Polacy są w szoku! Lucyna Winnicka: Prawda, którą ukrywano przez lata. Tajemnicze życie gwiazdy PRL
POLACY PAMIĘTAJĄ JĄ JAKO IKONĘ PRL. LUCYNA WINNICKA MIAŁA ŚWIAT U STÓP, A POTEM NAGLE ZNIKNĘŁA. JEJ HISTORIA DO DZIŚ BUDZI PYTANIA
Była jedną z najbardziej niezwykłych twarzy polskiego kina. Kamera ją uwielbiała, krytycy dostrzegali w niej talent wykraczający daleko poza granice PRL, a jej nazwisko pojawiało się przy filmach, które przeszły do historii. Lucyna Winnicka mogła wykorzystać sukces, przyjmować kolejne role, podróżować po świecie i przez następne dekady pozostać wielką gwiazdą. Zrobiła jednak coś, czego niemal nikt się nie spodziewał.
Odeszła.
Bez wielkiej konferencji prasowej. Bez dramatycznego pożegnania z publicznością. Bez desperackich prób utrzymania się na pierwszych stronach gazet.
Im bardziej jej kariera mogła przypominać spełnienie marzeń, tym wyraźniej Winnicka zdawała się od tego świata odsuwać. I właśnie dlatego jej biografia jest dziś znacznie bardziej fascynująca niż zwykła historia kolejnej gwiazdy PRL. To opowieść o kobiecie, która osiągnęła coś, o czym tysiące aktorek mogły jedynie marzyć — i odkryła, że być może wcale tego nie pragnęła.
Jej pogrzeb w 2013 roku miał być zaskakująco skromny. Według relacji przytoczonej w materiale źródłowym w kościele pozostały wolne miejsca, zabrakło wielkich medialnych ekip i oficjalnego przepychu. Trudno było pogodzić ten obraz z pozycją kobiety, której twarz kilkadziesiąt lat wcześniej znały miliony widzów.
A przecież Winnicka pozostawiła po sobie role, których polskie kino nie zapomniało.
Z PRAWA PROSTO PRZED KAMERĘ
Jej droga do aktorstwa od początku była nietypowa.
Urodzona w Warszawie w 1928 roku Lucyna Winnicka nie była dziewczyną, która od dzieciństwa marzyła o blasku reflektorów. Najpierw wybrała znacznie bardziej konwencjonalną drogę. Studiowała prawo na Uniwersytecie Warszawskim i w 1950 roku uzyskała dyplom.
Mogła rozpocząć spokojne, szanowane życie zawodowe. Mogła zostać prawniczką i nigdy nie stanąć przed kamerą.
Tak się nie stało.
Winnicka doszła do wniosku, że życie zamknięte w jednej profesji jest dla niej zbyt ciasne. Fascynowała ją możliwość przeżywania różnych losów, wcielania się w innych ludzi i odkrywania światów, których sama nigdy by nie doświadczyła. W 1953 roku ukończyła studia aktorskie.
Wkrótce na jej drodze stanął Jerzy Kawalerowicz.
I tutaj zaczyna się historia, w której trudno oddzielić wielką miłość od wielkiego kina.
NAJPIERW MIAŁ JĄ WYŚMIAĆ. POTEM SIĘ ZAKOCHAŁ
Jedna z najsłynniejszych anegdot związanych z Winnicką brzmi dziś wręcz niewiarygodnie.
Kawalerowicz początkowo miał bardzo krytycznie ocenić wygląd młodej aktorki. W źródłowej relacji pojawia się brutalne określenie jej twarzy jako „tłustej” oraz porównanie do „rozdeptanego mopsa”.
Potem nastąpiły zdjęcia próbne.
I wszystko się zmieniło.
To, czego reżyser nie zobaczył, patrząc na Winnicką bezpośrednio, zobaczyła kamera. Przed obiektywem jej twarz nabierała niezwykłej siły. Miała w sobie coś, co trudno było opisać, ale jeszcze trudniej zignorować.
Kawalerowicz później wspominał, że gdy zobaczył ją podczas próby, zakochał się.
Winnicka otrzymała rolę Magdy w filmie „Pod gwiazdą frygijską”. Dla początkującej aktorki był to ogromny krok. Bardzo szybko zaczęto mówić o niej jako o jednym z najciekawszych nowych nazwisk polskiego kina.
Problem polegał na tym, że Kawalerowicz był wówczas żonaty.
Ich relacja stała się źródłem emocji, plotek i napięć. Reżyser ostatecznie rozwiódł się z pierwszą żoną, a Winnicka została jego życiową oraz artystyczną partnerką.
Od tego momentu oba ich światy — prywatny i zawodowy — splatały się coraz mocniej.
I właśnie to miało w przyszłości stać się dla Winnickiej zarówno przepustką do wielkich ról, jak i ciężarem.
„POCIĄG” ZAWIÓZŁ JĄ NA SZCZYT
Jednym z przełomowych momentów jej kariery był „Pociąg” z 1959 roku.
Winnicka zagrała Martę, a obok niej pojawili się Leon Niemczyk i Zbigniew Cybulski. Film Kawalerowicza stał się jednym z najważniejszych dzieł epoki, a rola Winnickiej pokazała, jak znakomicie aktorka potrafi wykorzystywać najdrobniejsze gesty i spojrzenia.
Nie potrzebowała teatralnej przesady.
Kamera wystarczała.
Paradoksalnie relacje pomiędzy reżyserem a jego ukochaną na planie nie miały przypominać romantycznej bajki. Winnicka wspominała, że Kawalerowicz pilnował, aby nie otrzymywała specjalnego traktowania. Chciał uniknąć oskarżeń, że daje jej role wyłącznie dlatego, że są razem.
To jednak nie zatrzymało plotek.
Przez lata Winnicka musiała mierzyć się z sugestiami, że sukces zawdzięcza mężowi. Tymczasem prawdziwy paradoks ich związku ujawnił się przy filmie, który stał się prawdopodobnie najważniejszym aktorskim osiągnięciem jej życia.
„Matka Joanna od Aniołów”.
Kawalerowicz początkowo nie chciał, aby zagrała główną rolę.
MUSIAŁA WALCZYĆ O ROLĘ ŻYCIA
Brzmi jak ironia losu.
Aktorka oskarżana przez środowisko o otrzymywanie ról dzięki mężowi musiała przekonywać własnego męża, żeby pozwolił jej zagrać postać, która później uczyniła ją gwiazdą o międzynarodowej renomie.
Kawalerowicz miał uważać, że Winnicka nie posiada odpowiedniej demoniczności i mroku potrzebnych do zagrania Matki Joanny.
Ona jednak nie odpuściła.
W końcu dostała swoją szansę.
Rezultat przeszedł do historii polskiego kina.
Winnicka stworzyła postać jednocześnie ciepłą, niepokojącą, niewinną i przerażającą. Granica między religijnym uniesieniem, szaleństwem i aktorską kreacją została niemal całkowicie zatarta.
Co jeszcze bardziej niezwykłe, podczas realizacji filmu aktorka była w ciąży.
Film wywołał ogromne emocje również poza środowiskiem artystycznym. Jego przedstawienie zakonnic i religii wzbudzało gwałtowne kontrowersje. W materiale źródłowym opisano protesty środowisk kościelnych i konflikt wokół dystrybucji obrazu.
Ale artystycznego sukcesu Winnickiej nie można było zignorować.
„Matka Joanna od Aniołów” została pokazana w Cannes, a aktorka zdobywała międzynarodowe uznanie i nagrody. W krótkim czasie znalazła się w miejscu, z którego droga mogła prowadzić do jeszcze większej, światowej kariery.
I właśnie wtedy zaczyna się największa zagadka.
Dlaczego kobieta stojąca przed otwartymi drzwiami światowego kina nie chciała przez nie przejść?
MIAŁA WSZYSTKO. A JEDNAK CORAZ CZĘŚCIEJ MÓWIŁA „NIE”
Winnicka nie była gwiazdą stworzoną do życia w nieustannym świetle reflektorów.
Jej nazwisko pojawiało się w największych produkcjach epoki. Zagrała księżną Annę Danutę w monumentalnych „Krzyżakach”, filmie oglądanym przez miliony Polaków. Pojawiła się również w „Stawce większej niż życie” oraz wielu innych polskich i zagranicznych produkcjach.
Mimo to stopniowo zaczęła ograniczać swoją obecność przed kamerą.
Nie wyglądało to na gwałtowne wyrzucenie z branży. Przeciwnie — współpracowała również z uznanymi zagranicznymi twórcami. Coraz wyraźniej można jednak było dostrzec, że role stają się mniejsze, a Winnicka nie walczy o powrót na szczyt.
W tle zaczęły rozpadać się także fundamenty jej życia prywatnego.
Na początku lat 70. małżeństwo Winnickiej i Kawalerowicza znalazło się w poważnym kryzysie. Według relacji przedstawionej w materiale aktorka miała dowiedzieć się z zagranicznej prasy o romansie męża podczas jego pracy we Włoszech. Była wtedy w ciąży.
I właśnie jej reakcja jest jednym z najmocniejszych fragmentów tej historii.
Nie zamknęła się w domu.
Miała polecieć do Włoch i osobiście skonfrontować się z sytuacją. Kawalerowicz wrócił później do Polski, lecz związek, nawet jeśli formalnie jeszcze trwał, miał już nigdy nie odzyskać dawnego kształtu.
W końcu ich drogi się rozeszły.
Dla Winnickiej skończyło się nie tylko małżeństwo.
Powoli kończył się również świat kina.
„SZŁAM PO NIEWŁAŚCIWYCH TORACH”
Najbardziej przejmująca odpowiedź na pytanie, dlaczego zrezygnowała, pochodzi od samej Winnickiej.
Po latach miała powiedzieć:
„Szłam po niewłaściwych torach. Czułam, że nie rosnę, ale schnę”.
To zdanie uderza szczególnie mocno, jeśli pamięta się, że jeden z jej największych filmów nosił tytuł „Pociąg”.
Przez lata ludzie patrzyli na jej życie z zewnątrz i widzieli sukces. Ona patrzyła od środka i dostrzegała zupełnie coś innego.
Bała się wewnętrznej pustki. Czuła, że aktorstwo, mimo wszystkich nagród, nie pozwala jej już się rozwijać. Nie chciała spędzić reszty życia wyłącznie jako twarz znana z ekranu.
Dlatego zrobiła coś, na co niewielu ludzi sukcesu potrafi się zdobyć.
Odeszła, zanim świat zdążył ją odrzucić.
Nie próbowała za wszelką cenę udowadniać, że nadal jest gwiazdą. Zaczęła podróżować, pisać i odkrywać zupełnie inne strony życia. Sama określała ten wewnętrzny konflikt jako walkę pomiędzy „solidną duszą artystki filmowej” a „zawadiacką duszą podróżnika reportera”.
Wygrała ta druga.
Zaczęła publikować i zamiast być osobą przepytywaną przez dziennikarzy, sama zaczęła zadawać pytania.
I być może właśnie tutaj znajduje się odpowiedź na zagadkę Lucyny Winnickiej.
Nie uciekła dlatego, że przegrała.
Odeszła dlatego, że sukces przestał być dla niej wystarczający.
GWIAZDA, KTÓRA NIE CHCIAŁA BYĆ WIĘŹNIEM WŁASNEJ LEGENDY
Historia Winnickiej burzy jeden z najpopularniejszych mitów dotyczących sławy: przekonanie, że każdy, kto ją zdobył, musi kurczowo się jej trzymać.
Ona tego nie zrobiła.
Miała twarz kochaną przez kamerę. Miała role, które przetrwały dziesięciolecia. Miała międzynarodowe uznanie, nazwisko, pozycję i możliwości, o jakich wielu ludzi mogło tylko marzyć.
A jednak potrafiła powiedzieć: wystarczy.
Dlatego najbardziej przejmującym elementem jej historii nie jest ani sukces w Cannes, ani burzliwe małżeństwo z Jerzym Kawalerowiczem, ani nawet nagłe odejście z aktorstwa.
Jest nim świadomość, że za ekranowym wizerunkiem wielkiej gwiazdy przez cały czas kryła się kobieta próbująca odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie:
Kim jestem, kiedy kamera przestaje na mnie patrzeć?
Lucyna Winnicka przez większą część życia unikała szczegółowego opowiadania o swoich najbardziej osobistych przeżyciach. Choć pisała książki, nie pozostawiła klasycznej autobiografii odsłaniającej sekrety jej małżeństwa, kariery czy rodzinnego życia.
Dlatego nie wszystko uda się już wyjaśnić.
Być może właśnie tego chciała.
Bo choć Lucyna Winnicka odeszła, na ekranie pozostała dokładnie taka, jak przepowiadała wiele lat wcześniej — żywa, młoda i piękna.
I w tym jednym zdaniu kryje się niezwykły paradoks jej losu.
Kobieta, która uciekła przed własnym wizerunkiem, została przez kino unieśmiertelniona właśnie w nim.