Uncategorized

W 1978 roku myśliwy spotkał w Puszczy Białowieskiej starca Nazywali go ŻERCZĄ!

Reszta

Kazimierz dowiaduje się o tym od żony Bronisławy, która wraca z przychodni i przynosi plotkę ze wsi. Mąż słucha milcząco, gryząc dolną wargę. wspomina starca przy leśnej drodze.

Te pokryte czymś ciemnym dłonie, ten gardłowy dźwięk. Nie mówi nic żonie, ale wie, że to nie przypadek. Wie, że [odchrząknięcie] to był ten sam. 23 listopada do Hajnówki przyjeżdża Feliks Wasilewski, starszy funkcjonariusz Ormo Białowierży. Ma zadanie zbadać sprawę oficjalnie, bo ludzie zaczynają gadać, a w czasach napięcia, tuż przed zimą, włuczęga w puszczy może być dezenterem.

Albo co gorsza. Wasilewski jest mężczyzną w sile wieku, z twardą szczęką i oczami, które nie przepuszczają żartów. Przesłuchuje kilka osób. w tym Jadwigę, jej syna Janka i wreszcie Kazimierza. Spotkanie odbywa się w Leśniczówce przy stole nakrytym Ceratą. Wasilewski notuje imiona, daty, miejsca.

Kazimierz opisuje spotkanie z 12 listopada. Starzec, łachmany, dłonie jak pokryte kor. Wasilewski podnosi wzrok. Kora. Powtarza z nieufnością. Tak, jakby przyschła, ciemna. Nie wiem, co to było. Funkcjonariusz odkłada ołówek, może trąd, albo grzybica zaawansowana. Takich ludzi nie brakuje, zwłaszcza po wojnie.

Ktoś mógł uciec ze szpitala. Żyje w lesie. Kazimierz kiwa głową, ale nie jest przekonany. Wasilewski kontynuuje. Znajdziemy go. Jeśli to włóczęga, zabierzemy do Hajnówki. Jeśli chory, do szpitala. Leśniczy Chmielnicki milczy przez większość rozmowy. Dopiero gdy Wasilewski kończy notatki wtrąca się cicho.

W tej okolicy przy Starym Berezowie było kiedyś puste lisko. Wasilewski podnosi głowę. Pustelisko? Chmielnicki kiwa głową. Wzrok utkwiony w stole. Przed wojną mieszkał tam człowiek z Nachor. Ludzie mówili na niego żerczy. Nikt nie wie, co to imię znaczy, ale starzy ludzie gadali, że ten dziad żywił się lasem i lasu, że nie był normalny.

Kazimierz czuje jak coś ściska mu gardło. Co się z nim stało? Pyta. Chmielnicki wzdycha. Pustelisko spłonęło w 1943. Niemcy albo partyzanci, nikt nie wie. Żerczy zniknął. Pewnie zginął w pożarze. To była ruina. Habeta taka w borowiną. Po wojnie nikt tam nie chodził. Wasilewski notuje coś jeszcze. Potem zamyka notes. Legenda. Nic więcej.

Będziemy szukać włucczęgi, a nie ducha. Chmielnicki nie odpowiada. Kazimierz też milczy, ale w głowie rozbrzmiewają mu słowa: “Żywił się lasem i lasu. Co to miało znaczyć? Czym się żywił? Czy tym, co las daje, grzybami, korzeniami, zwierzyną, czy czymś innym. Wieczorem, gdy Wasilewski wyjeżdża, Kazimierz zostaje z leśniczym sam.

Chmielnicki zapala papierosa, patrzy przez okno w las. Mój ojciec widział żerczego raz przed wojną. Mówi cicho. Mówił, że to był człowiek, ale inny, że miał dłonie jak korzonki i że nie mówił, tylko wydawał dźwięki jak las szepcze. Kazimierz patrzy na niego. Wierzysz w to? Chmielnicki wzrusza ramionami.

Nie wiem, ale w puszczy jest wiele rzeczy, których nie rozumiemy. Może to prawda, może zmyślenie. Ale jeśli to ten sam, to nie włóczęga. Kazimierz. Myśliwy wraca do domu cicho, z głową pełną myśli. Bronisława pyta, co było w leśniczówce, ale on odpowiada krótko. Nic ważnego. Będą szukać włuczęgi. Nie wspomina o żerczy.

Nie chce straszyć żony, ale wie, że to nie koniec. Wie, że coś w puszczy żyje. Coś, co może było człowiekiem kiedyś, ale teraz. Teraz jest czymś innym. 19 listopada Kazimierz wrócił do lasu sam. Bronisława pytała po co, ale on tylko wzruszył ramionami i wziął karbidówkę, choć świt już wstawał. Szedł starą drogą, tą samą co tydzień temu i przystanął tam, gdzie pierwszy raz zobaczył starca.

Ziemia była miękka po nocnym deszczu i tu je znalazł. ślady. Kazimierz przykucnął, przysunął latarkę. Odciski stóp wyraźne w błotnistej glebie, ale coś było nie tak. Palce za długie, rozłożone nierównomiernie, jakby ktoś postawił na ziemi dłoń, nie stopę. Pięta głęboka, a przód śladu rozchylony, jakby stopa się rozwarła pod ciężarem.

Kazimierz dotknął brzegu odcisku. Zimne. Powietrze pachniało jesienią, mokrym listowiem i czymś jeszcze ciężkim, grzybowym, jakby ktoś rozgrzebał pień pełen zgnilizny. Podniósł się i ruszył za śladami. Prowadziły w głąb między stare dęby. Po 20 krokach ślady znikły, jakby starzec po prostu przestał stąpać. Kazimierz zatrzymał się przy grubym pniu.

Obok na ziemi leżał mały stos suchych gałązek. Ułożone starannie w koncentryczne kręgi, jeden w drugim jak pajęczyna, środek pusty. Przyklęknął. Gałązki ciemne, bez liści, ale nie złamane. Oderwane, pociągnięte, jakby ktoś je wyskubywał, nie łamał. Kazimierz wyciągnął rękę, żeby dotknąć, ale nagle coś chrupnęło [parsknięcie] za jego plecami. Odwrócił się.

Starzec był tam 10 met dalej, przykucnięty przy ziemi. Łachmany zwisały z jego pleców, ale teraz Kazimierz widział więcej. To nie były łachmany. To były strzępy czegoś, co kiedyś mogło być ubraniem. Ale teraz wyglądało jak kawałki kory, paproci, mchu. Starzec grzebał w ściółce obiema rękami, wkładał coś do ust. Kazimierz zamarł. Zapach stał się silniejszy.

Mokre drewno, coś kwaśnego, jak sfermentowane grzyby. Dzień dobry dziadku. Powiedział cicho. Starzec nie odpowiedział. Dalej grzebał. Kazimierz zrobił krok naprzód. Drugi Gałąź chrupnęła pod jego butem i starzec podniósł głowę. Kazimierz zobaczył twarz pokryta plami. Nie brud, skóra, jeśli to była skóra.

Wyglądała jak ciemna kora, popękana, z białymi plamami, jakby ktoś naciągnął na czaszkę kawał pnia. Oczy głęboko osadzone, blade, prawie białe, bez tęczówki, tylko jasna otchłań. Starzec wydał dźwięk. Nie słowo. Syk, chrząknięcie, szelest, jakby powietrze przechodziło przez suche liście. Kazimierz cofnął się o krok. Jego oddech przyspieszył.

Ręka sama sięgnęła do pasa, gdzie zwykle wisiał nóż. Starzec wstał powoli, płynnie, bez trudu. Jego sylwetka była chuda, koścista, ale ruchy miał lekkie, jakby nie było w nim ciężaru. Spojrzał na Kazimierza jeszcze raz. Te blade oczy nie mrugały i odwrócił się. Zniknął między drzewami, bez pośpiechu, bez dźwięku. Kazimierz stał jeszcze przez chwilę, oddychając ciężko.

Pod spływał mu po karku, mimo chłodu. Zapach utrzymywał się w powietrzu. W końcu wrócił do stosu gałązek. wziął kilka z wierzchu, schował do kieszeni płaszcza i ruszył do domu. Nie obejrzał się ani razu. Kazimierz położył patyki na stole w kuchni, tuż obok szklanki z wodą i niedopalonego papierosa.

Bronisława, jego żona, stała przy piecu, wycierając ręce w fartuch. Przysunęła się bliżej, spojrzała na układ gałązek. Koncentryczne kręgi, jakby ktoś celowo je tam ułożył. Wzięła jedną do ręki, obejrzała. To zwykły patyk. Powiedziała cicho. Co w tym dziwnego? Kazimierz nie odpowiedział od razu. Patrzył na gałązki, jakby chciał w nich odnaleźć coś, czego nie potrafił nazwać.

Ten układ mruknął w końcu. Kto tak układa? Bronisława westchnęła i odłożyła patyk. Pracowała w przychodni jako sanitariuszka. Widziała różne rzeczy, ale to co mąż opowiadał ostatnio, niepokoiło ją. Nie chodziło tylko o starca w lesie. Chodziło o to, jak Kazimierz mówił o nim. Jakby w tym starcu było coś, czego nie można wytłumaczyć. Może to jakiś włuczęga.

Powiedziała w końcu. Albo nie wiem, Kazimierz, może za dużo myślisz. On pokręcił głową, ale nie sprzeczał się. Wiedział, że musi kogoś jeszcze w to wciągnąć. Kogoś, kto zrozumie. Nazajutrz, 20 listopada Kazimierz poszedł do Leśniczówki. Wacław Chmielnicki siedział przy biurku, popijając herbatę z aluminiowego kubka.

Wysłuchał relacji myśliwego, nie przerywając. Kiedy Kazimierz skończył, leśniczy odstawił kubek i spojrzał w okno na puszczę ciągnącą się za szybą. Trzeba to sprawdzić. Powiedział w końcu. Pogadaj z Wasilewskim. Zorganizujemy patrol. Feliks Wasilewski starszy funkcjonariusz Ormojął sprawę z urzędniczą powagą.

Tego samego dnia południu trójka mężczyzn wyruszyła w las. Kazimierz z dubeltówką, Chmielnicki z latarką. Wasilewski w mundurze i z Notesem szli w stronę starego Berezowa, tam gdzie według przedwojennych map było kiedyś pustelisko. Teren był zarośnięty. Młode sosny i brzuski przebijały się przez ściółkę. Gałęzie splątane jak sieć.

Kazimierz prowadził, bo on jedyny pamiętał trasę z poprzednich polowań. Po godzinie marszu dotarli do miejsca, gdzie ziemia lekko się wznosiła. A między drzewami widać było coś: zarys fundamentów, zwalone kamienie, spalone belki przysypane mchem i liśćmi. Tu było. Powiedział Chmielnicki, przyklękając przy jednej z belek. Mój ojciec mówił, że przed wojną mieszkał tu dziad znachor. Nazywali go żerczy.

Wasilewski zapisał coś w notesie. Żerczy, co to za imię? Chmielnicki wzruszył ramionami. Nikt nie wiedział, może to było przezwisko. Ludzie mówili, że ten człowiek żywił się lasem i lasu. Co to miało znaczyć? Nikt nie tłumaczył. Kazimierz rozejrzał się po ruinach. Spalone drewno, ziemia zarośnięta mchem, kawałki starego dachu.

Nic, co wskazywałoby, że ktokolwiek tu był w ostatnich latach. Ale Chmielnicki coś zauważył. Przeszedł kawałek dalej, zniknął za krzakami. Po chwili wrócił i skinął na towarzyszy. Chodźcie tutaj. Za paroma młodymi brzuskami w niewielkim zagłębieniu znajdowała się ziemianka. Nieduża, może metr wysokości.

Wejście przysłonięte starą płachtą brezentu. Chmielnicki odsunął brezent. W środku resztki ogniska, zimne popiołki, suche liście na ziemi ułożone jak posłanie. Wasilewski wszedł pierwszy, przykucnął, oglądał wszystko dokładnie. Kazimierz stanął przy wejściu. “Jest ktoś?” zawołał Wasilewski w głąb ziemianki. Cisza. W kącie leżały resztki jedzenia, suszone grzyby, korzonki, kości małych zwierząt, może królika, może lisa.

Na ścianie wygrzebanej w ziemi widać było znaki. Pionowe kreski równo wydrapane, dziesiątki, może setki. Kazimierz zbliżył się, dotknął palcem jednej z kresek. Sucha, twarda ziemia. To jakiś bezdomny wariat. Stwierdził Wasilewski wstając. Złapiemy go jak się pojawi. Chmielnicki milczał. Stał przy wejściu, patrząc na coś na ziemi.

Kazimierz podszedł do niego. Co? Leśniczy wskazał na ziemię przed wejściem. ślad stopy wyraźny odciśnięty w wilgotnej glebie ale dziwny nienaturalnie długi. Palce rozłożone szeroko, jakby ktoś chodził boso całe życie, ale te palce za długie, jakby wykrzywione. Chmielnicki przykucnął, przyglądał się śladowi.

Po chwili podniósł głowę i spojrzał na Kazimierza. Dziad przed wojną też tak miał. Powiedział cicho. Mój ojciec widział. Mówił, że ten człowiek chodził boso zimą i latem, że miał stopy jak korzonki. Wasilewski usłyszał to. Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Zapisał coś w notesie. Kazimierz poczuł zimno w karku. Nie od wiatru, od czegoś innego.

Patrol obeszedł jeszcze okolice. Sprawdzili kilka innych miejsc, ale nikogo nie znaleźli. Słońce zaczęło zachodzić. Wasilewski zamknął notes, oznajmił: “Wracamy. Jeśli się pojawi, ktoś zgłosi. Chmielnicki i Kazimierz szli z tyłu. Przez chwilę nikt nie mówił. W końcu leśniczy odezwał się, nie patrząc na towarzysza. Mój ojciec opowiadał, że ten żerczy nie był normalny, że długo mieszkał sam, aż się zmienił”.

Ludzie mówili, że przestał mówić, że jadł tylko to, co las mu dał i że stopy mu się tak zrobiły, bo las go wziął. Kazimierz nie odpowiedział, ale ślad w ziemi wciąż miał przed oczami. Bronisława Boruta obudziła się 23 listopada, tuż przed północą. Łóżko obok było puste, pościel chłodna. Usiadła nasłuchując. Z kuchni dobiegło ciche szuranie.

jakby ktoś przesuwał krzesło po podłodze. Wstała, narzuciła szlafrok i wyszła na korytarz. Kazimierz siedział przy stole w samej koszuli, mimo że w kuchni było chłodno. Przed nim leżały pęki suchych roślin, gałązki, listki, coś brązowego i pokruszonego. Trzymał jeden z nich blisko twarzy, wąchał, zamykając oczy. Kazik, co ty robisz? szepnęła.

Nie odpowiedział od razu. Odłożył gałązkę, spojrzał na żonę. W świetle karbidówki jego twarz wyglądała obco. Cienie pod oczami głębsze, skóra jakaś szara. Muszę zrozumieć jak on żyje. Powiedział w końcu. Co je czym się ogrzewa? Jak można przetrwać tam w ziemiance w takim zimnie? Bronisława podeszła bliżej, dotknęła jego ramienia.

To jakiś włuczęga, Kazik, chory człowiek. Nie twój problem. Nie, broniu. Pokręcił głową. On nie jest chory. On jest inny. Widziałem jego ręce. To nie była skóra. To było jak kora, jak u drzewa. Żona cofnęła dłoń, spojrzała na jego ręce leżące na stole. W świetle lampy zobaczyła coś, czego wcześniej nie zauważyła. Skóra na kłykciach była popękana, szorstka.

jakby przesuszona, ciemniejsza niż zwykle. Kazik, twoje ręce to od mrozu. Przerwał jej szybko. I od roboty przy drewnie. Nic takiego. Ale ton jego głosu był niepewny. Bronisława usiadła naprzeciwko męża. Przestań o tym myśleć. Proszę, to ci szkodzi. Kazimierz milczał długo, wpatrywał się w suche zioła na stole.

Chmielnicki opowiadał mi o żerczy. Zaczął cicho. O tym człowieku, co mieszkał na pustelisko przed wojną. Ludzie mówili, że odrzucił wszystko. Dom, rodzinę, normalność. Poszedł w las i został tam. Żywił się tym, co las dał. Grzyby, korzonki, kora. Pił wodę z bagien i podobno, podobno się przeistoczył. Przestał być człowiekiem takim jak my. stał się częścią puszczy.

To bajki, Kazik. Szepnęła Bronisława, ale głos jej drżał. A co jeśli nie? Spojrzał na nią. Co jeśli to możliwe, że człowiek tak długo żyje w lesie, że las go bierze? Zmienia. Bronisława wstała gwałtownie. Dosyć tego. Idziesz spać. Teraz Kazimierz kiwnął głową, ale nie ruszył się od stołu.

Żona stała w drzwiach jeszcze chwilę. Patrząc na męża. W końcu wróciła do sypialni sama. Słyszała przez ścianę, jak Kazimierz dalej szura przy stole, szeleści suchymi liśćmi. Następnego dnia Bronisława poszła do Jadwigi kocik po chleb. Sąsiadka spytała od razu: “Co z twoim?” Widziałam go wczoraj. Stał przy płocie i patrzył w las. Pół godziny tak stał.

Nie ruszał się. zmęczony odpowiedziała Bronisława krótko. Mój brat też tak miał powiedziała Jadwiga ściszając głos. Jak wrócił z wojny, chodził po nocy, mówił do siebie: “Trzeba było księdza sprowadzić”. Bronisława nie odpowiedziała. Wzięła chleb i wyszła szybko. W domu zastała Kazimierza w szopie.

Rozwieszał na sznurkach kolejne pęki ziół. Zapach był ciężki, grzybowy, kwaśny. Skąd to masz? Spytała. Ze strychu. Leżały tam od lat. Nie patrzył na nią. Pomyślałem, że przyda się. Po co? Na wszelki wypadek. 28 listopada Kazimierz obudził się wcześnie. Ubrał się cicho. Wziął kurtę myśliwską i czapkę. Bronisława usłyszała jak szura w przedsionku i wyszła z sypialni.

Gdzie idziesz? Do puszczy. Odpowiedział nie patrząc na nią. Muszę go znaleźć jeszcze raz. Kazik nie stanęła przed nim. Proszę cię, zostaw to. Zostaw tego człowieka. Niech sobie gnije w tej ziemiance. Nie mogę. Powiedział cicho. Coś mi nie daje spokoju. Muszę muszę wiedzieć, co wiedzieć.

Kim on jest? Czy to naprawdę ten żerczy? I czy ja, czy ja mogę się tak samo? Nie dokończył. Bronisława dotknęła jego twarzy. Boisz się? Szepnęła. Tak przyznał. Ale i tak pójdę. Pocałował ją w czoło i wyszedł. Bronisława stała w drzwiach, patrząc jak znika za rogiem domu. Potem zamknęła drzwi i usiadła przy stole. Ręce jej drżały.

Kazimierz wrócił dopiero wieczorem. Był blady, milczący. Zdjął kurtkę, usiadł przy stole i patrzył w blat. Bronisława nie pytała. Podała mu kolację, ale nie tknął jej. Widziałem go. Powiedział w końcu. To nie człowiek, broniu, ale też nie zwierzę. To coś pomiędzy. Żona milczała. Dotknął mojej ręki, dodał patrząc na swoją dłoń.

I poczułem zimno, takie jakbym trzymał kawał lodu. Ale to nie był lód, to było coś innego. Bronisława wzięła jego rękę w swoje. Skóra na kłykciach była teraz wyraźnie ciemniejsza, spękana. Paznokcierz zgrubiały, pożółkły. Pójdziesz do doktora powiedziała stanowczo. Kazimierz kiwnął głową. Potem położył na stole kilka suchych gałązek z drobnymi listkami.

To mi dał. Szepnął. Nie wiem po co. Bronisława nie dotknęła ich. Patrzyła na gałązki jakby były żywe. Kazimierz poszedł do sypialni i zasnął natychmiast, nie rozbierając się. Spał całą noc i cały następny dzień. Bronisława siedziała przy nim, trzymając go za rękę, a gałązki leżały na stole w kuchni.

Suche i ciche, pachną lasem i czymś jeszcze, czymś starym, zapomnianym, czego nazwy nie było w żadnym języku. 28 listopada 1978 roku Kazimierz Boruta wyszedł z domu przed świtem. Bronisława stała w drzwiach kuchni owinięta w szal i patrzyła jak mąż znika między sosnami. Nie krzyczała już, nie błagała. Wiedziała, że i tak pójdzie.

Szedł lasem dobre trzy godziny, mijając miejsca, które znał od dzieciństwa. Puszcza była teraz inna, milcząca, jakby przyczajona. Żadnych ptaków, żadnego szelestu, tylko jego oddech i trzask suchych gałęzi pod butami. Gdy dotarł do pusteliska, słońce stało już wysoko, ale światło ledwo przebijało się przez korony drzew.

Ziemianka była tam, gdzie ją zostawili. Niska dziura w ziemi osłonięta korzeniami starego buku. Kazimierz zatrzymał się kilka kroków przed wejściem i nasłuchiwał. Cisza. Potem cichy szelest, jakby ktoś przesuwał suche liście, przykucnął przy wejściu i zajrzał do środka. Żerczy siedział w głębi, skulony, otoczony pękami suchych roślin.

Kazimierz poznał go od razu, choć teraz widział go wyraźniej niż kiedykolwiek. Postać nie poruszyła się. Kazimierz usiadł przy krawędzi ziemianki. Nogi zwieszone do środka, ręce oparte na kolanach. nie wszedł. Instynkt podpowiadał mu, żeby zachować dystans. Dzień dobry. Powiedział cicho po polsku. Żerczy nie odpowiedział.

Kazimierz spróbował jeszcze raz tym razem po białorusku, tak jak mówił jego dziadek, gdy był dzieckiem. Ty żyjesz tu. Cisza. Tylko ten szelest. Suche rośliny przesuwane powoli po ziemi. Kazimierz wziął głęboki oddech i zapytał wprost: “Czy ty jesteś żerczy?” Postać podniosła głowę. Kazimierz poczuł, jak coś zaciska mu się w gardle.

Twarz starca była teraz niemal całkowicie pokryta czymś, co wyglądało jak kora brzozowa. Białe popękane płaty skóry, ciemne szczeliny między nimi, jakby drzewo, które zaczęło żyć. Oczy były blade, prawie białe, bez tęczówki, osadzone głęboko w oczodołach, nie mrugały. Żerczy wydał dźwięk, coś pomiędzy chrząknięciem a szelestem liści.

Kazimierz poczuł, że trzęsą mu się ręce. Chciał wstać, uciec, ale ciało nie słuchało. Siedział skulony przy wejściu, wpatrując się w to, co kiedyś było człowiekiem. Żerczy powoli wyciągnął rękę. Dłoń była całkowicie zdrewniała, brązowa, pokryta drobnymi pęknięciami, palce nienaturalnie długie zakończone paznokciami, które wyglądały jak małe korzonki.

Poruszała się powoli, jakby ktoś manipulował kikutem. Kazimierz widział, jak palce zginają się pod niewłaściwym kątem, jak skóra napina się i pęka na zgięciach. Dłoń dotknęła jego ręki. Kazimierz poczuł zimno, takie jakby ktoś wsadził mu rękę w strumień lodowatej wody. Potem mdłości ostre i gwałtowne. Świat zafalował zapach mokrego drewna i czegoś kwaśnego, gnijącego.

Uderzył go prosto w żołądek. Widział, jak przez mgłę dłoń żerczego spoczywa na jego skórze, niemal nieruchoma, ale czuł jak coś przenika przez dotyk, jakby substancja przeciekająca z jednego naczynia do drugiego. Żerczy cofnął rękę. Kazimierz dysząc oparł czoło o zimną ziemię przy krawędzi ziemianki.

Słyszał, jak żerczy porusza się w głębi, jak przesuwane są suche pęki ziół. Podniósł wzrok. St. trzymał w dłoni kilka cienkich gałązek z małymi suchymi listkami. Wyciągnął je w stronę Kazimierza. Kazimierz wziął je drżącą ręką. Gałązki były zimne, lekkie, jakby całkowicie wysuszone. Żerczy wskazał na wyjście gestem, powolnym, ale zdecydowanym.

Jego blade oczy nie opuszczały twarzy Kazimierza. Kazimierz wstał potykając się i cofnął się. Nie odwracał się dopóki nie znalazł się kilkanaście kroków od ziemianki. Dopiero wtedy ruszył biegiem, trzymając gałązki w zaciśniętej pięści. Dotarł do domu przed zmierzchem. Bronisława otworzyła drzwi, zanim zdążył zapukać. Jezu Mario! szepnęła patrząc na jego twarz.

Kazik, co się stało? Kazimierz wszedł do kuchni, położył gałązki na stole i opadł na krzesło. Patrzył przed siebie nie widząc niczego. Widziałem go powiedział w końcu głosem matowym, odległym. To nie człowiek, bronia, ale też nie zwierzę. Bronisława podeszła do stołu, spojrzała na gałązki. Co to jest? Nie wiem. Dał

mi je. Dał. Kazimierz skinął głową, podniósł rękę. Tam, gdzie Żerczy go dotknął, skóra była ciemniejsza jakby poplamiona. Bronisława chwyciła jego dłoń, obejrzała ją pod światłem lampy. To tylko brud powiedziała, ale w jej głosie nie było przekonania. Kazimierz zamknął oczy. Nie wrócę tam. Szepnął. Już nie. Bronisława skinęła głową, choć wiedziała, że mąż kłamie.

Tej nocy Kazimierz spał przez 18na godzin bez przerwy. Śnił o lesie, o korzeniach wrastających w ziemię, o czymś, co patrzyło na niego bladymi oczami z głębi puszczy. Gdy się obudził, gałązki wciąż leżały na stole, zimne i suche, jakby nigdy nie były częścią czegoś żywego. Bronisława Boruta prowadziła męża przez główną ulicę Hajnówki jak chorego, trzymając go mocno pod ramię.

Kazimierz szedł posłusznie, ale wzrok miał nieobecny, jakby patrzył przez ludzi i budynki gdzieś daleko w stronę puszczy. Dłonie trzymał w kieszeniach. Od trzech dni nie chciał ich pokazywać nawet żonie. Przychodnia mieściła się w starym przedwojennym budynku obok urzędu gminy. Doktor Eugeniusz Krawczyk przyjmował od 8:00.

Był to wysoki, szczupły mężczyzna po pięćziesiątce, w okularach w grubych oprawkach, znany w okolicy z tego, że nie gadał od rzeczy i nie pouczał pacjentów. Bronisława znała go jeszcze z czasów, kiedy sama pracowała w przychodni jako sanitariuszka, zanim przeszła do lokalnego szpitala. Kazimierz usiadł na krześle przed biurkiem i powoli niechętnie wyciągnął ręce. Doktor Krawczyk zapalił lampę.

przyglądał się dłoniom długo, milcząc. Skóra na obu rękach była przesuszona, popękana, szczególnie na kłykciach i wokół paznokci. Wyglądała jak stara, zeschnięta kora, ciemnobrązowa, miejscami prawie czarna, z głębokimi bruzdami. Lekarz dotknął jednej z pęknięć palcem. Kazimierz skrzywił się. Boli? Spytał Krawczyk.

Nie boli, ciągnie tylko. Odparł myśliwy cicho. Jakby skóra, jakby nie moja. Doktor wziął lupę, pochylił się niżej. Przez chwilę badał pęknięcia, potem spojrzał Kazimierzowi w oczy. Kiedy pan to zauważył po raz pierwszy? Po ostatnim, po tym jak wróciłem z lasu z tydzień temu, może 10 dni, Krawczyk wyprostował się, zdjął okulary, przetarł je chusteczką.

To może być egzema albo grzybica skóry, ale ciężka. Widział pan coś takiego kiedyś, panie Kazimierzu? Myśliwy pokręcił głową. Nie, ale ja mu dotknąłem. On miał takie ręce całe, jakby z drewna. Lekarz spojrzał na Bronisławę, potem z powrotem na pacjenta. Nie pytał, kto to on. Bronisława już opowiedziała mu w poczekalni o spotkaniach męża w puszczy, o starcu, o ziemiance przy starym Berezowie. Przepiszę maść.

Powiedział Krawczyk spokojnie, dwa razy dziennie grubą warstwą i proszę nie moczyć rąk. Jeśli za tydzień nie będzie lepiej, przyjdzie pan znowu. Kazimierz skinął głową, ale coś w jego spojrzeniu mówiło, że nie wierzy w maść. Bronisława sięgnęła do torby i wyciągnęła pęczek suchych gałązek, te, które mąż przyniósł z ostatniego spotkania.

Panie doktorze, jeszcze jedno. On przyniósł to z lasu. Od tego, od niego. Czy pan mógłby spojrzeć? Krawczyk wziął gałązki do ręki, obejrzał uważnie, suche, kruche, z drobnymi, ledwo widocznymi listkami. Potrząsnął nimi lekko. Posypał się pył, drobny jak mąka. To leszczyna, powiedział po chwili. Suszona. Nic nadzwyczajnego. Ale ton jego głosu był niepewny.

Bronisława to usłyszała. Lekarz położył gałązki na biurku i wytarł dłonie o fartuch, jakby chciał pozbyć się pyłu. Kiedy Kazimierz wyszedł na korytarz, Krawczyk zatrzymał Bronisławę gestem. Niech pani pilnuje męża. Powiedział cicho, żeby nie wracał do lasu. Widział coś, co go przestraszyło. To działa na psychikę.

Znam takie przypadki. Ludzie widzą rzeczy, potem się zamykają w sobie, zaczynają chorować. Bronisława kiwnęła głową, ale w jej oczach była rezygnacja. On już nie mówi o niczym innym, panie doktorze. Nocami wstaje, stoi przy oknie, węższy zioła. Mówi, że musi to zrozumieć. Krawczyk zdjął okulary, ponownie, przetarł twarz dłonią.

To nie jest zrozumienie, pani Boruto. To obsesja. Proszę go pilnować. Tego samego dnia Feliks Wasilewski zorganizował ostatnią obławę. Wziął ze sobą dwóch młodych funkcjonariuszy Ormośniczego Chmielnickiego. Wyruszyli przed południem w stronę starego Berezowa, gdzie znajdowała się ziemianka. Dzień był chłodny, niebo zachmurzone, w powietrzu wisiał zapach nadchodzącej zimy.

Dotarli do ruin starego pusteliska około 1ze:00. Miejsce wyglądało tak samo jak przy ostatniej wizycie. Zarośnięte, zniszczone fundamenty chaty, dawno pogrzebane pod mchem i igliwiem. Ale ziemianka była otwarta. Wasilewski wszedł pierwszy świecąc latarką. Chmielnicki stał przy wejściu, obserwując. W środku było zimno.

Zimniej niż na zewnątrz. Żadnych śladów niedawnego pobytu, żadnych resztek jedzenia, żadnych suchych liści układanych w posłanie, żadnych pęków ziół przy ścianach, tylko sucha twarda ziemia i ściany pokryte drobnymi pionowymi kreskami, setkami, może tysiącami. Tu nikogo nie ma. Powiedział jeden z młodych funkcjonariuszy. Od tygodni Wasilewski przykucnął, przejechał dłonią po ziemi. Była zimna.

spieczona, jakby dawno nikt tu nie rozpalał ognia, nie dyszał, nie żył. To niemożliwe. Mruknął Chmielnicki. Jeszcze przed tygodniem było tu wszystko. Widzieliśmy. Wasilewski wstał, otrzepał kolana. Widać, pomyliliśmy się, albo ktoś sprzątnął i uciekł. Chmielnicki nie odpowiedział. Patrzył na kreski wydrapane w ścianie.

Minutę później wyszli wszyscy. Obeszli okolice pusteliska, sprawdzili pobliskie zarośla, stare drogi, nic. Żadnych śladów stóp, żadnych tropów, żadnych oznak życia. Wasilewski oficjalnie zamknął sprawę wieczorem tego samego dnia w biurze w Hajnówce. Zapisał w raporcie fałszywy alarm. Włczęa opuścił teren. Brak dalszych działań.

Ale kiedy wracał do domu, myślał o ziemiance, o tym zimnie w środku i o tym, że ziemia wyglądała jakby była udeptana nie butami, a czymś innym, czymś lżejszym, rozłożonym szerzej. Chmielnicki wrócił do leśniczówki dopiero po zmroku. Żona pytała, gdzie był tak długo. Nie odpowiedział. Usiadł przy kuchni, palił papierosa i patrzył w okno w stronę puszczy.

Potem wstał, podszedł do starej szafki, wyjął pożółkłą teczkę. W środku były stare dokumenty, zapiski jego ojca przedwojennego leśniczego. Przewracał kartki, aż znalazł to, czego szukał. Drobne, niewyraźne pismo. Data 1938. Żerczy znowu widziany przy Berezowie. Nie podchodzi do ludzi. Stopy jego dziwne, palce długie jak korzonki. Mówią, że to nie człek już, ale też nie zwierzę.

Chmielnicki złożył kartkę i schował teczkę z powrotem. Minęły tygodnie, potem miesiące. Kazimierz wrócił do pracy w tartaku, do codziennych obowiązków, do życia obok Bronisławy, które wydawało się takie samo jak przedtem. Ale nie było takie samo. Skóra na jego dłoniach nie wróciła do normy. Maść doktora Krawczyka nie pomogła. Szorstka powierzchnia pozostała, a z czasem zaczęła ciemnieć.

Najpierw na kłykciach, potem wokół paznokci, jakby pod naskórkiem osadzał się drobny pył, którego nie dało się zmyć. Bronisława próbowała jeszcze raz namówić męża na wizytę u specjalisty w Białymstoku, ale Kazimierz odmówił. Powiedział tylko, że to nic takiego, że nie boli, że po prostu skóra jest inna. Przestał polować.

To było pierwsze, co zauważyli ludzie w Podlanach. Kazimierz Boruta, który przez 20 lat wychodził w puszczę co drugi tydzień, nagle złożył broń w szafie i nie wyjmował jej. Gdy leśniczy Chmielnicki zapytał, dlaczego, Kazimierz wzruszył ramionami i odpowiedział, że nie ma już ochoty, że coś się zmieniło, że teraz woli patrzeć, nie zabijać.

Bronisława zaczęła zauważać inne rzeczy. Mąż nie spał dobrze. W nocy wstawał, wychodził na podwórze, stawał przy płocie i wpatrywał się w ciemność lasu po drugiej stronie drogi. Stał tak po pół godziny, czasem dłużej, bez kurtki, bez czapki, nawet gdy było mroźno. Raz wstała i podeszła do okna.

zobaczyła go stojącego nieruchomo, z głową lekko uniesioną, jakby węszył powietrze. Nie wyszła. Bała się, że jeśli zapyta, usłyszy coś, czego nie będzie chciała wiedzieć. W lutym podczas kolacji Kazimierz nagle przerwał jedzenie i spojrzał na żonę. Powiedział cicho. Wiesz, Bronisława, on nie był sam, rozumiesz? Żerczy ten dziad.

On nie był osobno. On był częścią lasu. Jak grzyb, co rośnie z drzewa. Nie można go oddzielić. Bronisława odłożyła łyżkę. Zapytała, co to ma znaczyć. Kazimierz potrząsnął głową, jakby sam nie był pewien. A ja ja teraz to czuję. Ten zapach, te ziemię, to wszystko żyje, wszystko ma smak. Dźwięk, rozumiesz? Nie odpowiedziała.

Nie rozumiała, ale bała się przyznać. Zaczął przynosić do domu rzeczy z lasu. Gałęzie, suche liście, korzonki, grzyby. Suszył je w szopie, układał w rzędach na starych gazetach. Bronisława nie pytała po co to robi. Wiedziała, że i tak nie dostanie jasnej odpowiedzi. W marcu 1979 roku Kazimierz ogłosił, że idzie do puszczy.

powiedział Bronisławie, że to ostatni raz, że musi jeszcze raz zobaczyć to miejsce, żeby zamknąć sprawę. Żona nie próbowała go powstrzymać. Wiedziała, że nie ma sensu. Wrócił po kilku godzinach, zmęczony, milczący. Usiadł w kuchni, rozwiązał buty, patrzył w blat stołu. Bronisława zapytała, czy go znalazł. Kazimierz potrząsnął głową.

Tam nikogo nie ma. Pustelisko puste, ziemianka zimna, ale coś zostało. Bronisława czekała, aż ciąg dalszy, ale mąż nic więcej nie powiedział. Wstał, poszedł do szopy, wrócił dopiero wieczorem. Od tego czasu spędzał coraz więcej czasu w lesie. Nie polował, nie zbierał grzybów na sprzedaż, tylko chodził godzinami. Czasem Bronisława wychodziła na podwórze i widziała go idącego wzdłuż skraju puszczy.

Powoli, z głową nisko, jakby śledził coś w ziemi. Wracał zawsze przed nocą, ale z każdym tygodniem wracał coraz później. Sąsiedzi zaczęli mówić. Jadwiga Kocik zapytała Bronisławę przy studni, czy Kazimierz nie choruje, bo on tak dziwnie wygląda. Nie obraź się, ale jakby schudł, a skóra jakby ciemniejsza. Bronisława odpowiedziała, że mąż dużo pracuje, że to od słońca i wiatru, ale sama widziała, że to nie tylko słońce.

Kazimierz zbierał zioła, te same, które znalazł w ziemiance, te same, które starzec mu dał. suszył je, wąchał, czasem żuł małe kawałki. Bronisława zapytała raz, czy to bezpieczne. Kazimierz uśmiechnął się pierwszy raz od tygodni i powiedział: “Jeśli on to jadł, to i ja mogę”. Żona nie wiedziała, co odpowiedzieć.

W maju podczas ciepłego popołudnia Bronisława weszła do szopy. Chciała wziąć łopatę, ale zatrzymała się w drzwiach. Suche zioła wisiały ze wszystkich belek, z haków, leżały na półkach. Zapach był intensywny, ciężki, grzybowy, kwaśny, jak wilgotna kora. Na ścianie, na starym kawałku papieru, Kazimierz narysował coś węglem. Wzór koncentrycznych kręgów, dokładnie taki sam, jaki widział przy dębie w lesie.

Bronisława cofnęła się i zamknęła drzwi. Nie powiedziała mężowi, że tam była. Kazimierz zmienił się. To nie było coś, co dało się nazwać chorobą ani obłędem. To była powolna, cicha przemiana, której Bronisława nie potrafiła zatrzymać ani zrozumieć. Mąż był przy niej. rozmawiał, pracował, jadł, ale coś w nim odchodziło.

Może nie w nim, może coś do niego przychodziło. Żona nie wiedziała, które gorsze. Kazimierz Boruta żyje po dziś dzień. Mieszka nadal w tym samym domu na skraju Hajnówki, ale myśliwym już nie jest. Bronisława mówi sąsiadom, że mąż przestał polować z wieku, że ręce mu już nie służą. Ale ci, którzy go widzą, a widzą go niewielu, bo Kazimierz wychodzi głównie nocami, opowiadają, że w pełnie i nowowie księżyca chodzi godzinami po puszczy. Sam, bez latarki, bez broni.

Jego dłonie są ciemne, spękane jak stara kora, paznokcie zgrubiałe i pożółkłe. Nie odpowiada na pozdrowienia. porusza się cicho, płynnie, jakby ziemia sama go prowadziła. Oficjalna wersja tej historii jest prosta. Kazimierz Boruta spotkał włóczę, który żył w lesie i cierpiał na zaawansowaną chorobę skóry. Może trąd, może ciężką grzybicę.

Stres z tej konfrontacji spowodował u myśliwego psychosomatyczne objawy. Doktor Krawczyk zapisał to w dokumentacji. Wasilewski zamknął sprawę. Nikt więcej nie szukał dziada w puszczy, ale w podlanach i okolicznych zaściankach ludzie nadal mówią o żerczy. Mówią, że kto spotka go raz, zobaczy coś dziwnego.

Kto spotka go dwa razy, poczuje las inaczej. A kto spotka go po raz trzeci, zaczyna się zmieniać powoli, stopniowo, aż las go wchłonie całkiem. Jeśli kiedyś w puszczy spotkasz kogoś, kto nie odpowiada, kto porusza się jak część drzew, kto ma dłonie ciemne jak kora, nie próbuj go dotknąć i nie wracaj tam po raz drugi.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy