Uncategorized

Wojciech Młynarski: Tajemnica jego choroby. Tego nikt się nie spodziewał…

WOJCIECH MŁYNARSKI PRZEZ LATA UKRYWAŁ DRAMAT, O KTÓRYM PUBLICZNOŚĆ NIE MIAŁA POJĘCIA. ZA UŚMIECHEM I GENIALNYMI TEKSTAMI KRYŁA SIĘ WALKA TRWAJĄCA NIEMAL CAŁE ŻYCIE

 

Cała Polska znała jego słowa. Jego piosenki rozbrzmiewały w radiu, na festiwalach, rodzinnych spotkaniach i wakacyjnych dancingach. Potrafił jednym zdaniem rozśmieszyć publiczność, a chwilę później zmusić ją do gorzkiej refleksji. Wojciech Młynarski przez dziesięciolecia uchodził za człowieka niezwykle błyskotliwego, eleganckiego i zdyscyplinowanego. Niewielu jednak wiedziało, co działo się, kiedy gasły światła sceny.

Za ironicznym uśmiechem jednego z najwybitniejszych polskich autorów tekstów kryła się bowiem historia znacznie bardziej dramatyczna, niż mogła przypuszczać publiczność.

 

To historia ogromnego sukcesu, konfliktów z cenzurą, rodzinnych ran, nieobecności, niezwykłego perfekcjonizmu i przede wszystkim choroby, z którą Młynarski zmagał się przez około 45 lat.

A wszystko zaczęło się dużo wcześniej.

Wojciech Młynarski urodził się 26 marca 1941 roku w okupowanej Warszawie. Miał zaledwie około dwóch lat, kiedy zmarł jego ojciec Marian. Chłopiec praktycznie go nie pamiętał.

Grób Wojciecha Młynarskiego. Syn pokazał zdjęcie

Ten brak miał pozostać z nim na zawsze.

Po śmierci ojca matka zabrała Wojciecha i jego młodszą siostrę do Komorowa. Dom dziadków pełen był muzyki, ale także surowych zasad. Przy stole obowiązywały dobre maniery, emocje nie zawsze znajdowały przestrzeń do wyrażenia, a od dzieci wymagano dyscypliny.

Jednocześnie właśnie tam odkryto niezwykły talent przyszłego artysty. Ciotka, kompozytorka Maria Kaczurbina, zauważyła u niego słuch absolutny. Fortepian zajmował w domu szczególne miejsce, a muzyka była częścią codzienności.

 

Nikt wtedy nie przypuszczał, że chłopiec z Komorowa napisze kiedyś ponad dwa tysiące tekstów piosenek i stanie się jednym z najważniejszych autorów w historii polskiej kultury popularnej.

Droga do sławy wcale jednak nie rozpoczęła się od triumfu.

Młynarski studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Po obronie pracy magisterskiej otrzymał propozycję pozostania na uczelni. Dla młodego człowieka z inteligenckiego domu była to droga bezpieczna, prestiżowa i przewidywalna.

 

On wybrał coś zupełnie innego.

Postawił na piosenkę.

I niemal natychmiast dostał bolesną lekcję. Pierwsze utwory przygotowane wspólnie z Romanem Orłowem zostały odrzucone przez Polskie Radio. Decyzję miał podpisać sam Władysław Szpilman.

 

Dla młodego artysty sytuacja mogła wyglądać katastrofalnie: zrezygnował z pewnej kariery akademickiej, postawił wszystko na twórczość, a profesjonalna instytucja właśnie powiedziała mu „nie”.

Rok później sytuacja zmieniła się diametralnie.

Na festiwalu w Opolu w 1964 roku dwie piosenki napisane przez Młynarskiego otrzymały pierwsze nagrody w różnych kategoriach. Nagle człowiek, którego utworów wcześniej nie chciało radio, znalazł się w centrum zainteresowania całej branży.

 

Telefon zaczął dzwonić.

Teatry chciały jego tekstów. Telewizja chciała jego tekstów. Piosenkarze chcieli jego tekstów.

Rozpoczęła się oszałamiająca kariera.

 

Kolejne lata przynosiły następne nagrody, recitale i utwory, które przechodziły do historii. „Jesteśmy na wczasach”, „Róbmy swoje”, „Jeszcze w zielone gramy” – te frazy z czasem przestały być jedynie tytułami czy fragmentami piosenek. Stały się częścią języka kilku pokoleń Polaków.

Ale popularność miała swoją cenę.

Młynarski pracował niemal bez przerwy. Pisał teksty, libretta, programy kabaretowe, przekłady i scenariusze. Jeździł w trasy koncertowe. Dla publiczności oznaczało to kolejne znakomite utwory.

 

Dla jego dzieci oznaczało to często jedno słowo: nieobecność.

Agata, Paulina i Jan po latach mówili o ojcu z ogromną złożonością emocji. Był człowiekiem niezwykle utalentowanym, potrafił bawić, opowiadać, uczyć pływania czy jazdy na nartach. Jednocześnie praca pochłaniała ogromną część jego życia.

Paradoks był niezwykle bolesny. Chłopiec, który dorastał bez własnego ojca, sam stał się ojcem często nieobecnym.

 

Jednak jeszcze większy dramat rozgrywał się w cieniu.

W 1972 roku Młynarski pracował nad librettem „Henryka VI na łowach”. Po latach opowiedział, że właśnie wtedy zauważył u siebie objawy choroby określanej wówczas jako maniakalno-depresyjna, dziś nazywanej chorobą afektywną dwubiegunową.

To odkrycie całkowicie zmienia sposób, w jaki można patrzeć na jego życie.

 

Publiczność widziała człowieka eleganckiego, dowcipnego i opanowanego. Tymczasem Młynarski doświadczał okresów bardzo podwyższonego nastroju, energii i intensywnej aktywności, po których następowały epizody depresyjne.

W tamtych czasach wiedza o zaburzeniach psychicznych była znacznie mniejsza niż dzisiaj. O problemach tego rodzaju rzadko mówiło się publicznie, szczególnie w środowisku i pokoleniu, w którym obowiązywała zasada zachowywania „fasonu”.

 

Młynarski ją znał doskonale.

Na scenie miał być profesjonalistą.

Publiczność kupowała bilet po to, by zobaczyć artystę, a nie jego prywatne cierpienie.

Dlatego przez lata dwa światy istniały obok siebie.

 

W jednym były oklaski, festiwale, dowcipne pointy i kolejne piosenki.

W drugim — leczenie, szpitale i rodzina próbująca radzić sobie z konsekwencjami choroby.

Paulina Młynarska w późniejszych wspomnieniach opisywała dzieciństwo jako rzeczywistość, w której zachowanie ukochanego ojca mogło zmieniać się podczas kolejnych epizodów choroby. Jednocześnie podkreślała, że był również ojcem potrafiącym okazywać ciepło, opowiadać historie i być dla dzieci ważną postacią.

To Wojciech Młynarski mógł rozpętać II wojnę światową!? O rolę Franka  Dolasa starali się też Englert i Kamas - Super Express - wiadomości,  polityka, sport

To właśnie ta sprzeczność jest jednym z najbardziej poruszających elementów całej historii.

Młynarski nie mieści się w prostym schemacie.

Nie był wyłącznie wesołym autorem pogodnych piosenek.

Nie był też wyłącznie człowiekiem cierpiącym.

 

Był jednym i drugim.

W dodatku jego życie prywatne nie było jedynym polem walki.

W czasach PRL zainteresowała się nim Służba Bezpieczeństwa.

W 1976 roku Młynarski podpisał Memoriał 101, czyli protest intelektualistów przeciwko planowanym zmianom w konstytucji PRL. Niedługo później SB rozpoczęła wobec niego sprawę operacyjnego rozpracowania.

 

Jej kryptonim brzmiał niemal absurdalnie: „Talent”.

Telefon artysty miał być podsłuchiwany, korespondencja kontrolowana, a możliwości występów oraz publikacji ograniczane. Otrzymał również zakaz wyjazdów zagranicznych.

Dla człowieka żyjącego ze sceny był to cios.

 

Paradoksalnie po kilkunastu miesiącach służby zakończyły sprawę, uznając, że nie był czynnie zaangażowany w działalność polityczną, którą władze uznawały za wrogą.

Ale konflikty z aparatem państwa na tym się nie skończyły.

W czasie stanu wojennego wydarzył się jeden z najbardziej symbolicznych epizodów jego biografii.

13 grudnia 1981 roku Młynarski znajdował się w Szwajcarii. Mógł pozostać na Zachodzie. Miał tam rodzinę, publiczność i możliwość ułożenia sobie życia poza krajem.

 

W Polsce czekała jednak żona i troje dzieci.

Wrócił.

27 stycznia 1982 roku przyleciał do Warszawy.

Nie pozostawił wielkiego patriotycznego manifestu wyjaśniającego tę decyzję. Być może dlatego gest ten mówi więcej niż najbardziej uroczyste deklaracje.

 

Później ponownie popadał w konflikty z władzami. W 1983 roku odmówił udziału w festiwalu w Opolu i próbował zachęcić do bojkotu także innych artystów. W kolejnych latach ponownie ograniczano możliwość jego występów.

A przecież Opole było miejscem, które dało mu wielką sławę.

Historia zatoczyła niezwykłe koło, gdy w 1988 roku ten sam festiwal zorganizował koncert jubileuszowy poświęcony jego twórczości.

 

Po zmianie ustroju Młynarski nadal pisał.

Nie stał się bezkrytycznym komentatorem nowej rzeczywistości. Jego satyra nie była związana wyłącznie z jednym systemem politycznym. Obserwował ludzkie słabości, władzę, społeczne absurdy i zwykłą codzienność.

Właśnie dlatego jego teksty starzały się znacznie wolniej niż wiele popularnych piosenek.

 

Jego dorobek był gigantyczny.

Ponad dwa tysiące tekstów. Piosenki wykonywane przez największych polskich artystów. Przekłady Brela, Brassensa, Aznavoura, Okudżawy czy Wysockiego. Libretta, musicale, spektakle teatralne.

Za tym wszystkim nadal jednak pozostawał człowiek walczący z własną psychiką.

Z czasem udało mu się lepiej zrozumieć chorobę i rozpocząć bardziej systematyczne leczenie. Zaczął również mówić o swoim problemie publicznie — rzecz niezwykła w przypadku przedstawiciela jego pokolenia.

 

Relacje rodzinne także zaczęły się zmieniać. Agata Młynarska wspominała później, że terapia oraz leczenie ojca pozwoliły zbudować między nimi głębszą relację opartą na miłości, zrozumieniu i wybaczeniu.

Ale organizm artysty zaczął przegrywać kolejną walkę.

W 2014 roku trafił do szpitala z silnym bólem serca. Później jego zdrowie coraz bardziej się pogarszało. Na przełomie 2015 i 2016 roku przeszedł udary.

 

Ostatnie miesiące życia były niezwykle trudne.

Dzieci, które wcześniej mówiły o nieobecności ojca, teraz były przy nim niemal każdego dnia.

15 marca 2017 roku o godzinie 20:40 Wojciech Młynarski zmarł w warszawskim szpitalu. Do 76. urodzin brakowało mu zaledwie jedenastu dni.

Jego syn Jan napisał wówczas, że trzymał ojca za rękę.

 

Kilka dni później podczas pogrzebu padły słowa, które nadały całej historii niezwykle gorzki wymiar.

Jan Młynarski mówił o cierpieniu ojca i o tym, że śmierć stała się dla niego wyzwoleniem. Powiedział również, że jego ojciec w życiu rzadko był naprawdę szczęśliwy.

Trudno o bardziej przejmującą puentę biografii człowieka, który przez dziesięciolecia dawał Polakom nadzieję.

 

I właśnie dlatego „Jeszcze w zielone gramy” po poznaniu jego historii brzmi zupełnie inaczej.

Nie jak naiwny hymn człowieka, któremu zawsze wszystko się udawało.

Raczej jak deklaracja kogoś, kto wiedział, czym jest upadek, a mimo to wciąż próbował się podnosić.

 

Wojciech Młynarski pozostawił po sobie tysiące tekstów, nagrania, spektakle, maszynopisy i ogromne archiwum. Ale zostawił także coś znacznie trudniejszego do zmierzenia — sposób patrzenia na życie, w którym humor nie oznacza braku cierpienia, a nadzieja nie oznacza braku powodów do rozpaczy.

Być może właśnie dlatego jego słowa nadal działają.

Bo człowiek, który pisał o tym, że „jeszcze w zielone gramy”, doskonale wiedział, jak wiele kosztuje decyzja, by mimo wszystkiego grać dalej.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy