przejścia, bo Niemcy zostawiali za sobą miny i pułapki. Przed nimi zostaje ostatni cel. Sam klasztorkoło kilometra dalej i niżej za Kotliną. Jeśli Niemcy gdzieś jeszcze czekają, to właśnie tam, w piwnicach,

które przetrwały lutowe bomby i majową artylerię. Do ruin rusza patrol 12 pułku UAN Podolskich, który w korpusie pełni rolę pułku rozpoznawczego dywizji karpackiej. To ten sam pułk, który 1 września 1939 roku walczył pod mokrą z niemieckimi

czołgami. Patrolem dowodzi podporucznik Kazimierz Gurbiel. Uani schodzą ze wzgórza w stronę opactwa, mijając porzucone niemieckie stanowiska i polskie ciała, których przez tydzień nie dało się zabrać. Ostatnie kilkaset metrów pokonują w napięciu, które trudno porównać z czymkolwiek. Każdy głas może

zasłaniać karabin maszynowy. Każdy wyłom w murze może być strzelnicą. Idą pochyleni w odstępach z palcem na spuście, nasłuchując zgrzytu zamka albo stuknięcia granatu o kamień. Słońce praży już mocno. Pył z rozbitego wapienia oblepia spocone twarze, a

oddech rwie się na stromym podejściu. Im bliżej murów, tym silniejszy staje się zapach rozkładu, który od tygodni wisi nad tym miejscem. Do ostatniej chwili nikt nie strzela. Ułani wchodzą do ruin.

W gruzach i w piwnicach nie ma obrońców gotowych do walki. Są ranni niemieccy spadochroniarze, których nie dało się zabrać i przy nich sanitariusze, którzy zostali by się nimi zająć. Według jednych relacji to 16 rannych i trzech sanitariuszy, według innych około 30

rannych. Pytanie nie jest jednak rozstrzygnięte. Pusty klasztor nie oznacza jeszcze pustego masywu, a spadochroniarze mogą stać na sąsiednich grzbietach, gotowi odbić ruiny, tak, jak odbijali wzgórze 593.

Przed 10:00, według jednych źródeł o 950, według innych o 10:20 ułani wbijają w stertę gruzu drzewce z proporczykiem półkowym. Proporczyk podnoszą członkowie patrolu, a dowodzi nimi Górbiel. Mniej więcej pół godziny później na ruinach pojawia się biało-czerwona flaga. Niżej

na rozkaz generała Andersa, dowódcy polskiego korpusu, zawisa flaga brytyjska jako znak, że Polacy walczą w składzie brytyjskiej armii, a zwycięstwo należy do całej koalicji. Z doliny i z sąsiednich wzgórz widać te znaki gołym okiem. W samo południe albo według

innych relacji po południu plutonowy Emil Czech z karpackiego batalionu saperów gra na trąbce w ruinach Hejnał Mariacki. To melodia, którą od wieków grano co godzinę z wieży kościoła Mariackiego w Krakowie, urywana w połowie frazy. Dla wielu słuchających, którzy nie widzieli Polski od piu lat,

ten dźwięk nad doliną znaczy więcej niż jakikolwiek komunikat. Na masywie wciąż jednak nikt nie wie na pewno gdzie są Niemcy. Na grzbiecie San Angelo i na sąsiednich wzgórzach kresowiacy nadal wymieniają ogień z oddziałami które zostały na górze a patrole ostrożnie schodzą do kotliny

Albanety, licząc się z każdą serią. Ci, którzy siedzą już w ruinach, po raz pierwszy od tygodnia mogą usiąść bez obawy przed snajperem. Wielu zasypia tam, gdzie się zatrzymało z karabinem na kolanach. Odpowiedź przychodzi w ciągu dnia z kolejnych meldunków i odjeńców. W

nocy z 17 na 18 maja feld marszałek Albert Kesselring, dowódca wojsk niemieckich we Włoszech, nakazał pierwszej dywizji spadochronowej opuścić masyw. Według innej wersji rozkaz wyszedł od generała Fridolina Vonsengera, który wrócił już z urlopu na swój korpus. Powód jest ten sam w obu

relacjach. Droga numer 6 została przecięta. Francuzi szli górami coraz głębiej na tyły, a obrońcy masywu mogli zostać odcięci i zniszczeni razem z najlepszą dywizją na froncie. Spadochroniarze zeszli nocą ścieżkami na zachód, a ponad 100 żołnierzy straży tylnej, którzy osłaniali odwrót, poddało

się Brytyjczykom. Trzymanie linii Gustawa do ostatniej chwili kosztowało aliantów ctery miesiące, a odwrót w momencie, gdy obejście stało się faktem, uratował dywizję przed zagładą. Gurbiel pisze w meldunku, że klasztor zajęto bez jednego wystrzału. W tych samych dniach

powstaje pieśń, której tytuł znają dziś w Polsce niemal wszyscy. Czerwone maki na Monte Casino. Słowa pisze Feliks Konarski, poeta frontowego Teatru Korpusu, a muzykę Alfred Schutz, kompozytor z tego samego zespołu. Zwykle przyjmuje się, że powstała w nocy z 17

na 18 maja, choć według wspomnień jej pierwszego wykonawcy praca zaczęła się już w noc pierwszego natarcia, a o miejscu premiery relacje mówią różnie. Góry nie zdobyto szturmem. Otworzyło ją obejście w górach Aurunci i przecięta droga w dolinie, a polskie natarcia

trzymały obrońców na masywie aż do chwili, gdy zostawało im już tylko odejście. Polakom przypadło wejść do ruin jako pierwszym i zrobić z tego wejścia znak, który zobaczył cały świat. Nad gruzem powiewa biało-czerwona flaga, a na zboczach wciąż leżą ci, którzy

zapłacili za to, by mogła tam zawisnąć. 1 września 1945 roku, 6 lat po wybuchu wojny, na zboczu między ruinami klasztoru a wzgórzem 593 żołnierze korpusu poświęcają cmentarz, który sami zbudowali. Groby schodzą

tarasami w dół. Rzędy krzyży przerywają macewy żołnierzy wyznania mojżeszowego. Według różnych zestawień spoczywa tu od około 1050 do 1072 ludzi. Wśród nich także polegli później pod Piedimonte. Na kamiennej płycie wyryto napis, by przechodzień powiedział

Polsce, że polegli wierni w jej służbie. Od dnia poświęcenia nad tym miejscem wisi pytanie, czy wzgórze, o które dwa razy toczono krwawe walki, było warte tych grobów. Kiedy ostatni strzał na masywie milknie, front przesuwa się już na północ. 19 maja Polacy zajmują

wzgórze 575 i cały grzbiet San Angelo, a 25 maja po kolejnych ciężkich walkach miasteczko Piedimonte na następnej linii niemieckiej obrony. 4 czerwca Amerykanie generała Marka Clarka, dowódcy piątej armii, wkraczają do Rzymu. Clark kieruje

główne siły na stolic zamiast na drogi, którymi cofa się niemiecka 10 armia i ta uchodzi na północ nieokrążona. Wybór Rzymu miał swoją logikę, bo miasto było zarówno celem kampanii, jak i znakiem zwycięstwa dla całego świata. Jego ceną jest armia przeciwnika, z którą trzeba

będzie walczyć jeszcze prawie rok. Dla ludzi, którzy schodzą z gór, wojna na chwilę się zatrzymuje. Po tygodniu bez snu wielu przesypia całe doby, a ciała odmawiają posłuszeństwa dopiero teraz, gdy napięcie mija. Szpitale polowe w dolinie są przepełnione.

Chirurdzy operują bez przerwy, a ranni z odłamkami kamienia w ranach czekają w kolejce na noszach ustawionych pod gołym niebem. W kompaniach odczytuje się listy obecności, a przy wielu nazwiskach nikt już się nie odzywa. Rachunek jest wysoki. Najczęściej przyjmowane dane

mówią o 923 zabitych, 2931 rannych i 345 zaginionych, z których 251 wróciło później do oddziałów. Łącznie korpus traci około 4000 ludzi, a inne zestawienia podają nieco inne liczby, od

860 do ponad 1000 poległych. To więcej niż Anders zakładał w marcu, ale w tym samym rzędzie wielkości. Cztery bitwy o masyw od stycznia do maja kosztowały według jednego z wyliczeń około 55 000 żołnierzy alianckich i około 20 000

niemieckich. Choć inne metody liczenia dają odmienne wyniki. Uznanie przychodzi szybko. Generał Harold Aleksander, dowódca wszystkich wojsk alianckich we Włoszech, mówi polskim żołnierzom, według jednych relacji 24 maja, według innych już 20, że gdyby dano mu do

wyboru, wybrałby właśnie ich. Winston Churchill, premier Wielkiej Brytanii, publicznie oddaje hołd dzielności polskich żołnierzy we Włoszech. Cenę płacą jednak nie tylko żołnierze. Po przełamaniu frontu w górach Aurunci część żołnierzy z oddziałów kolonialnych francuskiego korpusu ekspedycyjnego

dopuściła się na ludności cywilnej masowych gwałtów i zabójstw, a liczba ofiar pozostaje przedmiotem sporu. Spór o sens polskiej ofiary toczy się od dziesięcioleci. Krytycy, wśród nich brytyjski historyk Matthew Parker, widzą w bitwie starcie chaotyczne, upolitycznione i zbyt krwawe, a w

polskich natarciach wysoką cenę za ruiny o niewielkim znaczeniu wojskowym i za polityczną demonstrację. Obrońcy decyzji Andersa, jak polski historyk Zbigniew Wawer wskazują, że Korpus wykonał zadanie wyznaczone mu w planie aliantów, czyli związanie walką spadochroniarzy i

artylerii, a jego wejście do ruin miało dla Polski znaczenie, którego nie mierzy się metrami terenu. Obie strony powołują się na te same fakty. Dla jednych symbolem bitwy pozostaje flaga na ruinach, dla drugich 1000 grobów na zboczu. Wojskowa odpowiedź jest dziś w

miarę jasna. Klasztoru nie dało się zdobyć od czoła, bo masyw był systemem wzgórz osłaniających się ogniem, a zbombardowane ruiny stały się dla spadochroniarzy gotową twierdzą. Górę otworzyło obejście w górach Aurunci i przecięta droga ner 6. Polskie natarcia 12 i 17 maja trzymały jednak na masywie

najlepszą dywizję przeciwnika i jego artylerię wtedy, gdy były one najbardziej potrzebne gdzie indziej. Bez tego obejście kosztowałoby więcej i trwałoby dłużej. Zadanie zostało wykonane, a cena była bliska tej, którą Anders przyjął w ciągu 10 minut.

Odpowiedź polityczna jest gorzka. W lutym 1945 roku na konferencji w Jaucie mocarstwa zdecydowały o granicach Polski bez udziału polskiego rządu, a rodzinne strony większości żołnierzy korpusu znalazły się w Związku Radzieckim.

Większość z nich nigdy nie wróciła do domu. 26 września 1946 roku władze w Warszawie pozbawiły Andersa, polskiego obywatelstwa, a w powojennej Polsce bitwę przez lata przedstawiano według formuły o dobrych żołnierzach i złym generale. Ostrzeżenie

generała Kazimierza Sosnkowskiego, byłego naczelnego wodza, że korpus bez państwa nie powinien się wykrwawiać, nabiera w tym świetle innego znaczenia. Choć nie unieważnia rachunku Andersa. O losie Kresów nie zdecydowało żadne wzgórze. Władysław Anders umiera w Londynie 12 maja 1970 roku w rocznicę

pierwszego natarcia swoich żołnierzy na masyw. 23 maja zostaje pochowany na cmentarzu pod klasztorem. Wśród nich, nad grobami stoją odbudowane mury opactwa, a w dolinie znów biegnie droga do Rzymu. Z cmentarnych tarasów widać to samo zbocze, po którym w maju 44 roku

patrol ułanów schodził do pustych ruin, czekając na strzał, który nie padł. Dziękuję, że byliście ze mną przez całą tę historię. Jeśli ten odcinek był dla was wartościowy, zostawcie polubienie i zasubskrybujcie kanał. Na koniec pytanie do was. Jest 23 marca 1944

roku, a wy jesteście generałem Andersem. Wiecie, że trzy natarcia rozbiły się o tę górę, że połowa waszych żołnierzy nigdy nie była w boju i że strat nie macie czym uzupełnić. Macie 10 minut.

Bierzecie to zadanie, czy prosicie o inny odcinek frontu? Yeah.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy