14 Dzieci Zaginęło Podczas Szkolnej Wycieczki — 18 Lat Później Jedno Z Nich WRÓCIŁO ŻYWE | Tajemnica
O 14:23 pewnego październikowego popołudnia do komisariatu w Sanoku wez złoty, a kobieta bosa w podartej kurtce, bez dokumentów. Dyżurny podszedł do niej i zapytał, czy może jej pomóc. Kobieta podniosła wzrok i powiedziała tylko tyle. Nazywam się Kasia Wolak. Zaginęłam 18 lat temu.
Dyżurny stał przez chwilę bez ruchu. Potem sięgnął po telefon, bo to nazwisko znał. Każdy policjant w Sanoku znał to nazwisko. Kasia Wolak, 12 lat. Zaginęła podczas szkolnej wycieczki 14 października 2007 roku razem z 13ą innych dzieci z klasy piątej szkoły podstawowej nr 3 w Sanoku. Autobus wyjechał rano. Miał dojechać do rezerwatu przyrody dolina czarnego Potoku w Bieszczadach.
Odległość niecałe 40 km. Autobus nigdy nie dojechał. Nie było wypadku, nie było wraku, nie było śladów hamowania na drodze, żadnego sygnału alarmowego. 14oro dzieci i kierowca po prostu zniknęli. Hej, witajcie. Dziękuję, że tu jesteście. Dzisiaj opowiemy wam historię, która kiedy ją przeczytałem po raz pierwszy, sprawiła, że przez dłuższą chwilę siedziałem w ciemności i zastanawiałem się, czy to możliwe, żeby coś takiego wydarzyło się naprawdę.
Historia trwa 18 lat. Historia zaczyna się od autobusu, który nigdy nie wrócił. I historia zaczyna się od nowa pewnego październikowego popołudnia, kiedy do komisariatów Sanoku weszł złoty a bosa kobieta i powiedziała trzy słowa, które zmieniły wszystko. Zostańcie ze mną przez najbliższe 90 minut, bo ta historia ma warstwy i im głębiej wchodzimy, tym więcej pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi.
Zanim zaczniemy, napiszcie w komentarzach skąd nas oglądacie i subskrybujcie, bo każdy odcinek, który tworzymy, kosztuje nas tygodnie pracy, a wasza obecność tutaj jest jedynym powodem, dla którego to robimy. A teraz wróćmy do Sanoka do 14 października 2007 roku, do dnia, kiedy autobus wyjechał i nie wrócił. Sanok, październik 2007 roku.
Jeśli znacie Sanok, wiecie, że to jedno z tych miejsc, gdzie dzieci wychowują się z poczuciem, że świat jest bezpieczny. 18 000 mieszkańców, rynek z fontanną, zamek nad Sanem, lasy Bieszczad kilkanaście kilometrów na południe. Polska w 2007 roku była krajem, który dopiero co wstąpił do strefy z Hengen.
Dopiero co przestał być krajem, gdzie paszport na każdym kroku był potrzebny. Kraj pełen optymizmu, pełen poczucia, że coś dobrego się zaczyna. Nikt w Sanoku tego ranka nie myślał o niczym złoty ym. Szkoła podstawowa nr 3 w Sanoku zorganizowała coroczną wycieczkę przyrodniczą dla klasy piątej. Cel: Rezerwat przyrody, Dolina czarnego Potoku w Bieszczadach.

Niecałe 40 km od miasta. Trasa, którą szkoła pokonywała co kilka lat. Nic nadzwyczajnego. Wyjazd zaplanowany na 7:30. Powrót przed 16:00, 14 dzieci. Wychowawczyni pani Dorota Kamińska i kierowca autobusu pan Marek. Zatrzymajcie się na chwilę przy tym nazwisku. Pan Marek, bo to jest pierwsze z wielu dziwnych szczegółów tej historii, które wyjdą na jaw dopiero wiele lat później.
Pan Marek nie był stałym kierowcą szkoły. Stały kierowca pan Henryk Jabłoński. Cez złoty owiek, który woził dzieci przez dekadę, którego każde dziecko znało z imienia. Tego dnia nie przyjechał. Dostał telefon dzień wcześniej. Powiedziano mu, że wycieczka została odwołana, że jest zmiana planów. Pan Henryk uwierzył. Nie sprawdził.
Dlaczego miałby sprawdzać? Na jego miejscu pojawił się pan Marek. Spokojny, małomówny. Nikt ze szkoły go wcześniej nie widział. Nikt nie wiedział skąd pochodzi, ale był dokumenty miał w porządku. Firma transportowa, z którą szkoła współpracowała, potwierdziła rezerwację i dzieci wsiadły do autobusu. Chcę, żebyście przez chwilę wyobrazili sobie te 14oro dzieci.
Kasia Wolak, 12 lat, najlepsza uczennica w klasie. Lubiła rysować, kolekcjonowała zakładki do książek, zawsze przynosiła do szkoły kanapki z żółtym serem, bo inne jej nie smakowały. Jej mama, Helena Wolak odprowadzała ją do autobusu tego ranka i powiedziała: “Wróć głodna, zrobię pierogi”. Mateusz Kowalski, 13 lat, najwyższy w klasie, grał w piłkę.
Miał zaplanowane urodziny za dwa tygodnie. Zofia Bąk, 11 lat, najmłodsza z całej 14. Bała się psów i kochała ślimaki. Tego ranka po raz pierwszy wzięła do szkoły własny aparat fotograficzny. Tani, jednorazowy, prezent od babci: Piotr Nowak, Ania Mazur, Tomek Dąbrowski, Marta Krzyżanowska, Bartek Lisowski, Natalia Wróel, Paweł Szymański, Kinga Jabłońska, Michał Ostrowski, Emilia Wiśniewska i Dawid Kopeć.
14ścioro dzieci. Każde z nich miało plan na ten wieczór. Każde z nich miało dom, do którego miało wrócić. O 7:35 autobus wyjechał z parkingu przed szkołą. Kilkoro rodziców stało przy bramie i machało. Helena Wolak stała najdłużej. Patrzyła, jak żółty autobus skręca za róg i znika z widoku. I to był ostatni raz kiedy go widziała.
O 15:45, 15 minut przed planowanym powrotem Helena Wolak zadzwoniła do szkoły. Powiedziano jej, że autobus jeszcze nie wrócił, ale to pewnie korek na drodze. Spokojnie. O 16:30 zadzwoniła ponownie. O 17:00 zadzwoniła na policję. O 18:00 na komisariacie w Sanoku siedziało już dścioro rodziców, a autobus nie wrócił.
Nie wrócił następnego dnia. Nie wrócił w tygodniu. Nie wrócił nigdy. Policja przeszukała trasę z Sanoka do rezerwatu Dolina czarnego Potoku. Przeszukała sam rezerwat. Góry wokół, drogi boczne, stare leśne trakty. Nie znaleziono nic, żadnego wraku, żadnego śladu opon na ziemi, żadnej kurtki. Żadnego plecaka, żadnego jednorazowego aparatu fotograficznego Zofi Bong, 14oro dzieci, wychowawczyni i kierowca zniknęli bez śladu.
Przez 18 lat policja miała jedną oficjalną teorię. Wypadek na górskiej drodze, autobus w przepaści, ciała pochłonięte przez rzekę lub zasypane przez osuwisko. Nieszczęśliwy wypadek w trudnym terenie. Ale ta teoria miała jeden problem. Rzeka nigdy nie oddała ani jednej rzeczy, ani jednego plecaka, ani jednej kurtki, ani jednego buta, ani jednego ciała.
W 18 lat rzeka czarny Potok nie oddała absolutnie niczego. I to pytanie, to jedno pytanie. Nigdy nie dawało spokoju komisarz Joannie Lewandowskiej. Nie wtedy, nie przez 18 lat i nie tego październikowego popołudnia, kiedy do komisariatu wezł złoty a bosa kobieta i powiedziała: “Nazywam się Kasia Wolak. Czas działa inaczej dla tych, którzy czekają”.
Dla reszty Sanoka życie wróciło do normy. Nie od razu, bo ta historia wstrząsnęła całym miastem i to wstrząśnięcie trwało długo, ale wróciło. Nowe roczniki dzieci post złoty e do szkoły podstawowej nr 3. Nowi nauczyciele zajęli klasy. Miasto żyło, ale dla rodziców 14ga dzieci. Czas się zatrzymał.
Helena Wolak nie wyjechała z Sanoka. Przez 18 lat mieszkała w tym samym mieszkaniu na ulicy Lipowej. Pokój Kasi pozostał niezmieniony. Zakładki do książek na biurku, rysunki na ścianie, ulubiony sweter złoty, ożony na krześle. Helena nie posprzątała tego krzesła przez 18 lat. Co roku 14 października w rocznicę wycieczki.
zapalała świeczkę przy zdjęciu córki i siadała przy oknie i czekała. Sprawa oficjalnie pozostawała otwarta, ale oficjalnie otwarta to nie to samo, co aktywnie badana w pierwszych latach po zaginięciu. Zaangażowanie było ogromne. Policja, prokuratura, poszukiwania z psami, helikoptery nad Bieszczadami, setki przesłuchań. Sprawdzano każdego, kto miał jakikolwiek kontakt ze szkołą. Pan Henryk Jabłoński.
Stały kierowca, który dostał telefon z informacją o odwołaniu wycieczki. Był przesłuchiwany wielokrotnie, ale nie miał nic do ukrycia. Naprawdę dostał ten telefon. Naprawdę uwierzył i naprawdę przez lata żył z poczuciem winy, że gdyby sprawdził, może coś by się zmieniło. Firma transportowa, która potwierdziła rezerwację pana Marka, okazała się być fikcją.
Adres na dokumentach prowadził do pustego budynku w Rzeszowie. Numer telefonu, do prepidowej karty SIM zarejestrowanej na nieistniejącą osobę. Pan Marek nie istniał w żadnym rejestrze. Żadne imię, żadne zdjęcie, żaden ślad. Złoty owiek, który wsiadł do autobusu z 14 dziećmi pewnego październikowego ranka, jakby nigdy nie istniał.
W 2012 roku, 5 lat po zaginięciu, prokuratura wydała komunikat: “Śledztwo zawieszone z powodu braku nowych dowodów. To nie oznaczało zamknięcia sprawy. Oznaczało: “Nie mamy nic nowego i nie wiemy co dalej”. Rodzice zebrali się pod prokuraturą z transparentami. Helena Wolak stała przez 4ter godziny na deszczu z fotografią Kasi. Nikt jej nie odpowiedział.
W 2018 roku, 11 rocznicę zaginięcia lokalna telewizja zrobiła reportaż o sprawie. Rodziny zaapelowały o informacje. Spłynęło kilkadziesiąt telefonów. Wszystkie okazały się ślepymi zaukami. Sprawa stała się jedną z tych polskich historii, które każdy zna z nazwy, ale nikt nie zna prawdy. Zaginięcie autobusu z Sanoka, 14oro dzieci, 18 lat milczenia.
Ale teraz wróćmy do tego październikowego popołudnia 2025 roku, do komisariatu w Sanoku, do bosej kobiety bez dokumentów, która stoi przy recepcji i mówi, że nazywa się Kasia Wolak, bo jest coś, co muszę wam powiedzieć o tej chwili. Komisarz Joanna Lewandowska była wtedy na miejscu. Lewandowska miała 42 lata. Pracowała w Sanoku od 17 lat. Zaginięcie autobusu.
To była pierwsza wielka sprawa jej kariery, kiedy była jeszcze młodą aspirantką. Sprawa, która nigdy nie dawała jej spokoju. Sprawa, do której wracała co roku, przeglądając akta w nadziei, że coś przeoczyła. Kiedy dyżurny zadzwonił do jej gabinetu i powiedział te słowa, że przy recepcji stoi kobieta podająca się za Kasię Wolak, Lewandowska nie powiedziała nic.
wzięła teczkę ze sprawy z szafy, teczkę, którą miała zawsze pod ręką i wys złoty, a na korytarz. Komisarz Lewandowska wezł złoty, a do pokoju i usiadła naprzeciwko kobiety. Przez chwilę po prostu na nią patrzyła. Kasia Wolak miała 30 lat, ale wyglądała inaczej niż 30estolatki zwykle wyglądają. Była chuda.
Nie w sposób, który mówi dbam o siebie. W sposób, który mówi: Przez długi czas nie miałam wystarczająco dużo jedzenia. Skóra blada, nieletnia opalenizna. która zblakła, blada głębiej, bardziej fundamentalnie, jak u kogoś, kto przez długi czas nie widział słońca. Ruchy powolne, ostrożne, jakby każdy gest w tym pokoju wymagał namysłu, jakby sama przestrzeń wokół niej była czymś obcym. I oczy.
Lewandowska powiedziała potem dziennikarzom, że nigdy w życiu nie widziała takich oczu na twarzy 30estolatki. oczy kogoś, kto przeżył coś, dlaczego nie ma jeszcze języka. Lewandowska położyła przed nią teczkę ze sprawy. Otworzyła na stronie ze zdjęciami klasowymi z 2007 roku. Czy rozpoznaje pani siebie na tym zdjęciu? Kasia spojrzała długo.
Potem dotknęła palcem jednej z twarzy. To ja powiedziała tutaj. Miałam 12 lat. Lewandowska wzięła głęboki oddech. Proszę mi powiedzieć, co się wydarzyło. I Kasia zaczęła mówić. Mówi fragmentami. Nie w porządku chronologicznym. Jakby wspomnienia wychodziły na powierzchnię w kawałkach. Nie jako spójna narracja, ale jako obrazy, dźwięki, zapachy.
Pamięta autobus. Pamięta, że siedziała obok Mateusza Kowalskiego i grali w kółko i krzyżyk na skraju zeszytu. Pamięta, że pani Kamińska, wychowawczyni zasnęła gdzieś za leskiem. chrapała trochę. Mateusz ją naśladował i wszyscy się śmiali. Pamięta, że autobus zjechał z głównej drogi. Myślałam, że to skrót, że tak jedzie się do rezerwatu.
Nie wiedziałam, jak ta droga wygląda. Nigdy tam wcześniej nie byłam. Pamięta leśną drogę, coraz węższą, coraz ciemniejszą. Nie dlatego, że był wieczór, ale dlatego, że drzewa zasłaniały niebo. Pamięta, że autobus zatrzymał się i pamięta, że po tej chwili, przez bardzo długi czas nie pamięta nic więcej.
Tu Lewandowska zatrzymuje pytania: “Czy pamięta pani, co się stało po zatrzymaniu autobusu? Jak długo trwała ta przerwa w pamięci?” Kasia patrzy na szklankę wody na stole przez kilka sekund. Nie wiem jak długo. Wiem tylko, że kiedy zaczęłam znowu wiedzieć gdzie jestem, byłam w innym miejscu, pod ziemią, w małym pokoju i nie byłam sama, pod ziemią.
Lewandowska zapisuje to słowo i podkreśla je dwukrotnie. Były tam inne dzieci? Tak, część z nich. Nie wszystkie. Czy rozpoznała pani kogoś? Mateusza, Zofię, kilkoro innych, ale nie wszystkich. 14oro część nie wiem gdzie była. Jak duże było to miejsce Kasia zamknęła oczy trudno powiedzieć był korytarz kilka pomieszczeń jedno duże gdzie spaliśmy.
Jedno mniejsze do którego nas zabierali po jednym. Zabierali. Kto was zabierał? Ludzie w białych fartuchach nie mówili dużo. Zadawali pytania. Robili testy. Jakie testy? Kasia otworzyła oczy i spojrzała bezpośrednio na Lewandowską. Słuchowe, wzrokowe. Pytali: “Co słyszymy, co widzimy?” Pytali o sny. Lewandowska zapisała to wszystko i potem zadała pytanie, które według jej własnych słów zadała prawie mechanicznie, bo musiała.
Kasia, skąd pani wie, że minęło 18 lat? Co sprawiło, że pani wys złoty, a właśnie teraz? Kasia przez chwilę milczała, potem powiedziała zdanie, które Lewandowska zapamiętała lepiej niż cokolwiek innego z tej rozmowy, bo oni mi powiedzieli, że wróciłam, że to był tylko rok, że byłam chora i to wszystko mi się śniło i przez długi czas wierzyłam, ale potem znalazły am gazetę przerwała.
W gazecie był rok 2025 i zrozumiałam, że kłamali. i że pozostałe dzieci wciąż tam są. Komisarz Lewandowska działała szybko w ciągu godziny od pierwszej rozmowy z Kasią. Zadzwoniła do prokuratury, do Cebeś i do Ipn, Instytut Pamięci Narodowej, bo jedno słowo, które padło w tej rozmowie, uruchomiło w jej głowie coś, co się działo tam od lat. Obiekt.
Kasia nie powiedziała dom ani budynek, powiedziała obiekt. I Lewandowska, która przez 17 lat pracowała na Podkarpaciu, wiedziała doskonale, że Bieszczady, ta piękna, zalesiona, niemal bezludna część Polski. Kryją w sobie rzeczy, o których większość Polaków nie wie. obiekty z czasów pryl, bunkry, schrony, instalacje wojskowe i badawcze.
Część z nich oficjalnie zamknięta w 1989, 1990-19 roku. Część zinwentaryzowana przez Ipn. Część. Nie. Lewandowska zadzwoniła do znajomego historyka z IPN w Rzeszowie. Szukam czegoś w Bieszczadach. Obiekt podziemny. Badania psychologiczne lub sensoryczne. Czas prl. Ale możliwe, że działający dłużej. Historyk poprosił o chwilę czasu i oddzwonił następnego ranka.
Tymczasem w ciągu pierwszych 48 godzin od pojawienia się Kasi Wolak, Lewandowska zderzyła się z pierwszą ścianą. Dokumentacja wycieczki z 2007 roku. Szkoła podstawowa nr 3. Plikacją wycieczki. Lista uczestników. Zgody rodziców. Kontrakt z firmą transportową. Lewandowska poprosiła o te dokumenty już 18 lat temu. Dostała je wtedy. Teraz poprosiła o ich kopię z archiwum.
Archiwista wrócił z informacją, której Lewandowska się nie spodziewała. Dokumentacja z 2007 roku. Wycieczka klasy piątej. Nie istnieje w archiwum. Mamy spis z 2006 i 2008. Rok 2007 dla tej konkretnej klasy. Brakuje. Lewandowska patrzyła na niego przez chwilę. Brakuje, czy została zniszczona? Nie wiem, pani komisarz.
Po prostu jej nie ma. Drugie uderzenie przez złoty o dzień później. Pan Marek. Lewandowska wiedziała od 18 lat, że pan Marek nie istnieje w żadnym oficjalnym rejestrze. Ale teraz, mając zeznanie Kasi, wróciła do tego wątku z nową perspektywą. poprosiła o zdjęcia z monitoringów tras wyjazdowych z Sanoka z dnia 14 października 2007 roku.
Część nagrań zachowała się w archiwum. Część nie, ale na jednym nagraniu. Z kamery przy stacji benzynowej przy wjeździe na drogę w kierunku Bieszczad widać żółty autobus szkolny. przejeżdża o 7:52 i i tu zaczyna się coś dziwnego. Zatrzymuje się przy pompie na dwie minuty. Kierowca wysiada, sprawdza coś przy masce i przez ułamek sekundy obraca twarz w stronę kamery.
Lewandowska zatrzymała klatkę, wysłała zdjęcie do bazy danych, zapytała szkołę, firmę transportową, ZUS, ewidencje kierowców. Nic. Ten c złoty owiek nie figurował w żadnym rejestrze, jakby był kimś, kto wyjechał z Sanoka z 14 dziećmi pewnego ranka i nigdy nie istniał. I właśnie w tym momencie, kiedy Lewandowska siedziała przy biurku z nagraniem z monitoringu i pustą bazą danych, zadzwonił historyk z IPN.
Znalazły M coś powiedział. Słucham. W naszych archiwach jest teczka. Obiekt badawczy Bieszczady-7. Skrót B-7 stworzony w 1978 roku przez Departament Naukowo-Technicznym Mfu. Oficjalnie badania sensoryczne i psychologiczne dla potrzeb służb specjalnych. Oficjalnie zamknięty w 1991 roku. Lewandowska chwyciła długopis.
Co znaczy oficjalnie? Znaczy, że w dokumentach widnieje data zamknięcia, ale w tych samych dokumentach są strony, które ktoś próbował zamazać. I spod zamazania widać daty. Daty po 1991 roku. Lewandowska poprosiła o dostęp do teczki. Historyk powiedział, że wyśle skan. Skan przyszedł następnego dnia. 73 strony. Lewandowska czytała przez całą noc i na 72 stronie.
Na liście osób mających dostęp do obiektu Bebło nazwisko, jedno nazwisko, które Lewandowska znała i wiedziała, że ta osoba wciąż żyje. Przez pierwsze dni po powrocie Kasi Wolak, Lewandowska rozmawiała z nią codziennie. Nie jako przesłuchania, jako rozmowy, bo Kasia. I to jest coś, co muszę wam powiedzieć wprost. Nie była złoty amana.
Była zdezorientowana, była zagubiona w czasie, ale była obecna, myśląca. Chciała mówić i im dłużej mówiła, tym więcej szczegółów wychodziło na powierzchnię. Obiekt bebus 7, tak go nazwała, bo taką nazwę widziała na ścianie korytarza. Był instalacją podziemną. Wejście znajdowało się pod ziemią.
Do pomieszczenia, gdzie trzymano dzieci, prowadziły schody. Kasia nie potrafiła powiedzieć jak głęboko pod powierzchnią. Nie miała punktu odniesienia. Nie było okien. Nie wiedzieliśmy kiedy jest dzień, kiedy noc. Mieli oświetlenie takie jarzeniowe, zimnoobiałe. Włączali i wyłączali je według własnego planu. Przez to traciło się poczucie czasu.
Lewandowska zapisuje celowe zaburzenie rytmu dobowego. Jak wyglądały testy? Kasia zastanawia się. Sadzali nas w pokoju i puszczali dźwięki. pytali co słyszymy. Czasem byli to różni ludzie, różne głosy. Czasem było coś, czego nie umiałam nazwać. Jakbym, wibracja. [parsknięcie][odchrząknięcie] Pytali, czy ją czujemy.
Czy widziałaś urządzenia, aparaturę? Widziałam kable, słuchawki. Raz widziałam coś, co wyglądało jako scyloskop, takie pudełko z ekranem. Byłam wtedy w pokoju badań i zanim zamknęli drzwi, zdążyłam zobaczyć. Teraz najważniejsze pytanie. Kasia, co mówili wam o tym, gdzie jesteście? Co wam tłumaczyli? Kasia przez chwilę milczy. Na początku nic.
Przez pierwsze tygodnie. Myślę, że to były tygodnie, ale nie jestem pewna. Nie mówili prawie nic. Jedzenie przynosili. Kazali się kłaść spać. Zabierali nas na testy. A potem? Potem zaczęły się rozmowy. Jeden z nich, starszy mężczyzna, przychodził wieczorami. Mówił, że jesteśmy częścią ważnego projektu, że pomagamy Polsce, że kiedy projekt się skończy, wrócimy do domu.
Wierzyłaś mu? Na początku nie. Potem kiedy jesteś zamknięta i nie masz nic poza tymi słowami, zaczynasz się zastanawiać, zaczynasz im dawać czas, bo co innego możesz zrobić. I tu, i to jest jeden z najważniejszych fragmentów zeznań Kasi, pada coś, co całkowicie zmienia obraz sprawy. Kasia, powiedziałaś wcześniej, że część dzieci nie była z tobą, że nie widziałaś wszystkich 14orga.
Co wiesz o pozostałych? Kasia wpatruje się w stół. Część była gdzie indziej, w innych pomieszczeniach. Słyszałam głosy przez ścianę, ale nie zawsze. Były okresy ciszy. Czy wiesz co się z nimi stało? Nie wiem wszystkiego. Wiem, że kilkoro po jakimś czasie przestało się odzywać przez ścianę i kiedy pytałam mówili, że zostali przeniesieni do innego miejsca.
Myślisz, że żyją? Kasia podnosi wzrok. Nie wiem. Mam nadzieję, ale nie wiem. I potem Kasia zrobiła coś, czego Lewandowska się nie spodziewała. Sięgnęła do rękawa kurtki i podwinęła go do łokcia na lewym nadgarstku, wytatuowany czarnym tuszem, drobnymi, równymi cyframi. B- 706. Dostałam to tam. Powiedziała. Nie wiem po co.
Wiem tylko, że każde z nas miało numer. Mój to sześć. Lewandowska patrzyła na ten numer przez długą chwilę. Potem otworzyła laptop. i zaczęła szukać nazwy, którą widziała na liście z archiwum IPN. Obiekt badawczy Bieszczady-7 B-7. Zanim opowiem wam, co Lewandowska znalazł o A, chcę, żebyście zrozumieli kontekst. Polska w czasach Pryl miała rozbudowaną sieć tajnych obiektów, nie tylko militarnych, służby specjalne, departament naukowo-Techniczny MSWE, prowadziły badania, o których większość Polaków do dziś nie wie.
badania psychologiczne, sensoryczne, eksperymentowanie z manipulacją, percepcją czasu, z izolacją sensoryczną, z wpływem na pamięć. Część z tych programów była wzorowana na zachodnich odpowiednikach, na projektach cia, o których świat dowiedział się w latach 70. Polskie służby budowały własne wersje. Obiekt minus 7 był jednym z takich miejsc.
Stworzony w 1978 roku, głęboko w lesie Bieszczat. W miejscu, gdzie topografia terenu naturalnie ukrywała wejścia. Podziemna instalacja, kilkanaście pomieszczeń, oficjalnie, zamknięty w 1991 roku. Teczka w Ipn miała 73 strony, ale kilkanaście z nich było zamazanych i spod zamazania. Historyk Zipn odczytał daty 1997, 2001 20047. Ktoś używał B-7 po 1991 roku i ktoś bardzo starannie próbował ukryć, że to robił.
Na liście osób mających dostęp do obiektu Bebin 7 po roku 1995 było siedem nazwisk. Sześć z nich było już martwych albo poza zasięgiem. Siódme. I to był szok, który Lewandowska opisywała potem jako fizyczne uderzenie. było żywe i mieszkało w Sanoku. Doktor Ryszard Głowacki, 71 lat, emerytowany psychiatra. Przez lata pracował w szpitalu psychiatrycznym na obrzeżach miasta, ceniony specjalista, znany w środowisku lekarskim.
Cez złoty owiek, którego wszyscy w Sanoku znali jako spokojnego, kulturalnego starszego pana. Cezłoty owiek, którego Lewandowska znała osobiście, był świadkiem na jej ślubie 20 lat temu i tu chcę się zatrzymać, bo to jest ten moment w każdej prawdziwej historii kryminalnej, który jest najtrudniejszy do opisania. Moment, kiedy twarz kogoś, kogo znasz, zmienia się w twoich oczach.
Kiedy złoty owiek, którego uważałeś za kogoś bliskiego, za kogoś dobrego, staje się nagle kimś, kogo musisz traktować jako podejrzanego. Lewandowska siedziała przy biurku z listą z Ipn i teczką Głowackiego i musiała podjąć decyzję, czy podejść do niego wprost i ryzykować, że ucieknie albo zniszczy dowody, czy działać ostrożniej. Wybrała ostrożność.
Następne 48 godzin były najdłuższymi 48 godzinami jej kariery. Lewandowska zleciła obserwację Głowackiego, dyskretną, bez jego wiedzy. I drugiego dnia obserwacji jeden z funkcjonariuszy zadzwonił do niej z informacją, której się nie spodziewała. Głowacki pojechał w Bieszczady. Lewandowska wstała od biurka.
Dokąd dokładnie jedzie? W kierunku Leska. Droga leśna za Leskim. Na razie prowadzimy z odległości. Nie trać go. Tak jest. Lewandowska wzięła kurtkę i pojechała za nim. W ciągu trzech dni od pojawienia się Kasi Wolak na komisariacie. Kilka rzeczy wydarzyło się równolegle i każda z tych rzeczy mówiła Lewandowskiej. To samo ktoś wiedział, że Kasia wróciła.
Ktoś wiedział, że Lewandowska szuka i ktoś bardzo chciał, żeby to szukanie się skończyło. Pierwsza rzecz. Helena Wolak. Matka Kasi. Mieszka na ulicy Lipowej w Sanoku. W środku nocy, dwa dni po powrocie córki, jej telefon dzwoni. Numer nieznany. Odbiera. Cisza. Potem głos. Kobiecy, spokojny, kliniczny. Niech pani powie córce, że to był błąd.
I rozłotyczyła się. Helena zadzwoniła natychmiast do Lewandowskiej. Druga rzecz. Kasia Wolak mieszka w kwaterze zapewnionej przez policję. Bezpieczna lokalizacja nieujawniona. Tylko kilka osób wie gdzie jest. Trzeciego dnia przed drzwiami kwatery pojawia się koperta biała bez adresu, bez nadawcy. W środku kartka na kartce.
Odręczne pismo numer w -706 był przypisany do osoby, która miała zapomnieć. Pamiętanie jest niebezpieczne i na odwrocie. Rysunek czarnym flamastrem. Autobus. Las i pod autobusem. Dwie cyfry 13. Liczba dzieci, które wciąż nie wróciły. Lewandowska miała teraz kilka pewności i mnóstwo pytań. Pewności. Jeden obiekt B-7 istniał. Działał po 1991 roku.
Doktor Głowacki miał do niego dostęp. 2. Kasia Wolak mówi prawdę. Jej zeznania są spójne, szczegółowe, niemożliwe do sfabrykowania. Czy ktoś wciąż aktywnie monitoruje tę sprawę? i jest gotowy działać, żeby ją uciszyć. Pytania, kto za tym stoi? Czy to relikt starej struktury z czasów pryl? Jakiś program, który przetrwał transformację i działa w cieniu, czy coś nowego, co tylko wykorzystuje starą infrastrukturę? I to najważniejsze, czynnaścioro dzieci wciąż żyje? I jeśli tak, gdzie Lewandowska jechała za Głowackim przez 45 minut
leśną drogą za Leskim. Głowacki zatrzymał się przy starej zarośniętej ścieżce. Wysiadł. Wszedł między drzewa. Funkcjonariusz prowadzący obserwację był 300 m za nim. Lewandowska zatrzymała samochód i wysiadła w odległości pół kilometra. I wtedy usłyszała coś, czego nie spodziewała się usłyszeć. Metaliczny dźwięk jak otwieranie włazu.
To co znalazły, a Lewandowska w lesie Zaleim jest i muszę to powiedzieć wprost czymś czego żaden policjant nie powinien znaleźć sam ale Lewandowska tam była i wes złoty. A bo trnaścioro dzieci teraz 30estolatków, bo tyle czasu minęło. Mogło być po drugiej stronie tego włazu. Schody prowadziły w dół 20 stopni, potem korytarz.
Betonowe ściany, rury wzdłuż sufitu, stare, ale wciąż działające oświetlenie, zimne, jarzeniowe, dokładnie takie, jak opisywała Kasia. Na ścianie korytarza. Tabliczka, czarnymi literami na białym tle, obiekt bin Lewandowska sekundy złoty, a korytarzem ostrożnie. Za nią dwoje funkcjonariuszy, którzy dołączyli, minęli drzwi z napisem sala. A. Sala B.
Pomieszczenie techniczne i na końcu korytarza ciężkie stalowe drzwi uchylone. Lewandowska pchnęła je. W środku było duże pomieszczenie. I w tym pomieszczeniu na betonowej podłodze, na starych materacach, na ławkach było kilkanaście osób dorosłych, ale z oczami, które patrzyły na Lewandowską tak jak patrzą oczy dzieci, które po raz pierwszy widzą nieznajomego.
Jeden z mężczyzn wstał. Był wysoki, chudy, z krótkimi ciemnymi włosami. Miał może 31 32 lata. Spojrzał na Lewandowską, na jej odznakę, na napis policja na kurtce i zapytał: “Po polsku, spokojnie, cicho. Ile czasu minęło?” Lewandowska przełknęła ślinę. 18 lat. Mężczyzna skinął głową. Jakby to potwierdzało coś, co już gdzieś w środku wiedział.
“Jestem Mateusz Kowalski.” powiedział: “Miałem 13 lat, kiedy wsiadłem do autobusu. W pomieszczeniu było 11 osób, 11 z 13orga dzieci, które nie wróciły. Żywe. W ciągu następnych minut Lewandowska zrobiła trzy rzeczy. Zadzwoniła po karetki, zabezpieczyła obiekt i zadzwoniła do Heleny Wolak. Pani Heleno powiedziała i nie musiała mówić nic więcej, bo Helena Wolak przez 18 lat czekała na telefon, który zaczynał się właśnie w ten sposób.
Doktor Ryszard Głowacki, który wszedł do obiektu przed Lewandowską, prawdopodobnie żeby usunąć dokumenty. Został zatrzymany wewnątrz, nie stawiał oporu. Stał przy metalowej szafie z aktami z teczką w rękach. spojrzał na Lewandowską i powiedział tylko jedno zdanie, które ona zapamiętała na zawsze. To był projekt naukowy.
Oni rozumieją to, czego wy nie możecie zrozumieć. Lewandowska spojrzała na 11oro dorosłych za drzwiami, ludzi, którzy weszli tu jako dzieci. I odpowiedziała: Mają teraz 30 lat i nigdy nie widzieli słońca. Założyła mu kajdanki. W ciągu 48 godzin odkrycia obiektu BEB-7 11 osób trafiło do szpitala w Rzeszowie. Wszyscy fizycznie w stosunkowo dobrym stanie.
Byli karmieni, mieli dostęp do wody, nie byli bici, ale 18 lat w izolacji podziemnej, bez słońca, bez kontaktu z zewnętrzem, bez normalnego rytmu życia, zostawiło ślady, które żaden lekarz nie jest w stanie w ciągu tygodnia naprawić. Dwoje z 11ściorga. I to jest najcięższa część tej historii. Nie żyje.
Odeszli kilka lat wcześniej, z przyczyn, których dochodzenie będzie trwało miesiące. Ich rodziny zostały poinformowane. Doktor Ryszard Głowacki jest w areszcie. Śledztwo prowadzone przez prokuraturę Krajową i ABw, bo ta sprawa przekracza możliwości lokalnej jednostki, wciąż trwa. Z tego co ustalono do tej pory, Głowacki był częścią sieci, która po transformacji przejęła kontrolę nad obiektem BEB minus 7 i kontynuowała badania sensoryczne i psychologiczne, twierdząc według jego własnych zeznań, że kontynuuje projekt o znaczeniu
strategicznym. Kto finansował, kto wiedział, jak to możliwe, że przez 18 lat nikt nie sprawdził, co dzieje się w tym miejscu? To pytania, na które odpowiedź wymaga czasu. Polska ma w Bieszczadach kilkanaście takich obiektów. Część z nich wciąż nie jest w pełni zinwentaryzowana przez IPN. To jest niepokojące i powinno być niepokojące dla nas wszystkich.
Kasia Wolak mieszka teraz w Sanoku w mieszkaniu swojej mamy Heleny. Po 18 latach z powrotem przy tym samym oknie na ulicy Lipowej. Helena powiedziała dziennikarzom tylko jedno zdanie. Mówiłam, że wróci. Każdego roku zapalałam świeczkę i mówiłam, że wróci. Kasia dopiero uczy się świata, który przez 18 lat zmieniał się bez niej.
Smartfony, internet, zmiany w Polsce, nowe ulice w Sanoku, twarze rówieśników, którzy zdążyli skończyć szkoły, wziąć śluby, mieć dzieci. Jeden z terapeutów pracujących z osobami z obiektu BEB minus7 powiedział mediom: “To nie jest proces, który trwa miesiąc albo rok. To jest praca na dekadę, ale wracają powoli, ale wracają.
Chcę wam powiedzieć jedną rzecz, zanim skończymy, bo ta historia, nawet jeśli jest fikcją, mówi o czymś, co jest absolutnie realne. W Polsce wciąż są miejsca, o których nikt nie mówi. Obiekty z czasów pryl, które nigdy nie zostały w pełni otwarte ani zbadane. Archiwa, do których dostęp jest ograniczony. Strony w dokumentach IPN, które wciąż są zamazane.
Transformacja 1989 roku nie oznaczała automatycznego otwarcia wszystkich szuflad. I to jest lekcja, którą ta historia niesie. Nie każda tajemnica przez złoty ości jest martwa. Niektóre wciąż oddychają. Jest jeszcze jedna rzecz. Mateusz Kowalski, ten wysoki, chudy mężczyzna, który wstał jako pierwszy i zapytał: “Ile czasu minęło.
Kiedy wyszedł ze szpitala po tygodniu obserwacji, zrobił jedną rzecz. Poszedł na cmentarz do grobu swojego ojca, który umarł w 2019 roku, nigdy nie dowiedziawszy się, co stało się z synem. Mateusz stał przy tym grobie przez godzinę. Nikt nie wie co mówił, ale kiedy wrócił, powiedział do reportera lokalnej telewizji jedną rzecz.
Przez 18 lat mówili mi, że czas tutaj nie istnieje, że jesteśmy poza czasem, ale czas istniał i zabrał mi ojca, jeśli dotarliście do końca. Dziękuję. Napiszcie w komentarzach, skąd nas oglądacie. Napiszcie, co o tym myślicie. Ta historia nie jest łatwa i nie powinna być łatwa, jeśli was poruszyła. Udostępnijcie, bo każde udostępnienie to szansa, że ktoś usłyszy historię, którą powinien usłyszeć.
Subskrybujcie, żeby nie przegapić kolejnych odcinków. I jedno na koniec. Kasia Wolak weszł złoty, a pewnego październikowego popołudnia do komisariatu w Sanoku, bossa bez dokumentów i powiedziała: “Nazywam się Kasia Wolak. Zaginęłam 18 lat temu. Czasem jedno zdanie wystarczy, żeby zmienić wszystko.