Jerzy Kamas: CENA JEGO SUKCESU PRZEZ ŁÓŻKO. Prawda wyszła na jaw…
Jerzy Kamas – cena wielkiej sławy. Polska pokochała go jako Wokulskiego, ale za kulisami rozgrywał się zupełnie inny dramat
Miliony Polaków znały jego twarz, a jedno nazwisko bohatera przylgnęło do niego na dziesięciolecia. Jerzy Kamas stał się dla całego pokolenia Stanisławem Wokulskim – człowiekiem dumnym, samotnym i nieszczęśliwie zakochanym. Niewielu jednak wiedziało, że sam aktor przez znaczną część życia równie konsekwentnie ukrywał przed publicznością własne emocje, rozczarowania i związki. Za sukcesem, który wydawał się spełnieniem marzeń, kryła się historia odrzuconych szans, rozpadu pierwszego małżeństwa, niepotwierdzonych plotek krążących po warszawskich teatrach i miłości, która przyszła dopiero wtedy, gdy Kamas przestał jej szukać.
17 września 1978 roku był wieczorem, który zmienił wszystko. Telewizja Polska wyemitowała pierwszy odcinek serialowej „Lalki” w reżyserii Ryszarda Bera. Na ekranie pojawił się Jerzy Kamas jako Stanisław Wokulski. Smutne oczy, charakterystyczny niski głos, powściągliwość i elegancja sprawiły, że dla milionów widzów bohater powieści Bolesława Prusa nagle dostał jedną konkretną twarz.
Paradoks polega na tym, że Kamas początkowo wcale nie był pewny, czy powinien tę rolę przyjąć.
Miał już za sobą ogrom pracy, był zajęty teatrem i obawiał się porównań z Mariuszem Dmochowskim, który wcześniej stworzył filmową wersję Wokulskiego. Co więcej, sam Kamas uważał, że fizycznie nie przypomina bohatera opisanego przez Prusa. Był smukły, elegancki, miał niemal arystokratyczną prezencję.

Reżyser i scenarzysta przekonali go jednak, że właśnie taki Wokulski może okazać się prawdziwy.
Kamas przyjął propozycję.
I został Wokulskim na zawsze.
Zanim pokochała go cała Polska, komisja powiedziała mu „nie”
Jego droga do wielkiej kariery zaczęła się od porażki.
Młody Jerzy Kamas początkowo wcale nie planował zostać aktorem. Fascynowało go morze. Uczył się w technikum związanym z budową statków i wydawało się, że jego przyszłość będzie miała więcej wspólnego z kadłubami niż z teatralnymi kulisami.
Wystarczył jednak jeden spektakl objazdowego teatru, by wszystko się zmieniło.
Kamas zdecydował, że chce być aktorem. Wrócił do Łodzi i stanął przed komisją szkoły filmowej. Przygotował „Redutę Ordona” Adama Mickiewicza.
Nie udało się.
Odrzucono go.
Dla wielu młodych ludzi byłby to koniec marzenia. Kamas postąpił inaczej. Poszedł do teatru i poprosił o jakąkolwiek pracę. Został rekwizytorem, suflerem, a później statystą stojącym w tle z halabardą.
Człowiek, który po latach miał hipnotyzować miliony widzów, zaczynał jako niemal niewidoczny element scenografii.
Obserwował.
Uczył się.
Czekał.
1 lutego 1957 roku wreszcie dostał niewielką rolę w Teatrze Ziemi Łódzkiej. Kiedy ponownie przystąpił do egzaminów, tym razem został przyjęty.
Kariera ruszyła.
Dwoje aktorów, jedno małżeństwo i coraz większa przepaść
Jeszcze podczas studiów Kamas związał się z aktorką Ewą Miękus. Pobrali się młodo. Oboje chcieli grać, oboje mieli ambicje i oboje należeli do świata, w którym sukces jednego partnera może boleśnie przypominać drugiemu o jego własnych niespełnionych marzeniach.
Kariera Kamasa zaczęła przyspieszać.
Pojawiały się kolejne propozycje teatralne i filmowe. Zagrał między innymi Romea w „Romeo i Julii”. Spektakl transmitowano na żywo w telewizji, a rola przyniosła mu uznanie.
Według późniejszych publikacji prasowych w jego małżeństwie zaczęły narastać napięcia zawodowe. Kamas rozwijał karierę, podczas gdy Ewa Miękus miała trudniej przebić się do równie znaczących ról.
Do tego doszła odległość.
On pracował w Krakowie. Ona związała się z teatrem we Wrocławiu.
Małżeństwo zakończyło się rozwodem w latach 60.
Kamas nigdy nie zrobił z tego publicznego spektaklu. Nie urządzał medialnych rozliczeń i właściwie nie komentował rozpadu związku. Ten sposób zachowania stanie się później jego znakiem rozpoznawczym.
Na scenie dawał publiczności emocje.
Poza sceną zamykał drzwi.
Stracił Bogumiła. Dostał rolę, która przeszła do historii
Jednym z najbardziej gorzkich momentów jego kariery była ekranizacja „Nocy i dni”.
Kamas znał postać Bogumiła Niechcica znakomicie – wcześniej wcielił się w nią w telewizyjnym przedstawieniu „Bogumił i Barbara”. Kiedy Jerzy Antczak przygotowywał wielką ekranizację powieści Marii Dąbrowskiej, aktor miał więc powody wierzyć, że może powrócić do tej roli.
Tak się nie stało.
Bogumiłem został Jerzy Bińczycki.
Kamasowi przypadła rola Daniela Ostrzeńskiego, brata Barbary.
Dla aktora mogło to być bolesne. Mógł potraktować drugoplanową postać jak pocieszenie po utraconej szansie.
Zrobił coś dokładnie przeciwnego.
Stworzył Daniela tak sugestywnie, że mimo ograniczonego czasu ekranowego pozostał w pamięci widzów. „Noce i dnie” stały się jednym z największych sukcesów polskiego kina, oglądanym przez miliony ludzi.
Kamas stracił rolę, którą uważał niemal za swoją.
A jednak nie zniknął.
Kilka lat później dostał Wokulskiego.
I właśnie ta postać zmieniła jego życie.
Sukces okazał się również pułapką
Serialowa „Lalka” zrobiła z niego gwiazdę.
Widzowie pokochali spokojnego, wewnętrznie rozdartego Wokulskiego. Wielu ludzi po obejrzeniu serialu miało problem z wyobrażeniem sobie bohatera Prusa z inną twarzą.
Był to ogromny sukces.
Ale sukces ma czasem swoją cenę.
Nazwisko Jerzego Kamasa coraz częściej znikało za nazwiskiem postaci.
„Wokulski”.
Tak przedstawiały go gazety. Tak pamiętali go widzowie. Tak zapowiadano kolejne materiały poświęcone aktorowi.
Tymczasem Kamas miał za sobą dziesiątki kreacji teatralnych, około stu ról w Teatrze Telewizji oraz wiele filmów i seriali.
Jedna postać przykryła znaczną część ogromnego dorobku.
Co najbardziej niezwykłe, Kamas nie zachowywał się jak gwiazdor. Współpracownicy podkreślali jego zawodową dyscyplinę. Nie próbował dominować partnerów. Nie lubił medialnego rozgłosu i niezwykle rzadko opowiadał o życiu prywatnym.
Im mniej jednak mówił sam, tym więcej mówiło jego otoczenie.
Plotka, która przez lata żyła własnym życiem
Po przejściu do warszawskiego Teatru Ateneum wokół Kamasa zaczęła krążyć historia, której do dziś nie udało się jednoznacznie potwierdzić.
Dotyczyła Aleksandry Śląskiej – jednej z największych gwiazd polskiego teatru i żony dyrektora Ateneum Janusza Warmińskiego.
W warszawskim środowisku teatralnym pojawiały się plotki o szczególnie bliskiej relacji między Śląską i Kamasem. Jedna z wersji głosiła nawet, że to właśnie Śląska miała dostrzec aktora i pomóc sprowadzić go do Ateneum.
Problem polega na tym, że Kamas ani Śląska nigdy publicznie nie potwierdzili opowieści o romansie.
Dlatego traktowanie takich historii jak ustalonego faktu byłoby nadużyciem.
Pewne jest natomiast, że plotka żyła w środowisku długo i była wielokrotnie powtarzana.

W tym samym okresie w życiu Kamasa pojawiła się aktorka Wiesława Niemyska. Poznali się przy pracy nad „Don Juanem, czyli miłością do geometrii”. Sceniczne uczucie przeniosło się poza teatr.
Ich związek był poważny.
Niemyska oczekiwała jednak stabilizacji i małżeństwa. Kamas, mający za sobą pierwszy rozwód, miał nie być gotowy na ponowne zobowiązanie.
Ostatecznie to ona odeszła.
Zdanie, które po latach brzmi zupełnie inaczej
Kamas powiedział kiedyś słowa, które z dzisiejszej perspektywy wydają się wyjątkowo znaczące:
„Trudno zdefiniować pojęcie szczęścia. Dla mnie jest chwilą.”
Trudno znaleźć zdanie lepiej pasujące do człowieka, którego publiczność przez lata oglądała w rolach pełnych samotności, niespełnienia i wewnętrznych konfliktów.
Po rozstaniu z Niemyską Kamas długo pozostawał sam.
A potem pojawiła się Beata.
Nie była aktorką. Nie należała do teatralnego środowiska. Była od niego młodsza i nie potrzebowała ani premier, ani bankietów, ani blasku fleszy.
Tym razem aktor zdecydował się na małżeństwo.
Urodzili się dwaj synowie – Paweł i Karol.
I nagle człowiek, który mówił kiedyś, że szczęście jest tylko chwilą, miał przyznać coś znacznie bardziej osobistego:
„Odnalazłem przy niej sens życia.”
Rodzina zmieniła jego priorytety. Nie przyjmował już każdej propozycji. Dom przestał być dodatkiem do kariery.
Stał się centrum.
Najważniejsza nagroda przyszła dopiero po niemal 40 latach
Kamas grał latami.
Teatr. Telewizja. Kino.
A jednak na najważniejsze filmowe wyróżnienie za pierwszoplanową rolę męską musiał czekać niemal cztery dekady od scenicznego debiutu.
Przełom przyniosła „Kratka” Pawła Łozińskiego.
Kamas zagrał Eugeniusza – samotnego, zgorzkniałego emeryta, który walczy z chłopcem o banknot znajdujący się pod kanalizacyjną kratką. Początkowy konflikt stopniowo zmienia się jednak w niezwykłą relację.
W 1996 roku podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Kamas otrzymał nagrodę za pierwszoplanową rolę męską.
Miał 58 lat.
Po dziesiątkach kreacji.
Po Wokulskim.
Po latach pracy w najważniejszych polskich teatrach.
Największą filmową nagrodę zdobył nie jako arystokrata, kochanek czy władca, ale jako samotny stary człowiek, który odkrywa, że w życiu można znaleźć coś ważniejszego od pieniędzy.
Drugiego człowieka.
Walczył do końca
W kolejnych latach młodsza widownia poznała go również jako Stefana Zięteckiego z serialu „Klan”. Dla jednych pozostał Wokulskim. Dla następnych pokoleń był „wujem Stefanem”.
W Ateneum występował niemal do końca życia.
Praca była dla niego czymś więcej niż zawodem. Powiedział kiedyś, że jeżeli człowiek chodzi do niej z przyjemnością, to wygrał „wielki los na loterii”.
W ostatnich latach przyszła jednak ciężka próba.
Media informowały, że zmagał się z chorobą nowotworową. Sam – zgodnie ze swoim charakterem – praktycznie o niej publicznie nie mówił.
Pracował, dopóki pozwalały mu siły.
Beata była przy nim.
Jerzy Kamas zmarł 23 sierpnia 2015 roku. Miał 77 lat.
Zakończyło się życie człowieka, który przez 44 lata pozostawał związany z Teatrem Ateneum i którego twarz na zawsze wpisała się w historię polskiej telewizji.
Czy Jerzy Kamas był szczęśliwy?
To pytanie pojawia się nad jego biografią niemal samo.
Młody aktor twierdził, że szczęście jest chwilą i nawet wtedy, kiedy człowiek je odczuwa, natychmiast zaczyna w nie wątpić.
Później mówił już o „sensie życia”, który znalazł przy żonie.
Być może właśnie tutaj kryje się największy paradoks jego historii.
Przez lata publiczność widziała w nim Wokulskiego – człowieka, który miał pieniądze, pozycję i możliwości, ale nie potrafił zdobyć tego, czego pragnął najbardziej.
Sam Kamas przez pierwszą część życia również bezustannie gonił za kolejnymi rolami. Przeżył nieudane małżeństwo, zawodowe rozczarowania i związek, który nie zakończył się wspólnym życiem.
Dopiero później pojawiły się Beata, synowie i dom nad morzem.
Morzem, które fascynowało go jeszcze jako chłopaka marzącego o budowaniu statków.
Nigdy ich nie budował.
Zbudował za to jedną z najważniejszych karier w historii polskiego teatru i telewizji.
A kiedy kurtyna opadała, nie chciał już być Wokulskim, carem, arystokratą ani gwiazdą.
Chciał wrócić do domu.
I być Jerzym Kamasem.
Może właśnie dlatego jego historia porusza do dziś znacznie mocniej niż najbardziej sensacyjne plotki, które krążyły wokół jego nazwiska. Za ekranową legendą znajdował się człowiek niezwykle powściągliwy, który przez całe życie chronił to, co było dla niego naprawdę najważniejsze.
Publiczności oddawał role.
Rodzinie zostawił siebie.