Uncategorized

„Zamieniłam bilet na wcześniejszy rejs, bo tęsknota za córeczką była silniejsza niż wszystko inne na tym świecie”: Poruszające losy uwielbianej artystki, która wracała do domu z różańcem i listem od męża w dłoni.

Bukiecik frezji na płycie lotniska i nagły krzyk w tłumie

Czternastego marca 1980 roku, kilkanaście minut po godzinie jedenastej rano, na warszawskim Okęciu stała mała dziewczynka, która w swoich drobnych dłoniach z całych sił ściskała za duży bukiet świeżych frezji. Miała zaledwie cztery lata, skończone zaledwie kilkanaście dni wcześniej. W jej dziecięcej pamięci wciąż unosił się zapach urodzinowego tortu, wciąż tliło się wspomnienie zdmuchiwanych świeczek i to beztroskie przekonanie, że mama za chwilę wyjdzie przez szklane drzwi hali przylotów, weźmie ją na ręce i mocno przytuli. Obok dziewczynki stali najbliżsi: babcia Halina, ojciec Jarosław Kukulski oraz menadżer. Wszyscy z niecierpliwością wypatrywali samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT Ił-62 o nazwie „Mikołaj Kopernik”, który po dziewięciu godzinach rejsu przez Atlantyk z Nowego Jorku podchodził do lądowania na pasie numer piętnaście. W ułamku sekundy świąteczny nastrój oczekiwania zamienił się w niewyobrażalny koszmar.

Mija 45 lat od niewyobrażalnej tragedii. Tak życie straciła Anna Jantar ::  RMF FM

W hali rozległ się przeraźliwy krzyk, ludzie zaczęli biec w przeciwną stronę, ktoś płakał w słuchawkę telefonu, a zdezorientowanym rodzinom podawano środki uspokajające. Babcia dziewczynki odwróciła się, wyrwała wnuczce kwiaty z rąk i cisnęła bukiet o betonową posadzkę. Zaledwie kilometr od progu pasa startowego, w ośnieżonej i skutej lodem fosie dziewiętnastowiecznego fortu wojskowego, leżały dymiące szczątki potężnej maszyny pasażerskiej. Na pokładzie znajdowało się osiemdziesiąt siedem osób i nikt nie przeżył upadku. Wśród nich była dwudziestodziewięcioletnia Anna Jantar, kobieta, której piosenki nuciła wówczas cała Polska, a która wcale nie musiała znaleźć się na pokładzie tego feralnego rejsu. Piosenkarka posiadała bilet na późniejszy termin, lecz z powodu obezwładniającej tęsknoty za małą Natalią poprosiła w Nowym Jorku o zamianę miejsca, byle tylko znaleźć się w Warszawie dzień wcześniej.

Droga z czternastometrowego pokoju i zamknięte drzwi do marzeń

Aby pojąć, dlaczego ta drobna kobieta z tak wielką determinacją walczyła o każdy dzień u boku dziecka, trzeba cofnąć się do powojennego Poznania, gdzie dziesiątego czerwca 1950 roku przyszła na świat jako Anna Maria Szmeterling. Dzieciństwo spędziła w skromnym lokalu przy ulicy Ratajczaka: jeden czternastometrowy pokój i wspólna kuchnia z sąsiadami. W tamtych trudnych realiach jej matka Halina uczyła się samodzielności, przejmując na siebie ciężar utrzymania rodziny, podczas gdy przystojny, utalentowany ojciec zmagał się z niszczącym nałogiem alkoholowym. Mała Ania bardzo wcześnie musiała stać się dorosła, ucząc się wyczuwać nastroje domowników po trzaśnięciu drzwiami. Po ojcu odziedziczyła kruczoczarne włosy, ciepłą barwę głosu i sceniczny magnetyzm, lecz to matka wpoiła jej żelazną dyscyplinę, która nakazywała zaciskać zęby i nigdy nie narzekać na przeciwności losu.

Już w wieku czterech lat zasiadła do fortepianu, spędzając kolejne piętnaście lat na mozolnych ćwiczeniach etiud i gam. Posiadała słuch absolutny, genialną pamięć i rzadką muzykalność, która wróżyła karierę pianistki. Wtedy jednak na jej drodze stanęła bezlitosna anatomia: jej dłonie okazały się zbyt drobne, by swobodnie objąć pełną oktawę na klawiaturze. Zamiast się poddać, zmieniła instrument, czyniąc nim własny głos. Kiedy chwilę później zamknięto przed nią drzwi warszawskiej szkoły teatralnej z powodu braku wolnych miejsc, nie załamała rąk. Dołączyła do zespołu Waganci, gdzie poznała starszego o sześć lat kompozytora Jarosława Kukulskiego. W kwietniu 1971 roku stanęli na ślubnym kobiercu, a rok później zdała państwowy egzamin estradowy i przyjęła pseudonim Jantar – od słowa oznaczającego bałtycki bursztyn, symbolizujący ciepło, polskość i szlachetność.

Eksplozja popularności i rozdarcie między estradą a kołyską

Natalia Kukulska - Otwarcie strony annajantar.pl

Przebój „Tyle słońca w całym mieście” z 1974 roku stał się zjawiskiem socjologicznym w szarej, gierkowskiej Polsce, przynosząc artystce nagrody w Opolu, Sopocie oraz na międzynarodowych festiwalach w Lublanie, Dreźnie i Castlebar. W momencie gdy menedżerowie wróżyli jej podbój europejskich rynków, Anna podjęła decyzję całkowicie sprzeczną z logiką show-biznesu: postanowiła urodzić dziecko. W marcu 1976 roku powitała na świecie Natalię, a już pół roku później odbierała na sopockiej scenie Złotą Płytę. Wtedy rozpoczął się dramat rozdarcia, który towarzyszył jej do ostatnich chwil. Podczas gdy mała Natalka zasypiała pod opieką babci Haliny, piosenkarka przemierzała kraj zatłoczonymi pociągami i nyskami, dając po trzy koncerty dziennie w chłodnych domach kultury. Z każdego hotelowego telefonu dzwoniła do domu, pytając ze łzami w oczach, czy córeczka zjadła posiłek, i wracała z naręczami zabawek, obiecując sobie, że kolejna trasa będzie tą ostatnią.

Pod koniec lat siedemdziesiątych artystyczne drogi małżonków zaczęły się jednak dramatycznie rozchodzić. Kukulski pragnął kontynuować sprawdzoną formułę pogodnych piosenek, podczas gdy Anna czuła potrzebę artystycznej ewolucji. W 1979 roku nawiązała współpracę z rockową Budką Suflera, nagrywając kultowy utwór „Nic nie może przecież wiecznie trwać” skomponowany przez Romualda Lipkę, który publiczność wybrała przebojem roku. Równocześnie koncertowała z młodym zespołem Perfect, w którym występował perkusista Wojciech Morawski. Inteligentny, zafascynowany filozofią Wschodu muzyk stał się dla piosenkarki kimś, przy kim mogła zrzucić ciężar estrady i porozmawiać o sensie życia. W ich relacji pojawiło się głębokie porozumienie dusz, a świadkowie tamtych dni zgodnie twierdzili, że artystka zaczęła przygotowywać się do samodzielnego, niezależnego życia.

Amerykańska zima, polonijne kluby i ostatnie pożegnanie

Zimowa trasa koncertowa po polonijnych ośrodkach w Chicago i New Jersey na przełomie 1979 i 1980 roku miała być dla artystki szansą na zdobycie finansowej suwerenności. W ciasnych, zadymionych salach polonijnych klubów śpiewała dla rodaków pracujących ponad siły w amerykańskich fabrykach i warsztatach. Tam piosenka stawała się dla emigrantów żywym mostem z utraconą ojczyzną. Kilka dni przed powrotem, podczas ostatniego występu, nagranego przypadkowo na magnetofon kasetowy, powiedziała do zgromadzonych dzieci, że z przykrością musi się pożegnać, gdyż występuje dla nich po raz ostatni. Te rutynowe słowa estradowego pożegnania nabrały wkrótce złowieszczego, historycznego wymiaru, stając się bolesnym świadectwem zbiegu okoliczności.

Trzynastego marca w Nowym Jorku wydarzenia potoczyły się lawinowo. Wokalistka Tercetu Egzotycznego, Izabela Skrybant, która miała wracać tym samym rejsem, w ostatniej chwili odwołała swój wylot z powodu intratnej propozycji artystycznej. Anna odwiedziła polski konsulat, oszczędzając na hotelu i rozmawiając z pracownikami o niecierpliwym wyczekiwaniu na spotkanie z córką. Wieczorem zatelefonowała do warszawskiego mieszkania. Telefon odebrał mąż, a krótka, zdawkowa wymiana zdań zakończyła się przekazaniem słuchawki matce. Kukulski do końca swoich dni wyrzucał sobie, że potraktował żonę nazbyt chłodno, nie zdając sobie sprawy, że słyszy jej głos po raz ostatni w życiu. Na sparaliżowanym potężną śnieżycą lotnisku Johna F. Kennedy’ego powstała ostatnia fotografia piosenkarki: młoda kobieta w zimowym płaszczu, trzymająca słuchawkę przy uchu, patrząca z nadzieją w stronę zaśnieżonego pasa startowego. W torebce miała spakowany różaniec oraz długi list od męża, w którym pisał o walce o ich wspólne szczęście.

Dramat w kokpicie, pęknięty wał i manewr kapitana

Grób Anny Jantar. Gdzie pochowana, zdjęcia

Lot numer LO 007 wystartował z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. Na pokładzie samolotu dowodzonego przez kapitana Pawła Lipowczana znajdowała się amatorska reprezentacja bokserska Stanów Zjednoczonych, wybitny etnomuzykolog Alan Merriam, grupa polskich studentów oraz pasażerowie powracający do rodzin. Dziewięć godzin nad oceanem minęło w absolutnym spokoju. O godzinie jedenastej trzynaście maszyna rozpoczęła zniżanie nad Warszawą. W kokpicie nie zapaliła się jednak zielona lampka potwierdzająca zablokowanie podwozia. Kapitan podjął w pełni profesjonalną decyzję o przerwaniu podejścia i wykonaniu manewru odejścia na drugi krąg, aby załoga naziemna mogła ocenić stan kół. Kiedy mechanik pokładowy pchnął manetki gazu, w lewym silniku przykadłubowym pękł zmęczony materiałowo wał turbiny niskiego ciśnienia.

Pozbawiona oporu turbina osiągnęła gigantyczne obroty i eksplodowała niczym bomba. Rozpędzone odłamki stali zdemolowały sąsiednie silniki, przebiły kadłub i przecięły cięgna sterów wysokości oraz kierunku, wyłączając jednocześnie zasilanie rejestratorów parametrów lotu na dwadzieścia sześć sekund przed katastrofą. Maszyna stała się całkowicie niesterowna i z prędkością trzystu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę runęła ku ziemi. Widząc przed sobą budynki zakładu poprawczego wypełnione dziećmi, kapitan Lipowczan resztkami sił wychylił sprawne lotki na skrzydłach, kierując spadający samolot w stronę zarośli i zamarzniętej fortowej fosy, gdzie nastąpiła eksplozja kończąca życie wszystkich obecnych na pokładzie.

Polskie śledztwo wykazało ukryte wady materiałowo-technologiczne radzieckiego wału, jednak biuro konstrukcyjne w Moskwie odrzuciło te wnioski, a władze musiały czekać siedem lat na kolejną katastrofę w Lesie Kabackim, by prawda ujrzała światło dzienne. Odtajnione po latach akta ujawniły również fatalne praktyki oszczędnościowe ówczesnych linii lotniczych, które dopuszczały przedłużanie resursów silników ponad bezpieczne normy.

Anna Jantar zginęła nie z wyroku ślepego losu, lecz w wyniku technicznego zaniedbania epoki, wracając do tego, co kochała najbardziej – do swojego dziecka, które czekało na nią z frezjami na płycie lotniska.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy