Uncategorized

Zszedł ze sceny w połowie występu. Przez trzydzieści lat nikt nie powiedział dlaczego

BOHDAN SMOLEŃ ZSZEDŁ ZE SCENY W POŁOWIE WYSTĘPU. CO NAPRAWDĘ WYDARZYŁO SIĘ TAMTEGO WIECZORU? PO 30 LATACH TA HISTORIA WCIĄŻ NIE MA JEDNEJ WERSJI

 

To miał być wieczór, podczas którego publiczność ponownie zobaczy dwóch ludzi, których nazwiska przez lata wymawiano jednym tchem. Bohdan Smoleń i Zenon Laskowik byli dla milionów Polaków czymś więcej niż tylko kabaretowym duetem. Ich skecze cytowano w domach, zakładach pracy i kolejkach do sklepów. W czasach, gdy telewizja miała zaledwie kilka kanałów, ich występ potrafił następnego dnia stać się tematem rozmów w całym kraju. Tym bardziej niewiarygodne wydaje się to, co wydarzyło się podczas występu we Wrocławiu na początku lat 90. Smoleń w pewnym momencie opuścił scenę. Nie wrócił, a Laskowik miał dokończyć program sam.

Brzmi jak scena, która powinna mieć jasne wyjaśnienie. Jedno zdanie. Jedną przyczynę. Jeden moment, po którym wszystko się załamało.

 

Problem polega na tym, że trzy dekady później nadal nie wiadomo dokładnie, co wydarzyło się wtedy między artystami.

Istnieją różne wersje. Według jednej podczas występu miał paść wyjątkowo bolesny żart. Według innej konflikt miał mieć nieco inny przebieg, a jego dalszy ciąg miał nastąpić podczas kolejnego koncertu. Tymczasem relacja Zenona Laskowika koncentrowała się przede wszystkim na improwizacji. Artysta wspominał, że nie chciał odgrywać dobrze znanych publiczności numerów dokładnie w taki sposób jak wcześniej. Zaczął improwizować i próbował wciągnąć do tej gry swoich partnerów.

Albert Verlinde reageert op keiharde uithaal Johan Derksen ...

Smoleń nie miał jednak podążyć za nim.

Laskowik po latach opisywał, że zaczął zaczepiać partnera, aż ten w pewnym momencie się załamał i opuścił scenę. Za kulisami miał być mocno poruszony.

I właśnie tutaj zaczyna się największa tajemnica.

 

W relacji człowieka stojącego wtedy na scenie nie pojawia się jedno konkretne zdanie, które można byłoby bez wątpliwości wskazać jako przyczynę całego dramatu. Tymczasem w późniejszych publikacjach zaczęły pojawiać się coraz bardziej szczegółowe wersje.

Paradoksalnie im więcej czasu mijało, tym historia robiła się bardziej konkretna.

A przecież pamięć zazwyczaj działa odwrotnie.

 

CAŁA POLSKA ZNAŁA TEN DUET, ALE MAŁO KTO ZNAŁ PRAWDZIWĄ HISTORIĘ SMOLENIA

 

Największy błąd, jaki można popełnić, opowiadając historię Bohdana Smolenia, polega na sprowadzeniu jego życia do siedmiu lat współpracy z kabaretem Tey.

Bo zanim pojawił się Poznań, Laskowik i ogólnopolska sława, Smoleń miał za sobą już lata pracy.

Urodził się 9 czerwca 1947 roku. Pochodził z rodziny rzemieślniczej, a jego ojciec był szewcem. Początkowo nic nie wskazywało na to, że syn stanie się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Po maturze próbował nawet kariery wojskowej, trafiając do szkoły oficerskiej w Pile. Szybko jednak z niej zrezygnował.

 

Później studiował zootechnikę na Akademii Rolniczej w Krakowie i zdobył dyplom.

To właśnie ten pozornie nieistotny fragment jego życiorysu po wielu dekadach miał nabrać zupełnie nowego znaczenia.

W Krakowie Smoleń wszedł również w świat kabaretu. Przez lata był związany z kabaretem Pod Budą, gdzie zdobywał doświadczenie sceniczne. Zanim ktokolwiek zaproponował mu współpracę w Poznaniu, miał za sobą setki występów i ważne sukcesy środowiska studenckiego.

 

Nie był więc amatorem przypadkowo odkrytym przez słynnego partnera.

Przyjeżdżał do Poznania jako doświadczony artysta.

 

SIEDEM LAT, KTÓRE ZMIENIŁY POLSKI KABARET

 

W 1977 roku Smoleń dołączył do poznańskiego kabaretu Tey.

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego.

Jego sceniczna osobowość znakomicie uzupełniała Laskowika. Jeden potrafił wcielić się w język władzy, urzędów i oficjalnej rzeczywistości PRL-u, drugi stawał się głosem zwykłego człowieka próbującego w tej rzeczywistości przeżyć.

 

Publiczność natychmiast zrozumiała ten mechanizm.

W państwie, w którym oficjalne komunikaty często dramatycznie rozmijały się z tym, co ludzie widzieli na własne oczy, kabaret stawał się czymś więcej niż rozrywką. Pozwalał powiedzieć ze sceny rzeczy, których nie dało się powiedzieć wprost.

Jednym z najbardziej legendarnych momentów były występy w Opolu. Publiczność znała fragmenty numerów nawet wtedy, gdy wcześniej ingerowała w nie cenzura. Żarty krążyły poza oficjalnym obiegiem, między innymi na kopiowanych kasetach.

 

Smoleń stał się gwiazdą.

Jego sposób mówienia, mimika i charakterystyczne pauzy sprawiały, że czasami wystarczyło kilka słów, aby sala wybuchła śmiechem.

Ale popularność w PRL-u miała również ciemniejszą stronę.

Jego monolog „A tam, cicho być” przyniósł mu ogromną rozpoznawalność, ale historia artysty obejmuje również zakaz wykonywania zawodu związany z reakcją władz na jego twórczość.

Człowiek, którego kochała publiczność, mógł nagle stać się problemem dla systemu.

 

DLACZEGO ROZPADŁ SIĘ NAJSŁYNNIEJSZY DUET?

 

Współpraca Smolenia z Teyem trwała około siedmiu lat.

W 1984 roku drogi artystów się rozeszły.

I wydarzyło się coś zaskakującego.

Nie było wielkiego publicznego zerwania. Nie zorganizowano konferencji prasowej. Nie padło jedno oficjalne wyjaśnienie, które zamknęłoby sprawę.

 

Przez lata po prostu wiadomo było, że Smoleń i Laskowik nie pracują już razem.

Dopiero później Smoleń sugerował, że jednym z problemów były nadmierne ilości alkoholu. Mówił również, że z czasem przestali się rozumieć.

Była to jednak jego perspektywa.

 

Nie można więc uczciwie stwierdzić, że właśnie to było jedyną i definitywną przyczyną rozpadu współpracy.

Co jeszcze bardziej zaskakujące, Smoleń nie przedstawiał Laskowika wyłącznie jako człowieka, którego chciał wymazać ze swojego życia. Po latach przyznawał, że dobrze im się razem pracowało i że czasami żałował, iż współpraca się skończyła.

To właśnie ta sprzeczność sprawia, że ich relacja fascynuje do dziś.

 

WROCŁAW. WIECZÓR, KTÓRY URÓSŁ DO RANGI LEGENDY

 

Po kilku latach pojawiła się próba ponownego wspólnego grania.

Na przełomie lat 80. i 90. Polska była jednak już zupełnie innym krajem. System, przeciwko któremu kabaret przez lata prowadził swoją grę słów, właśnie się rozpadał. Dawne numery miały gigantyczną wartość sentymentalną, ale scena potrzebowała czegoś nowego.

I wtedy doszło do pamiętnego występu we Wrocławiu.

Laskowik zaczął improwizować.

 

Publiczność reagowała.

Smoleń najwyraźniej nie zaakceptował kierunku, w którym zmierzał wieczór.

W pewnym momencie zszedł ze sceny.

 

Nie wrócił.

Sala, która przyszła oglądać dwóch legendarnych artystów, zobaczyła, jak jeden z nich kończy występ bez drugiego.

Po latach to właśnie wokół tej sceny narosła cała legenda.

 

Czy padło szczególnie okrutne zdanie? Czy był to finał długo narastającego konfliktu? Czy chodziło jedynie o nieudaną improwizację, która przekroczyła granice partnera?

Nie ma jednej odpowiedzi.

I być może już nigdy jej nie będzie.

 

SMOLEŃ NIE ZNIKNĄŁ PO TEYU

 

Popularna narracja sugerująca, że po zakończeniu współpracy Smoleń znalazł się w cieniu dawnego partnera, jest bardzo uproszczona.

Przez kolejne lata rozwijał własną działalność.

Wraz z Krzysztofem Deszczyńskim organizował występy, później stworzył Kabaret Bogdana Smolenia i przez wiele lat występował na scenach w Polsce oraz poza granicami kraju.

Grał również w filmach, nagrywał płyty i pojawiał się w telewizji.

 

W 1994 roku ukazała się książka o niezwykle znaczącym tytule: „Panie Smoleń, co tam słychać u Laskowika?”.

Trudno znaleźć lepszy symbol ciężaru, jaki niesie człowiek będący kiedyś połową legendarnego duetu.

Można zbudować własną firmę. Można przez lata samodzielnie zapełniać sale. Można nagrywać płyty i występować w filmach.

A ludzie nadal pytają o dawnego partnera.

 

POTEM PRZYSZŁA TRAGEDIA, PRZY KTÓREJ SCENICZNE KONFLIKTY STRACIŁY ZNACZENIE

 

W życiu Smolenia wydarzyło się jednak coś znacznie dramatyczniejszego niż jakikolwiek spór artystyczny.

Zmarł jego syn Piotr.

Źródła różnią się w szczegółach dotyczących daty i wieku chłopca, dlatego trudno uczciwie zrekonstruować dokładną chronologię. Oficjalnie śmierć uznano za samobójczą, ale Smoleń przez lata publicznie mówił, że nie wierzy w taką wersję wydarzeń.

Około roku później zmarła również jego żona Teresa.

Wierd Duk en Victor Vlam moeten volgens Johan Derksen de opvolger van  Albert Verlinde worden in Vandaag Inside | De Telegraaf

W niezwykle krótkim czasie człowiek, którego zawodem było sprawianie, aby tysiące ludzi się śmiały, stracił syna i żonę.

Smoleń mówił później o ogromnej, niewyobrażalnej pustce.

I zniknął ze sceny.

Nie potrzeba sensacyjnej teorii, aby zrozumieć ciężar tych wydarzeń.

 

POWRÓCIŁ JAKO EDZIO. NOWE POKOLENIE POZNAŁO GO OD ZERA

 

Pod koniec lat 90. wydarzyło się coś, czego niewielu mogło się spodziewać.

Smoleń pojawił się w serialu „Świat według Kiepskich” jako listonosz Edzio.

Dla starszej widowni był legendą kabaretu.

 

Dla młodszych widzów stał się po prostu charakterystycznym bohaterem popularnego serialu.

Grał tę postać przez wiele lat, wchodząc tym samym do zupełnie nowej epoki polskiej popkultury.

Ale jeszcze bardziej niezwykły rozdział jego życia rozgrywał się z dala od kamer.

 

KONIE, DZIECI I NAJMNIEJ ZNANA TWARZ LEGENDY

 

W Baranówku pod Poznaniem Smoleń zaczął zajmować się końmi.

Człowiek, który kilkadziesiąt lat wcześniej ukończył zootechnikę, wrócił niejako do początku własnej historii.

Powstała Fundacja Stworzenia Pana Smolenia, zajmująca się między innymi hipoterapią dzieci z niepełnosprawnościami.

 

Nie było tam telewizyjnych reflektorów.

Nie było wielotysięcznej publiczności.

Nie było natychmiastowych oklasków.

 

Było dziecko, koń, terapeuta i praca, której efekty czasami pojawiały się dopiero po wielu miesiącach.

To jeden z najbardziej niezwykłych kontrastów w jego życiu.

Przez dziesięciolecia Smoleń był człowiekiem, który otrzymywał reakcję publiczności w sekundę. Pod koniec życia poświęcał czas działalności, w której na rezultat trzeba było cierpliwie czekać.

 

NIEDOKOŃCZONA ROZMOWA

 

Ostatnie lata życia artysty były trudne. Problemy zdrowotne ograniczyły jego sprawność, a choroba dotknęła również tego, co przez lata było jego największym zawodowym narzędziem — głosu.

W mediach pojawiały się informacje o spotkaniu Smolenia z Laskowikiem w szpitalu i możliwym pojednaniu.

Jednak także tutaj rzeczywistość nie pasuje do prostego, filmowego zakończenia.

 

Sam Laskowik wspominał później raczej o „niedokończonej rozmowie”.

Bohdan Smoleń zmarł 15 grudnia 2016 roku. Miał 69 lat.

Na pogrzebie pojawił się również Zenon Laskowik. Nazwał Smolenia przyjacielem, przede wszystkim przyjacielem jego talentu. Później przyznał jednak, że publiczne podkreślanie tej przyjaźni wiele go kosztowało.

 

I właśnie w tym jednym zdaniu być może mieści się cała ich historia.

Nie byli po prostu wrogami.

Nie byli też dwoma ludźmi, którzy po latach wszystko sobie wyjaśnili.

Pozostało między nimi coś niedopowiedzianego.

SIEDEM LAT Z SZEŚĆDZIESIĘCIU DZIEWIĘCIU

 

Polska zapamiętała Bohdana Smolenia przede wszystkim obok Zenona Laskowika.

Ale ich najgłośniejsza współpraca była zaledwie fragmentem jego życia.

Przed Teyem były lata własnej pracy w Krakowie. Po Teyu przyszły własny kabaret, firma, filmy, muzyka, telewizja, „Świat według Kiepskich”, konie i fundacja.

A pomiędzy tym wszystkim wydarzyła się rodzinna tragedia, która zmieniła jego życie w sposób, którego żadna scena nie mogła już naprawić.

 

Pozostaje również tamten wieczór we Wrocławiu.

Smoleń schodzący ze sceny.

Laskowik kończący występ samotnie.

I trzy dekady opowieści, które zamiast zbliżyć nas do jednej odpowiedzi, stworzyły kolejne pytania.

 

Być może właśnie dlatego ta historia do dziś tak mocno działa na wyobraźnię.

Bo czasami największą tajemnicą nie jest to, co ludzie powiedzieli.

Największą tajemnicą pozostaje to, czego przez całe lata nie chcieli powiedzieć.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy