„Skoro uciekałeś sto razy, spróbuj sto pierwszy raz, bo w końcu rywale cię puszczą i odjedziesz”: Zenon Jaskuła dokonał historycznego wyczynu w Pirenejach, stając na podium Tour de France, lecz seria dramatycznych wypadków brutalnie przerwała marzenia.
Ciężki rower z Błażejewa i wiatr wielkopolskich równin
Wszystko zaczęło się od zwyczajnego, topornego jednośladu z ciężkim bagażnikiem, bez jakichkolwiek przerzutek, z tradycyjnym hamulcem w pedałach i błotnikiem brzęczącym na każdej koleinie polnej drogi. Na takich maszynach wielkopolska wieś jeździła po zakupy, na niedzielną mszę świętą i do zlewni mleka z bańką przywiązaną kawałkiem sznurka. Na dokładnie takim samym sprzęcie młody chłopak z Błażejewa stawał do pierwszych lokalnych zawodów, mierząc się z rówieśnikami dosiadającymi maszyn o połowę lżejszych, a mimo to regularnie meldował się na mecie w ścisłej czołówce. Urodził się czwartego czerwca 1962 roku w Śremie w rodzinie Władysława i Jadwigi Jaskułów. Rodzinne gospodarstwo nad Jeziorem Kórnickim wymagało nieustannej, twardej pracy, w której dorastało pięcioro dzieci. Latem unosił się tam zapach siana, jesienią chłód mokrej ziemi z wykopków, a o świcie taflę wody spowijała gęsta mgła. Rower nie służył tam do zabawy, lecz stanowił podstawowe narzędzie codziennego bytu.
Przełom nadszedł za sprawą Wyścigu Pokoju, którego majowe etapy gromadziły przed radioodbiornikami całe pokolenia Polaków. Podczas międzyszkolnych zawodów talent chłopca dostrzegł lokalny trener, oferując prawdziwy sprzęt w zamian za wstąpienie do klubu. Matka obawiała się wypadków i nie chciała podpisać zgody, lecz nastolatek skłamał, że przyniesie podpis za kilka dni, i tak w 1977 roku trafił do LZS Piast Śrem. Otrzymał wyścigowego Jaguara z bydgoskiego Rometu, klubowy strój oraz bezpłatne treningi, co dla wiejskiego nastolatka było przepustką do zupełnie innego świata. Uczył się w technikum samochodowym, a popołudniami połykał setki kilometrów po płaskich szosach, gdzie silny boczny wiatr uczył samotnej walki z czasem. Choć po dwóch latach zdobył mistrzostwo Polski juniorów, wielu działaczy uważało go za zbyt szczupłego i wątłego na seniorskie ściganie. Jak pokazała przyszłość, pomylili się mniej więcej o wysokość Pirenejów.
Stan wojenny zastał go w wieku dziewiętnastu lat. Opustoszałe z powodu braku benzyny drogi sprzyjały długim treningom. Po występach w klubach gwardyjskich trafił w 1985 roku do Orląt Gorzów Wielkopolski, gdzie dostrzegł go Marian Więckowski, a następnie sam Ryszard Szurkowski, legendarny mistrz budujący nową kadrę narodową. Szurkowski dostrzegł w nim rzadki dar: żelazną wytrzymałość, która nie gasła po godzinach samotnego wysiłku. Stanisław Szozda powtarzał mu z kolei radę, która stała się jego życiowym mottem – jeśli uciekałeś sto razy, spróbuj sto pierwszy raz, bo pod górę każdemu jest ciężko, a dziesięć metrów decyduje o zwycięstwie. Rozpoczęła się era dominacji w jeździe indywidualnej na czas, zwieńczona trzema tytułami mistrza Polski z rzędu.
Koreański dramat siedmiu sekund i upadek muru
![Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota [wywiad]](https://naszosie.pl/wp-content/uploads/2024/03/Marek-Lesniewski-Joachim-Halupczok-Zenon-Jaskula-i-Andrzej-Sypytkowski.jpg)
W kadrze narodowej wykrystalizowała się wybitna czwórka do stukilometrowej jazdy drużynowej na czas: Joachim Halupczok, Marek Leśniewski, Andrzej Sypytkowski oraz Zenon Jaskuła. Zmiany co kilkaset metrów, koło przy kole, łokieć w łokieć – jakikolwiek techniczny błąd jednego kolarza oznaczał klęskę całej ekipy. Na Igrzyska Olimpijskie w Seulu w 1988 roku polska drużyna jechała z jasnym celem zdobycia złota. We wrześniowy, upalny dzień na koreańskiej szosie stoper zatrzymał się na rezultacie jednej godziny, pięćdziesięciu siedmiu minut i pięćdziesięciu czterech sekund. Reprezentacja NRD pokonała ten sam dystans o niespełna siedem sekund szybciej. Mniej niż dziesiąta część sekundy na kilometrze zadecydowała o przegranej, dając Polakom srebrny medal olimpijski, będący pierwszym takim krążkiem w historii gorzowskiego sportu.
Rok 1989 przyniósł kolejne srebro mistrzostw świata w Chambéry, gdzie defekt opony Sypytkowskiego odebrał im niemal pewny triumf, oraz sensacyjny tytuł mistrza świata amatorów wywalczony przez młodego Halupczoka. Wraz z jesiennymi przemianami politycznymi w Polsce upadły dawne ograniczenia paszportowe i resortowe etaty. Czesław Lang, wicemistrz z Moskwy przecierający szlaki w peletonie zawodowym, namówił Jaskułę i Halupczoka do podpisania kontraktu z włoską grupą Diana Colnago Animex. Zawodowcem Zenon Jaskuła został dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat, w momencie gdy większość zachodnich kolarzy myślała o sportowej emeryturze. Już w marcu 1990 roku zaszokował kolarski świat, zajmując drugie miejsce w prestiżowym wyścigu Tirreno-Adriatico, ulegając jedynie wielkiemu Tony’emu Romingerowi. Włoska prasa zachwycała się debiutantem, który – jak sam wspominał ze śmiechem – jechał na bułce z dżemem i bananie.
Kolejne sezony we Włoszech były szkołą kolarskiej pokory. Jeżdżąc w ekipach z takimi gwiazdami jak Mario Cipollini czy Franco Chioccioli, uczył się roli lojalnego pomocnika, wożąc bidony i osłaniając lidera od wiatru. Kiedy w 1992 roku w barwach GB-MG Maglificio debiutował w Tour de France, czwarte miejsce na czasówce w Luksemburgu zwiastowało wielkie możliwości. Niestety fatalna kraksa i opuchnięte kolano zmusiły go do wycofania się z wyścigu. Płakał godzinami w hotelowym pokoju, lecz lekarz zapewnił go, że los da mu kolejną szansę. Zimę spędził na morderczych treningach biegowych i siłowni, doprowadzając organizm do granic adaptacji, co pozwoliło mu wiosną 1993 roku zameldować się w czołowej dziesiątce Giro d’Italia.
Pirenejski triumf nad gigantami i paryskie podium
Trzeciego lipca 1993 roku w Puy du Fou ruszyła osiemdziesiąta edycja Tour de France. W Polsce mało kto mógł śledzić te zmagania na żywo, a nieliczni posiadacze anten satelitarnych wsłuchiwali się w obcojęzyczny komentarz. Na trudnych alpejskich etapach Polak nie dawał się zepchnąć z czołówki, zajmując wysokie lokaty w Serre Chevalier i Isola 2000 tuż za plecami Romingera oraz niepokonanego Miguela Induraina. Jechał w specyficzny, doprowadzający kibiców i komentatorów do szału sposób: na podjazdach nie trzymał się kurczowo koła rywali, lecz zostawiał dystans kilku metrów, by swoim tempem niwelować straty na kolejnych serpentynach.
Prawdziwy dzień chwały nadszedł dwudziestego pierwszego lipca podczas szesnastego etapu wiodącego przez pięć pirenejskich przełęczy na morderczy podjazd Pla d’Adet nad Saint-Lary-Soulan. W potwornym upale, przy zapachu topniejącego asfaltu i spalin z motocykli, grupka faworytów ruszyła do ostatecznej rozgrywki. Na ostatnich trzystu metrach Zenon Jaskuła wyszedł zza pleców Tony’ego Romingera, minął zszokowanego Miguela Induraina i z uniesionymi rękami jako pierwszy przeciął linię mety po ponad siedmiu godzinach heroicznej wspinaczki. Przez dziewięćdziesiąt lat historii Wielkiej Pętli żaden Polak nie wygrał etapu w wysokich górach. Dwudziestego piątego lipca na Polach Elizejskich w Paryżu stanął na trzecim stopniu podium klasyfikacji generalnej obok Induraina i Romingera, zostawiając za sobą ponad stu trzydziestu najlepszych kolarzy globu. Odbierał gratulacje od mera Paryża Jacques’a Chiraca, stając się bohaterem narodowym, który w plebiscycie Przeglądu Sportowego ustąpił jedynie Rafałowi Kubackiemu.
Radość nie trwała jednak długo. Piątego lutego 1994 roku polskim sportem wstrząsnęła tragedia: podczas charytatywnego meczu w Opolu zasłabł i zmarł z powodu zapalenia mięśnia sercowego zaledwie dwudziestopięcioletni Joachim Halupczok. Z wielkiej olimpijskiej czwórki odszedł człowiek, z którym Jaskuła wchodził do zawodowego peletonu. Sam Zenon zmienił barwy na Jolly Componibil, lecz organizatorzy Tour de France nie przyznali jego zespołowi dzikiej karty, pozbawiając trzeciego kolarza świata możliwości obrony podium w gabinetowych układach. Kolejne sezony przynosiły solidne lokaty, w tym trzecie miejsce w Tour de Suisse oraz siódme na mistrzostwach świata w kolumbijskiej Duitamie, lecz w ojczyźnie kibice oczekiwali wyłącznie powtórki paryskiego cudu, powoli zapominając o bohaterze z Błażejewa.
Tragedia w Georgii, portugalskie piekło i nowe życie

Szansą na przypieczętowanie legendy miały być Igrzyska Olimpijskie w Atlancie w 1996 roku, pierwsze w historii otwarte dla kolarzy zawodowych. Jaskuła przygotowywał się do nich z pedantyczną dokładnością przez całą zimę. Przyleciał do dusznej, parnej Georgii w życiowej dyspozycji. Dwudziestego dziewiątego lipca, zaledwie dwa dni przed olimpijskim startem, postanowił wyjechać na dodatkowy trening, by dokręcić kilometry. Na szerokiej amerykańskiej szosie uderzył w niego samochód osobowy. Diagnoza brzmiała jak wyrok: złamanie kości udowej z przemieszczeniem. Oglądał olimpijski wyścig ze szpitalnego łóżka, klnąc na własną nadgorliwość i porównując swój błąd do tragedii innych mistrzów sportu. Udo dla kolarza to serce napędu, a w wieku trzydziestu czterech lat powrót do sprawności po zespoleniu kości śrubami graniczył z cudem.
Wbrew powszechnemu zwątpieniu podpisał kontrakt z potężną grupą Mapei-GB. Po ukończeniu Tour de France 1997 wyruszył bezpośrednio na Volta a Portugal, gdzie lokalne media pukały się w czoło na widok kolarza startującego w morderczym wyścigu bez odpoczynku. W cieniu termometry wskazywały czterdzieści sześć stopni Celsjusza, a asfalt płynął pod kołami. Korzystając z pomocy psychologa, który kazał mu wizualizować mróz i śnieżyce w polskich Tatrach, zszokował rywali, wygrywając jazdę na czas i broniąc żółtej koszulki lidera przez dziesięć dni aż do mety. Trzydziestopięcioletni weteran ze zrośniętą kością udową wygrał najgorętszy wyścig Europy, a miesiąc później zajął drugie miejsce w Tour de Pologne, przegrywając z Rolfem Järmannem o zaledwie dwadzieścia pięć sekund. Był to ostatni wielki akord w jego karierze – powikłania po wypadku w Atlancie uniemożliwiły dalsze ściganie na najwyższym poziomie.
Po zejściu z roweru nie uległ apatii. Wykorzystał kontakty z włoskim sponsorem i otworzył w Starej Miłosnej pod Warszawą przedstawicielstwo firmy chemii budowlanej Mapei, z powodzeniem odnajdując się w realiach rynkowych. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, przez lata unikał blichtru, jeżdżąc motocyklem i z dystansem komentując sukcesy młodszych kolegów – Michała Kwiatkowskiego czy Rafała Majki. Do kolarstwa wrócił poprzez syna Maksymiliana, wprowadzając go na szosowe trasy z tą samą ojcowską troską i zasadami, które sam wyniósł z rodzinnego domu nad jeziorem. Choć współczesny peleton pędzi nowym rytmem, w historii polskiego kolarstwa nazwisko Zenona Jaskuły na zawsze pozostanie symbolem pirenejskiej odwagi i jedynego polskiego podium na Polach Elizejskich.