Uncategorized

5-Letni Chłopiec Odkrywa Przerażający Sekret Pod Obrazem „Ostatnia Wieczerza” Leonarda da Vinci

Piotr wsuwa dłoń w szczelinę za obrazem i wyciąga złożony kawałek płótna. Ojciec stoi jak sparaliżowany. Na płótnie dziecięce rysunki węglem, twarze z wykrzywionymi ustami, oczy jedno na drugim i postać w centrum. Chrystus z ostatniej wieczerzy, ale z twarzą, która porusza się w świetle świec. Tato, dlaczego ten pan mi się przypatruje? Andrzej nie odpowiada.

Patrzy na napis u dołu płótna. Ciało nie zawiera światła, ono je pożera. Podpis LDA. To niemożliwe. Leonardo da Vinci nie mógł zostawić tego tutaj. Nie we Włocławku. Nie pod kopią obrazu przywiezioną przez mnichów Benedyktynów w XIX wieku. Ale dziecięcy charakter pisma pasuje do wieku Piotra. 5 lat. Andrzej klęka obok syna.

Chłopiec patrzy na obraz z takim spokojem, jakby znał każdą twarz przy stole. jakby już tam był Piotr, skąd wiedziałeś, że tam coś jest? Chłopiec wzrusza ramionami. Pan mi powiedział: “Jaki pan?” Piotr wskazuje na Chrystusa w centrum fresku. Ten z brodą powiedział, że mam otworzyć drzwi. Andrzej czuje jak pot spływa mu po karku. W pomieszczeniu jest chłodno.

Na dworze styczeń 1908 roku śnieg zasypuje ulicę Włocławka. Ale pot jest ciepły, lepki, jakby ktoś oddychał mu naduchem. bierze rękopis do ręki. Płótno jest stare, ale nie Xwieczne. To starsze, znacznie starsze. Włókna lniane, farbowanie naturalne, technika szycia, renesans włoski rozwija go powoli. Wewnątrz seria rysunków, wszystkie wykonane ręką dziecka, ale precyzyjne.

Zbyt precyzyjne. Pierwsza postać, apostoł Andrzej z wyciągniętymi rękoma. Pod nim napis po łacinie H estki Vidit. To ten, który widział druga postać Piotr ze skrzyżowanymi dłońmi. Napis: Hit Estki negawid to ten, który zaprzeczył. Trzecia postać. Judasz z workiem Monet. Napis Estki comedit. To ten, który zjadł, ale to nie koniec.

Na odwrocie płótna rysunek dziecka, chłopca z otwartymi ustami, oczy zamknięte, ręce złożone jak do modlitwy. Pod nim jedno słowo Piotr. Andrzej upuszcza rękopis, pada na zimną kamienną posadzkę. Chłopiec podbiega, podnosi go, wygładza dłonią. Tato, to ja jestem na obrazku. Głos syna jest spokojny, bez lęku, bez zdziwienia.

Andrzej cofa się o krok, patrzy na syna, na obraz, na rękopis i wtedy dostrzega. W prawym dolnym rogu fresku ostatniej wieczerzy, tuż przy stole, gdzie cień pada na podłogę, malutka postać, dziecko klęczące z twarzą skierowaną w stronę widza. Wcześniej tego nie było. Andrzej zamyka oczy, liczy do 10, otwiera. Postać nadal tam jest i patrzy prosto na niego.

Piotr, chodź tutaj natychmiast. Chłopiec podchodzi posłusznie. Andrzej bierze go za rękę. Jest lodowata i wyprowadza z sali restauracji. Zamyka drzwi na klucz. Oddycha głęboko. Co się stało, tato? Nic. Nic się nie stało. Jutro wrócimy. Ale wie, że to kłamstwo. Tej nocy Piotr śpi niespokojnie.

Andrzej siedzi przy jego łóżku, obserwując. Chłopiec mruczy przez sen. Najpierw po polsku, potem coś innego. Andrzej wychyla się bliżej. Ciało nie zawiera światła. Ono je pożera. To łacina. Doskonała łacina z akcentem toskańskim. Rano Andrzej wraca do pracowni. Sam Piotr został z żoną Heleną. Powiedział jej, że syn miał gorączkę, co nie jest do końca nieprawdą.

Ciało chłopca było zimne, ale pot na czole płonął. Otwiera drzwi. W pomieszczeniu panuje cisza. Obraz wisi jak wczoraj, ale coś się zmieniło. Dziecko w cieniu zniknęło, a twarz Chrystusa zwrócona jest teraz w stronę drzwi. Andrzej podchodzi powoli, dotyka powierzchni. Farba jest sucha, nie ma śladów ingerencji. To nie jest żart. To nie jest wandalizm, to coś innego.

Bierze do ręki notes. Musi to udokumentować. Zapisuje wszystko. Datę, godzinę, szczegóły. Fotografuje obraz starą kamerą. Robi kilka zdjęć przy różnym oświetleniu i wtedy słyszy to. Płacz dziecka. Z tyłu panelu. Andrzej zatrzymuje się, słucha. Płacz jest cichy, ale wyraźny. Dochodzi z wnętrza drewna. Kładzie dłoń na powierzchni.

Drewno jest ciepłe. Kto tam jest? Płacz cichnie. Cisza. Potem szept. Memoria. Andrzej cofa się. Wychodzi z pracowni. Zamyka drzwi. Idzie prosto do biblioteki miejskiej. Musi znaleźć kogoś, kto zrozumie, kogoś, kto wie. Pyta bibliotekarza o specjalistów od sztuki włoskiej. Dostaje jedno nazwisko. Michelangelo król.

Historyk sztuki, badacz alchemii renesansowej, specjalista od symboliki sakralnej. Mieszka w Toruniu trzy godziny pociągiem. Andrzej pisze telegram tego samego dnia. Znalazłem coś pod ostatnią wieczerzą. Podpis LDFU. Proszę o pilny kontakt. A Mazur Włocławek. Odpowiedź przychodzi następnego ranka. Przyjadę w środę. Nie dotykaj obrazu. M król.

Środa to za dwa dni, ale Piotr nie może czekać. Tej nocy chłopiec budzi się krzycząc. Helena wpada do pokoju. Syn siedzi w łóżku szeroko otwartymi oczami patrzy w ścianę. Piotr, co się dzieje? Chłopiec nie odpowiada. Wstaje z łóżka, idzie do drzwi. Helena próbuje go zatrzymać, ale syn wymyka się z jej rąk i biegnie korytarzem.

Andrzej wybiega za nim. Piotr biegnie w stronę pracowni. ma klucz? Nie, niemożliwe. Ale drzwi się otwierają. Chłopiec wchodzi do środka, staje przed obrazem, wyciąga rękę. Piotr, nie, palce syna dotykają twarzy Chrystusa i wtedy światło gaśnie. Całkowita ciemność. Andrzej krzyczy, szuka syna po omacku. Potyka się o coś miękkiego.

To Piotr leży na podłodze, oddycha. Helena wnosi lampę naftową. Światło wypełnia pomieszczenie. Obraz jest nienaruszony, ale na podłodze obok syna nowy rysunek. Węglem świeży postać Chrystusa z otwartymi ustami i dziecko w jego wnętrzu. Pod spodem napis Piotr LDV. Andrzej podnosi syna. Chłopiec otwiera oczy, uśmiecha się.

Tato, teraz już wiem. Co wiesz, dlaczego on malował? Kto? Leonardo malował, żeby ich zatrzymać, żeby nie mogli wyjść. Kogo zatrzymać? Piotr patrzy na obraz tych, którzy jedli ciało. Zanim przejdziemy dalej, prosimy o subskrypcję kanału i daj znać w komentarzach, skąd nas słuchasz. Stacja kolejowa we Włocławku o 10:00 rano.

Pociąg z Torunia przyjeżdża z opóźnieniem. Z wagonu wysiada mężczyzna w ciemnym płaszczu z wąskimi okularami i skórzaną torbą przewieszoną przez ramię. Michelangelo król, około 50tki, szczupły z siwiającymi włosami zaczesanymi do tyłu, porusza się szybko, jakby czas był wrogiem. Pan Mazur, Andrzej kiwa głową, podają sobie ręce. Uścisk króla jest mocny, zdecydowany.

Prowadź. Drogę pokonują w milczeniu. Król nie zadaje pytań. Obserwuję miasto. Wąskie uliczki, kamienice z czerwonej cegły, kościoły, które sterczą jak strażnicy nad Wisłą. Włocławek jest małym miastem, ale bogatym w historię. Król dostrzega to od razu. Benedyktyni byli tutaj od X wieku. Przywieźli wiele rzeczy z Włoch.

Nie tylko obrazy, także manuskrypty, relikwie, narzędzia alchemiczne. Andrzej kiwa głową. Ten obraz został przywieziony w 1847 roku. Kopia ostatniej wieczerzy. Mówiono, że była wykonana przez ucznia Dawinci, ale nigdy nie znaleziono dowodów. Król zatrzymuje się. Uczeń Dawinci nie podpisałby się LDA. To byłaby pycha.

A Leonardo nigdy nie pozwoliłby na kopię swojego dzieła. Chyba że sam ją wykonał. Docierają do pracowni. Andrzej otwiera drzwi. Król wchodzi pierwszy. Staje przed obrazem. Milczy przez długą chwilę. Oddycha powoli, głęboko. Potem wyciąga z torby notes i szkicownik. Opowiedz mi wszystko od początku. Andrzej relacjonuje odkrycie komory, rękopis, rysunki, inskrypcje. Zachowanie Piotra.

Płacz z wnętrza drewna. Rysunek, który pojawił się po dotknięciu obrazu. Król słucha bez przerywania. Notuje, rysuje diagramy. Wreszcie podchodzi do panelu. Dotyka powierzchni delikatnie, jakby obrazek był żywy. Drewno to dąb, włoskie pochodzenie, farby, olej, pigmenty naturalne, ale coś jeszcze. Czujesz? Andrzej wącha powietrze.

Słaby, mdły zapach, metaliczny krew. Król kiwa głową. Hemoglobina. Miesza się ją z pigmentami, by uzyskać głębszy odcień czerwieni. Leonardo to robił, ale nie tylko on. Michelangelo Buo Narroti też używali ludzkiej krwi, czasem własnej, czasem innych. Andrzej czuje mdłości. Dlaczego król odwraca się? Bo wierzyli, że farba z krwią zachowuje pamięć, że obraz staje się żywy.

Nie w sensie mistycznym, w sensie dosłownym. Tkanka organiczna na płótnie nadal reaguje, wibruje, rezonuje z obecnością ludzi, z ich emocjami, z ich duszami. To niemożliwe. Niemożliwe. To słowo dla leniwych umysłów. Król wyciąga z torby małą szklaną probówkę i skalpel. Zbiera mikroskopijną próbkę farby z krawędzi panelu. Zakrywa probówkę korkiem.

Wyśle to do laboratorium w Krakowie. Ale już teraz wiem, to hemoglobina ludzka. Andrzej siada na krześle, oddycha ciężko, a ten rękopis, te rysunki, jak to możliwe, że wyglądają jakby namalowało je dziecko, ale są z kwiznast wieku. Król przygląda się płótnu pod lupą, bada teksturę, włókna, grubość linii. To nie są rysunki z X wieku.

Co są z zeszłego tygodnia. Andrzej wstaje gwałtownie. Jak to możliwe? Płótno jest stare. Farbowanie, tkanie, wszystko wskazuje. Płótno jest stare, ale rysunek nie został wykonany przez twojego syna. Cisza. Piotr nie umie rysować. Umie, tylko nie wie kiedy. Król siada naprzeciwko Andrzeja, zdejmuje okulary, pociera oczy.

Słyszałeś kiedyś o teorii rezonansu organicznego? Andrzej kręci głową. Leonardo wierzył, że każda tkanka ludzka zachowuje imprint. Odcisk świadomości, że po śmierci ciało nie przestaje istnieć, zamienia się w coś innego, w materię, która pamięta. Prowadził eksperymenty z krwią, kością, tłuszczem. Mieszał je z farbami. Tworzył obrazy, które żyły.

To herezja, to nauka. W X wieku nie było różnicy. Król wstaje, podchodzi do obrazu, wskazuje na twarz Chrystusa. Spójrz na jego oczy. Widzisz? Andrzej przygląda się, oczy są brązowe, ale w źrenicach coś miga. Jak płomień świecy, jak puls. Co to jest? Światło rezydualne. Krew w farbie nadal reaguje na ciepło, na obecność życia.

Leonardo nazwał to Memoria Corporis, pamięć ciała. Wierzył, że można przenieść świadomość z jednej formy organicznej do drugiej, że obraz może stać się nowym ciałem. A Piotr, król odwraca się. Twój syn dotknął obrazu. Krew w farbie rozpoznała go. Otworzyła kanał. Teraz Leonardo mówi przez niego. Andrzej czuje jak zimno rozlewa się po kręgosłupie. To niemożliwe. Niemożliwe.

Znowu to słowo. Król pakuje swoje rzeczy. Muszę zobaczyć chłopca. Dziś wieczorem. Przygotuję test. Jaki test? Zobaczymy, czy to naprawdę twój syn, czy ktoś inny. Wieczorem król pojawia się w domu Mazurów. Helena podaje herbatę, ale nikt jej nie pije. Piotr siedzi przy stole spokojny, obserwuje gościa z ciekawością.

Król kładzie na stole arkusz papieru i kawałek węgla. Piotr, czy potrafisz narysować coś dla mnie? Chłopiec kiwa głową. Co mam narysować? Cokolwiek. Co chcesz? Piotr bierze węgiel, zaczyna rysować. Linie są pewne, precyzyjne. W kilka minut na papierze pojawia się postać. Mężczyzna w długim płaszczu, z brodą, z rozwartymi ustami.

W ręku trzyma pędzel, za nim lustro. Król wychyla się. Kto to jest? Piotr odpowiada bez wahania. Leonardo rysuje sam siebie, ale w lustrze widzi kogoś innego. Kogo? Tego, który je. Król wstaje, bierze rysunek, porównuje go ze swoim notatnikiem, wyciąga starą litografię. Autoportret Leonarda da Vinci. Linie są identyczne, identyczne.

Helena krzycze: “Co się dzieje z moim synem?” Król nie odpowiada. Podchodzi do Piotra, klęka przed nim. Piotr, powiedz mi, kto ci kazał to narysować? Chłopiec patrzy na niego spokojnie. Nikt. Po prostu wiedziałem. Skąd wiedziałeś? Bo on mi pokazał. Kto? Piotr wskazuje na okno.

Za szybą ciemność, ale w odbiciu szkła postać. Mężczyzna w renesansowym stroju z pędzlem w ręku. Król obraca się gwałtownie. Okno jest puste. Widziałeś to? Andrzej kiwa głową. Helena także. Król wyjmuje z torby małe lusterko. Stare, oprawione w drewno z renesansowymi zdobieniami. To lustro należało do Leonarda. Znalazłem je w archiwum Ambrozjany w Mediolanie.

Używał go do komunikacji z kim? Ze sobą, z przeszłością, z tym co zostało w farbie. Król stawia lustro przed Piotrem. Spójrz w nie i powiedz mi, kogo widzisz. Chłopiec patrzy. Przez chwilę cisza. Potem Piotr mówi: Widzę siebie, ale starszego, dużo starszego, z białą brodą i rękami pełnymi farby. Król zabiera lustro, ręce mu się trzęsą.

To nie jest twój syn Andrzej. Już nie w pełni. Leonardo używał krwi, by przenieść swoją świadomość. Pozostawił część siebie w każdym obrazie. A teraz budzi się w twoim synu. Helena wybiega z pokoju. Płacze. Andrzej zastygł. Jak to zatrzymać? Król milczy. Nie wiem czy można, ale wiem kto może wiedzieć. Kto? Picasso i Baskiat.

Oni też mieli kontakt. widzieli to samo, malowali pod wpływem. To nie przypadek, że ich obrazy przypominają rysunki Piotra. To ten sam impuls, ta sama pamięć. Ale oni żyją w innym czasie. Czas nie istnieje dla farby, tylko dla ciała. Król bierze swoje rzeczy. Jutro wracam do Torunia. Zbadam próbki, sprawdzę archiwa, ale ty musisz trzymać Piotra z dala od obrazu.

Rozumiesz? Z dala. Nie pozwól mu się zbliżać. Tej nocy Andrzej pilnuje drzwi sypialni syna. Helena śpi obok wyczerpana, ale Andrzej nie może zasnąć. O tr:00 nad ranem słyszy kroki. Piotr wstaje, otwiera drzwi. Andrzej wstaje za nim. Gdzie idziesz? Chłopiec się nie odzywa. Idzie korytarzem, schodzi po schodach, wychodzi na ulicę.

Andrzej biegnie za nim. Na dworze mróz, śnieg pada gęsto. Piotr idzie boso w koszuli nocnej. Nie czuje zimna. Piotr, wracaj. Chłopiec zatrzymuje się, odwraca się i mówi: “Ale to nie jest jego głos”. To głos starszy, głębszy, z włoskim akcentem. Muszę dokończyć. Muszę dokończyć wieczerzę. Piotr, nie wchodź tam. Ale chłopiec już znika w ciemności.

Andrzej wpada za nim, zapalając latarnię naftową. Światło wypełnia pomieszczenie. Piotr stoi przed ostatnią wieczerzą. Wyciągnięta ręka dotyka twarzy Judasza. Piotr, odsuń się. Chłopiec odwraca głowę. Jego oczy są inne. Źrenice rozszerzone, jakby przepełnione światłem, które nie pochodzi z latarni. Nie jestem Piotrem.

Głos nadal nie jest jego. Andrzej cofnie się o krok. Kto? Kim jesteś? Wiesz kim jestem? Czytałeś mój podpis? Leonardo. Andrzej czuje jak kolana się pod nim uginają. To niemożliwe. To nie może być prawda. Leonardo da Vinci nie żyje od 400 lat. Ciało umarło. Pamięć nie. Piotr czy to, co nim teraz steruje, obraca się z powrotem do obrazu? Palce wędrują po powierzchni, jakby czytał coś niewidzialnego.

Namalowałem to, by ich zatrzymać. Każdego z nich, 12 apostołów, Chrystusa. Ich ciała rozpłynęły się w farbie, ich dusze uwięzione na płótnie. To była jedyna droga. Transubstancjacja nie jest metaforą. To rytuał. Przemiana. Ciało zamienia się w obraz. Obraz staje się nowym ciałem. Andrzej łapie oddech. Próbuje zrozumieć, dlaczego.

Dlaczego to zrobił chłopiec? Uśmiecha się. Uśmiech, który nie pasuje do pięcioletniej twarzy. Bo pytali mnie, kościół, papież. Chcieli wiedzieć, czy można osiągnąć nieśmiertelność, czy sztuka może ocalić duszę. Odpowiedziałem, że tak, ale potrzebowałem materiału. Użyłeś ludzi? Użyłem tych, którzy się zgodzili i tych, którzy nie mieli wyboru.

Andrzej czuje mdłości, cofa się do ściany. To morderstwo, to eksperyment. Piotr odwraca się, podchodzi do ojca, kładzie małą zimną dłoń na jego policzku. Nie bój się, Andrzeju, nie chcę cię skrzywdzić. Chcę ci pokazać prawdę o tym, czym naprawdę jest sztuka. Nie chcę wiedzieć, ale musisz, bo Piotr już wie. Wszedł do obrazu, dotknął krwi.

Teraz jesteśmy razem. Andrzej odsuwa rękę syna. A oddaj mi mojego syna. Jest tutaj ze mną. Widzimy razem, pamiętamy razem. On nauczy się wszystkiego, czego ja się nauczyłem, a ja się będę mógł znowu tworzyć. Andrzej krzyczy: “Na nie pozwolę ci.” Ale Piotr Leonardo nie tylko się uśmiecha. Nie musisz pozwalać. Już się zaczęło i wtedy światło gaśnie.

Całkowita ciemność. Andrzej krzyczy, wymachuje latarnią. Nic. Płomień zgasł. Powietrze jest gęste, duszące, jakby ktoś wypompował tlen z pomieszczenia. Słyszy oddech. Nie jeden. Wielu. Jakby w pokoju było kilkanaście osób. Piotr. Cisza. Potem szept z wielu gardeł naraz. Hikest corpus meum. To jest ciało moje.

Andrzej czuje dotyk na ramieniu. Lodowaty odskakuje, potyka się, upada. Ręka dotyka czegoś wilgotnego. Farba, mokra farba. Ale obraz był suchy. Od tygodni zapałka. Musi znaleźć zapałkę. Grzebie w kieszeni. Palce drżą. Wreszcie iskra, światło i widzi. Piotr leży na podłodze bez ruchu. Obok niego ślady dłoni czerwone, na ścianie, na podłodze, wszędzie, jakby ktoś malował krwią.

Andrzej biegnie do syna, podnosi go. Chłopiec oddycha, otwiera oczy. Tato, to jego głos prawdziwy. Piotr, Piotr, wracaj, proszę. Chłopiec płacze. Tato, widziałem, widziałem ich wszystkich przy stole. Jedli i krzyczeli. Nie chcieli być tam, ale nie mogli wyjść. Leonardo ich zamknął. Zamknął ich we krwi. Andrzej ściska syna, niesie go do drzwi, ale drzwi nie otwierają się.

Pcha, kopie, nic, odwraca się. Obraz rusza się. Postacie w ostatniej wieczerzy Mossan zmieniają pozycję. Judasz podnosi rękę. Piotr apostoł odwraca głowę. Chrystus otwiera usta. Andrzej krzyczy: “O, co się dzieje?” I wtedy słyszy głos z obrazu, z farby, z wnętrza drewna. Chcesz wiedzieć co to jest? Spojrzyj tam w lustrze.

Andrzej odwraca się w rogu sali. Lustro to samo, które przyniósł król. Stoi oparty o ścianę. Andrzej podchodzi, patrzy w nie i widzi. Ale to nie jego odbicie. To twarz Chrystusa z ostatniej wieczerzy. Ale nie ta z farby. Prawdziwa, żywa, z krwią na ustach. I oczy to oczy dziecka. Pomóż mi. Andrzej wycofuje się. Lustro pęka. Linie rozchodzą się po szkle jak żyły.

Potem cisza. Piotr zieje. Tato, coś chce wyjść. Co oni? Apostołowie. Leonardo ich uwięził, ale teraz chcą wyjść. Szukają nowego ciała. Andrzej chwyta syna, biegnie do okna, rozbija szybę, wypycha Piotra na zewnątrz, wyskakuje za nim. Upadają na śnieg. Helena biega w ich stronę zbudzona krzykiem: “Co się stało?” Andrzej obraca się, patrzy na pracownię.

Okna świecą, ale żadna lampa nie jest zapalona. Światło dochodzi z obrazu i w tym świetle widzi postacie. Wychodzą z okien, przechodzą przez ściany. 12 postaci w długich togach z twarzami, które nie są do końca ludzkie. Jeden z nich, Judasz, odwraca się do Andrzeja. uśmiecha się. Dziękuję. Uwolniłeś nas. Potem znikają. Rozpływają się w mroku, w śniegu, w powietrzu.

Andrzej trzyma Piotra. Chłopiec drży. Tato, oni teraz będą szukać, szukać ciał, kogoś, kto ich wpuści. Helena płacze. Co mamy zrobić? Andrzej nie odpowiada. Patrzy na pracownię. Drzwi się otwierają. Wychodzi stamtąd postać. Mężczyzna w długim płaszczu z brodą. W ręku trzyma pędzel Leonardo, ale nie jest duchem.

Ma ciało stare, pomarszczone, ale ciało. Podchodzi powoli. Zatrzymuje się przed Andrzejem. Przepraszam. Nie chciałem by tak się stało, ale teraz już nie mogę ich powstrzymać. Dałeś im drogę. Twój syn otworzył bramę. Andrzej wstaje. Staje twarzą w twarz z Leonardem. Kim pan jest? Leonardo uśmiecha się smutno. Jestem tym, co pozostało.

Malarzem, który chciał żyć wiecznie i teraz żyje. Ale to nie jest życie. To więzienie w farbie, w krwi, w obrazach, które nigdy nie umierają. Jak ich powstrzymać? Nie możesz, ale możesz ich śledzić. Będą malować w każdej epoce, w każdym miejscu. Picasso namaluje ich twarze. Baskiat namaluje ich krzyk. Każdy artysta, który dotknie mojej farby, stanie się echem.

A Piotr Leonardo patrzy na chłopca. Twój syn ma dar. Widzi to, co inni nie mogą. Będzie malował przez całe życie i zawsze będzie czuł nas w każdej linii, w każdym kolorze. Nie, to już się stało. Leonardo odwraca się, wraca do pracowni. Andrzej biegnie za nim, ale drzwi zamykają się. Próbuje je otworzyć. Nie może. Z wnętrza dobiega głos.

Opiekuj się nim i nigdy nie pozwól mu dotknąć ostatniej wieczerzy, bo jeśli to zrobi, stanie się jednym z nas. Rano pracownia jest pusta, obraz zniknął, nie ma śladów, tylko mały rysunek na podłodze węglem, twarz dziecka z otwartymi ustami i słowa memoria corporis. Król przyjeżdża następnego dnia, słucha relacji Andrzeja, bada miejsce, nie znajduje nic. Obraz przeniósł się gdzieś indziej.

Zawsze tak robi. Leonardo stworzył niejedno dzieło, wiele rozsianych po całym świecie i wszystkie są połączone krwią. Co mam zrobić z Piotrem? Król patrzy na chłopca, który rysuje w kącie. Spokojnie, precyzyjnie. nauczyć go kontrolować albo zniszczyć każde dzieło Leonarda, zanim znajdzie kolejne ciało. Jak ogniem to jedyne co działa.

Farba z krwią płonie i kiedy płonie pamięć umiera. Andrzej patrzy na syna. Piotr uśmiecha się do niego niewinnie jak pięcioletnie dziecko. Ale w jego oczach coś miga. Jak płomień świecy, jak puls. I Andrzej wie, że to nie koniec. To dopiero początek. Piotr Mazur, teraz 60letni mężczyzna, stoi przed swoim płótnem w małym zatęchłym mieszkaniu na Pradze.

Włosy siwe, ręce pomarszczone, ale pędzel trzyma mocno pewnie. Za oknem pada deszcz, wiosenny, ciężki, który bębni w szyby, jak palce niecierpliwego ducha. Ulice są szare, mokre, puste. Bloki mieszkalne sterczą jak nagrobki w cmentarzu dla żywych. To nie jest miasto, które Piotr pamiętał z dzieciństwa. Włocławek był ciepły, mały, pełen drewnianych domów i kościelnych dzwonów.

Warszawa po wojnie jest zimna, betonowa, ale Piotr nie miał wyboru. Po śmierci ojca w 1971 roku, od zawału serca, choć wszyscy wiedzieli, że to był lęk, który go zabił, Piotr musiał uciekać. Obraz zniknął z pracowni, ale pytania zostały. Ludzie mówili o dziwnych rzeczach, o dzieciach, które widziały twarze w oknach, o murach, które płakały, o farbie, która pachniała krwią. Piotr maluje twarz.

Twarz, którą widzi w snach od dzieciństwa. Chrystus z ostatniej wieczerzy, ale inaczej. Zniekształcony, rozłamany, jakby krzyczał. Oczy są za duże, usta za szerokie, ręce wyciągnięte, jak gdyby próbował wydostać się z płótna. Piotr maluje to już po raz setny, a może tysięczny. Przestał liczyć. Na podłodze leżą dziesiątki szkiców, setki twarze apostołów.

Judasz z workiem monet, ale monety są oczami. Piotr apostoł z kluczami, ale klucze są kośćmi. Każdy apostoł jest koszmarem i każdy jest prawdziwy. Bo Piotr ich widział tej nocy w 1908 roku, kiedy wyszli z obrazu, kiedy przeszli przez niego i zostawili ślad. Ktoś puka do drzwi. Piotr odkłada pędzel, wyciera ręce w szmatkę, przechodzi przez wąski korytarz.

Mieszkanie ma tylko dwa pokoje. Jeden do malowania, drugi do spania. Nie potrzebuje więcej. Nie ma rodziny. Helena, jego żona przez krótkie 10 lat umarła w 1945 roku podczas bombardowania. Ich syn Adam zaginął gdzieś na wschodzie. Listy przestały przychodzić w 1943 roku. Otwiera drzwi. Stoi młody mężczyzna, 20 paroletni w rozciągniętym swetrze i po oranych spodniach.

Włosy długie, potargane. W ręku trzyma teczkę ze szkicami. Oczy ma niespokojne, intensywne, jak ktoś, kto nie śpi od dni. Pan Mazur. Nazywam się Jakub Rutkowski. Jestem artystą. Usłyszałem o panu, o pańskich obrazach. Chciałem, Chciałem się dowiedzieć. Piotr patrzy na niego. Widział już takie oczy w lustrze, co rano przez 56 lat.

Dowiedzieć czego Jakub przełyka ślinę. Dlaczego pan maluje zawsze te same twarze? Dlaczego wszyscy, którzy widzą pańskie obrazy, mówią, że czują coś, jakby obrazy oddychały? Piotr milczy przez długą chwilę, patrzy na chłopaka, widzi w nim siebie młodszego, pełnego pytań, pełnego nadziei, że może istnieje odpowiedź, bo oddychają. Jakub śmieje się nerwowo.

To metafora, prawda? Nie. Piotr otwiera drzwi szerzej. Wejdź, opowiem ci historię. Ale ostrzegam, kiedy już ją usłyszysz, nie będziesz mógł jej zapomnieć. Stanie się częścią ciebie, tak jak stała się częścią mnie. Jakub waha się, ale wchodzi. Mieszkanie jest ciemne, zasłony zaciągnięte. Jedyne światło pochodzi z lampy naftowej na stole.

Wszędzie obrazy, na ścianach, na podłodze oparte o meble. Setki twarzy, wszystkie krzyczą. Piotr siada przy stole, nalewa herbatę z dzbanka. Jest zimna, ale nie dba. Jakub siada naprzeciwko. Opowiem ci o mojej rodzinie, o moim ojcu Andrzeju Mazurze, restauratorze, który w 1908 roku został zatrudniony do odnowienia kopii ostatniej wieczerzy, Leonardo da Vinci.

Opowiem ci o tym, co znalazłem za tym obrazem, o rękopisie, o rysunkach, o krwi, która była w farbie i o tym, co się stało, kiedy dotknąłem tego płótna. i opowiada wszystko od restauracji we Włocławku przez odkrycie rękopisu, dotknięcie obrazu, głos Leonarda, uwolnienie apostołów. O nocy, kiedy zobaczył duchy, o tym jak ojciec nigdy nie był już taki sam, jak matka Helena Mazur widziała twarze w oknach i krzyczała po nocach, aż w końcu przestała krzyczeć i tylko siedziała w fotelu, patrząc w pustkę.

Zmarła w szpitalu psychiatrycznym w 1920 roku. Oficjalna przyczyna: depresja. Prawdziwa, zobaczyła coś, czego nie powinna. O Michelangelo królu, historyku sztuki, który przyjechał z Torunia i odkrył prawdę o farbie Leonarda. Król zniknął w 1912 roku podczas badań nad obrazami w Rzymie. Znaleziono tylko jego notę z pełen szkiców twarzy, które nie były ludzkie. I ostatni wpis.

Transubstancjacja jest realna. Ciało może przenieść się do farby. Leonardo to wiedział. Michelangelo było narroti też. Ale obaj bali się tego, co stworzyli, bo nie mogli tego kontrolować. Jakub słucha w milczeniu. Blednie ręce mu drżą. To to niemożliwe. Piotr uśmiecha się smutno. Niemożliwe.

To słowo dla leniwych umysłów. Król mi to powiedział, zanim zniknął. Co się z nim stało, nikt nie wie. Ale ja wiem, wszedł za głęboko, dotknął zbyt wielu obrazów i pewnego dnia stał się częścią jednego z nich. W Watykanie jest obraz, mały, ukryty w archiwum. Przedstawia mężczyzny w okularach z notatnikiem w ręku. Nikt nie wie, kto go namalował.

Ale ja wiem, to król. Leonardo go namalował, żeby go zatrzymać, żeby nie mógł uciec. Jakub wstaje gwałtownie. Muszę już iść. Nie. Piotr chwyta go za rękę. Uścisk jest mocny. Jakub próbuje się wyrwać, ale nie może. Jeszcze nie skończyłem. Muszę ci pokazać coś. Coś, co dostałem od ojca dzień przed jego śmiercią.

Piotr wyciąga z pod łóżka stary kuferek, drewniany z metalowymi okuciami. Otwiera go powoli. Zawiasy skrzypią. W środku płótno złożone, stare. Pachnie wilgocią i czymś jeszcze, czymś metalicznym. To jedyna rzecz, która została. Rękopis. Ten, który znalazłem jako dziecko. Ojciec ukrył go. Powiedział mi, żebym nigdy go nie pokazywał, ale teraz czuję, że muszę, bo widzę coś w tobie.

To samo, co ojciec widział we mnie. Rozkłada płótno na stole. Jakub patrzy, rysunki węglem twarze dziecięce, ale precyzyjne, za precyzyjne i napis powtarzany w różnych miejscach. Ciało nie zawiera światła, ono je pożera. Podpis LDA. Jakub dotyka płótna i wtedy czuje puls jak bicie serca. Płótno jest ciepłe, żywe.

Co to jest? Pamięć Leonarda, mojego ojca, moja, wszystkich, którzy dotknęli obrazu. Farba zapamiętuje nie tylko kształty, nie tylko kolory. Zapamiętuje duszę. I kiedy ktoś dotknie farby, która ma w sobie krew, dusza się przenosi częściowo jak echo. Jakub cofa rękę, ale za późno. Czuję coś w głowie. Szept, cichy, daleki. Memoria.

Co? Co to było? Piotr patrzy na niego. Leonardo, właśnie cię dotknął. Jakub wybiega z mieszkania, biegnie korytarzem, schodzi po schodach, wybiega na ulicę. Deszcz leje, jest zimno, ale on nie czuje zimna. Czuje tylko ciepło w prawej dłoni, tam gdzie dotknął płótna. Wraca do swojego mieszkania na żoliborzu. Małe, jeszcze mniejsze niż Piotra. Jedna cela.

Łóżko, stół, piec kaflowy i ściana. Pusta, czekająca. Siada na łóżku, oddycha, próbuje się uspokoić, ale nie może. W głowie słyszy szept, coraz głośniejszy. Memoria Corporis, ciało, które pamięta. Farba, która żyje. Czy zostaw mnie w spokoju? Szept milknie. Cisza. Jakub oddycha ciężko. Patrzy na prawą dłoń. Jest czerwona. Nie od farby, od krwi.

Ale skąd? Podnosi rękę. Patrzy. Skóra jest nienaruszalna. Żadnej rany. Ale krew jest. Czuje zapach metaliczny, ostry. Idzie do umywalki, myje rękę. Woda jest zimna, krew schodzi, ale zapach zostaje. Wraca do łóżka, próbuje zasnąć. Ale nie może. Za każdym razem, gdy zamyka oczy, widzi twarze przy stole. Jedzą, ale nie chleb.

Jedzą coś innego, coś czerwonego. I krzyczą. Budzi się w środku nocy. Stoi przy ścianie. W ręku trzyma węgiel na ścianie. Rysunek. Twarz mężczyzny z brodą, z otwartymi ustami. Leonardo. Jakub cofa się, patrzy na rysunek. Nie pamięta kiedy go namalował. Nie pamięta jak wstał z łóżka. Ale rysunek jest i patrzy na niego. Dni mijają.

Jakub próbuje nie malować, ale nie może przestać. Ręce się trzęsą, kiedy nie trzyma węgla. Głowa boli, kiedy nie rysuje, jakby coś w nim chciało wyjść. I jedynym wyjściem jest płótno. Zaczyna malować na murach. Nocą, kiedy nikt nie patrzy. Twarze zawsze twarze wykrzywione, krzyczące. Ludzie mówią, że to sztuka uliczna, rewolucyjna, brutalna.

Nazywają go Jean Michelle na cześć Baskiata, amerykańskiego artysty, którego pracę widział w magazynie. Jakub nie wie dlaczego, ale to imię pasuje. Jakby nie był już sobą, jakby był kimś innym. 6 lat później Jakub stoi przed swoim największym muralem na ścianie opuszczonej fabryki na Pradze. 10 m szerokości, 5 m wysokości.

Cała ściana to jedna twarz. Chrystus z ostatniej wieczerzy, ale rozłamany, rozdarty. Oczy w różnych miejscach, usta krzyżujące się i farba czerwona, ciemna. Jakub nie pamięta skąd ją wziął. Ludzie przychodzą, patrzą, mówią, że to arcydzieło, że to krytyka kościoła, komunizmu, systemu. Ale Jakub wie, że to nie jest krytyka, to portret, prawdziwy portret tego, co widział w snach.

Pewnego dnia przychodzi starszy mężczyzna. z siwymi włosami. Poznaję go Piotr Mazur. Widzę, że nauczyłeś się malować. Jakub obraca się. Pan, pan mnie obserwował. Nie, ale wiedziałem, że przyjdziesz tutaj. Wszyscy przychodzą. Wszyscy, którzy dotknęli. Czego chce pan ode mnie? Piotr podchodzi do muralu, dotyka czerwonej farby.

To nie jest farba akrylowa. Co to? Krew. Twoja krew. Mieszałeś ją z farbą, prawda? Nie pamiętasz, ale robiłeś, bo Leonardo ci kazał. Bo tylko krew może przenieść pamięć. Jakub cofa się. Zwariował pan. Nie jestem jedyną osobą, która rozumie, bo to samo dzieje się ze mną od 56 lat. Piotr wyciąga z płaszcza małą teczkę, otwiera ją, w środku płótno.

To samo, które pokazał Jakubowi 6 lat temu. Musisz to wziąć i schować. I pewnego dnia, gdy poczujesz, że ktoś inny potrzebuje wiedzieć, pokaż mu tak jak ja. pokazałem tobie. Nie chcę. Nie masz wyboru. Już jesteś częścią tego. Tak jak ja, tak jak mój ojciec, tak jak wszyscy artyści, którzy kiedykolwiek użyli krwi w farbie.

Picasso, Michelangelo, Caravadio, Baskiat. Wszyscy jesteśmy połączeni przez krew, przez farbę, przez Leonarda. Piotr kładzie płótno na ziemi obok muralu i odchodzi. Nie przejmuj się, pewnego dnia zrozumiesz. Jakub zostaje sam, patrzy na płótno, potem na mural i wtedy widzi w dolnym rogu muralu postać malutka, dziecko klęczące z twarzą skierowaną w jego stronę.

Wcześniej tego nie było. Jakub odwraca się, patrzy wokół nikogo. Jest sam, obraca się z powrotem, postać nadal tam jest i patrzy na niego. 17 lat później Paryż. Artysta o pseudonimie Pablo Kowalczyk, Polak mieszkający we Francji, otwiera wystawę w małej galerii na Montmartre. Obrazy są ekspresjonistyczne, pełne ostrych linii, rozbitych form, twarzy, które zdają się krzyczeć. Galeria jest pełna.

Krytycy, kolekcjonerzy, dziennikarze wszyscy mówią o genialności, o rewolucji, o tym, że Kowalczyk to nowy Picasso. Ale Pablo, którego prawdziwe imię to Paweł Kowalski, wie, że to nieprawda. Nie jest geniuszem, jest echem. Od dzieciństwa widzi twarze we śnie, w lustrach, w odbiciu wody. Twarze, które nie są ludzkie, twarze, które krzyczą.

Rodzice mówili, że to wyobraźnia. Lekarze mówili, że to schizofrenia, ale Paweł wiedział, że to coś innego. Zaczął malować w wieku 10 lat węglem na ścianach. Rodzice krzyczeli, bili go, ale nie mógł przestać. Kiedy nie malował, głowa go bolała, jakby ktoś próbował wydostać się z jego czaszki. W wieku 20 lat uciekł z Polski do Paryża, miasta artystów, miasta, gdzie nikt nie pyta o przeszłość. Zmienił imię.

zaczął malować na płótnie i ludzie zaczęli kupować. Na wernisażu podchodzi do niego starszy mężczyzna. Siwe włosy, pomarszczona twarz, ale oczy żywe, intensywne. W ręku trzyma laskę. Skąd znasz te twarze? Paweł obraca się. Przepraszam. Te twarze w twoich obrazach. Apostołowie, Chrystus, Judasz. Skąd je znasz? Paweł blednie.

Nie wiem o czym pan mówi. Starszy mężczyzna uśmiecha się. Nazywam się Jakub Rutkowski. Kiedyś malowałem tak jak ty i widziałem te same twarze. Paweł patrzy na niego. W oczach Rutkowskiego widzi coś znajomego. Coś co sam widzi w lustrze. To niemożliwe. Niemożliwe. To słowo dla leniwych umysłów. Obaj mężczyźni patrzą na siebie w milczeniu.

Rutkowski wyciąga małą teczkę, otwiera ją, w środku płótno stare, złożone, rysunki węglem, twarze i napis: “Ciało nie zawiera światła, ono je pożera”. Paweł dotyka płótna i czuje puls, ciepło, pamięć. Co to jest? Transubstancjacja. Leonardo nazwał to memoria corporis. Ciało, które pamięta, farba, która żyje.

My jesteśmy częścią tego. Paweł siada na krześle, oddycha ciężko. Ludzie wokół rozmawiają, śmieją się, piją wino, ale on ich nie słyszy. Słyszy tylko szept, memoria. Widziałem go we śnie. Mężczyzna w renesansowym stroju mówił, że muszę malować, że to moja misja. Rutkowski kręci głową. To nie misja, to przekleństwo.

Jak się uwolnić? Nie można. Można tylko przekazać. Dlatego przyszedłem do ciebie. Za miesiąc umrę. Rak. Lekarze dali mi trzy tygodnie, ale przed śmiercią muszę przekazać to komuś. Komuś, kto zrozumie. Rutkowski kładzie płótno w rękach Pawła. Schowaj to i pewnego dnia, gdy poczujesz, że ktoś inny potrzebuje wiedzieć, pokaż mu, a jeśli nie pokaże, wtedy będziesz malował sam przez całe życie, aż oszalejesz.

Tak jak Piotr Mazur, tak jak ja. Przekazanie płótna to jedyny sposób, by podzielić ciężar. Rutkowski wychodzi. Paweł zostaje z płótnem w rękach, ciepłym, żywym. 16 lat później, Nowy Jork. W małej galerii w Brooklyinie otwiera się wystawa młodego artysty Marka Piotrowskiego. 28 lat, urodzony w Warszawie, wychowany w Chicago.

Obrazy są dziwne, surrealistyczne. Twarze apostołów przy stole, ale stół jest pusty, a twarze płaczą. Krytyk sztuki odwiedzając wystawę pisze w New York Times: “Piotrowski maluje jakby widział duchy. Jego obrazy nie są dziełem współczesności. Są echem czegoś starszego, czegoś, co nie powinno żyć. Jest w nich piękno, ale też groza.

Patrzysz na nie i czujesz, że one patrzą z powrotem. Tej samej nocy Marek budzi się. W jego pracowni na Brooklinie stoi ktoś. Mężczyzna starszy z brodą, z pędzlem w ręku. Leonardo. Marek nie może się ruszyć, nie może krzyknąć, może tylko patrzeć. Leonardo podchodzi, dotyka płótna, które stoi na sztaludze. Płótna, które Marek malował przez cały tydzień. Ostatnia wieczerza, ale inna.

Wszystkie twarze to twarz Marka. Czy nadal szukasz? Marek próbuje odpowiedzieć, ale nie może. Szukam ciała, takiego, które zostanie. Ty możesz być tym ciałem. Młody, zdrowy, pełen talentu. Mógłbym malować przez kolejne 50 lat. 100. Dopóki ciało nie zgnije. Nie. Słowo wyrywa się z gardła Marka. Leonardo uśmiecha się.

Nie masz wyboru. Już cię dotknąłem. Twoja farba ma moją krew. Skąd? Sam ją dodałeś, nie pamiętasz? Trzy dni temu skalczyłeś palec i zamiast zatamować krew, wytarłeś ją o pędzel i namalowałeś. To wystarczyło. Marek patrzy na swoją prawą dłoń. Na palcu wskazującym mała blizna. Leonardo znika, ale na ścianie w nowy obraz namalowany sam w ciągu jednej nocy.

Ostatnia wieczerza, ale wszystkie twarze to twarz Marka. Marek krzyczy, bierze nóż do papieru, podchodzi do obrazu, chce go zniszczyć, ale ręka się zatrzymuje. Nie może. Coś go blokuje. Zniszczysz mnie, zniszczysz siebie. Głos dochodzi z obrazu. Marek upuszcza nóż. Rano dostaje paczkę bez nadawcy. W środku płótno stare złożone. Rysunki węglem i list Marek.

Nazywam się Pablo Kowalczyk. Mieszkam w Paryżu. Nie znamy się, ale jesteśmy połączeni przez farbę, przez krew, przez Leonarda. Nie próbuj zniszczyć obrazu. To nic nie da. Można tylko przekazać. Załączam płótno. To rękopis Leonarda, najstarszy jaki istnieje. Dotknął go każdy artysta, który kiedykolwiek użył krwi w farbie. Teraz ty jesteś następny.

Schowaj to płótno i pewnego dnia przekaż je dalej. To jedyny sposób, by przetrwać. Pablo. Marek dotyka płótna, czuje puls, ciepło i wtedy wie, nie ma ucieczki. 22 lata później, Włocławek, w archiwum miejskim w zakurzonej piwnicy młody pracownik o imieniu Tomasz przegląda stare dokumenty. Szuka akt dotyczących II wojny światowej, ale znajduje coś innego.

Kuferek drewniany, zakurzony, z metalowymi okuciami na zachlokowany 198. Otwiera go w środku płótno, rysunki węglem, twarze i napis. Ciało nie zawiera światła, ono je pożera. Podpis Piotr LDV. Tomasz dotyka płótna, czuje puls, ciepło i słyszysz szept, memoria. W tym samym momencie w muzeach na całym świecie, w Luwrze, Metropolitan Muzeum, Galerii Deliuficzi Prado obrazy zaczynają pachnieć drewnem, mokrą farbą, krwią.

Kustosz w Luwrze zatrzymuje się przed kopią ostatniej wieczerzy przechowywaną w magazynie. patrzy, twarze poruszają się. Nie, to niemożliwe. To tylko światło, refleksy, ale potem słyszy Hick est corpus meum i w odbiciu szkła witryny postać. Mężczyzna w długim płaszczu z pędzlem w ręku Leonardo. Kustosz cofa się, potyka upadek.

Uderza głową o podłogę traci przytomność. Kiedy się budzi na ścianie obok niego jest rysunek. węglem świeży, jego twarz z otwartymi ustami jakby krzyczała. W Warszawie na murze przy Pradze ktoś namalował nowy mural, twarz Chrystusa, ale z otwartymi ustami, jakby krzyczał. Pod spodem napis: “Sztuka jest ciałem, które pamięta”.

Leonardo to wiedział. Michelangelo się tego bał. Picasso i Baski tylko słyszeli jak oddycha. artysta, który go namalował, dziewczyna 23 lata, studentka ASP, nie pamięta kiedy to zrobiła. Obudziła się rano, ręce były pełne farby, a mural był gotowy. W jej kieszeni kawałek płótna, stary z rysunkiem dziecka z otwartymi ustami i podpisem Piotr LDV.

W Starym Domu we Włocławku, gdzie kiedyś stała pracownia Andrzeja Mazura, nowa rodzina się wprowadza. Matka, ojciec, syn. Chłopiec ma 5 lat, ma na imię Paweł. Pierwszej nocy słyszy szept z ściany, z miejsca, gdzie kiedyś wisiał obraz. Pamięć nie umiera, tylko czeka. Chłopiec wstaje, podchodzi do ściany, dotyka jej i wtedy czuje ciepło, puls jak bicie serca. Ściana jest żywa i wtedy widzi.

W odbiciu szkła okna postać, dziecko z otwartymi ustami patrzące na niego. To on, ale starszy. Dużo starszy, z białą brodą i rękami pełnymi farby. Rodzice znajdują go rano leżącego pod ścianą. W ręku trzyma węgiel, na ścianie rysunek. Twarz mężczyzny z brodą. Leonardo. Paweł, co narysowałeś? Chłopiec uśmiecha się.

To pan, który tu mieszkał, powiedział, że muszę mu pomóc, że muszę malować. Matka bierze syna za rękę. Jest lodowata. Chodź, idziemy do lekarza. Ale lekarz nic nie znajduje. Chłopiec jest zdrowy, tylko temperatura 35 stopni. Zbyt nisko, jakby ciało zaczęło stygnąć od środka. Archiwum Mazurów. Notatka końcowa Andrzeja. Znaleziona w 2018.

18 stycznia 1930. Wiem, że umrę. Czuję to w kościach, w sercu. Leonardo mnie dotknął. Tej nocy, gdy Piotr dotknął obrazu, wszedłem do środka i coś ze mnie zostało w farbie. Sztuka jest ciałem, które pamięta. Leonardo to wiedział. Michelangelo się tego bał. Picasso i Baski tylko słyszeli jak oddycha.

Ale mój syn stał się jej częścią. I teraz wiem, nie ma ucieczki, tylko przekazanie z pokolenia na pokolenie, z obrazu na obraz, z ciała do farby i z powrotem. Transubstancjacja nie jest metaforą. To rytuał i nigdy się nie kończy. Jeśli ktoś to czyta, nie dotykajcie obrazów Leonarda. Nie dotykajcie farby, która pachnie krwią, bo kiedy już to zrobicie, stajesz się częścią dzieła. Na zawsze.

Andrzej Mazur na odwrocie rękopisu, prawie zatarta, ręka dziecka napisała Piotr Eldifu. Pamiętam wszystko. Widziałem wszystkich apostołów, Leonarda, ojca i wiem, że pewnego dnia ktoś inny mnie zobaczy w farbie, w obrazie i wtedy będę mógł wyjść. M.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy