„Uciekłem przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości i nigdy tam nie wrócę”: Ujawniono mroczne tajemnice, teczki służb bezpieczeństwa i wstydliwe wyroki ikon polskiej sceny oraz telewizji.
Ucieczka przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości i cień przeszłości
Przez całe dekady miliony widzów zasiadały przed telewizorami i w salach kinowych, by podziwiać wybitne talenty, wzruszać się przy ponadczasowych balladach i czerpać inspirację z postaw ludzi sukcesu. W blasku jupiterów polscy artyści kreowali postacie szlachetnych lekarzy, niezłomnych patriotów, moralnych autorytetów i charyzmatycznych buntowników walczących z opresyjnym systemem. Publiczność bezgranicznie wierzyła, że talent sceniczny idzie w parze z nienaganną etyką w życiu codziennym. Rzeczywistość skrywana za kurtyną bywała jednak porażająca. Akta prokuratorskie, archiwa Instytutu Pamięci Narodowej oraz policyjne rejestry kolizji drogowych ukazują zupełnie inną, mroczną twarz salonów, w której wielkie nazwiska przeplatają się ze skandalami obyczajowymi, ucieczkami przed wymiarem sprawiedliwości, donosicielstwem i łamaniem prawa pod wpływem alkoholu.

Najbardziej jaskrawym i rozpoznawalnym na całym świecie symbolem tego rozziewu pozostaje los Romana Polańskiego. Reżyser, który zapisał się złotymi zgłoskami w historii rodzimej kinematografii, przynosząc Polsce pierwszą w dziejach nominację do Oscara za pełnometrażowy „Nóż w wodzie”, podbił Hollywood dziełami pokroju „Dziecka Rosemary” i „Chinatown”. Choć świat współczuł mu po tragicznej śmierci ciężarnej żony Sharon Tate z rąk sekty Mansona, zaledwie kilka lat później sam stanął w obliczu kryminalnych zarzutów. W marcu 1977 roku w willi Jacka Nicholsona podał szampana i środki uspokajające trzynastoletniej Samancie Gailey, po czym dopuścił się wobec niej czynu pedofilskiego. Zagrożony wieloletnim więzieniem, pierwszego lutego 1978 roku uciekł samolotem do Europy, stając się uciekinierem ściganym listem gończym. Nawet gdy ćwierć wieku później zdobył Oscara za reżyserię „Pianisty”, statuetkę w jego imieniu musiał odebrać Harrison Ford, a twórca do dziś nie może postawić stopy na amerykańskiej ziemi.
Promile za kółkiem i pęknięte pomniki uwielbienia

Równie potężny szok wywołały sprawy artystów, których głosy i role stanowiły fundament domowego ciepła. Ryszard Rynkowski, obdarzony potężnym głosem wokalista dawnej grupy Vox, autor solowych hymnów „Wypijmy za błędy” czy „Jedzie pociąg z daleka”, w wieku siedemdziesięciu trzech lat stanął przed sądem po spowodowaniu kolizji drogowej pod Brodnicą z wynikiem ponad 1,6 promila alkoholu we krwi. Z kolei Tomasz Stockinger, którego cała Polska pokochała za postać szlachetnego hrabiego Leszka Czyńskiego w ekranizacji „Znachora” oraz wieloletnią rolę statecznego doktora Pawła Lubicza w serialu „Klan”, w 2009 roku doprowadził do groźnego wypadku pod Górą Kalwarią, mając we krwi 2,3 promila, po czym uciekł z miejsca zdarzenia, zostawiając poszkodowanych. Sąd wymierzył mu karę pozbawienia wolności w zawieszeniu i gigantyczną grzywnę, na zawsze kładąc cień na jego ekranowym wizerunku kryształowego dżentelmena.
Podobny dramat rozegrał się w życiu Jerzego Stuhra, ikony polskiego kina moralnego niepokoju i niezapomnianego Maksa z kultowej „Seksmisji”. Jesienią 2022 roku ceniony aktor i były rektor krakowskiej uczelni teatralnej potrącił motocyklistę na ulicach Krakowa, prowadząc pojazd z wynikiem 0,7 promila. Choć syn Maciej opublikował poruszające oświadczenie ojca o najgorszej życiowej pomyłce, późniejsze wypowiedzi gwiazdora bagatelizujące zdarzenie wywołały ogromny niesmak opinii publicznej. Z alkoholowym skandalem zderzyła się także Beata Kozidrak, wokalistka grupy Bajm, zatrzymana w Warszawie z dwoma promilami alkoholu w organizmie. Prawomocny wyrok karny i utrata prawa jazdy stały się dla autorki hitu „Biała armia” bolesną cezurą, pokazującą, że estradowy status królowej sceny nie chroni przed bezwzględną literą prawa drogowego.
Teczki tajnych współpracowników i zdrada teatralnych mistrzów
Prawdziwym wstrząsem moralnym dla środowiska kulturalnego okazało się jednak otwarcie archiwów służb specjalnych PRL-u, ujawniające tajne uwikłania wybitnych twórców. Maciej Damięcki, ciepły głos Kermita i ulubieniec najmłodszych z programu „Pora na Telesfora”, po zatrzymaniu za jazdę po pijanemu w 1973 roku podpisał deklarację lojalności i jako TW „Bliźniak” przez szesnaście lat składał raporty na temat wyjazdów zagranicznych swoich kolegów z Teatru Dramatycznego, w tym dyrektora Gustawa Holoubka, Piotra Fronczewskiego i Daniela Olbrychskiego. Z kolei Jerzy Zelnik, uwielbiany za tytułową kreację w „Faraonie” Jerzego Kawalerowicza oraz rolę szlachetnego doktora Murka, w okresie powstawania wielkiego dzieła filmowego figurował w aktach jako kontakt informacyjny „Jaracz”, przekazując bezpiece meldunki o ludziach ze swojego najbliższego otoczenia.
Najbardziej ponure karty zapisał jednak aktor Roch Siemianowski, znany z ról drugoplanowych w „Czterdziestolatku”, „07 zgłoś się” czy „Janosiku”. Od 1972 roku jako tajny współpracownik „Szczęsny” systematycznie inwigilował czołowe postacie polskiej kultury i opozycji demokratycznej, dostarczając materiały na Tadeusza Łomnickiego, Krystynę Jandę, Adama Michnika i Jacka Kuronia. Oficer prowadzący wystawił mu w aktach przerażającą cenzurkę, odnotowując, że młody aktor nie posiadał żadnych oporów natury moralnej. Cieniem podejrzeń i wieloletnich procesów lustracyjnych została dotknięta także Irena Dziedzic, legenda programu „Tele-Echo”, która choć po dekadzie batalii sądowych oczyściła się z zarzutów świadomej agenturalności, do śmierci zmagała się z piętnem teczki o kryptonimie „Marlena”.
Wywiadowcze meldunki z Londynu i obozowy żart barda

Równie zaskakujący rozdział w historii mediów zapisał Bogusław Wołoszański, którego „Sensacje XX wieku” przez dekady gromadziły przed odbiornikami całe pokolenia pasjonatów tajemnic wywiadowczych. Jak wykazały odtajnione dokumenty, charyzmatyczny dziennikarz w 1985 roku sam zredagował zobowiązanie do współpracy z wywiadem PRL pod pseudonimami „Ben” i „Rewo”, wysyłając analizy ze swoich londyńskich spotkań z dyplomatami i politykami brytyjskimi. Wołoszański nigdy nie wyparł się tych faktów, przekonując, że jego praca służyła sprawom państwowym, a nie bezpiece, co jednak dla wielu odbiorców na zawsze zmieniło odbiór jego telewizyjnych rekonstrukcji szpiegowskich intryg.
Galerię tych bolesnych pęknięć dopełnia postać Jana Pietrzaka, twórcy Kabaretu Pod Egidą i autora nieoficjalnego hymnu Solidarności „Żeby Polska była Polską”. Artysta, który w dobie PRL-u był symbolem odwagi cywilnej i ciętej satyry wymierzonej w komunistyczną władzę, na starość zszokował opinię publiczną brutalnym, publicznym żartem na temat umieszczania imigrantów w poniemieckich barakach obozów zagłady w Auschwitz, Majdanku i Treblince. Choć prokuratorskie śledztwo w sprawie znieważenia zostało ostatecznie umorzone, oficjalny protest Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz powszechne oburzenie społeczne stały się smutnym podsumowaniem drogi dawnego barda.
Wszystkie te historie udowadniają, jak kruche i zwodnicze potrafią być pomniki budowane na ekranie, gdzie kunszt artystyczny zderza się z ludzkimi słabościami, tchórzostwem i brakiem odpowiedzialności za własne czyny.