Uncategorized

CÓRKA UCIEKŁA Z DOMUNIE MOGŁA JUŻ WYTRZYMAĆBAŁA SIĘ WŁASNEGO OJCA

POLSKA W SZOKU! Córka uciekała przed własnym ojcem, a miliony Polaków śpiewały jego piosenki. Prawda o Wojciechu Młynarskim wyszła na jaw dopiero po latach

 

Przez dziesięciolecia Wojciech Młynarski był dla Polaków symbolem inteligencji, błyskotliwego humoru i niezwykłej umiejętności opisywania codzienności jednym celnym zdaniem. Pisał o życiu tak, jakby zaglądał ludziom do kuchni, do autobusów, do kolejek i do ich najbardziej prywatnych myśli. Miliony śpiewały jego piosenki, cytowały jego frazy i traktowały go niemal jak kogoś z rodziny.

Ale za drzwiami jego własnego domu rozgrywała się historia, o której przez dziesiątki lat niemal nikt nie wiedział.

 

Historia choroby.

Strachu.

Milczenia.

Dzieci, które nie zawsze wiedziały, jakiego ojca zastaną po wejściu do pokoju.

Agata Młynarska mogłaby żyć z tantiem z twórczości ojca? Odpowiedziała  wprost

I paradoksu tak bolesnego, że trudno go wymyślić: człowiek, który dawał całemu narodowi słowa otuchy, sam przez większą część życia zmagał się z ciemnością, której nie potrafił zatrzymać.

Dopiero po jego śmierci dzieci zdecydowały się przerwać milczenie.

I wtedy obraz Wojciecha Młynarskiego zmienił się na zawsze.

 

Ostatnia noc

 

15 marca 2017 roku w warszawskim mieszkaniu Wojciecha Młynarskiego panowała cisza.

Artysta miał 75 lat.

Od kilkunastu miesięcy ciężko chorował i nie pisał już nowych tekstów. Dla człowieka, który niemal całe życie żył słowami, była to sytuacja symboliczna.

Przy jego łóżku znajdował się syn Jan.

 

O godzinie 20:40 oddech Wojciecha Młynarskiego ustał.

Syn trzymał go za rękę.

Kilka minut później nie zadzwonił do telewizji ani nie przygotował oficjalnego komunikatu dla prasy. Napisał kilka prostych zdań skierowanych do ludzi.

Poinformował, że umarł jego tata. Poprosił, żeby puścili sobie jedną z jego piosenek.

 

I Polska naprawdę to zrobiła.

„Róbmy swoje”.

„Nie ma jak u mamy”.

„Jesteśmy na wczasach”.

 

„Jeszcze w zielone gramy”.

Tego wieczoru jego piosenki zabrzmiały w domach, samochodach i rozgłośniach w całym kraju.

Ludzie żegnali poetę, który przez pół wieku opisywał ich życie.

 

Ale dwa miesiące później wydarzyło się coś, czego niemal nikt się nie spodziewał.

Jego dzieci zaczęły opowiadać.

 

„Który tata dzisiaj jest w domu?”

 

Najtrudniejsze wspomnienia dotyczyły dzieciństwa.

Paulina Młynarska mówiła po latach o sytuacjach, kiedy jako mała dziewczynka musiała uciekać przed ojcem podczas jego gwałtownych epizodów.

W jej wspomnieniach pojawia się obraz dorosłego, wysokiego mężczyzny biegnącego za dzieckiem i krzyczącego słowa, których żadna dziewczynka nie powinna usłyszeć od własnego ojca.

Jednocześnie podkreślała coś niezwykle ważnego.

 

Kiedy choroba ustępowała, Wojciech Młynarski potrafił być zupełnie innym człowiekiem.

Ciepłym.

Dowcipnym.

Opiekuńczym.

 

Czułym ojcem.

To właśnie czyni tę historię tak trudną.

Nie da się jej zamknąć w prostym podziale na dobrego i złego człowieka.

Rodzina żyła z chorobą, która potrafiła całkowicie zmieniać zachowanie Młynarskiego.

 

Dziś znamy ją jako chorobę afektywną dwubiegunową.

Wtedy używano innych określeń, a przede wszystkim — prawie się o niej nie mówiło.

Dla dziecka nie miało to jednak znaczenia.

 

Dziecko nie zna diagnozy.

Nie rozumie manii i depresji.

Wie tylko, że jednego dnia tata jest serdeczny, a następnego trzeba uważać na każde słowo.

 

Polska widziała geniusza. Rodzina widziała także chorobę

 

Młynarski przez lata pisał teksty, które stawały się częścią polskiego języka.

Napisał ich ponad dwa tysiące.

Jego zdania zaczęły funkcjonować niemal jak przysłowia.

„Róbmy swoje”.

 

„W co się bawić”.

„Nie ma jak u mamy”.

„Jeszcze w zielone gramy”.

Dla publiczności był mistrzem obserwacji.

 

Człowiekiem, który potrafił zamienić absurdy PRL w inteligentny żart.

Był też artystą walczącym z cenzurą.

W jego tekstach ukryte były znaczenia, które publiczność rozumiała natychmiast, podczas gdy urzędnicy często zastanawiali się, czy wolno je dopuścić do obiegu.

Jednocześnie w domu coraz wyraźniej ujawniała się druga rzeczywistość.

 

Okresy niezwykłej energii przeplatały się z głębokimi spadkami.

Młynarski sam później mówił o okresach świetnego samopoczucia i okresach depresyjnych.

W fazach wzmożonej energii potrafił pracować niemal bez przerwy.

Miał dziesiątki pomysłów.

 

Pisał.

Mówił szybko.

Spał niewiele.

Czuł ogromną siłę.

 

A potem przychodził upadek.

Tygodnie odcięcia od świata.

Leżenia.

 

Milczenia.

Ciemności.

Dla rodziny oznaczało to życie w nieustannej niepewności.

 

Największym problemem było milczenie

 

Dziś o zdrowiu psychicznym mówi się znacznie więcej.

W latach 70. i 80. sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

Rodziny często ukrywały choroby psychiczne.

Pobyt w szpitalu psychiatrycznym mógł oznaczać stygmatyzację.

 

W przypadku znanego artysty istniał dodatkowy lęk: że prawda może zniszczyć karierę.

Dlatego w domu Młynarskich o wielu rzeczach zwyczajnie się nie mówiło.

Dzieci przez lata nie miały pełnej wiedzy o tym, co dzieje się z ich ojcem.

Paulina Młynarska wspominała, że dopiero jako nastolatka dowiedziała się o jego chorobie.

 

Wcześniej próbowała sama zrozumieć zachowania dorosłych.

A dziecko w takiej sytuacji bardzo często dochodzi do jednego wniosku:

„To przeze mnie”.

„Byłam za głośna”.

 

„Zrobiłam coś źle”.

„Gdybym była lepsza, tata by się tak nie zachował”.

Takie przekonania mogą zostać z człowiekiem na dziesięciolecia.

 

Agata Młynarska mówiła później publicznie o terapii, która pomagała jej uporządkować doświadczenia wyniesione z dzieciństwa.

Według relacji zawartej w materiale trwała ona wiele lat.

I właśnie dlatego decyzja dzieci Młynarskiego, by po jego śmierci zacząć mówić, była czymś więcej niż rodzinnym rozliczeniem.

 

Nie chcieli niszczyć ojca

 

To trzeba podkreślić bardzo wyraźnie.

Dzieci Wojciecha Młynarskiego nie przedstawiły swojej historii jako aktu zemsty.

Nie próbowały przekreślić jego twórczości.

Nie mówiły: „Nasz ojciec był potworem”.

 

Przeciwnie.

W ich wypowiedziach wielokrotnie pojawiało się rozróżnienie między człowiekiem a chorobą.

Paulina Młynarska podkreślała, że kiedy ojciec znajdował się w dobrym stanie, potrafił być cudownym tatą.

Rodzina mówiła również o realiach epoki.

 

O braku wiedzy.

O wstydzie.

O systemie, który nie dawał ludziom odpowiednich narzędzi.

Nie wszyscy wiedzieli, co spotkało jej ojca. Agata Młynarska mówi o  wybaczeniu

O leczeniu, które było znacznie trudniejsze niż dziś.

To nie jest więc historia prostego oskarżenia.

To historia rodziny, która próbowała przeżyć sytuację, dla której nie miała języka.

 

Mistrz pocieszenia znał depresję od środka

 

Właśnie tutaj biografia Młynarskiego nabiera najbardziej niezwykłego wymiaru.

Bo kiedy dziś słyszymy „Róbmy swoje”, możemy odebrać tę piosenkę jako pogodny hymn o wytrwałości.

Ale jej znaczenie zmienia się, kiedy wiemy, kto ją napisał.

To nie był człowiek, któremu życie zawsze układało się dobrze.

 

To był człowiek, który znał momenty psychicznego załamania.

Który wiedział, jak wygląda sytuacja, kiedy trudno wstać z łóżka.

Który znał własne kryzysy.

A mimo tego pisał:

 

rób swoje.

Nie dlatego, że wszystko będzie dobrze.

Nie dlatego, że świat nagle stanie się sprawiedliwy.

Tylko dlatego, że czasem jedyne, co można zrobić, to wykonać następny krok.

 

Może właśnie dlatego te słowa przetrwały tyle lat.

Nie były pustym optymizmem.

Były receptą człowieka, który sam wielokrotnie musiał zaczynać od początku.

 

Rodzina, która rozpadała się po cichu

 

Choroba nie była jedynym problemem.

Pierwsze małżeństwo Młynarskiego z Adrianną Godlewską trwało ponad dwie dekady.

Mieli troje dzieci: Agatę, Paulinę i Jana.

Z zewnątrz rodzina mogła wyglądać niemal idealnie.

 

Znany artysta.

Dom.

Dzieci.

Kariera.

 

Wyjazdy.

Sukces.

Jednak wewnątrz narastało napięcie.

Godlewska wspominała po latach, że życie z Młynarskim nie było łatwe.

 

Cały dom funkcjonował wokół jego pracy, terminów, nastrojów i potrzeb.

W pewnym momencie doszło do rozpadu małżeństwa.

Według historii przytoczonej w materiale, Młynarski miał oznajmić żonie podczas rodzinnego spotkania, że odchodzi.

 

Zostawił dom i związał się z inną kobietą.

Dla rodziny był to kolejny wstrząs.

Po latach Młynarski sam potrafił powiedzieć o sobie rzecz niezwykle prostą:

nie był łatwym człowiekiem w codziennym życiu.

 

A potem przyszedł stan wojenny

 

Życie prywatne było dramatyczne, ale kariera Młynarskiego rozwijała się na tle równie dramatycznej historii Polski.

Kiedy wprowadzono stan wojenny, przebywał w Szwajcarii.

Mógł zostać na Zachodzie.

Miał talent.

 

Kontakty.

Nazwisko.

Możliwości.

A jednak wrócił do Polski.

 

W styczniu 1982 roku wsiadł do samolotu lecącego do Warszawy.

Wracał do kraju, z którego tysiące ludzi chciały wyjechać.

Potem na pewien czas ograniczył publiczne komentowanie rzeczywistości.

Zajął się między innymi tłumaczeniami.

 

I właśnie z tego okresu narodziło się „Róbmy swoje”.

Piosenka została odebrana przez społeczeństwo jako coś znacznie większego niż zwykły utwór estradowy.

Stała się symbolem przetrwania.

 

Po jego śmierci dzieci zrobiły coś niezwykłego

 

Najważniejszy moment całej tej historii wydarzył się już po 15 marca 2017 roku.

Agata, Paulina i Jan Młynarscy zaczęli mówić publicznie o tym, co przez lata pozostawało zamknięte za drzwiami rodzinnego mieszkania.

O chorobie.

O strachu.

 

O emocjonalnym chaosie.

O deficycie uwagi.

O terapii.

O tym, jak trudno dorastać obok rodzica, którego zachowania nie potrafi się zrozumieć.

 

Mogli milczeć.

Mogli stworzyć nieskazitelny pomnik wielkiego poety.

Mogli mówić wyłącznie o jego geniuszu.

Nie zrobili tego.

 

Ale jednocześnie nie zniszczyli jego pamięci.

Pokazali pełniejszy obraz.

Człowieka ogromnie utalentowanego.

 

Człowieka chorego.

Ojca, który potrafił kochać, ale potrafił też ranić.

Artysty, który dawał milionom ludzi siłę, choć sam często jej szukał.

 

Najbardziej gorzka prawda

 

Wojciech Młynarski zmarł 15 marca 2017 roku, zaledwie kilkanaście dni przed 76. urodzinami.

Jego syn trzymał go za rękę.

Dzieci, które przeżyły z nim trudne chwile, były przy nim podczas ostatniego okresu choroby.

I być może właśnie to mówi o tej rodzinie najwięcej.

 

Nie zapomniały.

Nie udawały, że nic się nie wydarzyło.

Ale pozostały.

Młynarski zostawił po sobie ponad dwa tysiące tekstów.

 

Pozostawił słowa, które weszły do codziennego języka.

Ale dzięki jego dzieciom pozostała również inna lekcja.

Że za publicznym wizerunkiem może kryć się życie, którego nikt nie widzi.

Że można jednocześnie kochać człowieka i mówić prawdę o cierpieniu, które spowodował.

 

Że choroba psychiczna nie jest powodem do wstydu.

I że milczenie potrafi ranić przez całe pokolenia.

Polska znała Młynarskiego jako człowieka, który mówił ludziom:

„Róbmy swoje”.

 

Dziś te trzy słowa brzmią inaczej.

Bo wiemy, że człowiek, który je napisał, sam przez dziesięciolecia robił swoje, nawet kiedy jego własne życie rozpadało się na kawałki.

Spadał.

Wstawał.

 

Sklejał skrzydła.

I pisał dalej.

Może właśnie dlatego jego teksty wciąż działają.

Bo nie powstały z łatwego szczęścia.

Powstały z doświadczenia człowieka, który bardzo dobrze wiedział, jak wygląda ciemność — a mimo to przez pół wieku próbował zostawić innym trochę światła.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy