Uncategorized

DROGA NA SYBERIĘ: CZEMU CAŁE POLSKIE RODZINY ZNIKNĘŁY W 1940 ROKU?

10 lutego 1940 roku, godzina 4:00 rano, temperatura -40 stopni. Do drzwi domu rodziny Danuty Piekarskiej w niewielkiej wsi Pod Pińskiem puka funkcjonariusz NKWD z karabinem. Ma jeden rozkaz, 30 minut na spakowanie się. Dokąd? Na wieczne osiedlenie, jak mówi sowiecki protokół. W praktyce wywózka na północ i wschód ZSRR. Danuta ma 12 lat.

Jej ojciec leśniczy został aresztowany miesiąc wcześniej jako polski urzędnik. Teraz rodzina, matka, troje dzieci zostaje wyrwana ze snu i wrzucona w decyzję, która zadecyduje o życiu albo śmierci. Co zabrać, gdy masz pół godziny i nie wiesz, czy kiedykolwiek wrócisz. To nie była izolowana akcja. 10 lutego 1940 roku sowieckie służby deportowały około 140 000 obywateli polskich, głównie osadników wojskowych, którzy dostali ziemię od państwa polskiego za służbę w wojsku oraz leśników z rodzinami. Dla NKWD byli potencjalnym

zagrożeniem, wrogami ludu. Dla siebie zwykłymi obywatelami, którzy zasnęli w swoich domach. Obudzili się jako aresztanci. Matka Danuty podejmuje pierwszą decyzję. Maszyna do szycia. Waży kilkadziesiąt kilogramów, trzeba ją nieść. Konwojent kiwa głową, można. Potem koce ile się da. Chleb, salo, słoik miodu. Ubrania na zmianę.

Funkcjonariusz zagląda do worka, wyciąga coś metalowego. Może narzędzie, może rodzinny pamiątkowy przedmiot i rzuca na podłogę. zabronione. Danuta patrzy na swoje lalki, na obrazy na ścianie, na piec, który jeszcze godzinę temu dawał ciepło. Zostają. 30 minut to czas, w którym nie myślisz o przyszłości. Działasz instynktownie.

Matka Danuty wie jedno. Jeśli jadą w nieznane, potrzebują ciepła i sposobu na zarobek. Maszyna może dać pracę, koce mogą uratować przed zamarznięciem. Chleb wystarcza na kilka dni, ale co potem? Nie wie. Nikt nie wie. Drzwi domu zamykają się za nimi na zawsze. Na podwórku stoi kilkanaście innych rodzin z sąsiednich zagród, z tymi samymi workami, kocami, przerażonymi dziećmi.

Wywózkę prowadzi się metodycznie. Jedna wieś, jedna noc, pełen pociąg. Sowieci zbierają ludzi jak towar. Liczą głowy, sprawdzają listy, pakują na furmanki. Pierwszy przystanek, stacja kolejowa. Tam czeka towarowy skład. Bydlence wagony bez okien, bez pieców, bez prycz. Temperatura na zewnątrz wciąż spada.

W środku nie będzie pieca, a mróz szybko przeniknie przez drewniane ściany. Danuta i jej rodzina wchodzą do wagonu, który mieści 50 osób. Nie ma miejsc siedzących. Każdy stara się zająć kąt przy ścianie, żeby mieć oparcie. Ktoś rozpina koc i próbuje zawiesić go jak kurtyną, żeby odgrodzić kawałek przestrzeni.

Ktoś inny wyciąga prowiand i liczy na ile dni starczy. Drzwi wagonu zatrzaskują się z zewnątrz. Słychać szczękamka. Od teraz decyzję podejmuje ktoś inny. Co dalej? Jazda, ale niezwykła podróż. To będzie transport, który potrwa tygodnie, zatrzyma się dziesiątki razy, przewiezie tysiące ludzi przez Rosję w stronę miejsc, których nazwy nic nie mówią.

Archangielsk, Komi, Kazachstan. W wagonie, gdzie każdy oddech zamienia się w parę, a każda noc to walka o przetrwanie do rana, zaczyna się nowa rzeczywistość. Zasady są proste. Jeśli zabrałeś coś użytecznego, masz szansę. Jeśli nie, zostaje tylko ciało i szczęście. Maszyna do szycia matki Danuty waży może 30 kg.

zajmuje miejsce, ale za kilka tygodni okaże się, że jest warta więcej niż złoto. Wagon nie ma okien, tylko wąskie szczeliny między deskami, przez które wciąga się mróz i widać kawałki pejzażu. Najpierw to jeszcze stacje, sygnały, ludzie na peronach, potem coraz rzadziej, potem las, pola śniegu, znowu las. Transport idzie na wschód i nikt nie mówi dokąd dokładnie. Danuta wie tylko tyle.

Każda godzina jazdy to kolejne kilometry od domu, który już nie istnieje. Pociąg zatrzymuje się raz na dobę, czasem rzadziej. Wtedy otwierają drzwi na kilka minut. Trzeba zdążyć wynieść wiadro z fekaliami, zaczerpnąć wody, odebrać pajdę chleba. Kto nie zdążył, czeka do następnego postoju, a to może być 20 godzin. W wagonie 50 osób, jedno wiadro.

Żadnej prywatności. Każdy wie, kiedy ktoś załatwia potrzebę, bo dźwięk odbija się od drewnianych ścian. Po tygodniu nikt już nie zwraca na to uwagi. Najgorsze są noce. Temperatura w wagonie spada poniżej zera. Ludzie kładą się jeden przy drugim, żeby nie zmarzać. Dzieci śpią w środku, dorośli na zewnątrz.

Ktoś przyniósł piecyk burżujkę, ale drewna starczyło na trzy dni. Potem został tylko zimny metal. Matka Danuty próbuje ogrzać córkę swoim ciałem. Danuta czuje jak matka drży, ale nie mówi, że sama ma gorączkę. Jeśli się przyznasz do choroby, zostaniesz wyładowana na pierwszej stacji, a wtedy już naprawdę nie ma powrotu.

Woda jest problemem większym niż jedzenie. Na postoju dają czasem kubek na osobę, czasem nic. Ludzie zbierają śnieg, który wciąga się przez szczeliny i topią go ciepłem własnych rąk. Jeden kubek śniegu daje tylko trochę wody. Dziecko płacze, bo chce pić. Matka daje mu stopiony śnieg. Śnieg ma smak sadzy i węgla, ale jest mokry. To wystarcza.

Ktoś w wagonie ma zapałki, ktoś inny ma słoninę. Wymieniają się. Nie ma pieniędzy, są rzeczy. Zapałka za łyżkę kaszy, sznurowadło za kromkę chleba. Maszyna do szycia Matki Danuty zajmuje miejsce, ale nikt nie próbuje jej zabrać, bo każdy wie, że jak dojadą na miejsce, ta maszyna będzie jedynym źródłem zarobku, jeśli w ogóle tam coś jest.

Po dwóch tygodniach pociąg zwalnia. Ludzie w wagonie myślą, że to kolejny postój, ale tym razem pociąg staje na dłużej. Słychać krzyki po rosyjsku, trzask drzwi. Ktoś mówi wysiadać. Danuta wystawia głowę przez szczelinę. Nie widzi miasta. Nie widzi stacji, widzi tylko biel, las, śnieg i drewniane baraki. W środku niczego.

Tam gdzie mapy nie pokazują wsi, gdzie temperatura spada do -40, gdzie najbliższe miasto jest trzy dni drogi, tam będą żyć. To nie wygląda jak obóz. Nie ma drutu kolczastego, nie ma wież strażniczych. Są tylko baraki i tablica z napisem spec posiełok numer 34. Ludzie pytają, gdzie jest ogrodzenie? Jeden z konwojentów pokazuje ręką las.

Oto ogrodzenie. Mówi: “Najbliższa wieś jest 100 km stąd. Najbliższe miasto tr dni drogi. Temperatura spada do -40. Jeśli uciekniesz, las cię zabije. Nie musisz być pilnowany, kiedy natura robi to za strażników. Komendant przydziela baraki. Jedna izba na cztery rodziny. W środku drewniane prycze, piec i okno bez szyby.

Na ścianach lód. Matka Danuty rozpala ogień, ale dym nie wychodzi przez komin. Coś go zatyka. Ludzie kaszlą, płaczą, ale ognia nie gaszą, bo bez niego zamarzną w ciągu godziny. Ktoś znajduje patyk, wchodzi na dach, przeczyści komin. Dym wreszcie wychodzi. To pierwsza lekcja. Tu albo działasz, albo umierasz. Następnego dnia komendant zbiera wszystkich przed barakiem.

Ma listę i pieczątkę. Mówi: “Kto nie pracuje, ten nie je”. To nie groźba, to regulamin. Każdy dorosły dostaje normę wyrobową. Drzewo trzeba ścinać, kłody trzeba wywozić, plan trzeba wypełnić. Pełna norma oznacza pełny przedział chleba, kaszy i zupy. Za niewykonaną normę przydział jest zmniejszany. Dzieci do 12 lat nie pracują, starcy nie pracują, ale ich przydział trzeba pokryć z rodzinnej puli.

Czyli ci, którzy nie mogą pracować, jedzą z porcji tych, którzy mogą. Rodzina przestaje być wsparciem, staje się obciążeniem. Matka Danuty idzie do komendanta, pyta czy może szyć. ma maszynę. Komendant patrzy na nią jak na wariatkę. Tu drewno się ścina, nie spódnicę, mówi. Ale potem mówi: “Jak komuś coś uszyjesz, to twoja sprawa.

My ci za to nie zapłacimy.” Danuta rozumie: “Praca na normy to jedno, praca na życie to drugie. Jeśli chcesz przeżyć, musisz mieć dwa zajęcia. Ojciec Danuty dostaje siekierę i piłę. Nigdy wcześniej nie ścinał drzew. Był urzędnikiem. Teraz jest drwalem. Idzie do lasu z innymi mężczyznami. Wracają po 10 godzinach. Ojciec ledwo stoi.

Ręce ma w pęcherzach, plecy w bólu. Wypełnił 70% normy. Dostaje 70% pajka. Matka patrzy na kromkę chleba i dzieli ją na pięć części. Dla siebie zostawia najmniejszą. Brat Danuty ma 5 lat. Płacze, że jest głodny. Ojciec oddaje mu swoją część. Matka syczy. Jak ty przestaniesz jeść, nie będziesz mógł pracować, a jak nie będziesz pracować, wszyscy zdechniemy.

To jest ekonomia spec posiełka. Nie liczą się uczucia. Liczy się norma, pajka i siła. Kto jest słaby, ten zjada zapas rodziny. Kto jest silny, ten go tworzy. Dzieci i starcy nie są przyszłością. Są długiem, który spłaca się chlebem. Pierwszy miesiąc umiera 10 osób. Nie od głodu, od zimna, od wypadków, od wycieńczenia.

Jednego przygniatło drzewo, inny zamarznął w baraku, bo nie miał sił napalić w piecu. Komendant każe zakopać ich za lasem. Nie ma księdza, nie ma ceremonii. Jest dziura w zmarzniętej ziemi i drewniana tabliczka. Danuta patrzy i myśli, ile czasu zostało jej ojcu, ale ojciec nie rezygnuje. Trzeciego tygodnia wypełnia normę w 85%, czwartego w 90.

Uczy się ścinać tak, żeby oszczędzić siły. Uczy się wybierać drzewa, które łatwiej powalić. Uczy się przetrwać, bo tu nie ma miejsca na słabość. Jest tylko praca, norma i kolejny dzień. A za dwa miesiące będzie pierwsza wypłata, jeśli do tego czasu przeżyją. Wypłata ma przyjść za 6 tygodni, ale komendant ogłasza, kto nie wypełni normy, otrzyma zmniejszoną pajkę.

Norma brzmi 3 m s drewna dziennie na osobę. Ojciec Danuty waży 60 kg, siekiera waży półtora. Sosna ma metr średnicy. Trzeba ją ściąć, okorować, pociąć na kłody. i zwieść na skraj lasu, gdzie mierzą bryły. Pierwszego dnia udaje mu się ściąć dwa drzewa, to daje 2,5 m, brakuje pół metra, dostaje 300 g chleba zamiast 400. Drugiego dnia ścina trzy drzewa, ale z wózka zajmuje mu pół dnia, znowu 300 g.

Trzeciego dnia pada deszcz, a potem mróz. Drewno pokrywa się lodem, siekiera ślizga się. Wraca do baraku po 10 godzinach. Ręce ma we krwi. Dostaje 250 g. Danuta idzie z matką i bratem do lasu. Mają pomóc. Brat ma 5 lat. Nie może podnieść kłody. Może tylko odgarnąć gałęzie. Matka ciągnie pień po śniegu. Danuta obkuruje, ojciec ścina.

Razem dają radę zrobić 3 met. Ojciec dzieli 400 g chleba na cztery osoby. Każdy dostaje 100 g. To kawałek grubości dwóch palców. Niektórzy oszukują. Układają kłody luźno, żeby bryła wyglądała na większą. Komendant każe mierzyć ponownie. Kto oszukał, dostaje karę. Tydzień bez płacy i pół pajki przez trzy dni. Jeden mężczyzna mdleje na mrozie po drugiej karze. Umiera tej samej nocy.

Po tej karze nikt z nich nie próbuje oszukiwać drugi raz. Inni szukają drzew, które już przewróciły się same, albo takich, które mają zgniłe podstawy. To oszczędza godzinę pracy. Ale tych drzew jest coraz mniej. Trzeba iść dalej w las. A dalej to dodatkowa godzina marszu w jedną stronę. Ojciec Danuty próbuje tego szóstego tygodnia. Wraca po zmroku.

Ma 3 i pół metra, ale stracił tyle siły, że następnego dnia ledwo unosi siekierę. Danuta widzi jak ludzie zmieniają się w cienie. Mężczyzna, który przyjechał z nimi w jednym wagonie teraz nie może się wyprostować. Kobieta z sąsiedniego baraku ma rozwarstwione paznokcie i sine usta. Dziecko przestało płakać.

Po prostu siedzi i patrzy w ścianę. Matka Danuty szepcze do ojca: “Jeśli tak dalej pójdzie, nie dożyjemy wiosny”. 7 tygodnia komendant wywiesza nowy rozkaz. Kto pracuje w niedzielę, dostaje dodatkowe 50 g chleba. Ojciec idzie do lasu w niedzielę, wraca po ciemku, ma 4 met. Dostaje 50 g ekstra, zjada je od razu. Brat płacze, że też chce.

Ojciec odwraca się do ściany. 8 tygodnia pada śnieg przez trzy dni bez przerwy. Nie można wyjść do lasu. Nie ma pracy, nie ma pajki. Komendant wydaje po 200 g chleba dziennie na osobę z zapasu. To ledwo utrzymuje przy życiu, ale zapas też się kończy. Czwartego dnia śniegu ludzie dostają po 150 g, piątego po 100, szóstego śnieg przestaje padać.

Wszyscy wychodzą do lasu, ale połowa nie ma siły podnieść siekiery. 9 tygodnia przychodzi poczta. Ktoś dostaje list z domu, ktoś inny, paczkę. W paczce jest słonina i suchy chleb. Mężczyzna, który ją dostał, zjada wszystko w ciągu godziny. Nie dzieli się. Drugiego dnia ma biegunkę, trzeciego jest martwy.

Danuta patrzy i rozumie: jedzenie może zabić tak samo jak głód. 10 tygodnia komendant ogłasza, że wypłata będzie mniejsza niż obiecywano. Połowa pójdzie na spłatę transportu, reszta na baraki i narzędzia. Ojciec Danuty dostanie 10 rubli za dwa miesiące. Za te 10 rubli można kupić w kantynie kilogram kaszy albo kawałek mydła albo dwie pary skarpet.

Nie można kupić biletu powrotnego, nie można kupić wolności. 11 tygodnia, pod koniec lutego, przychodzi słuch. Do obozu docierają wiadomości o podziale Polski między Niemcy a Związek Radziecki. Ktoś pyta komendanta, co to znaczy. Komendant odpowiada: Nic. Wy i tak tu zostaniecie. Ale słuch rośnie. Podobno władze radzieckie przygotowują zwolnienie Polaków ze speciełków.

Podobno to kwestia tygodni. Ojciec Danuty nie wierzy, ale zaczyna jeść całą swoją pajkę. zaczyna oszczędzać siły, bo jeśli słuch okaże się prawdą, będzie musiał iść. W połowie sierpnia 1941 roku komendant posiełka wywiesza kartkę na drzwiach baraku. Ktoś czyta na głos: “Amnestia. Polscy obywatele są objęci amnestią. Mogą opuścić posiołek.

Ojciec Danuty słucha i nie rozumie. Jeszcze wczoraj komendant mówił, że zostaniecie tu do końca wojny. Dziś mówi: “Jesteście wolni”. Ktoś pyta dokąd manyy iść komendant wzrusza ramionami. To wasza sprawa. Nie ma biletów, nie ma transportu, nie ma listy miejsc, gdzie można się zgłosić. Jest tylko kartka z podpisem i pieczątką.

Armia polska formuje się gdzieś na południu, podobno w Uzbekistanie, ale nikt nie wie jak się tam dostać, ani ile to kosztuje, ani co zrobić, jeśli droga zajmie trzy tygodnie, a pieniędzy starczy na 5 dni. Drugi dzień po ogłoszeniu amnestii rodzina Danuty pakuje dobytek. Kołdra, koszula, kawałek mydła. Dwie konserwy, które ojciec oszczędzał na wypadek choroby.

Wszystko zmieści się w jednym worku. Danuta patrzy na baraki i las wokół. Spędziła tu 15 miesięcy. Teraz ma prawo wyjść, ale nie ma dokąd. Trzeciego dnia ojciec idzie do komendanta i pyta o pociąg. Komendant odpowiada, że najbliższa stacja jest 120 km na zachód. Można tam dojść pieszo, można spróbować złapać ciężarówkę, można czekać na konwój, który jedzie raz na dwa tygodnie.

Ale konwój wozi drewno, nie ludzi. Ojciec wychodzi bez odpowiedzi. Czwartego dnia zaczynają iść ojciec, matka, Danuta, młodszy brat. Droga prowadzi przez las, po godzinie znika. zostają koleiny. Ojciec mówi, że trzeba trzymać się kolein, bo las nie ma końca. Danuta niesie worek. Po trzech godzinach worek jest cięższy niż rano.

Po pięciu godzinach ojciec każe zostawić kołdrę. Matka płacze. Ojciec mówi: “Albo kołdra, albo dojdziemy.” Szóstego dnia docierają do wioski. Wioska ma 20 domów i sklep. W sklepie można kupić chleb i kaszę. Za pół bochenka trzeba zapłacić 2 ruble. Ojciec ma 7 rubli. Kupuje pół bochenka i litr mleka.

Mleko jest dla dzieci, chleb dla wszystkich. Pyta w sklepie czy jest ciężarówka na stację. Kobieta za ladą mówi, że w przyszłym tygodniu może. Siódmego dnia spotykają innych Polaków. Trzy rodziny idą w tym samym kierunku. Mówią, że na stacji są pociągi, ale bilety kosztują 30 rubli od osoby do Taszkiętu. Ojciec Danuty liczy w głowie, ma 7 rubli, potrzebuje 120.

Ktoś mówi, że można jechać na dachu wagonu za darmo, ale to nielegalne. Strażnicy mogą zrzucić w biegu. Ósmego dnia dochodzą do stacji. Stacja to peron, kasa i magazyn. Na peronie stoją ludzie, może 100 osób. Wszyscy Polacy, wszyscy czekają na pociąg na południe. Kasa jest zamknięta, magazyn pilnuje żołnierz.

Ojciec pyta, kiedy przyjedzie pociąg. Ktoś odpowiada: Jutro albo pojutrze albo w przyszłym tygodniu, nikt nie wie. Dziewiątego dnia pociąg przyjeżdża długi, towarowy. Ludzie zaczynają się wspinać na dachy wagonów. Ojciec Danuty bierze córkę na ręce i podnosi ją w górę. Ktoś pomaga z góry. Danuta wdrapuje się na dach. Potem matka, potem brat, na końcu ojciec.

Wagon rusza, zanim wszyscy się usadowią. Ktoś upuszcza worek. Worek zostaje na peronie. Nikt nie wraca. Dach wagonu jest metalowy i gorący od słońca. Danuta siada i trzyma się krawędzi. Pociąg nabiera prędkości. Wiatr jest zimny mimo lata. Matka mówi: “Nie zasypiaj, jak zaśniesz, spadniesz”. Danuta kiwa głową, wie, że to prawda. Widzi jak ludzie na innych wagonach trzymają się kurczowo.

Jeden mężczyzna wiąże się pasem do rury na dachu. Ojciec patrzy i robi to samo. 11 dnia pociąg staje w stepie. Nie ma stacji, nie ma wody. Ludzie schodzą i szukają strumienia. Ktoś mówi, że woda jest 5 km w prawo, ktoś inny, że w lewo. Ojciec zostaje przy wagonie. Mówi: “Jak pociąg ruszy, nie dogonimy.” Danuta ma suchość w ustach, ale rozumie.

Pociąg stoi dwie godziny, potem rusza bez ostrzeżenia. Ludzie, którzy poszli po wodę zostają w stepie. Danuta ogląda się i widzi, jak biegną. Jeden mężczyzna prawie dogania. Prawie. Pociąg przyspiesza. Mężczyzna zatrzymuje się i klęka. Danuta odwraca wzrok. 13 dnia docierają do miasta. Miasto nazywa się Czkałow.

Jest tam stacja, kasa i kontrola. Żołnierz sprawdza dokumenty. Ojciec pokazuje zaświadczenie o amnestii. Żołnierz czyta i oddaje. Mówi dalej na południe do buzu łuku. Tam formuje się polska armia. Ojciec pyta, gdzie kupić bilet? Żołnierz wzrusza ramionami. Nie wiem. Bilety są albo nie ma. Jutro sprawdzisz. Ale jutro nie czekają.

Wsiadają na następny pociąg. Znowu na dach. Znowu bez biletu. Pociąg jedzie dwa dni, potem trzy. Danuta traci rachubę. Wie tylko, że jest południe, że jest gorąco i że matka przestała mówić. Siedzi i patrzy w dal. Ojciec trzyma ją za rękę. Któregoś dnia mijają inne pociągi towarowe, pełne ludzi na dachach.

Wszyscy jadą na południe, wszyscy szukają polskiej armii. Danuta patrzy i myśli: “Ilu nas jest? 1000, 10 000? Każdy wagon to 100 osób, każdy pociąg to 1000. Każdy dzień to nowy pociąg. A potem myśli: “Ilu nie dojedzie?” Ojciec liczy pieniądze. Zostało 20 rubli. Za 10 można kupić chleb na tydzień albo bilet do Taszkiętu dla jednego. Danuta patrzy jak ojciec wstaje i idzie do kasy. Wraca po pół godzinie.

trzyma trzy bilety. Mówi: “Sprzedałem zegarek”. To był zegarek dziadka. Jedyna rzecz, którą udało się wywieźć z domu. Danuta pyta: “Ile dostałeś?” Ojciec odpowiada: “Wystarczyło.” Pociąg odjeżdża o 4:00 nad ranem. Wagon towarowy. Ludzie wsiadają przez boczne drzwi. Nie ma kolejki. Jest przepychanka.

Kobieta z dzieckiem wpada do środka. Ktoś krzyczy, ktoś pcha. Danuta trzyma się ojca, ojciec trzyma matkę. Wsiadają. W środku jest już 50 osób, może 60. Wagon jest dla 40. Nikt nie liczy. Drzwi zamykają się, pociąg rusza. Przez pierwsze trzy dni ludzie jeszcze rozmawiają, pytają się nawzajem, dokąd jedziesz.

Wszyscy jadą na południe do Taszkiętu, do Aszhabadu, do Krasnowodza, wszędzie tam, gdzie słyszeli o polskiej armii. Ojciec pokazuje Danucie mapę, którą dostał na stacji. Mówi: “Armia formuje się w Uzbekistanie. Generał Anders zbiera ludzi. Jak dojedziemy, zapisze się”. Danuta pyta: “A my?” Ojciec odpowiada: “Ty i mama zostaniecie w obozie.

Będziecie miały co jeść, będzie bezpieczniej”. Czwartego dnia ktoś zaczyna się drapać, potem ktoś inny. Piątego dnia Danuta też się drapie. Matka sprawdza jej włosy, mówi: “Wszy”. Ojciec milczy. Wszyscy mają wszy. Wagon jest za ciasny, żeby się od nich uwolnić. Danuta próbuje nie dotykać głowy, nie wychodzi. Szóstego dnia mężczyzna w kącie zaczyna się trząść, ma gorączkę.

Ktoś mówi: “To tyfus”. Wagon milknie. Wszyscy wiedzą, co to znaczy. Tyfus plamisty, przenoszony przez wszy. Nieleczony może zabić co trzecią zakażoną osobę, a wszyscy mają wszy. Ósmego dnia mężczyzna w kącie umiera. Pociąg akurat stoi na stacji. Ciało wynoszą na peron. Nikt nie pyta o nazwisko, nikt nie zapisuje. Drzwi zamykają się, pociąg jedzie dalej.

Danuta ma gorączkę 10 dnia. Nie mówi ojcu. Boi się, że każe jej wysiąść. Pije wodę i siedzi cicho. Matka patrzy na nią i wie. kładzie rękę na jej czole. Jest gorący. Matka wyjmuje z torby ostatnią koszulę, mokrzy ją wodą i przykłada do czoła Danuti. Mówi: “Wytrzymaj, już niedługo.” 11 dnia umiera kobieta z dzieckiem.

To ta sama, która wpadła pierwsza do wagonu. Dziecko płacze. Ktoś bierze je na ręce. Kobieta zostaje na peronie w miejscu, którego nazwa brzmi jak kaszel. 13 dnia pociąg zwania. Ktoś mówi: “Taszkięt”. Danuta otwiera oczy. Gorączka trochę spadła. Ojciec pomaga jej wstać. Matka podtrzymuje z drugiej strony. Drzwi otwierają się.

Ludzie wysiadają powoli, jeden po drugim. Danuta staje na peronie i patrzy. Jest słońce, jest upał i są ludzie w mundurach, polskich mundurach. Ojciec mówi: “Widzisz, dojechaliśmy”. Ale wagon, który przyjechał dzień wcześniej, stoi na bocznym torze. Jest pusty. Obok leży 12 ciał pod brezentem. Danuta patrzy i liczy.

12 z 60. co piąta osoba. Wszyscy mieli bilety, wszyscy byli wolni i wszyscy umarli w drodze do armii, która miała ich uratować. Żołnierz w polskim mundurze podchodzi do ojca, pyta: “Skąd jedziecie?” Ojciec odpowiada: “Z Kazachstanu, z osady specjalnej”. Żołnierz kiwa głową, mówi: “Rejestracja jest tam, potem obóz, jedzenie i kwarantanna”.

Słowo kwarantanna brzmi jak obietnica. Danuta idzie za ojcem, matka idzie obok, wszyscy troje żyją. Na razie to wystarczy, ale to dopiero początek drogi. Armia jest, mundury są. Tylko jedzenia wciąż nie ma tyle, ile potrzeba, a ludzi przybywa każdego dnia. Tysiące, dziesiątki tysięcy. I każdy pociąg przywozi tylko nadzieję, przywozi też kolejne ciała.

Danuta stoi w kolejce do rejestracji. Przed nią ludzie w łachmanach, za nią ojciec i matka. Wszyscy chudzi, wszyscy brudni, wszyscy żywi. Żołnierz w polskim mundurze sprawdza nazwiska i zapisuje dane. Pyta o wiek. Ojciec mówi 42. Matka mówi 40. Danuta mówi 15. Żołnierz patrzy na nią. Waży może 30 kg.

Wygląda na 12 lat, ale wpisuje 15. dostają kartki z numerem bloku. Ojciec idzie do jednego baraku, matka i Danuta do drugiego. Kobiety osobno, mężczyźni osobno. To wojskowy porządek. Danuta wchodzi do baraku. Jest tam 50 kobiet. Leżą na pryczach. Część śpi, część patrzy w sufit. Matka kładzie się na dolnej pryczy.

Danuta wspina się na górną i po raz pierwszy od tygodni wie, że nikt nie wejdzie w nocy, że nikt nie zabierze jej miejsca, że drzwi są otwarte, ale może zostać. Rano słyszy gwizdek, wychodzi na plac. Stoi tam 200 mężczyzn i 100 kobiet. Wszyscy w łachmanach. Wszyscy patrzą na oficera w czystym mundurze. Oficer mówi: “Jesteście w armii polskiej”.

Dostaniecie mundury, jedzenie i przeszkolenie. Ale najpierw lekarz. Danuta patrzy na ojca. Ojciec kiwa głową, to znaczy wytrzymaj jeszcze trochę. Kolejka do lekarza ciągnie się trzy godziny. Danuta stoi i czeka. Przed nią kobieta zemdlała. Podnoszą ją, kładą na bok. Lekarz bada dalej. Danuta wchodzi do namiotu.

Lekarz każe jej stanąć na wadze, 32 kg. Lekarz pyta: “Ile masz lat?” Danuta mówi: 15. Lekarz patrzy na nią i milczy. Potem pisze: “Nadaje się”. Danuta wychodzi, ma papier, ma zgodę. może zostać w armii. Dostaje mundur wojskowy, za duży. Rękawy zwisają poniżej dłoni. Spodnie trzeba podwinąć dwa razy, ale to mundur.

Danuta zakłada go i patrzy w lustro. Widzi żołnierza wychudzonego, małego, ale żołnierza. Wieczorem wydają jedzenie. Wojskowa porcja. Puszka mięsa, herbatniki, dżem, herbata. Danuta otwiera puszkę. Jest tam prawdziwe mięso. Nie kasza, nie zupa strawy, mięso. Je powoli. Każdy kę to dowód, że się udało, że są po właściwej stronie, że ktoś o nich pamięta.

Ale jednocześnie obok baraku stoi grupa ludzi bez mundurów. Czekają. Przyszli dzień wcześniej. Rejestracja się skończyła. Limit miejsc wyczerpany. Nie ma dla nich ani munduru, ani pryczy, ani obietnicy. Mają tylko kartki z napisem: “Oczekuje na transport”. Dokąd? Nikt nie mówi. Danuta patrzy na nich przez okno.

Wie, że to tylko kwestia szczęścia. Tydzień wcześniej ona by tam stała. Trening zaczyna się następnego dnia. Musztra, śpiew, marsze. Danuta ledwo stoi na nogach, ale stoi. Ojciec maszeruje w innej kolumnie. Czasem się widzą, czasem wymieniają spojrzenia. To wystarczy. Kilka tygodni później przychodzi rozkaz. Armia ewakuuje się z ZSRR.

Danuta słyszy to na apelu. Oficer mówi: “Idziemy do Persji, stamtąd dalej na wojnę”. Danuta nie wie gdzie jest Persja, ale wie jedno. Jedzie dalej od Syberii, od głodu, od śmierci. Pakują ekwipunek, wsiadają do ciężarówek, jadą na południe do portu Krasnowodzk. Tam czekają statki duże, stalowe. Danuta patrzy na morze. Nigdy go nie widziała.

Teraz ma je przepłynąć w mundurze z armią, z ojcem i matką obok. Ale zanim wejdzie na pokład, widzi jeszcze jeden transport cywilny. Ludzie bez mundurów, kobiety z dziećmi, czekają na inny statek. Wolniejszy, mniejszy. Może popłynie, a może nie. Denuta wie, że to mogła być ona. Gdyby spóźniła się o tydzień, gdyby lekarz napisał: “Nie nadaje się”.

Wchodzi po trapie, ostatni raz patrzy na brzeg. To koniec jej pobytu w ZSR. Początek czegoś nowego, ale jeszcze nie wolność. Jeszcze nie dom, tylko kolejna granica do przekroczenia. Statek jest przeklęty. Danuta wie to już w chwili, kiedy wchodzi po trapie. To nie liniowiec, to tankowiec. Stary radziecki tankowiec, który jeszcze tydzień temu woził ropę, teraz wozi ludzi. Kilka tysięcy ludzi.

Na pokładzie, który był projektowany dla 30 marynarzy. Nie ma kabin, nie ma koi. Są tylko pokłady metalowe, gorące od słońca, zimne od wiatru. Ludzie kładą się gdzie się da. Na rufie, na dziobie, przy kominach. Danuta znajduje miejsce przy burcie, obok matka. Kilka metrów dalej ojciec z innymi żołnierzami. Wokół setki innych.

Wszyscy w mundurach. Wszyscy wyczerpani. Wszyscy patrzą na brzeg. Statek odpływa wieczorem. Silnik dudni. Komin wypluwa czarny dym. Danuta trzyma się barierki. Patrzy jak porty Krasnowod znika w ciemnościach. To koniec. Naprawdę koniec. Już nie wrócą. Może Kaspijskie to granica, po drugiej stronie jest Persja, brytyjska strefa wpływów, nie radziecka.

Ale może to nie linia na mapie, to żywioł. Już pierwszej nocy zaczyna się sztorm. Fale biją w burtę, statek kołysze się jak pijany. Ludzie trzymają się czego mogą. Wielu wymiotuje. Danuta też. Żołądek pusty, ale organizm i tak próbuje się wyrzucić. Matka kładzie jej dłoń na plecach, nie mówi nic, bo co tu powiedzieć? Ktoś krzyczy, żeby zejść z pokładu, ale dokąd? Do ładowni.

Tam jest jeszcze gorzej. Smród, ciemność, brak powietrza. Danuta zostaje na górze. Lepiej wymiotować na wietrze niż dusić się w metalowej puszce. Drugiego dnia ktoś wyrzuca pieniądze, radzieckie ruble, garść banknotów leci za burtę, potem kolejna i kolejna. Ludzie wyciągają portfele, dokumenty, legitymację.

Wszystko co ma radziecki napis, wszystko co wiąże ich z ZSRRem i wyrzucają do morza. Danuta patrzy jak banknoty tańczą na falach. Przez chwilę pływają, potem toną, znikają jak tamto życie. Ojciec podchodzi do burty, wyjmuje swoją legitymację partyjną, tę, którą dostał w Polsce przed wojną, kiedy jeszcze wierzył w coś.

Teraz trzyma ją w dłoni, patrzy, potem rzuca. Danuta widzi jak kartka ląduje na wodzie. Przez moment jest widoczna. Czerwona okładka, sierp i młot. Potem fala ją zabiera. Matka nie wyrzuca nic, bo nie ma czego. Wszystko zostało w Kazachstanie. albo jeszcze wcześniej w domu pod Wilnem. Teraz ma tylko mundur i córkę obok. Trzeciego dnia widać brzeg.

Danuta staje na palcach. Tam niska linia lądu, góry w tle. To Persja, Iran, inny świat. Statek zwalnia, wchodzi do portu Pachlawi. Widać przystań, baraki, namioty ludzi w brytyjskich mundurach. Danuta czuje coś dziwnego. To nie radość. Jeszcze nie. To ulga fizyczna, przytłaczająca ulga. Jakby ktoś zdejmował kamień z klatki piersiowej. Już nie popłyną z powrotem.

Już nie zawrócą do Krasnowodzka. Już nie wrócą do ZSRR. Trap opuszcza się z trzaskiem. Ludzie schodzą powoli. Krok za krokiem. Danuta patrzy pod nogi. Deski trapu, potem beton, potem piasek. Irański piasek. Stopa na brzegu. Pierwsza stopa poza ZSRR od prawie dwóch lat. Brytyjscy żołnierze krzyczą coś po angielsku.

Pokazują rękami tamtędy, do namiotów, do dezynfekcji. Danuta idzie, matka obok, ojciec z tyłu. Wszyscy w jednym kierunku, do bram, przez które wchodzi się do nowego świata. Ale najpierw trzeba przejść przez kwarantannę. Danuta stoi w kolejce do namiotu. Brytyjscy żołnierze krzyczą: “Rozbierajcie się, oddajcie ubrania.

Wszystko idzie do spalenia”. Matka patrzy na mundur. To jedyne co ma, ale rozkaz to rozkaz. Danuta zdejmuje kurtkę, spodnie, bluzkę. Stoi naga w irańskim powietrzu. Po raz pierwszy od miesięcy czuje ciepło na skórze. Dostają mydło. Prawdziwe mydło. Nie piasek, nie popiół. Mydło, które pachnie. Danuta myje ręce, twarz, włosy.

Woda spływa brudna, ciemna. Zmywa Kazachstan. Zmywa pył z wagonu, zmywa zapach baraku. Potem dają czyste ubrania, brytyjskie uniformy. Danuta zakłada spódnicę, bluzkę. Czuje się jak człowiek. Następny namiot jedzenie. Na stole leżą bochenki białego chleba. masło, ser, konserwy mięsne. Danuta patrzy i nie wierzy.

To jedzenie, o którym śniła przez 2 lata. W Kazachstanie, w wagonie, na statku. Teraz stoi na wyciągnięcie lęki. Bierze kromkę chleba. Smaruje masłem gęsto, zjada szybko, bierze drugą, trzecią. Masło spływa po brodzie. Jest słodkie, tłuste, cudownie ciężkie w ustach. Danuta czuje jak żołądek wypełnia się po raz pierwszy od miesięcy.

Nie ziarnem, nie wodą, prawdziwym jedzeniem. Ale po godzinie zaczyna się ból, ostry, skręcający brzuch. Danuta pada na kolana, wymiotuje obok ktoś inny i jeszcze ktoś. W namiocie wiele osób zaczyna wymiotować. Brytyjscy medycy biegają z wiadrami. Krzyczą: “Za dużo, za szybko. Wasze żołądki nie są gotowe”. Danuta leży na pryczy.

Brzuch ją boli, głowa wiruje. Słyszy jak ktoś płacze, ktoś inny jęczy. Później dowiaduje się, pięciu ludzi umarło tej nocy. Nie od tyfusu, nie od wycieńczenia. Po gwałtownym najedzeniu. Następnego dnia wprowadzają nowe zasady. Jedzenie podają w małych porcjach co trzy godziny. Lekarz sprawdza każdego przed posiłkiem, mierzy puls, ogląda oczy.

Jeśli ktoś jest za słaby, dostaje tylko rosół. Przezroczysty, lekki, bez tłuszczu. Danuta pije powoli, małymi łykami. Żołądek przyjmuje płyn bez buntu. Kwarantanna trwa tydzień. Danuta odzyskuje siły stopniowo. Każdego dnia je trochę więcej, trochę cięższe jedzenie. Chleb z miodem, potem jajka, potem kawałek mięsa. Ciało uczy się jeść na nowo. Ósmego dnia przychodzi oficer.

Trzyma listę, czyta nazwiska. Danuta Kamińska podchodzi. Oficer patrzy na nią. Mówi po polsku. Umiesz prowadzić samochód? Danuta kręci głową. Oficer notuje coś w papierach. Mówi: “Nauczysz się. Idziesz do kompanii transportowej. Potrzebujemy kierowców. Jutro zaczynasz szkolenie”. Danuta stoi i nie rozumie kierowców.

Ona dziewczyna z wileńskiej wsi, która nigdy nie dotknęła kierownicy. Ale oficer już odchodzi. Matka patrzy na córkę, mówi cicho. To dobrze. Za kierownicą nie będziesz marzła następnego ranka Danuta dostaje przydział. Kompania transportowa, brytyjskie ciężarówki. 10 dziewczyn w jednej grupie. Instruktor pokazuje dźwignie zmiany biegów, pedały, kierownicę.

Mówi: “Macie dwa tygodnie, potem jedziecie na front”. Danuta siada za kierownicą. Silnik warczy, ciężarówka drży. Pod stopą czuje sprzęgła, twardy, oporny. Wciska go, włącza bieg. Ciężarówka szarpie, gaśnie. Instruktor krzyczy: “Jeszcze raz”. Danuta próbuje. Raz, drugi, 10. Ciężarówka rusza. Jedzie 3 met. Gaśnie. Ale już jedzie.

Danuta czuje coś nowego, nie ulgę, nie radość, kontrolę. Po raz pierwszy od dwóch lat trzyma coś w rękach, coś co się porusza, coś co słucha jej ruchów. Za dwa tygodnie będzie wozić zaopatrzenie przez irańskie góry dla żołnierzy na froncie, dla armii, która ma wrócić do Polski, ale najpierw musi nauczyć się jeździć.

Dwa tygodnie później Danuta prowadzi Betford przez irańskie góry. Kierownica ciężka, droga wąska. Z jednej strony skała, z drugiej przepaść. W lusterku widzi drugą ciężarówkę, za nią trzecia. Kolumna zaopatrzeniowa dla jednostek, które przygotowują się do marszu na północ. Danuta pamięta pierwszy dzień szkolenia.

Instruktor krzyczał: “Mocniej! Sprzęgło, bieg!” Ona wciskała włączała dźwignię. Ciężarówka szarpała i gasła. 10 razy 20. Instruktor mówił: “Nie dasz rady, pójdziesz do kuchni”. Danuta wciskała  jeszcze raz. Teraz prowadzi pięciotonowego Betforda jak własne ciało. Zna opór kierownicy. Wie kiedy zmienić bieg przed podjazdem.

Czuje jak ciężarówka reaguje na gaz. To nie jest radość, to pewność. Po raz pierwszy od dwóch lat coś zależy od jej rąk. W kompanii transportowej jest 100 dziewczyn. Większość z Syberii, niektóre z Kazachstanu. Wszystkie nauczyły się prowadzić w dwa tygodnie. Teraz wożą amunicję, żywność, paliwo. Armia Andersa potrzebuje kierowców.

Mężczyzn nie starcza. Dziewczyny prowadzą Betfordy, chvrolety, ciężkie Austiny. Bez nich logistyka korpusu by stanęła. Danuta jedzie 10 godzin dziennie. Rano otrzymuje rozkaz jazdy. Miejsce załadunku, miejsce rozładunku. Trasa. Wraca wieczorem. Myje ciężarówkę, sprawdza olej, zgłasza usterkę, jeśli coś nie działa.

Następnego ranka znowu w drogę. Czasem na postoju ktoś mówi: “Dziewczyna za kierownicą to nie jest naturalne”. Danuta nie odpowiada. Wie co jest naturalne. Naturalne to zamarznąć w drewnianym wagonie. Naturalne to umrzeć z Tyfusu w irańskim obozie. Za kierownicą jest bezpieczniej. Matka została w obozie w Techeranie. Danuta wysyła jej część żołdu.

Niedużo, ale regularnie. Pisze krótkie listy. Mama, żyję. Prowadzę ciężarówkę. Mam mundur. Mam dach nad głową. Niedługo wyjeżdżamy dalej. We wrześniu 1043 przychodzi rozkaz. Drugi korpus przenosi się do Włoch, albo raczej jego część. Reszta zostaje na Bliskim Wschodzie. Danuta dostaje przydział do jednostek, które płyną do Europy.

W porcie w Basrze ładują ciężarówki na transportowce. Danuta patrzy, jak jej Betford wspina się po pochylni do wnętrza statku. Ciężka maszyna, która słuchała jej rąk przez pół roku. Teraz płynie na front. Danuta też płynie. Dziewczyna, która 2 lata temu siedziała w saniach i patrzyła jak znika jej dom, teraz stoi na pokładzie statku, który idzie na zachód.

W kieszeni ma dokumenty kierowcy, w plecaku mundur i kolejną porcję żołdu dla matki. Za kilka tygodni drugi korpus wyląduje w Taranto. Stamtąd ruszy na linię Gustawa, potem pod Monte Casino na linii Gustawa, dopiero później na linię gotycką. Danuta będzie woziła amunicję na pierwszą linię frontu, ale jeszcze nie wie, że ta droga to droga powrotna, droga z bronią do Europy.

Kwiecień 1944, wzgórza pod Monte Casino. Danuta prowadzi Betford pod górę serpentynami w ciemnościach. Z tyłu ładunek, skrzynie z amunicją dla baterii artylerii. Droga wąska bez asfaltu. Z jednej strony skała, z drugiej przepaść. Co kilkadziesiąt metrów ślady po ostrzale. Niemcy kontrolują szczyty i widzą każdy ruch w dolinie.

Danuta jedzie bez świateł. Silnik warczy na niskich obrotach, kierownica drży w rękach. Jeden błąd i ciężarówka spadnie w przepaść. albo trafi w minę, albo dostanie pocisk moździerzowy. Ale bateria na górze potrzebuje amunicji. Bez niej nie ma szansy zdobyć klasztoru. 4 lata wcześniej Danuta umierała z głodu w syberyjskim baraku.

Teraz dostarcza broń na linię frontu najważniejszej bitwy w Europie. Ci, których Stalin deportował na Syberię, teraz decydują o losie alianckiej ofensywy we Włoszech. Drugi korpus dostał najtrudniejsze zadanie w całej kampanii włoskiej. Zdobyć klasztor Monte Casino. Niemcy bronią go od pół roku.

Trzy alianckie ofensywy zakończyły się porażką. Teraz kolejka na Polaków. Anders wie, że to test. Brytyjczycy i Amerykanie patrzą, czy armia, w której służyli, byli więźniowie i zesłańcy, może walczyć jak regularna formacja. Może w nocy z 11 na 12 maja 1944 rusza szturm. Artyleria drugiego korpusu wystrzeliwuje tysiące pocisków na pozycje niemieckie.

Danuta całą noc wozi amunicję. Betford jedzie w górę. Wraca pusty, znowu w górę. Siedem kursów jednej nocy. Żadna bateria nie może zostać bez naboi. Oświcie piechota wchodzi na zbocza. Niemcy odpowiadają ogniem moździerzy i karabinów maszynowych. Polacy giną, ale idą dalej. Przez kilka dni trwają ciężkie walki.

Danuta wozi nie tylko amunicję, teraz też rannych z pierwszej linii do punktu opatrunkowego. Betford zamienia się w ambulans. Na pace leżą ludzie z rozerwanymi udami, dziurami w płucach, bez rąk. 18 maja o 10:00 rano patrol Polski wchodzi do ruin klasztoru. Niemcy się wycofali. Na zgliszczach żołnierze drugiego korpusu wieszają polską flagę.

Danuta widzi ją z drogi z kolejnego kursu w górę. Biało-czerwony płat materiału na tle dymu i gruzu. Pierwszy raz od deportacji widzi polską flagę na wolnej ziemi, ale cena jest brutalna. Około 4000 polskich żołnierzy zginęło, zostało rannych lub zaginęło. Ludzie, którzy przeżyli Syberię, Tyfus i ucieczkę przez Kaspi giną na włoskich wzgórzach.

Danuta wie ile kosztowało dotarcie tutaj. Wie też ile kosztowało zdobycie klasztoru i wie, że to jeszcze nie koniec drogi, bo teraz po Monte Casino drugi korpus dostaje kolejne rozkazy. Pościg za wycofującymi się Niemcami. Walki pod Ankoną. Przełamanie gotyckiej linii obrony. Bologonia. Danuta jedzie dalej z amunicją i rannymi przez całą resztę wojny. 18 kurs. Setny. Tchny.

Betford, który przyjechał z nią z Iranu, dojeżdża do końca wojny jak ona. 8 maja 1945 Niemcy kapitulują. Danuta stoi w Bolonii przy swoim Betfordzie. Wojna się skończyła. Teraz zostało jedno pytanie. Co dalej? W lutym 1945 w Jaucie Stalin, Churchill i Roosevelt rysują nową mapę Europy. Granica Polski przesuwa się na zachód Lwów, Wilno, Stanisławów.

Całe wschodnie kresy, skąd pochodzi większość żołnierzy drugiego korpusu, teraz oficjalnie należą do Związku Radzieckiego. Dom Danuty w powiecie stanisławowskim leży po sowieckiej stronie. Żołnierze, którzy przeżyli Syberię, Tyfus, ucieczkę przez Kaspi i Monte Casino, dostają wiadomość. Wrócić można, ale do Polski pod sowiecką kontrolą.

Do państwa, które najpierw wywoziło ich rodziny do łagrów, a teraz zaprasza z powrotem. Anders wie co to oznacza. W marcu 1945 16 dowódców polskiego podziemia jedzie na rozmowy z Sowietami. Dostają gwarancję bezpieczeństwa. W Moskwie wszyscy zostają aresztowani i osądzeni. Jeden dostaje 10 lat łagru, inni po osiem, po pięć.

To jest sowiecka wersja powrotu do domu. Anders wydaje rozkaz. Kto wraca, ten zdejmuje mundur. Drugi korpus pozostaje na zachodzie. Dla Danuty to znaczy albo wrócisz do domu, gdzie czeka cię aresztowanie, albo zostaniesz tutaj na obcej ziemi, bez rodziny, bez języka, bez niczego. Danuta wybiera życie.

87% żołnierzy drugiego korpusu podejmuje tę samą decyzję. 140 000 Polaków zostaje w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Afryce. Nie dlatego, że nie chcą wracać, dlatego że powrót oznacza śmierć albo łagier. W 1946 Danuta trafia do Anglii, dostaje status uchodźcy, uczy się angielskiego, szuka pracy. Betford zostaje w wojsku. Ona dostaje życie cywilne w obcym kraju bez rodziny. Ma 23 lata.

W 1947 Związek Polski w Wielkiej Brytanii organizuje pierwsze zjazdy weteranów drugiego korpusu. Ludzie, którzy razem zdobywali Monte Casino, teraz pracują w fabrykach, szpitalach, na budowach. Próbują zbudować polskie życie na brytyjskiej ziemi. Kościoły, szkoły, organizacje. Ale to nie jest dom. 14 lat po deportacji Danuta dostaje list z Polski.

Jej matka żyje. Przeżyła Syberię, wróciła do kraju, ale Danuta nie może do niej przyjechać. Granica zamknięta. PR nie chce weteranów Andersa. Są zdrajcami, bo walczyli po stronie Zachodu. Dopiero w latach 70 po 30 latach Danuta po raz pierwszy od Deport

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy