13 tankietek kontra dywizja z 341 czołgami. Dlaczego Niemcy nie przeszli? | Mokra 1939
341 czołgów przeciwko 13 tamkietkom. Między nimi 2 m ziemi usypanej pod tory i broń, której do ostatnich dni przed wojną nie wolno było wyjmować ze skrzyń. Ułani leżą na nasypie w porannym słońcu, a przez pole suną ku nim niskie, szare
sylwetki. Czym kawaleria może zatrzymać czołg, skoro nie szablą? Witam, nazywam się Marek Wroński. Dziś opowiem o bitwie pod Mokrą stoczonej 1 września 1939 roku. Zanim jednak wejdziemy na nasyp, trzeba zmierzyć się z obrazem, który od
dziesięcioleci zasłania ten dzień. Na ekranie polscy ułani pędzą galopem prosto na niemieckie czołgi, dopadają stalowych kadłubów i z rozmachem tną szablami po lufach, jakby rąbali suche gałęzie. Scena trwa kilka chwil i pochodzi z niemieckiego filmu fabularnego z 1941
roku opowiadającego o załogach bombowców w kampanii polskiej. Film dawno zszedł z ekranów, ale kadr przetrwał wojnę i kilka pokoleń widzów. Uana z szablą przed czołgiem zna niemal każdy. Jedni przywołują go z dumą jako dowód bohaterstwa, inni ze wstydem jako dowód
zacofania. Tymczasem historycy, którzy przez dziesięciolecia zestawiali polskie relacje z niemieckimi meldunkami z września, nie znajdują w nich szarży z szablami na czołgi. Scena znana wszystkim nie ma oparcia w dokumentach z pola walki, a mimo to trzyma się pamięci mocniej niż jakikolwiek dokument. Jej
źródło leży w rachunku, który oba sztaby prowadzą w ostatnich dniach sierpnia. Niemiecki plan przewiduje uderzenie z kilku kierunków na raz, ale najsilniejszy cios wychodzi ze Śląska. Wyprowadza go 10 armia niemiecka, która ma przed sobą prostą drogę przez Wieluń i Piotrków w głąb kraju ku Warszawie. Na
ostrzu tego uderzenia idzie zmotoryzowany korpus z dwiema dywizjami pancernymi. Jedną z nich, czwartą dowodzi generał Georg Hans Reinhard, który ma przeprowadzić swoje czołgi przez polską osłonę z marszu bez straty choćby jednego dnia. Naprzeciw stoi armia Łódź, generała Juliusza Rumla,
odpowiedzialnego za obronę środkowego odcinka zachodniej granicy. Jego główna linia biegnie daleko w głębi wzdłuż warty i widawki, gdzie piechota może się okopać. Kłopot w tym, że mobilizację powszechną ogłoszono dopiero pod koniec sierpnia.

Półki piechoty są jeszcze w marszu albo w wagonach, a od granicy do głównej linii ciągnie się kilkadziesiąt kilometrów otwartego terenu. Rumel wypycha więc kawalerię daleko do przodu, niemal pod samą granicę. Na papierze to rozumowanie bez zarzutu. Kawaleria zajmuje pozycję w ciągu jednej nocy i równie szybko z niej schodzi. ma zmusić
nieprzyjaciela do rozwinięcia sił, kupić piechocie godziny, a potem odskoczyć nie dając się okrążyć. Na styku armii Łódź z sąsiednią armią Kraków pod Kłobuckiem staje w ten sposób wołyńska brygada Kawalerii pułkownika Juliana Filipowicza, oficera, który objął ją
zaledwie w czerwcu, a teraz ma przesłonić kierunek na Piotrków. Od granicy dzieli go około 20 km. Ten sam rachunek obowiązuje wzdłuż całej granicy, także kilkaset kilometrów na północ na Pomorzu pod Chojnicami.
Tam 1 września pod wieczór 18 pułk UANP opóźnić niemieckie natarcie i dać własnej piechocie czas na odejście. Pułkiem dowodzi pułkownik Kazimierz Mastalerz, który od rana osłania ten odcinek. Pod wsią Krojanty jego ułani natrafiają na niemiecki batalion piechoty na postoju na otwartej polanie przy lesie. Regulamin dopuszcza atak
konno tylko w wyjątkowych sytuacjach, a piechota na postoju zaskoczona i nierozwinięta do walki jest właśnie takim wyjątkiem. Około 250 ułanów wychodzi z lasu w zapadającym zmierzchu i rusza galopem przez polanę. Niemieccy piechurzy rozbiegają się nie mając czasu
zająć stanowisk. Przez kilka minut wszystko idzie zgodnie z rachunkiem. Dla jeźdźca w szyku te minuty zlewają się w jedno. Koń ma za sobą długi marsz i jest mokry od potu, ale w galopie przestaje to mieć znaczenie. Karabinek na plecach i pas z ładownicami ciągną w dół przy każdym wybiciu z siodła, a szabla waży
więcej niż na ćwiczeniach. Nie słychać komend, tylko tentent setek kopyt i własny oddech. Nie sposób się obejrzeć ani zwolnić, bo z boków i z tyłu pędzą inni. A każde wahanie grozi zderzeniem z koniem sąsiada. Wtedy z lasu wyjeżdżają niemieckie samochody pancerne. Nie
czołgi, lecz lekkie wozy z karabinami maszynowymi, które pojawiają się dokładnie wtedy, gdy ułani są na otwartej przestrzeni. Ogień spada na jeźdźców z boku, z odległości, z której szabla nic już nie znaczy. Szwadrony zawracają Kulasowi, zostawiając na polanie ludzi i konie. Ginie dowódca
szwadronu prowadzącego szarżę. ginie także pułkownik Masalerz. Według polskich relacji niemieckie natarcie na tym odcinku zostaje na pewien czas wstrzymane, ale pułk płaci za te godziny wysoką cenę. Następnego dnia na polanę przyjeżdżają korespondenci. Niemcy przywożą ich na miejsce. Wśród nich
dziennikarzy z Włoch, sojusznika II Rzeszy. Na trawie leżą zabici ludzie i konie, a obok stoją czołgi, które nadjechały tu dopiero po walce. Kadr układa się sam. Polegli kawalerzyści i pancerne maszyny w jednym ujęciu.
Wniosek, który z niego płynie jest prosty i fałszywy. Dla niemieckiej propagandy to obraz idealny. Pokazuje przeciwnika dzielnego, lecz anachronicznego. Armię z poprzedniego stulecia, która nie rozumie nowoczesnej wojny. Taki przeciwnik budzi litość, a nie lęk. A zwycięstwo nad nim wydaje się
przesądzone, zanim jeszcze zapadło. 12 września włoski korespondent Indro Montanelli publikuje relację zatytułowaną Konie przeciw samochodom pancernym. Sam tytuł mówi jeszcze o samochodach pancernych, nie o czołgach, ale ta różnica szybko się zaciera.
Nazajutrz motyw podejmuje pismo wydawane dla niemieckiej armii, a w 1941 roku opowieść trafia do kina. W filmie ułani tną już szably czołgów. Tak zamyka się droga od polany pod krojantami do sali kinowej. Atak na piechotę, zdjęcia
zrobione obok czołgów, które przyjechały po walce, reportaż Sojuszniczej gazety i scena dopisana przez filmowców składają się na jeden obraz. Historyk Juliusz Tym, współautor monografii o bitwie pod Mokrą, stwierdza wprost, że legendę o szarży z szablami na czołgi stworzyli
dla celów propagandowych Niemcy. Mit przetrwał potem propagandę, która go zrodziła i powracał długo po wojnie, tym razem jako symbol polskiej brawury. W obu wersjach, bohaterskiej i szyderczej, zasłania on rzeczywisty rachunek pierwszego dnia wojny. Ten rachunek nie
dotyczy szabli, tylko czasu i przestrzeni. Niemiecka dywizja pancerna ma przejść przez osłonę z marszu i wyjść na otwarty teren, póki polska piechota dopiero obsadza główną linię. Polska kawaleria ma ją opóźnić i zejść z drogi przed okrążeniem. Obie strony zakładają,
że osłona prędzej czy później ustąpi, a spór toczy się tylko o to, ile czasu kupi. Strona niemiecka wybiera kierunek, godzinę i sposób uderzenia. Brygadzie Filipowicza pozostaje jeden wybór, którego nikt jej nie odbiera. Miejsce, w którym staje na drodze czołgów. Pociąg
toczy się nocą na zachód, a w krytych wagonach towarowych stoją konie. Parują w ciasnocie, przestępują z nogi na nogę przy każdym szarpnięciu składu i nerwowo strzygą uszami na gwizd lokomotywy. Obok nich, na słomie, drzemią ułani mundurach z karabinkami opartymi o deski. Na
otwartych platformach jadą działa, wozy kuchnie polowe. Takie składy ciągną w ostatnich dniach sierpnia przez całą Polskę. Z Wołynia, krainy na wschodnich krańcach ówczesnego państwa, dziś leżącej w zachodniej Ukrainie, ku granicy z Niemcami. Wołyńska brygada kawalerii zostawia za sobą garnizony na
Wołyniu i jego pograniczu z równem na czele i jedzie kilkaset kilometrów na drugi koniec kraju. wyładowuje się na stacjach docelowych, a ostatni odcinek pokonuje już konno nocnymi marszami. Na miejscu czeka na nią zadanie od generała Juliusza Rumla, dowódcy armii Łódź,
który wysunął kawalerię daleko przed linię własnej piechoty. Brygada ma zamknąć drogę z Kłobucka na Wieluń i Piotrków i pilnować styku z sąsiednią armią Kraków. Na mapie to zadanie wygląda na ponad siły. Granica leży około 20 km od wyznaczonego odcinka, a
po drugiej stronie gromadzi się jedno z najsilniejszych zgrupowań niemieckiej armii z czołgami, artylerią i lotnictwem. Trudno powiedzieć, co Brygada Konna może w takim miejscu zdziałać przeciwko setkom czołgów i ta niewiadoma jedzie razem z nią przez cały kraj. Z daleka wszystko pasuje do
obrazu, który niemiecka propaganda utrwaliła później w kinie. Polski UAN 1939 roku nie jest jeźdźcem z epoki napoleońskiej. Regulamin ujmuje to w jednym zdaniu. Kawaleria manewruje konno, walczy pieszo. Koń służy do szybkiego przerzucenia ludzi z miejsca na miejsce, a nie do szarży. Gdy pułk
dociera na pozycję, uani zsiadają, a mniej więcej jeden na czterech zostaje jako koniowodny, który odprowadza do ukrycia trzy wierzchowce. Reszta chwyta broń, łopatki i karabiny maszynowe, po czym bije się jak piechota. Atak konno regulamin dopuszcza tylko w wyjątkowych sytuacjach. przy pełnym zaskoczeniu
przeciwnika. Tyle że piechota w otwartym polu również nie ma czym zatrzymać kolumny pancernej. Tak zorganizowana jest cała brygada pułkownika Juliana Filipowicza, absolwenta Wyższej Szkoły Wojennej, który po raz pierwszy prowadzi tę jednostkę do walki. Według stanu z ostatniego dnia sierpnia liczy ona ponad
7000 ludzi, w tym 273 oficerów i ponad 6000 koni. Ma 12 dział polowych, 16 małych armat przeciwpancernych, 13 tankietek i siedem samochodów pancernych, choć według innych zestawień tych ostatnich było dziewięć.
Przydzielono jej także batalion 84 pułku strzelców poleskich, piechotę, której część wysunięto aż nad graniczną Lisfartę. Według jednej z ocen, gdy odliczyć koniowodnych, tabory i odwody, na linii ognia staje niewiele ponad 2000 żołnierzy. Przed rozstawieniem pułków
Filipowicz objeżdża teren i patrzy na niego okiem piechura. 5 km na północ od Kłobucka biegnie wiejska droga, a wzdłuż niej ciągną się trzy wsie o jednej nazwie. Mokra pierwsza, mokra druga i mokra trzecia. Przed nimi rozciągają się pola, kępy lasu i większy kompleks
leśny, w którym można ukryć konie przed samolotami. Równolegle do drogi za wsiami idzie linia kolejowa, magistrala węglowa wybudowana kilka lat wcześniej, by wozić śląski węgiel do portów Gdyni. Pociągi jadą tu po nasypie wysokim na około 2 m. Rozstawienie, które wybiera
Filipowicz, wynika wprost z rozkazu i z ukształtowania ziemi. Pierwszą linię obsadzają dwa pułki. 21 pułk ułanów nadwiślańskich podpułkownika Kazimierza Suskiego zajmuje wsie i skraj lasu przy drodze, czyli miejsce, przez które ma przejść każda kolumna idąca od granicy.
Obok na sąsiednim odcinku pierwszej linii staje 19 pułk Ułanów wołyńskich, którym dowodzi podpułkownik Józef Zygmunt Pędkowski. W drugiej linii ustawia się pułk UAN Podolskich pożyczony z sąsiedniej kresowej brygady kawalerii, a za nim działa artylerii konnej. W odwodzie pozostaje drugi pułk
strzelców konnych podpułkownika Józefa Mularczyka. Jedyna większa siła, którą dowódca brygady może jeszcze rzucić tam, gdzie obrona zaczyna pękać. Taki układ wygląda rozsądnie i trudno mu cokolwiek zarzucić. Zabudowania wsi dają osłonę.
Las kryje konie i odwody, a droga, którą trzeba zamknąć biegnie właśnie przez pierwszą linię. Nasyp kolejowy leży za plecami pułków jako naturalny skraj pozycji i osłona dla tego, co stoi za nim. Nikt w sztabie brygady nie traktuje go jeszcze jako głównej przeszkody.
Pierwsza linia stoi przed nim, w polu i we wsiach, bo tam przebiega droga. Ostatnie dni sierpnia upływają na kopaniu. Ułani ryją rowy strzeleckie na skraju lasu i między zabudowaniami. Zasłaniają stanowiska gałęziami, a ziemię z wykopów rozrzucają, żeby z powietrza nie było widać świeżych
śladów. Jest suchy, ciepły koniec lata i grunt stawia łopacie twardy opór. Kurz osiada na mundurach i w ustach. Woda w manierkach szybko się kończy, a studnie są we wsiach kilkaset metrów od okopów.
W lesie koniowodni pilnują stłoczonych koni, które parskają, kopią ziemię i szarpią się na uwięzi, czując obcy teren. Nocą nikt właściwie nie śpi. Ludzie leżą w rowach, słuchają odgłosów od strony granicy i czekają na wojnę, której nikt jeszcze nie wypowiedział. To
właśnie wyjaśnia sens obecności kawalerii tuż przy granicy. Brygada pod Mokrą nie przyjechała tu szarżować. Przyjechała jako ruchoma piechota, która potrafi w ciągu jednej nocy zająć pozycję obronną, okopać się na terenie wybranym przez siebie i w razie potrzeby szybko z niego odejść. Jej siła nie tkwi
w koniach, tylko w tym, że sama decyduje, gdzie przyjmuje walkę. Konie czekają w lesie po to, żeby po walce zabrać ludzi dalej, a nie po to, by nieść ich na czołgi. Tej ostatniej nocy sierpnia z 31 na 1 września półki stoją już na swoich miejscach. Po drugiej
stronie granicy niemiecka dywizja pancerna podciąga kolumny nad Lisfarte i ma przed sobą wszystkie drogi, a polskie dowództwo może tylko zgadywać, którą z nich wybiera. Brygada Filipowicza ma natomiast to, czego nie ma nikt inny w tym starciu. Wybrała teren, na którym
czeka. Wsie przy drodze, las za nimi i dwumetrowy nasyp z torami to wszystko, czym dysponuje w ostatnich godzinach przed pierwszym strzałem. Oficer zrywa plombę i podważa wieko podłużnej skrzyni. Ułani, którzy stoją wokół, spodziewają się czegoś zwyczajnego, bo
według relacji na podobnych skrzyniach widnieją napisy o sprzęcie mierniczym i zakaz otwierania. W środku, w grubej warstwie smaru leży karabin, jakiego żaden z nich nie widział. Długi, niemal na wzrost dorosłego mężczyzny. Ma ciężki hamulec na końcu lufy i składany
dwójnóg. Obok spoczywają pudełka z nabojami, znacznie większymi od zwykłych karabinowych. Taka scena powtarza się w ostatnich dniach sierpnia w wielu półkach kawalerii i piechoty. Także na pozycjach pod mokrą. Broń, którą żołnierze wyjmują teraz ze skrzyń istnieje od kilku lat, ale przez cały
ten czas trzymano ją w magazynach pod pieczęcią. Wiedzieli o niej nieliczni oficerowie, a szeregowi stykają się z nią dopiero teraz, kiedy do wybuchu wojny zostają dni, a może godziny. Nikt na stanowiskach nie wie jeszcze, czy ta dziwna broń w ogóle przebija pancerz i czy starczy czasu, by nauczyć się nią
władać. Jej historia zaczyna się kilka lat wcześniej w warszawskiej państwowej fabryce karabinów. Konstruktor Józef Maroszek, inżynier, któremu wojsko zleca broń przeciwpancerną dla piechoty i kawalerii, szuka rozwiązania prostego i lekkiego. Zamiast armaty powstaje karabin o długiej lufie i nabój, który
wyrzuca pocisk z ogromną prędkością. Całość waży niewiele ponad 9 kg, więc jeden żołnierz może ją nieść i obsługiwać. Wojsko przyjmuje broń do uzbrojenia w 1935 roku i natychmiast otacza ją tajemnicą. Tajemnica obejmuje nawet nazwę. W dokumentach broń figuruje
pod kryptonimem, który wiąże się z Urugwajem, rzekomym odbiorcą eksportowym. Stąd skrót UR, pod którym przeszła do historii. Część autorów zwraca jednak uwagę, że w samym wojsku tej nazwy prawie nie używano, a upowszechniła się ona dopiero po wojnie.
Do 1 września wyprodukowano tych karabinów według najczęstszych szacunków około 3500, choć dane są niepewne. W brygadzie pułkownika Filipowicza, który od kilku dni urządza pozycję wzdłuż wsi Mokra, jest ich 78.
Rachunek, który stoi za tą tajemnicą ma swoją logikę. Broń znana przeciwnikowi traci połowę wartości, bo można się przed nią zabezpieczyć grubszym pancerzem. Broń nieznana daje zaskoczenie w pierwszym starciu, kiedy załogi czołgów jadą przekonane, że piechota nie ma czym ich zatrzymać. Ceną
jest wyszkolenie. Strzelec, który pierwszy raz trzyma karabin przeciwpancerny w rękach na kilka dni przed wojną, często oddaje z niego najwyżej kilka strzałów próbnych, a niekiedy żadnego. Uczy się więc w pośpiechu i własnym ciałem. Karabin jest ciężki i nieporęczny. Długa lufa zahacza
o gałęzie i o krawędź rowu. Smar z magazynu lepi się do palców i munduru, a jego zapach miesza się z zapachem świeżo kopanej ziemi. Strzał uderza w ramię mocniej niż zwykły karabin, a hamulec wylotowy wyrzuca na boki chmurę kurzu, która przez chwilę zasłania cel i
zdradza stanowisko. Strzelec ma mierzyć w czołg z odległości kilkuset metrów, leżąc w płytkim rowie. I nie wie, czy pocisk przebija stal, bo nigdy tego nie widział. Karabin nie jest jedyną bronią przeciwpancerną brygady. Obok niego stoją małe armaty kalibru 37 mm
szwedzkiej konstrukcji, których polska armia ma około 1200. ciągnie je zaprzęg konny. Obsługuje siedmiu ludzi, a niska sylwetka pozwala ukryć działo w zbożu albo za płotem. Za nimi stoją działa artylerii konnej, zdolne strzelać do czołgów na wprost z otwartych stanowisk,
choć zbudowano je do innych zadań. Najcięższy argument jedzie po torach. Do brygady przydzielono pociąg pancerny śmiały, którym dowodzi kapitan Mieczysław Malinowski, oficer odpowiedzialny za skład przyprowadzony z bazy w Niepołomicach pod Krakowem.
Pociąg wiezie dwie hałbice i dwie armaty, a do tego 19 ciężkich karabinów maszynowych i ma około 180 ludzi załogi. Porusza się po magistrali węglowej, tej samej linii, która biegnie za wsiami.
Może podjeżdżać tam, gdzie walka jest najcięższa, ale tylko tam, dokąd prowadzą szyny. Tej samej nocy z ostatniego dnia sierpnia na 1 września po drugiej stronie granicy stoi w kolumnach czwarta dywizja pancerna generała Georga Hansa Reinharta, dowódcy, który ma przebić się przez
polską osłonę jednym uderzeniem. Liczy ponad 13 000 ludzi, ma 341 czołgów i około 90 samochodów pancernych. Jednym z jej dwóch pułków pancernych, 35 dowodzi podpułkownik Heinrich Eberbach. W ciemności czuć zapach benzyny i spalin.
Silniki pracują na wolnych obrotach, a kurz spolnych dróg osiada na pancerzach i na twarzach zauk. Ta liczba robi wrażenie, ale ważniejszy od niej jest rodzaj czołgów. 183 to najlżejsze maszyny uzbrojone wyłącznie w karabiny maszynowe, pomyślane jako wozy szkolne
do czasu dostaw cięższego sprzętu. Kolejnych 130 to lekkie czołgi z działkiem kalibru 20 mm. Czołgów średnich jest 12, a według innego zestawienia 14. Do tego dochodzi 16 wozów dowódczych. Niemal wszystkie mają pancerz grubości około 1,5 cm. Tu kryje
się odpowiedź na pytanie, które pada przy otwartej skrzyni. Pocisk z polskiego karabinu przeciwpancernego przebija 15 mm stali z 300 m, a ze 100 m około 30. Pancerz najliczniejszych niemieckich czołgów ma mniej więcej tyle, ile ten pocisk przebija z dystansu, z którego strzelec dobrze
widzi cel. Mała armata kalibru 37 mm radzi sobie z tą stalą jeszcze łatwiej. Na papierze karabin w skrzyni pasuje do pancerza jak klucz do zamka, choć ostatecznie potwierdzić to może dopiero walka. Logika niemieckiej dywizji jest równie przemyślana jak polska tajemnica.
Jej twórcy stawiają na szybkość i liczbę, a nie na grubość pancerza, bo lekki czołg jest tani, szybki i skuteczny przeciwko piechocie, która nie ma czym do niego strzelać. Na ćwiczeniach i w planach ten rachunek wychodzi bez zarzutu. W świetle tego zestawienia nierówność sił przestaje być
tak przytłaczająca, jak wygląda w liczbach. Niemcy mają przewagę w ludziach mniej więcej dwukrotną, a w pancerzu i artylerii miażdżącą. Ale ich pancerz jest cienki. A brygada przyjechała pod mokrą zbronią, której przeciwnik się nie spodziewa. Po raz pierwszy od chwili, gdy wołyńskie półki
wyruszyły na zachód, widać, że mają szansę zrobić więcej niż tylko opóźniać i odchodzić. Pierwsze maszyny zjeżdżają z brzegu i wchodzą do wody. Lisfarta jest w tym miejscu płytka. Wrzesień zaczyna się suchy i rzeka niesie mało wody, więc koła i gąsienice grzęzną najwyżej w mule przy brzegu. Jest za
155. Szarówka przed świtem. Do wschodu słońca zostaje jeszcze około 10 minut. Nad doliną wisi poranna mgła, a w niej, jedna za drugą sylwetki pojazdów przechodzą na wschodni brzeg. Tak zaczyna się wojna na odcinku, który kilkanaście kilometrów dalej na wschód
osłania wołyńska brygada kawalerii. Przeprawę prowadzi niemiecki korpus zmotoryzowany z dwiema dywizjami pancernymi, a jego dowódca ma przed sobą zadanie proste w rysunku i trudne w wykonaniu. ma jak najszybciej przebić się przez polską osłonę przygraniczną i wyjść na otwarty teren, póki polska
piechota dopiero zajmuje swoją główną linię daleko w głębi. Na północy przez rzekę idzie czwarta dywizja pancerna generała Reinharta, który od pierwszej godziny wojny ma wyznaczony kierunek marszu i rozpisane zadania dnia. Około 5:00 jej strzelcy uderzają na starokrzepicę, wieś nad samą rzeką.
Kwadrans później, kilka kilometrów dalej na południe Lisfarte przekracza sąsiednia pierwsza dywizja pancerna, która kieruje się na Kłobuck. Polscy saperzy z siódmej dywizji piechoty odpowiedzialnej za ten odcinek pogranicza wysadzają mosty na Lisfarcie i przy Opatowie. Huk eksplozji niesie
się daleko po dolinie. W porannej ciszy słychać go nawet na pozycjach pod mokrą. Wysadzone mosty nie zatrzymują dywizji pancernej, bo rzeka jest płytka i da się ją przejść w bród. ale zmuszają kolumny do szukania przejść i rozciągają je w czasie. Każde opóźnienie na rzece to kilka, kilkanaście minut, które Niemcy
muszą odrobić na drodze. Dla niemieckich strzelców, którzy przechodzą rzekę pieszo, pierwsze minuty wojny mają smak zimnej wody. Brną w niej po kolana, unosząc karabiny i skrzynki z amunicją, a muł wsysa buty przy każdym kroku. Na brzegu nie ma czasu, by wylać wodę z
cholewek, bo kolumna idzie dalej. Mokre spodnie lepią się do nóg. Chłód poranka przenika przez materiał, a za plecami narasta warkot silników, które popędzają piechotę naprzód. Na wschód od Lisfarty, za krzepicami, nikt jeszcze nie wie, skąd nadchodzi główny cios. Pułkownik
Filipowicz, który od kilku dni szykuje swoje półki do walki na wybranym przez siebie terenie, ma jedną pewność i wiele niewiadomych. Jego linia stoi przy drodze, którą można iść skrzepic na wschód. Nie wie jednak, którędy naprawdę idzie przeciwnik. Tą drogą czy bokiem
przez lasy i pola ku tyłom brygady. Wie, że na południu pod Kłobuckiem kończy się jego odcinek i zaczyna sąsiedni. Ale co się tam dzieje, nie wie nikt. Około 5:00 rano według jednej z rekonstrukcji na linię wychodzi pociąg pancerny śmiały. Kapitan Malinowski,
który prowadzi go po torach magistrali węglowej, staje w okolicach Chorzewa, na północ od pozycji brygady i czeka na rozkazy. Jego skład może jeździć tylko wzdłuż torów, ale wzdłuż tych samych torów stoi brygada, więc pociąg ma przed sobą cały jej odcinek. Pierwsze godziny
wojny na stanowiskach wyglądają zupełnie inaczej. niż wyobrażają to sobie ludzie, którzy nigdy nie byli na froncie. Nie ma strzałów ani wybuchów. Jest zimny poranek. Rosa osiada na krawie, na mundurach i na metalu broni, a z ziemi ciągnie chłód. Ułani leżą w rowach, ręce
sztywnieją. Papieros nie wchodzi w grę, bo dyn zdradza stanowisko. Z oddali dochodzi jednostajny pomruk silników. Raz głośniejszy, raz cichszy, w zależności od wiatru. Nad głowami przelatują pierwsze samoloty wysoko, bez strzałów, a ludzie odprowadzają je wzrokiem, nie wiedząc, czy to
rozpoznanie, czy zapowiedź nalotu. Wojnę najpierw się słyszy, a dopiero potem widzi. Około w 7:30 słychać pierwsze strzały na odcinku brygady. Niemieccy motocykliści, którzy jadą przed kolumną jako jej oczy, wychodzą na kompanię batalionu 84 pułku strzelców poleskich,
wysuniętą najdalej na zachód, w rejon Krzepic. Wywiązuje się krótka wymiana ognia. Polska piechota nie ma szans zatrzymać dywizji pancernej i nie ma takiego zadania. Ma tylko zameldować i opóźnić. Krzepice są w niemieckich rękach mniej więcej o w P:30. Według innej wersji trochę później. Godziny w
rekonstrukcjach różnią się o pół godziny, a nawet o godzinę. Spór dotyczy także tego, kiedy właściwie zaczyna się bitwa. Adam Kurus, historyk z częstochowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, który pracuje na niemieckich meldunkach, uważa, że regularny bój pod mokrą rozpoczyna się
dopiero około 10:00. Inni liczą go od pierwszych strzałów rano. Różnica nie jest tylko akademicka, bo od niej zależy ile czasu Niemcy tracą na samo podejście. A ile na właściwą walkę? Dywizja Reinharta nie zatrzymuje się, żeby przeszukać okoliczne lasy i ustalić
co dokładnie na nią czeka. Ma za zadanie przejść przez polską osłonę z marszu, a z doświadczenia i z regulaminów wynika, że kawaleria wobec czołgów ustępuje. Długie rozpoznanie oznacza utratę dnia, a cały plan kampanii opiera się na szybkości. Z punktu widzenia niemieckiego dowództwa to rozumowanie
jest bez zarzutu. Zakłada ono jednak, że po drugiej stronie stoi przeciwnik, który nie ma czym strzelać do czołgów. Po zajęciu krzepic czołowe oddziały niemieckie skręcają na wschód i idą drogą wprost na mokrą. Nie obchodzą wsi bokiem. Nie szukają drogi przez lasy na północy. Kolumna wychodzi tam, gdzie od
kilku dni czekają na nią okopy 21 pułku Ułanów i działa ustawione na skraju lasu. Filipowicz nie musi już zgadywać, którędy idzie przeciwnik. Niemcy sami wchodzą w teren, który polski dowódca wybrał, zanim padł pierwszy strzał. W ten sposób każda ze stron dostaje to,
czego chciała, choć nie wszystko, czego potrzebuje. Dywizja Reinharta zachowuje kierunek i tempo, a pierwsze godziny wojny przebiegają zgodnie z rozkładem. Brygada Filipowicza przyjmuje walkę tam, gdzie zamierzała, a nie tam, gdzie zmusiłby ją przeciwnik. Na południu tymczasem sąsiednia dywizja pancerna
idzie dalej na Kłobuck, z dala od wzroku obrońców mokrej. Nikt na pozycjach jeszcze o tym nie myśli. Wszyscy patrzą na drogę skrzepic i na pole, przez które lada chwila mają ruszyć czołgi. Na drodze skrzepic kolumna zwalnia, a potem zaczyna się rozlewać na boki. Czołg za
czołgiem zjeżdża z drogi na ściernisko. Maszyny rozsuwają się na kilkadziesiąt metrów od siebie i ustawiają w szeroką linię. Za nimi w kurzu idą strzelcy 12 pułku, który towarzyszy czołgom jako ich piechota. Jest około 8:00 rano. Słońce stoi już wysoko nad lasem, a przed linią
pancerną leżą pola i pierwsze zabudowania wsi Mokra. To pierwszy batalion 36 Pułku pancernego. Kilkadziesiąt maszyn, które mają przejść przez polską osłonę z marszu. Po drugiej stronie pola leżą ułani pułku. Podpułkownik Suski, dowódca
nadwiślańczyków, którzy od kilku dni kopią rowy we wsiach i na skraju lasu, ma przed sobą dokładnie to, czego się spodziewał: drogę i nadjeżdżające nią czołgi. Jego ludzie nigdy jeszcze nie widzieli niemieckiego czołgu w boju. Dla większości z nich to w ogóle pierwszy czołg, który jedzie w ich stronę z
zamiarem zabijania. Nikt w rowach nie wie, czy karabiny ze skrzyń przebijają pancerz i czy ludzie są w stanie wytrzymać widok stalowej linii, która rośnie z każdą minutą. Batalionem dowodzi Hans Stenglein, oficer, którego czołgi idą w pierwszym rzucie całej dywizji. Jego zadanie jest proste.
Wjechać w polską osłonę, rozbić ją albo zmusić do ucieczki i otworzyć drogę na wschód. Niemieckie dowództwo nie przygotowuje tego natarcia ogniem artylerii i nie czeka na rozwinięcie całej piechoty. W tej logice nie ma nic lekkomyślnego. Wobec kawalerii, która według wszystkich doświadczeń cofa się
przed czołgami, liczy się tempo, a każda godzina zwłoki daje przeciwnikowi czas na ucieczkę albo na umocnienie się. Ułani nie otwierają ognia za wcześnie. leżą w płytkich rowach i pozwalają czołgom podchodzić na odległość, z której broń przeciwpancerna ma szansę przebić stal. Ten czas dłuży się
najbardziej. W ustach robi się sucho, choć poranek jest jeszcze chłodny. Ręce zaciskają się na kolbach, a palce sztywnieją od napięcia. Grzmot silników narasta i po chwili da się już odróżnić zgrzyt gąsienic od warkotu motorów.
Niemieckie karabiny maszynowe zaczynają strzelać na oślep po skraju lasu i po zabudowaniach. Pociski świszczą nad głowami, odłupują drzazgi z płotów i sypią tynk ze ścian. Wreszcie pada pierwszy strzał z małej armaty, potem drugi. Odzywają się karabiny przeciwpancerne, każdy z suchym mocnym
trzaskiem i obłokiem kurzu przed lufą. Zza wsi strzelają na wprost działa artylerii konnej pod pułkownika Jana Kamińskiego, dowódcy dywizjonu, który wyprowadził baterie na otwarte stanowiska, by bić do czołgów jak do tarcz na strzelnicy. Na polu jedna z maszyn zatrzymuje się w półruchu, z
innej wydobywa się dym, trzecia skręca gwałtownie, jakby kierowca stracił panowanie i staje bokiem do polskich linii. Wewnątrz lekkiego czołgu walka wygląda zupełnie inaczej niż z rowu. Załoga siedzi w ciasnej stalowej skrzyni, w której jest gorąco od silnika i duszno od spalin. Hałas zagłusza
słowa. Rozkazy trzeba wykrzykiwać albo przekazywać gestem. Świat widać przez wąskie szczeliny obserwacyjne, które przy każdym wstrząsie podskakują, a pole przed czołgiem zamienia się w rozmazany pas ziemi i dymu. Załoga nie widzi skąd strzelają. słyszy tylko uderzenia pocisków o pancerz i po dźwięku stara
się zgadnąć, czy stal wytrzymała. W pierwszych minutach natarcia Stenglim zostaje ciężko ranny. Dowództwo przejmuje inny oficer, który ocenia położenie i podejmuje decyzję rozsądną z punktu widzenia każdego dowódcy pancernego. Natarcie bez wsparcia artylerii na przeciwnika, który ma czym
strzelać do czołgów, prowadzi tylko do kolejnych strat. Czołgi zawracają, wycofują się poza zasięg polskiego ognia i zbierają się na skraju pola. Strzelcy idący za nimi również się cofają. Na polskich stanowiskach zapada cisza, która po huku wydaje się nienaturalna.
Ludzie podnoszą głowy znad przedpiersia i dopiero teraz czują, jak bardzo drżą im ręce. W uszach dzwoni, wokół leżą gorące łóki, a od strony pola ciągnie gryzący dym palącego się smaru i benzyny. Celowniczowie małych armat sprawdzają zamki i liczą pociski, które
zostały. Rannych odnosi się na tyły za zabudowania. Meldunek o otparciu natarcia idzie do sztabu brygady, ale nikt w rowach nie łudzi się, że to koniec. Mniej więcej w tym samym czasie, choć dokładna godzina pozostaje w źródłach niejasna, na odcinku sąsiedniego 19. pułku UAN rozgrywa się
epizod, który mógłby uchodzić za rodowód legendy, a w rzeczywistości jest jej zaprzeczeniem. Pułkowa historia spisana po wojnie na emigracji podaje, że pierwszy i trzeci szwadron szarżują na piechotę nieprzyjaciela. Pierwszy szwadron prowadzi rotmistrz Antoni Skiba. Ułani ruszają konno nie na
czołgi, ale na niemieckich piechurów, którzy nie zdążyli się okopać. Czyli dokładnie w takiej sytuacji, w jakiej regulamin dopuszcza atak konny. To prawdziwa szarża pod mokrą, a źródła nie wspominają, by w jej toku ktokolwiek uderzał szablą w stal. Na polu przed 21 półkiem zostaje kilka unieruchomionych
niemieckich czołgów. Odpowiedź na pytanie, które dręczyło ludzi w rowach od świtu, leży teraz przed nimi na ściernisku. Karabin przeciwpancerny i mała armata przebijają pancerz lekkiego czołgu, a artyleria konna strzelająca na wprost dopełnia reszty. Ludzie, którzy rano bali się widoku nadjeżdżającej
linii pancernej widzą, że można ją zatrzymać. Ale to co odparli było jednym batalionem z kilku, którymi rozporządza niemiecka dywizja. Niemiecki plan przejścia przez osłonę z marszu przestaje działać już w pierwszej godzinie walki. Generał Reinhard, dowódca czwartej dywizji pancernej,
która od świtu trzyma się rozkładu, musi teraz przygotować prawdziwe natarcie z artylerią, lotnictwem i piechotą. Takie przygotowanie kosztuje czas, a czas jest tym, czego jego dywizja ma najmniej. Każda godzina stracona przed wsiami mokra to godzina, którą polska piechota zyskuje na obsadzenie głównej linii nad
wartą i widawką. Pułkownik Filipowicz nie rusza jeszcze odwodu i nie zmienia ustawienia brygady. Pierwsza próba wypadła lepiej niż ktokolwiek mógł zakładać, ale po drugiej stronie pola niemiecka dywizja dopiero zaczyna rozwijać swoje siły. Najpierw słychać wycie, narasta z wysokości, przechodzi w
przeraźliwy, przeciągły skowyt i urywa się dopiero w huku eksplozji. Samolot wychodzi z nurkowania tuż nad dachami, a za nim spada następny i jeszcze jeden. Dachy i strzechy we wsi Mokra zajmują się ogniem jeden po drugim. Czarny dym kładzie się nad drogą i nad skrajem
lasu. Bombowce nurkujące nazywane sztukasami mają pod skrzydłami syreny, które włączają się w locie i to one zapowiadają każde uderzenie na kilka sekund przed wybuchem. Od otparcia pierwszego natarcia mijają niespełna dwie godziny, jest około 10:00. Generał
Reinhard, którego dywizja rano nie zdołała przejść z marszu przez polską osłonę, robi teraz to, co nakazuje rozsądek i regulamin. Najpierw na polskie pozycje spada ogień artylerii, potem nad pole nadlatuje lotnictwo, a dopiero po nich mają ruszyć czołgi.
Bomby i pociski trafiają w zabudowania, w nasyp kolejowy i w las, w którym stoją konie z koniowodnymi. Według jednej z rekonstrukcji w ciągu całego dnia niemieckie samoloty atakują pozycję brygady około 15 razy grupami od 9 do 26 maszyn. Rachunek niemieckiego dowództwa
jest prosty i trudno mu cokolwiek zarzucić. Piechota, która rano wytrzymała uderzenie czołgów, ma teraz najpierw przetrwać ogień z ziemi i z powietrza. Po takim przygotowaniu obrońcy powinni być ogłuszeni, rozproszeni i pozbawieni dział. Brygada nie ma nad sobą żadnej osłony z
powietrza i może tylko leżeć w rowach. Na tym etapie dnia nikt nie potrafi powiedzieć, czy spieszona kawaleria jest w stanie wytrzymać uderzenie, przeciwko któremu nie ma czym się bronić. W rowie pod nalotem świat kurczy się do kilku metrów ziemi. Wycie syreny wwierca się w głowę, a zaciśnięte na uszach dłonie nic
nie pomagają. Wybuch podrzuca ziemię, która potem sypie się na plecy i na hełmy, wpada za kołnierz i do ust. Po każdej eksplozji przez kilka chwil słychać tylko dzwonienie w uszach. Dym z płonących strzech gryzie w oczy i drapie w gardle. W lesie koniowodni z trudem
utrzymują przerażone konie, które stają dęba, zrywają się z uwięzi i rozbiegają między drzewami. Każdy koń, który ucieka, to później jeden ułan bez wierzchowca. Około 10:00, a według niektórych przekazów kwadrans później, czołgi ruszają ponownie. Tym razem idą
po przygotowaniu, ale znów trafiają na ogień, którego nie przewidziano. Uani 21 pułku podpułkownika Suskiego, ci sami, którzy rano odparli pierwszy batalion, podnoszą się z rowów i strzelają do maszyn z tych samych stanowisk. Nalot nie zdołał uciszyć polskich dział i karabinów przeciwpancernych. Na polu
zostają kolejne unieruchomione czołgi, a natarcie się załamuje. Kilkanaście minut później sytuacja zmienia się na sąsiednim odcinku. Niemieckie czołgi, które nie przeszły wprost przez wsie szukają drogi bokiem i obchodzą 19 pułk ułanów wołyńskich. Jego dowódca, podpułkownik Józef Zygmunt Pędkowski
trzyma swoich ludzi przed nasypem na wysuniętej pozycji, która ma osłaniać drogę i sąsiedni pułk. Z wysuniętych stanowisk ułani widzą czołgi już nie tylko przed sobą, ale i z boku, a ogień karabinów maszynowych dochodzi z kierunków, z których rano nikt się go nie spodziewał. Około w P:3 według
części rekonstrukcji pułk jest niemal odcięty. Czołgi wychodzą mu na bok i na tyły, a jedyną linią odwrotu pozostaje nasyp kolejowy za plecami. Decyzja o utrzymaniu półku na wysuniętej pozycji jak najdłużej wyglądała słusznie i nadal tak wygląda. Gdyby 19 pułk zszedł z niej
wcześniej, otworzyłby niemieckim czołgom drogę na skrzydło 21. Każda godzina utrzymania przedpola oznacza godzinę kupioną dla całej brygady. Teraz jednak cena tej decyzji gwałtownie rośnie, bo pułk, który za długo trzyma pozycję, może z niej już nie zejść. Wtedy na nasyp wjeżdża pociąg
pancerny śmiały. Kapitan Malinowski, dowódca składu, który od rana czekał na swoją chwilę na torach magistrali, podprowadza go dokładnie tam, gdzie czołgi wychodzą na pułk pędkowskiego. Hałbice, armaty i karabiny maszynowe otwierają ogień niemal z przyłożenia, z odległości, z której trudno chybić. Na
torach, przez które czołgi mają się przeprawiać, pojawia się stalowa forteca, która strzela ze wszystkich luf na raz. Wewnątrz pociągu panuje piekło innego rodzaju. Stalowe ściany wagonów wzmacniają każdy wystrzał, a huk własnych dział ogłusza obsługi bardziej niż pociski przeciwnika. Powietrze
gęstnieje od dymu prochowego i rozgrzanego metalu. Łóki parzą dłonie, a celowniczy widzą pole tylko przez wąskie otwory strzelnicze. Pociąg drży przy każdej salwie. Załoga wie, że skład jest dużym, wyraźnym celem i że w każdej chwili nad torami mogą się pojawić
samoloty. Pod osłoną ognia pociągu 19 pułk wycofuje się za nasyp. Ułani przebiegają przez tory pochyleni z bronią w rękach, ciągnąc za sobą rannych, a tłuczeń osuwa się spod butów na stromym zboczu. Zajmują nowe stanowiska po drugiej stronie, tam gdzie
wał ziemi zasłania ich przed czołgami. I wtedy staje się widoczne coś, czego rano nikt jeszcze nie dostrzegał. Niemieckie czołgi, które dochodzą do nasypu, nie przejeżdżają przez niego, gdzie popadnie. Dwumetrowy wał z torami na szczycie jest dla lekkiej maszyny zbyt stromy, więc załogi skręcają wzdłuż
niego i szukają przejazdów, a tam czeka na nie ogień. To jest odpowiedź na pytanie, czy spieszona kawaleria wytrzymuje nalot, ogień artylerii i obejście. Wytrzymuje, ale nie dlatego, że jest silniejsza od przeciwnika.
Ratuje ją nasyp, za który może się cofnąć i pociąg pancerny, który jeździ po tym samym nasypie i pojawia się tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Lekki czołg z pancerzem grubości 1,5 cm nie przechodzi tam, gdzie leżą 2 m ziemi.
Musi szukać przejścia, a każde przejście da się wziąć pod ogień. Linia brygady jest jednak przesunięta. 19 pułk stoi już za torami, a nasyp, który rano był tylko skrajem pozycji, staje się jej przednią krawędzią. Pułkownik Filipowicz, dowódca brygady, który do
tej pory nie musiał ruszać od wodów, widzi teraz, że jego ustawienie przetrwało dwa natarcia, ale nie wyszło z nich bez szwanku. Niemiecki wybór zawęża się do kilku przejazdów i przepustów, a polski do tego, czym zamknąć kolejne wyłomy. Gdzieś w tej linii, tam gdzie nasyp nie osłania
obrońców, pojawia się słabe miejsce. Po drugim natarciu nad polem zapada cisza, którą przerywa tylko trzask płonących zabudowań. Uani na stanowiskach przy wsiach odpoczywają po raz pierwszy od świtu. Piją resztki wody z manierek i patrzą na pole przed sobą, gdzie stoją
unieruchomione czołgi. Wtedy dochodzi ich nowy dźwięk. Nie z przodu, skąd nadchodziły poprzednie natarcia, lecz z boku, zza lasu, od strony najdalej wysuniętej wsi, mokrej trzeciej. Pomruk silników narasta i niesłabnie, jakby po drugiej stronie drzew zbierała się cała
dywizja. Od wycofania 19 półku za tory mija niespełna dwie godziny. Jest około południa, a niemieckie dowództwo wyciąga wnioski z dwóch nieudanych prób. Natarcia na wsie i na nasyp kosztują czołgi i nie przynoszą przełamania.
Trzeba więc znaleźć miejsce, gdzie polska obrona nie ma za sobą wału ziemi i gdzie czołgi mogą rozwinąć się szeroko. Takie miejsce istnieje. Naprzeciw mokrej trzeciej las się rozstępuje i otwiera bezleśny przesmyk polane o boku około 2 km. To jedyny
fragment polskiej pozycji, przez który można wprowadzić naraz wielką masę czołgów. Około Kwadransa po 12:00 w przesmyk wchodzi około 100 niemieckich czołgów. Pierwszy cios spada na czwarty szwadron 21 pułku, którym dowodzi porucznik Karol Kantor. Oficer, któremu
przypadło zamknięcie tej luki. Szwadron stoi tu nie z przeoczenia, lecz dlatego, że w brygadzie nie ma niczego innego, czym można zamknąć otwartą polanę. Kilkudziesięciu ludzi z bronią ręczną i kilkoma karabinami przeciwpancernymi ma przed sobą falę stali. Na otwartej polanie nie ma się gdzie ukryć. Nie ma
wału ani zabudowań, za którymi można przeczekać ogień. Strzelcy przeciwpancerni trafiają. Kilka maszyn staje, ale za każdą zatrzymaną nadjeżdżają następne, a karabiny maszynowe czołgów zasypują płytkie rowy ogniem z bliska. Szwadron zostaje zmiażdżony, a cały pułk podpułkownika
Suskiego, który od rana odpiera kolejne natarcia, musi się cofać. To najgroźniejsza chwila całego dnia. Za mokrą trzecią leży wiadukt kolejowy, kluczowe przejście pod nasypem i czołgom, które wychodzą z przesmyku zostaje do niego niewiele drogi. Gdyby tam doszły, pozycja brygady zostałaby
rozcięta na dwie części, a półki przy wsiach straciłyby łączność z resztą. Niemcy znaleźli najsłabszy punkt polskiego ustawienia i wprowadzili w niego największą masę czołgów, jaką dysponują na tym odcinku. Mimo to wynik tej próby wcale nie jest przesądzony. Za cofającymi się ułanami stoi druga linia.
12. Pułk ułanów podolskich pułkownika Andrzeja Kuczka, pożyczony na ten dzień z Kresowej Brygady Kawalerii, trzyma stanowiska w głębi. Jego ułani widzą, jak przed nimi wycofują się nadwiślańczycy i muszą wstrzymywać ogień, póki koledzy przechodzą przez ich linę. Dopiero wtedy przed pole pustoszeje, a na polanie zostają same
czołgi. Obok półku i za nim stoją baterie artylerii konnej, którymi dowodzi podpułkownik Jan Kamiński. Ten sam, którego działa rano biły do czołgów pierwszego batalionu. Teraz armaty strzelają na wprost z kilkuset metrów, jak w pojedynku. Dla niemieckich załug
polana, która z daleka wyglądała na otwartą drogę, zamienia się w pułapkę bez osłony, gdzie polskie działa zdradza dopiero błysk wystrzału. Małe działa przeciwpancerne, ukryte w zbożu i za zagudowaniami prowadzą ogień do każdej maszyny, która wychodzi z przesmyku. Na stanowiskach przy działach panuje upał
południa, którego nikt już nie czuje jako upału, tylko jako ciężar. Kurz i dym unoszą się nad polaną tak gęsto, że czołgi wyłaniają się z nich nagle, tuż przed lufami. W powietrzu wisi smród palącej się gumy, benzyny i smaru.
Obsługi dział są ogłuszone, porozumiewają się gestami, a ręce ładowniczych drżą od wysiłku i gorąca. Między stanowiskami biegają konie bez jeźdźców, oszalałe od huku. Rannych nie ma gdzie odnieść, bo każdy człowiek jest potrzebny przy działach, a droga na tyły leży pod ogniem. W tym ogniu rodzą się
nazwiska, które tradycja brygady przechowuje potem przez dziesięciolecia. Kapral Leonard Żłup, celowniczy jednej z małych armat przeciwpancernych, ma według przekazów na swoim koncie 14 czołgów. Innemu celowniczemu, tym razem przy dziale artylerii konnej, przypisuje się osiem. Te liczby pochodzą z wniosków
odznaczeniowych i z późniejszej pamięci, a zestawione z niemieckimi dokumentami okazują się trudne do pogodzenia. Nie zmienia to faktu, że właśnie tacy ludzie, pojedynczy celowniczowie przy pojedynczych działach, decydują tego popołudnia o tym, czy czołgi przechodzą dalej. Cenę płacą też oficerowie
baterii. Porucznik Kamil de Puch ginie przy swoich działach, prowadząc ogień do nacierających czołgów. Porucznik Witold Giedroć zostaje ranny, ale nie schodzi ze stanowiska i dowodzi baterią do końca walki. Takie postawy nie są wyjątkiem, lecz koniecznością, bo bateria bez
dowódcy w chwili, gdy czołgi wychodzą z dymu, przestaje istnieć w ciągu minut. Przełamanie, które wyglądało na rozstrzygające grzęźnie w drugiej linii. Czołgi przechodzą przez pierwszą linię obrony, rozbijają szwadron Kantora i odpychają półk Suskiego, ale nie docierają do nasypu ani do wiaduktu.
Zatrzymują je działa strzelające na wprost i ułani podolscy, którzy trzymają stanowiska, gdy przed nimi cofają się ich koledzy. Tu leży odpowiedź na pytanie, dlaczego znalezione słabe miejsce nie przynosi Niemcom zwycięstwa.
Przesmyk otworzył drogę przez pierwszą linię, ale za nią stała jeszcze jedna, a ta jedna wystarczyła. Niemiecka decyzja, by uderzyć w przesmykna. Pokazuje ona jednak również coś, czego nie było widać rano. Tam, gdzie nasyp osłania obrońców, czołgi muszą szukać
przejazdów i giną przy nich. Tam, gdzie go nie ma, utrzymać linę może tylko człowiek przy dziale i za te utrzymanie trzeba płacić ludźmi. Słabe miejsce obrony pokazuje, jak wiele znaczy jej mocne miejsce. Dla brygady to zwycięstwo obronne ma jednak wysoki koszt.
Pułkownik Filipowicz, dowódca, który od rana przesuwa siły z jednego zagrożonego odcinka na drugi, ma coraz mniej sił, którymi może manewrować. Druga linia jest zaangażowana w walkę. 21 pułk jest wykrwawiony i cofnięty, a w odwodzie zostają już tylko strzelcy konni i
dywizjon pancerny z tankietkami i samochodami pancernymi. Z gęstego dymu nad płonącą wsią wytaczają się maleńkie pojazdy pancerne. Są niższe od stojącego człowieka, kanciaste, zakopcone, każdy z jednym karabinem maszynowym. Obok nich, w tym samym dymie, przemykają ułani. Po
kilkudziesięciu metrach dym żednie i załogi widzą przed sobą coś, czego nikt nie planował. Kolumnę niemieckich czołgów stojącą tuż przed nimi. Nie ma czasu na zawracanie ani na rozkazy. Tankietki dodają gazu i jadą prosto w kolumnę. Żeby zrozumieć skąd się tu wzięły, trzeba cofnąć się o niecałą
godzinę. Po południowym przełamaniu w przesmyku pod mokrą ią niemiecka dywizja nie rezygnuje. Generał Reinhard, dowódca, którego czołgi od świtu trzy razy odbijały się od polskiej obrony, zbiera teraz wszystko, co mu zostało do jednego uderzenia. Czas działa przeciwko niemu, bo do zmroku zostaje kilka
godzin, a zadanie dnia wciąż nie jest wykonane. Między trą a w p:30 po południu rusza czwarte natarcie, najsilniejsze ze wszystkich. W niektórych opracowaniach, zwłaszcza obcojęzycznych, pada liczba blisko 180 czołgów, ale polscy badacze uważają ją
za wątpliwą. Pułkownik Filipowicz, który od rana łata kolejne wyłomy w swojej linii, ma do dyspozycji już tylko ostatni odwód. To drugi pułk strzelców konnych podpułkownika Józefa Mularczyka. Oddział trzymany w głębi od pierwszych godzin bitwy i 21 dywizjon pancerny
majora Stanisława Glińskiego z tankietkami i samochodami pancernymi. Decyzja, by rzucić je do walki nie wynika z brawury. Gdyby niemieckie czołgi doszły do wiaduktu za mokrą trzecią, pozycja brygady zostałaby przecięta, a niczego innego, czym można je zatrzymać już nie ma. Trzymanie
odwodu głębi oznacza w tej chwili utratę wszystkiego, co brygada utrzymała od rana. Na papierze to zestawienie wygląda niemal beznadziejnie. Polska tankietka to pojazd rozpoznawczy z cienkim pancerzem i jednym karabinem maszynowym.
Nie czołg do walki z czołgami. Dywizjon Blińskiego ma ich zaledwie kilkanaście, a naprzeciw stoi dywizja pancerna. Nikt w sztabie brygady nie potrafi przewidzieć, co te małe maszyny są w stanie zdziałać przeciwko kolumnie niemieckich czołgów, nawet lekkich.
Wnętrze tankietki to ciasna stalowa skorupa dla dwóch ludzi. Kierowcy i strzelca, którzy siedzą niemal ramię w ramię z kolanami wciśniętymi w ścianki. Silnik huczy tuż za plecami i rozgrzewa całe wnętrze. Przez wąską szczelinę obserwacyjną widać tylko skrawek ziemi i
dym. Od płonących chałup bije żar, który czuć nawet przez pancerz, a sadza osiada na twarzach i w gardle. Ludzie są na nogach od świtu. Większość nie jadła nic od poprzedniego wieczoru, a ręce na kierownicy i na rękojeści karabinu działają już bardziej z przyzwyczajenia
niż z woli. Przeciwnatarcie wchodzi w płonącą wieś. Między chałupami jest gorąco jak przy otwartym piecu. Z dachów spadają płonące krokwie, a dym zmusza ludzi do marszu z pochylonymi głowami i chustkami przy ustach. Co kilka kroków trzeba omijać leje po bombach, porzucone
wozy i martwe konie. Strzelcy konni idą pieszo. Ułani ze szwadronu rotmistrza Jerzego Hollaka posuwają się razem z pojazdami pancernymi. Wszystko w dymie, w którym widać zaledwie na kilkadziesiąt metrów. I wtedy następuje spotkanie, od którego zaczyna się ta opowieść.
Tankietki i szwadron Hollaka wychodzą wprost na kolumnę lekkich czołgów niemieckich. Nie jest to atak zaplanowany ani przygotowany. To zderzenie dwóch oddziałów w dynie, w którym żaden nie widział drugiego, dopóki nie było za późno, by się wycofać. Polskie załogi i uani wybierają
jedyne wyjście, które daje szansę, czyli przebijają się przez kolumnę. Tankietki strzelają z karabinów maszynowych z najbliższej odległości i przejeżdżają między czołgami, wykorzystując zamieszanie i dym. Według części relacji kolumna zaskoczona w szyku marszowym traci porządek, a polskie pojazdy
wychodzą po jej drugiej stronie. Inne opracowania mówią jednak, że dywizjon traci kilka maszyn i musi się wycofać. Według relacji rotmistrz Hollak ginie w tym starciu, a wraz z nim część jego ludzi. W tym samym czasie na nasypie znów pojawia się pociąg pancerny śmiały.
Kapitan Malinowski, który od rana przenosi swój skład tam, gdzie brygada potrzebuje ognia, wychodzi na niemiecką kolumnę zatrzymaną do panowania. Pojazdy stoją w miejscu, a załogi zajmują się paliwem. Haałbice i armaty pociągu biją w stojącą kolumnę z bliska. Lufy rozgrzewają się tak, że obsługi parzą
sobie ręce, a dyn płonącego paliwa wznosi się nad polem wysokim słupem. Po 5:00 po południu niemieckie czołgi próbują jeszcze raz. Tym razem prosto na wiadukt. Przy wiadukcie strzelają karabiny przeciwpancerne i małe armaty.
Te same, które od rana pilnują przejść przez nasyp. To ostatnie natarcie dnia i znów zostaje odparte. Słońce zaczyna się chylić nad lasem, a pole przed nasypem pokrywają unieruchomione maszyny. Zabici i ranni z obu stron wypalone zabudowania. Do wieczora niemiecka
dywizja nie przechodzi przez nasyp. Tak wygląda odpowiedź na pytanie, co mogą zdziałać maleńkie tankietki przeciwko czołgom. W otwartym polu, w regularnym starciu niewiele. W dymie płonącej wsi, zaskoczenia w połączeniu z ogniem pociągu pancernego i działami przy wiadukcie wystarczająco dużo, by odebrać
niemieckiemu natarciu impet. Cena jest jednak wysoka. Polegli i ranni sprzeciwnatarcia, a także pojazdy, których brygada nie ma czym zastąpić. Właśnie ten epizod, zmieszanie pancerza i jeźdźców w dymie płonącej wsi staje się potem pożywką dla opowieści o szarży
na czołgi pod mokrą. Nikt nie planował tu szarży i nikt jej nie przeprowadził. Było przeciwnatarcie spieszonej kawalerii i pojazdów pancernych, które w dymie natrafiły na przeciwnika, ale z daleka w relacjach przekazywanych z ust do ust, łatwo pomylić jedno z drugim.
To, co działało od rana działa do końca. Nasyp nadal trzyma. Pociąg pancerny wciąż jeździ po nim tam, gdzie jest najbardziej potrzebny, a niemieckie czołgi nie znajdują drogi przez 2 met ziemi. Brygada Filipowicza utrzymuje linię kolejową do wieczora, ale w odwodzie nie ma już nic. Każdy płk,
każda bateria i każda tankietka są już w walce albo poza nią. Dla Reinharta bilans dnia jest równie jasny. Jego dywizja stoi wieczorem przed tą samą linią kolejową. którą miała minąć z marszu. Około 6:00 wieczorem do sztabu brygady dociera meldunek z południa.
Kłobuck, miasteczko 5 km na południe za lewym skrzydłem brygady jest w rękach niemieckich. Pułkownik Filipowicz trzyma w dłoni wiadomość, która w jednej chwili zmienia sens całego dnia. Nasyp kolejowy wciąż jest polski. Wiadukt za mokrą trzecią utrzymany. Ostatnie natarcie
odparte niecałą godzinę wcześniej. A jednak pozycja, której brygada broniła od świtu, przestaje się nadawać do obrony. Meldunek dotyczy sąsiedniej pierwszej dywizji pancernej, tej samej, która rano przekroczyła Lisfartę kilka kilometrów na południe od Reinharta i poszła na Kłobuck. Przez cały dzień nikt
pod mokrą jej nie widział, bo walczyła na innym odcinku. Teraz po zajęciu miasteczka ma przed sobą otwartą drogę na skrzydło i na tyły wołyńskich pułków. Brygada, która przez 12 godzin nie dała się przełamać od czoła, może zostać zamknięta od tyłu w ciągu jednej nocy.
Pojawia się pytanie, czy bitwę przegrywa ten, kto mimo zwycięskiej obrony musi zejść z pola? Filipowicz, dowódca, który przez cały dzień przesuwał ostatnie odwody z jednego zagrożonego miejsca na drugie, ma do wyboru dwie drogi. Może zostać na linii, którą jego ludzie utrzymali za cenę setek zabitych i
rannych i liczyć na spokojną noc. Może też porzucić te linę i wyprowadzić brygadę, póki droga na wschód jest jeszcze otwarta. Pierwsza decyzja wygląda na honorową, druga na rozsądną. Z danymi, które ma na stole wybiera odwrót. Około 6:00, gdy słońce dotyka
już linii lasu, brygada zaczyna się wycofywać na wschód. Nocny odwrót bywa trudniejszy niż dzienna walka. Ludzie, którzy od świtu nie jedli i nie spali, idą teraz leśnymi drogami w ciemności. prowadząc konie, które również są wyczerpane i spłoszone. Zaprzęgi ciągną
działa po piaszczystych traktach. Koła grzęzną, a obsługi pchają lawety rękami. Na wozach jadą ranni, każdy wybój wydobywa z nich jęk. Za plecami nad mokrą wisi łuna płonących wsi i przez długie godziny oświetla niebo. Łączność między półkami jest słaba, a w ciemnym
lesie kolumny łatwo gubią drogę. W tym samym czasie po drugiej stronie pola dzieje się rzecz zaskakująca dla kogoś, kto patrzy tylko na mapę. Czwarta dywizja pancerna generała Reinharta nie wchodzi na opuszczoną polską linię, lecz cofa się na swoje pozycje wyjściowe w okolicach Opatowa i Wilkowiecka. Z
niemieckiego punktu widzenia to krok rozsądny. Czołgi trzeba zatankować, uszkodzone maszyny ściągnąć z pola i naprawić, a opóźnioną piechotę podciągnąć do przodu. Reinhard melduje przełożonym, że natrafił na główną polską linię obrony, której nie może przełamać. W polskich opracowaniach
przytacza się w przekładzie jego słowa, że największą przeszkodą okazała się determinacja polskich oficerów i zwykłych żołnierzy. Następnego dnia 2 września brygada znów zajmuje stanowiska. Tym razem w okolicach Ostrów nad Okrzą, kilkanaście kilometrów na wschód. Toczy tam bój opóźniający i
dopiero wieczorem schodzi do odwodu grupy operacyjnej Piotrków, czyli zgrupowania armii Łódź osłaniającego kierunek na to miasto. Adam Kurus, częstochowski historyk, który przez lata pracował na niemieckich dokumentach, traktuje mokrą jako bój jednego dnia, a walkę pod ostrowami jako osobne
działanie. To właśnie niemieckie dokumenty w jego relacji odsłaniają ostatni element tego, co stało się pod Mokrą. Bataliony pancerne obu pułków dywizji nie nacierały jednocześnie, lecz jeden po drugim. Pułk piechoty z dywizji tego samego korpusu, który miał wesprzeć czołgi, dotarł na pole z opóźnieniem.
Każdy batalion trafiał więc w pojedynkę na pełen ogień polskiej obrony, a piechoty, która mogła wymiatać stanowiska małych armat i karabinów przeciwpancernych, przez większą część dnia brakowało. Nasyp dzielił niemieckie natarcie na kilka wąskich przejść, a niemieckie dowództwo samo dzieliło je
jeszcze w czasie. Bilans strat to osobna opowieść, w której liczby rozchodzą się bardziej niż w jakiejkolwiek innej części tej historii. Po stronie polskiej najczęściej mówi się o około 500 zabitych i rannych. Według jednego zestawienia o 530, w tym 27 oficerach, a
w ostrożniejszych szacunkach o 350 do 400. Brygada traci też kilka dział i setki koni. Po stronie niemieckiej najtwardszy jest meldunek 35 pułku pancernego podpułkownika Eberbacha, którego jednostka poniosła tego dnia największe straty. Według stanu o
północy z 1 na 2 września podaje on 36 czołgów zniszczonych, unieruchomionych lub zaginionych. Drugi pułk traci ich kilkanaście. Juliusz Tym, współautor monografii bitwy, szacuje całość na około 50 wozów pancernych, a anglojęzyczny historyk Robert Forczyk na
62 czołgi, z których 24 stracono bezpowrotnie. Starsze jubileuszowe opracowania mówią o 100, a nawet 160 maszynach i ponad 1000 ludzi, co Kurus uznaje za absurd. Wiele unieruchomionych czołgów Niemcy później naprawili.
Dokładnej liczby nie zna nikt i trzeba to powiedzieć wprost. Odpowiedź na pytanie postawione o 6:00 wieczorem jest więc podwójna. Bitwy nie przegrywa ten, kto schodzi z pola, jeśli przeciwnik nie osiąbnął tego, po co przyszedł.
Niemiecka dywizja miała przejść przez osłonę z marszu, a straciła cały dzień i cofnęła się na pozycje wyjściowe. Z punktu widzenia generała Rumla, który wysunął kawalerię pod granicę właśnie po to, by kupić czas, brygada zrobiła więcej niż od niej oczekiwano. Ale ten zysk mierzy się w dobach, nie w
tygodniach. Spór dotyczy także tego, kto właściwie wygrał. Polscy badacze mówią o taktycznym zwycięstwie. Dywizja pancerna nie wykonała zadania dnia, a linia kolejowa pozostała w polskich rękach do wieczora. Forczyk widzi w tym taktyczny sukces niemiecki, bo wieczorem wsie
przed nasypem są zajęte, a brygada musi odejść, choć przyznaje, że niemieckie dowodzenie było tego dnia słabe. Obie oceny opierają się na tych samych faktach. Różnią się tym, co uznają za miarę zwycięstwa. Tego wieczoru obaj dowódcy tracą swobodę wyboru. Reinhard
musi zatrzymać dywizję, której cały plan opierał się na tempie. Filipowicz musi opuścić linię, którą utrzymał, bo zdecydowało o tym nie natarcie na jego pozycję, lecz miasteczko kilka kilometrów dalej, którego nie bronił.
Nad mokrą rozlega się dźwięk dzwonu. Poświęcono go w 2002 roku, a ufundowali go niemieccy weterani, ludzie z tej strony, która 1 września 1939 roku nacierała na tę wsie. Pole jest dziś ciche. Wiatr przesuwa się po
ściernisku, pachnie suchą trawą i rozgrzanym tłuczniem, a co jakiś czas po nasypie przetacza się pociąg towarowy z węglem i szyny długo jeszcze drżą po jego przejeździe. Kilka kilometrów dalej w Miedźnie leży zbiorowa mogiła Ułanów.
Ten sam nasyp, który dziś niesie pociągi, przez jeden dzień decydował o losie dywizji pancernej. A jednak świat zapamiętał z września coś zupełnie innego. Ułana z szablą przed czołgiem. Tego rozdźwięku nie da się wyjaśnić samym przypadkiem. Pod mokrą wydarzyło się wszystko, czego legenda nie zawiera,
a nie wydarzyło się to, co legenda opowiada. Z perspektywy całego dnia mechanizm tego starcia daje się złożyć w jedną całość. Dwumetrowy nasyp magistrali węglowej zostawiał czołgom tylko kilka przejazdów: przepusty i wiadukt. W tych miejscach czekały na nie karabiny przeciwpancerne i małe armaty,
które przebijały cienki pancerz lekkich maszyn oraz działa artylerii konnej strzelające na wprost. Po tym samym nasypie jeździł pociąg pancerny śmiały i pojawiał się tam, gdzie obrona zaczynała pękać. Niemieckie dowództwo samo dopełniło tego układu wprowadzając bataliony pojedynczo i bez piechoty,
która przyszła za późno. Ten mechanizm zatrzymał jednak dywizję tylko na dobę. Tydzień po bitwie, 8 września czwarta dywizja pancerna generała Reinharta staje już na przedpolach Warszawy, gdzie jej natarcie na ochotę zostaje odparte.
Pod koniec października Reinhard dostaje krzyż rycerski za całą kampanię polską. Brygada dała z siebie więcej niż zakładał plan, ale na innych odcinkach niemieckie dywizje przechodziły tam, gdzie nie było ani takiej przeszkody, ani obrońców, którzy zdążyliby zająć pozycję. Kawaleryjska zasłona mogła
kupić czas. Nie mogła zmienić rachunku całej kampanii. Decyzja generała Rumla, by wysunąć kawalerię daleko przed piechotę, broni się więc w skali jednego dnia i jednego odcinka. Brygada kupiła dobę, o którą chodziło i zapłaciła za nią setkami ludzi. Ale zasłona działa
tylko tam, gdzie stoi, a granica jest długa. Wystarczyła jedna dywizja pancerna idąca kilka kilometrów obok przez Kłobuck, by ta doba się skończyła. Wołyńskie półki wykonały swoje zadanie, a mimo to wynik kampanii zapadał gdzie indziej. 4 września w Częstochowie ponad
20 km od mokrej żołnierze armii niemieckiej mordują co najmniej 230 cywilów a według innych badań ofiar jest znacznie więcej 17 września na wschodnie ziemie Polski wkracza Armia Czerwona Pociąg Śmiały uszkodzony w kolejnych walkach dociera aż do Lwowa i 22
września zostaje tam porzucony i przejęty przez wojska Związku Radzieckiego. Losy ludzi spod mokrej rozchodzą się równie gwałtownie. Podpułkownik Józef Zygmunt Pędkowski, który 1 września trzymał wołyńskich UAN wysuniętej pozycji do ostatniej chwili, trafia do niewoli radzieckiej. Wiosną
1940 roku zostaje zamordowany w Charkowie przez radziecką policję polityczną i jest jedną z ofiar zbrodni katyńskiej. Pułkownik Julian Filipowicz, dowódca, który wybrał nasyp pod mokrą, dwukrotnie ucieka z niemieckich więzień i działa w konspiracji w Armii Krajowej.
Umiera w Otwocku w sierpniu 1945 roku, a w 2019 roku zostaje pośmiertnie mianowany generałem dywizji. Tymczasem legenda żyje własnym życiem. Indro Montanelli, włoski korespondent, którego relacja z 12 września rozpoczęła prasową
karierę tej opowieści, pisał o Krojantach, nie o mokrej. Spod Krojant przez reportaż i niemiecki film fabularny obraz szarży na czołgi przechodzi do powojennej pamięci. W 1959 roku wraca na ekran wlotnie Andrzeja Wajdy, reżysera, w którego w filmie
Ułani tną szablami lufy czołgów. Trafia do książek i podręczników na całym świecie. Tym razem nie jako szyderstwo, lecz jako symbol romantycznej ofiary. Juliusz Tym, który wraz ze współautorem odtworzył przebieg bitwy na podstawie niemieckich archiwów, przypomina, że legendę o szarży z szablami na czołgi
stworzyli dla celów propagandowych Niemcy. Mokra przez dziesięciolecia żyła tymczasem w monografiach, w pułkowych historiach spisanych na emigracji i w pamięci okolicznych wsi. Dziś pisze się o niej inaczej. Andrzej Wesołowski, historyk wojskowości, podkreśla, że
chwała tego boju nie przyszła za sprawą spektakularnych szarż, lecz dzięki upartej obronie. Od 1975 roku przy drodze stoi pomnik. Od 2010 roku działa izba pamięci, a nad wsią wisi dzwon ufundowany przez dawnych przeciwników. W rocznicę bitwy
przyjeżdżają tu ludzie, którzy chcą zobaczyć to miejsce na własne oczy, a pole, przez które szły czołgi, znów jest zwykłym polem między lasem a torami. Właśnie tu leży odpowiedź na pytanie, dlaczego świat zapamiętał szable, a nie nasyp. Obraz powstał w propagandzie
zwycięzcy września. Był prosty i łatwy do sfotografowania, a potem przejmowały go kolejne opowieści. Każda dla własnych celów. Nasypu nie da się pokazać w jednym kadrze, a celowniczy przy małej armacie nie nadaje się na plakat. Kadr z pierwszych minut tej opowieści można
więc zastąpić innym. Uan leży na nasypie z długim karabinem przeciwpancernym. Przed nim dymi lekki czołg, a za jego plecami po szynach nadjeżdża pociąg pancerny. Na koniec chcę postawić was na miejscu jednego człowieka. Jest 6:00 wieczorem 1 września. Jesteście
pułkownikiem Filipowiczem. Nasyp trzyma. Czołgi się wycofały, ale meldunek mówi, że Kłobuck za waszym lewym skrzydłem jest w rękach niemieckich, a do zmroku zostaje pół godziny. Zostajecie na linii, którą obroniliście, czy wyprowadzacie brygadę nocą, oddając pozycję, której przeciwnik nie zdobył?
Napiszcie w komentarzu, co byście zrobili. Dziękuję, że byliście ze mną do końca. Nazywam się Marek Wroński. A jeśli ten odcinek pomógł wam zobaczyć wrzesień bez legendy, zostawcie łapkę w górę i zasubskrybujcie kanał. Do zobaczenia.