Uncategorized

Marian Kosiniak: Co tak naprawdę się z nim stało? Czego nie wiemy…

POLACY ZNALI GO JAKO FRANKA DOLASA. PRAWDZIWE ŻYCIE MARIANA KOCINIAKA BYŁO JEDNAK ZNACZNIE BARDZIEJ DRAMATYCZNE. 35 DNI PO ŚMIERCI ŻONY ODSZEDŁ TAKŻE ON

 

Miliony Polaków pamiętają jego uśmiech, charakterystyczny głos i scenę, której przez dziesięciolecia nie dało się obejrzeć bez śmiechu. Marian Kociniak jako Franek Dolas próbujący przedstawić się niemieckiemu oficerowi jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz stał się częścią polskiej popkultury. Ten fragment filmu cytowano w szkołach, przy rodzinnych stołach i podczas kolejnych telewizyjnych powtórek.

Ale człowiek stojący za tą komediową maską przeżył życie, które z komedią miało niewiele wspólnego.

 

Jako dziecko widział płonący rodzinny dom. Dorastał w biedzie. Przeżył zawód miłosny, kryzys małżeństwa, wieloletnie problemy rodzinne, pożar, który po raz drugi odebrał mu dom, ciężką chorobę i wreszcie stratę kobiety, o której sam mówił, że trzyma go przy życiu.

Kiedy Grażyna Kociniak zmarła 11 lutego 2016 roku, jej mąż miał kompletnie się załamać. Córka wspominała, że przekazanie ojcu informacji o śmierci matki było jednym z najtrudniejszych momentów w jej życiu. Według relacji zawartej w materiale aktor przez wiele godzin płakał i krzyczał. Nie był nawet w stanie pojawić się na pogrzebie żony.

Weronika Kociniak o opiece nad rodzicami. "Razem chorowali i razem odeszli"

35 dni później Marian Kociniak również nie żył.

Czy był to tylko tragiczny zbieg okoliczności? Czy wyczerpany organizm nie był już w stanie znieść kolejnego ciosu? A może prawdę kryły słowa, które aktor wypowiedział wiele lat wcześniej:

„Gdyby nie Grażyna, to bym nie żył”.

 

DZIECKO, KTÓREMU WOJNA ODEBRAŁA DOM

 

Marian Kociniak urodził się 11 stycznia 1936 roku w Warszawie.

Gdy wybuchła II wojna światowa, był jeszcze małym dzieckiem. Jego pierwsze wspomnienia nie wiązały się z karierą, teatrem ani marzeniami o sławie.

Były związane ze strachem.

 

Według własnych wspomnień aktora Niemcy spalili dom, w którym mieszkała jego rodzina. Kociniakowie stracili praktycznie wszystko i musieli szukać schronienia poza Warszawą.

Trafili do cegielni w Dąbrówce.

Po latach Kociniak opowiadał o spaniu na słomie, wszechobecnym głodzie i wszach, które matka usuwała z jego włosów. Warunki były skrajnie trudne.

 

Trudno znaleźć większy kontrast.

Kilkuletni chłopiec śpiący na słomie i walczący z biedą miał kilkadziesiąt lat później stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów komediowych w Polsce.

Po wojnie rodzina wróciła do Warszawy. Dawnego domu już nie było.

 

Ojciec Mariana, Kazimierz, własnymi rękami zbudował skromne miejsce do życia. Dla młodego Kociniaka lekcja była brutalnie prosta: wszystko można stracić, ale trzeba się podnieść i budować od początku.

Ta historia miała powtórzyć się jeszcze raz.

Tyle że wtedy Marian będzie już starszym człowiekiem.

 

OJCIEC CHCIAŁ DLA NIEGO „NORMALNEGO” ZAWODU

 

Po wojnie nikt w rodzinie Kociniaków nie planował wielkiej kariery aktorskiej.

Ojciec chciał, by Marian zdobył konkretny fach. Dlatego przyszły aktor trafił do technikum budowy silników lotniczych.

Wydawało się, że jego przyszłość jest już zaplanowana.

 

Wszystko zmieniła nauczycielka języka polskiego prowadząca szkolny teatr. Dostrzegła w chłopaku coś, czego początkowo nie zauważał nawet on sam.

Talent.

To właśnie ona miała przekonywać jego rodziców, aby pozwolili synowi spróbować aktorstwa. Rodzina podeszła do tego pomysłu nieufnie. Dla ludzi, którzy przeżyli wojnę i biedę, aktorstwo nie oznaczało bezpieczeństwa.

 

Marian dostał jednak swoją szansę.

Rozpoczął naukę w warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Trafił między innymi pod opiekę Ludwika Sępolińskiego, od którego uczył się scenicznego rytmu oraz jednej z najważniejszych zasad swojego późniejszego zawodu: komedia wymaga takiej samej precyzji jak tragedia.

W czasie studiów wydarzyło się jednak coś, co boleśnie uderzyło w młodego aktora.

 

PIERWSZA MIŁOŚĆ ODESZŁA DO GUSTAWA HOLOUBKA

 

Kociniak zakochał się w młodej aktorce Marii Wachowiak.

Relacja miała być dla niego niezwykle ważna. Problem pojawił się, kiedy Wachowiak poznała Gustawa Holoubka.

Jednego z największych aktorów powojennej Polski.

 

Maria odeszła od Kociniaka, a później została żoną Holoubka. Dla młodego Mariana był to ogromny cios.

Historia miała jednak niezwykły epilog.

Po wielu latach Kociniak i Holoubek stali razem na jednej scenie.

 

Nie jako wrogowie.

Jako partnerzy i przyjaciele.

Kociniak nazywał Holoubka swoim mistrzem, a ten miał powiedzieć o nim jedno z najpiękniejszych zdań w jego zawodowym życiu:

 

„Marian Kociniak sam w sobie jest teatrem”.

Los czasami pisze scenariusze dziwniejsze niż kino.

 

GRAŻYNA. KOBIETA, KTÓRA ZMIENIŁA WSZYSTKO

 

Na początku lat 60. Marian poznał Grażynę.

Była montażystką filmową, miała za sobą wcześniejsze małżeństwo i wychowywała syna Piotra. Nie był to w tamtych czasach układ, który każda rodzina przyjmowała bez zastrzeżeń.

Matka Mariana miała początkowo reagować chłodno.

 

Ojciec zrobił coś zupełnie innego.

Przyjął Grażynę jak córkę, a jej małego syna jak własnego wnuka.

W 1963 roku Marian i Grażyna pobrali się. Początki były skromne. Nie mieli wielkich pieniędzy ani luksusowego mieszkania. Przez pewien czas pomieszkiwali u Romana Wilhelmiego.

Ale prawdziwe problemy dopiero nadchodziły.

 

Młody Kociniak intensywnie pracował, lecz środowisko teatralne tamtej epoki miało swoje zwyczaje. Po premierach odbywały się bankiety, później kolejne spotkania i nocne wypady.

Aktor sam po latach przyznawał, że żona nie miała z nim łatwego życia.

 

Wracał późno. Pił. Przepraszał.

Często z kwiatami.

A później historia się powtarzała.

 

FRANEK DOLAS. ROLA, KTÓRA ZROBIŁA Z NIEGO LEGENDĘ

 

W 1969 roku Tadeusz Chmielewski szukał aktora do roli Franka Dolasa.

Postać była wymagająca fizycznie i komediowo. Aktor musiał biegać, skakać, wpadać w kolejne katastrofy, a jednocześnie pozostać kimś, komu widz kibicuje od pierwszej do ostatniej sceny.

Wybór padł na Kociniaka.

 

„Jak rozpętałem drugą wojnę światową” trafiło do kin w 1970 roku.

Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania.

Franek Dolas natychmiast stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów polskiego kina. A scena z nazwiskiem Grzegorz Brzęczyszczykiewicz przeszła do historii.

 

Dla milionów widzów Marian Kociniak był od tej chwili człowiekiem, któremu zawsze wszystko uchodzi na sucho.

Na ekranie spadał na cztery łapy.

W domu sytuacja stawała się jednak coraz poważniejsza.

 

PEWNEGO DNIA GRAŻYNA SPAKOWAŁA WALIZKI

 

W domu było już dwoje dzieci: Piotr oraz wspólna córka Mariana i Grażyny, Weronika.

Kociniak kochał rodzinę, ale wciąż żył rytmem teatru, zdjęć i nocnych spotkań.

W 1978 roku Grażyna powiedziała: dość.

 

Nie potrzebowała wielkiej sceny.

Spakowała rzeczy, zabrała dzieci i wyjechała do Paryża.

Dla Kociniaka miało to być brutalne przebudzenie.

 

Człowiek rozpoznawany na ulicach przez tysiące ludzi wracał do pustego mieszkania, w którym nie było już żony ani dzieci.

Według relacji długo prosił Grażynę o powrót.

Wreszcie wróciła.

 

Ale postawiła warunki.

I tym razem Marian naprawdę się zmienił.

Zrezygnował z nocnych eskapad, ograniczył alkohol i zaczął poświęcać rodzinie znacznie więcej czasu. Grażyna stała się nie tylko żoną, ale również jego najważniejszą partnerką życiową i zawodową.

Marian Kociniak zarzekł się, że nigdy nie udzieli wywiadu | Silver Lelum

Po latach aktor mówił o niej bez wahania:

„Grażyna i jeszcze raz Grażyna trzyma mnie przy życiu”.

Wtedy brzmiało to jak piękne wyznanie.

Później zaczęło brzmieć zupełnie inaczej.

 

DRUGI POŻAR

 

W 2008 roku wydarzyło się coś, co musiało przywołać najgorsze wspomnienia z dzieciństwa.

W mieszkaniu Kociniaków na Saskiej Kępie wybuchł pożar.

Ogień zniszczył zdjęcia, dokumenty, książki, pamiątki i rzeczy gromadzone przez dziesięciolecia.

 

Marian miał 72 lata.

Ponownie patrzył na płonący dom.

Pierwszy spłonął, gdy był dzieckiem podczas wojny.

 

Drugi, kiedy wydawało się, że najtrudniejsze doświadczenia są już za nim.

Tym razem nie było obok ojca.

Była Grażyna.

I razem zaczęli od nowa.

 

OSTATNIE LATA BYŁY CORAZ TRUDNIEJSZE

 

W 2010 roku Marian Kociniak przeszedł poważną operację jelita grubego.

Z czasem jego stan zdrowia zaczął się pogarszać. Pojawiły się problemy z poruszaniem. Człowiek, który jako Franek Dolas biegał przez pół Europy, miał trudności z przejściem z jednego pokoju do drugiego.

W 2013 roku zakończył karierę.

 

Dla aktora, który większość życia spędził na scenie, było to niezwykle trudne.

Według córki po odejściu z teatru zamknął się w sobie i przechodził poważny kryzys psychiczny. W tym samym czasie pogarszało się również zdrowie Grażyny.

Weronika zaczęła opiekować się obojgiem rodziców.

 

Miała prowadzić trzy kalendarze: jeden dla matki, drugi dla ojca i trzeci dla siebie, żeby nie pogubić się w wizytach, badaniach, lekach i pobytach w szpitalach.

Rodzina spodziewała się podobno, że pierwszy odejdzie Marian.

Stało się odwrotnie.

11 lutego 2016 roku zmarła Grażyna.

 

„PO PROSTU PĘKŁO MU SERCE”

 

Córka musiała powiedzieć ojcu, że jego żona nie żyje.

Kociniak załamał się.

Nie był w stanie uczestniczyć w pogrzebie. Według relacji kilka dni później zapadł w śpiączkę.

17 marca 2016 roku Marian Kociniak zmarł w warszawskim szpitalu.

 

Miał 80 lat.

Przeżył Grażynę zaledwie o 35 dni.

Oczywiście medycyna nie opisuje tego po prostu jako „śmierci z tęsknoty”. Kociniak był starszym, schorowanym człowiekiem po ciężkiej operacji, z poważnymi problemami zdrowotnymi.

 

Ale córka powiedziała później coś, co dla wielu ludzi zabrzmiało mocniej niż jakiekolwiek rozpoznanie lekarskie:

„Po prostu pękło mu serce”.

I wtedy wróciło zdanie sprzed lat.

 

„Gdyby nie Grażyna, to bym nie żył”.

Przez dekady można je było traktować jak romantyczny komplement.

Po śmierci obojga zaczęło przypominać przepowiednię.

 

CZŁOWIEK ZA MASKĄ FRANKA DOLASA

 

Marian Kociniak przez ponad pół wieku rozśmieszał Polaków.

Ale jego prywatne życie było pełne strat.

Stracił dom podczas wojny.

 

Omal nie stracił rodziny przez własne błędy.

Nie zdążył pojednać się z bratem przed jego nagłą śmiercią.

Po raz drugi stracił dom w pożarze.

 

Później stracił zdrowie.

Na końcu stracił Grażynę.

I właśnie dlatego historia człowieka, którego większość Polski pamięta przede wszystkim z komedii, okazuje się znacznie bardziej dramatyczna niż wszystkie role, które zagrał.

 

Franek Dolas przez cały film próbował wrócić do domu.

Marian Kociniak przez całe życie także szukał swojego miejsca.

W dzieciństwie dom oznaczał dla niego ściany odbudowane przez ojca z wojennych ruin.

W dorosłości zrozumiał, że domem nie są ściany.

 

Była nim Grażyna.

Dlatego ostatnie 35 dni jego życia pozostają najbardziej poruszającym epilogiem całej historii.

A słowa, które kiedyś brzmiały jak zwykłe wyznanie miłości, dziś trudno przeczytać bez dreszczu:

„Gdyby nie Grażyna, to bym nie żył”.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy