Tajemnica otwarcia trumny Jana Pawła II: Dlaczego zdecydowano się na ten krok?
Reszta
Żadnego krzyku w nocy, żadnej odmowy modlitwy, żadnego filozoficznego protestu. To, co się działo, było inne i głębsze. Przekształcenie bólu w coś, co mogło być udźwignięte tylko w ramach wiary. Ojciec modlił się na kolanach w środku nocy. Karol budził się czasem i widział go w tej pozycji. Nie mówili ze sobą dużo, ale ten obraz — klęczący mężczyzna w ciemnym pokoju, sam, po stracie wszystkich — mówił więcej niż 1000 słów.
Karol Wojtyła wyrósł na człowieka, który nie pyta Boga “dlaczego?”, który przyjmuje cierpienie nie jako dowód nieobecności Boga, ale jako część jakiegoś planu, którego nie musi rozumieć. To nie było naiwne. To było coś znacznie trudniejszego. Świadoma, dojrzała decyzja, żeby żyć bez pewności, że wszystko jest sprawiedliwe, i żeby tę decyzję odnawiać każdego dnia.
Kiedy w lutym 1941 roku umarł też ojciec, Karol miał 21 lat i pozostał całkowicie sam. Wszyscy, których kochał, odeszli zanim skończył studia. Matka, siostra, brat, ojciec. Był jedynym ocalałym ze swojej rodziny, a wokół niego trwała wojna. Kraków był pod okupacją. Jego żydowscy przyjaciele ze szkolnych lat, jeden po drugim, znikali. Niemcy rozstrzeliwali ludzi na ulicach.
W tym samym roku, zaledwie kilka miesięcy po śmierci ojca, Karol Wojtyła zdecydował się wstąpić do seminarium duchownego. Nie było to proste. Seminaria działały w konspiracji. Wstępując, ryzykował aresztowaniem. Ale ta decyzja — podjęta w środku nocy okupacji, po utracie wszystkich bliskich — mówi coś fundamentalnego o tym człowieku. Że to właśnie w chwilach, gdy wiara wymagała zapłacenia najwyższej ceny, on pogłębiał ją, a nie porzucał.
Nie szukał dowodów, nie potrzebował gwarancji. Żył wiarą, jak żyje się powietrzem. Nie dlatego, że ktoś udowodnił mu jej słuszność, ale dlatego, że bez niej nie umiałby oddychać. Tę postawę zabrał ze sobą przez całe życie: przez kapłaństwo w powojennym Krakowie, przez lata posługi biskupiej, gdy walczył z komunistycznym reżimem o prawo wiernych do religii, przez pontyfikat, gdy stał się jednym z najpotężniejszych głosów moralnych XX wieku.
Nawet przez zamach na Placu Świętego Piotra 13 maja 1981 roku, gdy kula Ali Agcy przebiła jego ciało, a Jan Paweł II — przewieziony do szpitala z otwartą raną — poprosił o różaniec. I zaczął się modlić, zanim lekarze zdążyli go uśpić przed operacją. Potem, gdy już wyzdrowiał, odwiedził Agcę w celi. Siedział z nim naprzeciwko siebie, twarzą w twarz.
Rozmawiał z nim jak z człowiekiem, nie jak z przestępcą, i wybaczył mu — publicznie i prywatnie. To nie był gest polityczny. To było coś głębszego. Konsekwencja całego życia opartego na przekonaniu, że miłosierdzie jest ważniejsze niż sprawiedliwość. Ten człowiek — ten konkretny, złożony, zdumiewający człowiek — po śmierci miał stać się przedmiotem najchłodniejszego, najbardziej biurokratycznego procesu, jaki Kościół katolicki w ogóle prowadzi.
Procesu, w którym wiara nie wystarczy. W którym trzeba dowodów. 2 kwietnia 2005 roku, godzina 21:37, Apartament Papieski w Pałacu Apostolskim. Cisza, przerywana tylko śpiewem dobiegającym z Placu Świętego Piotra, gdzie ponad 100 000 ludzi modliło się na różańcu. Na łożu człowiek, który przez 27 lat był głową Kościoła katolickiego, człowiek, który uścisnął miliardy rąk, który latał na wszystkie kontynenty, który przetrwał zamach, chorobę Parkinsona i dziesiątki operacji, leżał zupełnie nieruchomo.
Na piersiach miał szkaplerz i złoty krzyż z relikwiami świętych. W ręce, posiniaczonej od licznych nakłuć igłami, trzymał różaniec. Wcześniej tego dnia, gdy jeszcze mógł mówić, poprosił, żeby czytano mu Ewangelię św. Jana. Wieczorem poprosił o mszę przy jego łóżku. Przyjął kilka kropel Eucharystii. Około godziny 15:30 słabym głosem wypowiedział ostatnie słowa swojego pontyfikatu: “Pozwólcie mi iść do domu Ojca”.
O godzinie 19:00 stracił przytomność. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. Osobisty lekarz, doktor Renato Buzzonetti, stwierdził zgon o 21:37. Zgodnie z watykańskim protokołem elektrokardiogram wyłączono dopiero po 20 minutach. W pokoju byli obecni arcybiskup Stanisław Dziwisz, który towarzyszył mu przez 40 lat jako sekretarz,
ksiądz profesor Tadeusz Styczeń, jego uczeń z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, trzy polskie siostry sercanki, które codziennie opiekowały się papieskim apartamentem, i kilku lekarzy. Za oknem tłum śpiewał i czuwał. Na placu zapadła głucha cisza. Potem odezwały się dzwony. Najpierw w Watykanie — dzwon śmierci, który Włosi nazywają Campanone della Morte.
Potem w kościołach całego Rzymu, a następnie w Polsce, gdzie dzwon Zygmunta na Wawelu bił przez 25 minut, a na ulicach polskich miast ludzie klękali i płakali. Dzień po śmierci papieża na Placu Świętego Piotra pojawił się transparent, pisany ręcznie po włosku. Dwa słowa, które stały się hasłem milionów:
“Santo subito” — święty natychmiast. To żądanie przyszło od wiernych: spontaniczne, masowe, niemożliwe do zignorowania. Ale Kościół ma swoje zasady i te zasady mówią coś nieoczekiwanego. Że “chcieć kogoś kanonizować” to za mało. Że “wierzyć w czyjąś świętość” to za mało. Że nawet śmierć w opinii świętości, nawet płaczący milion ludzi, nawet 40 lat pontyfikatu, to za mało.
Kościół wymaga czegoś więcej. Kościół wymaga dowodu. To, co nastąpiło po śmierci Jana Pawła II, jest jednym z najbardziej zdumiewających paradoksów w historii Kościoła katolickiego. Instytucja, której fundamentem jest wiara w rzeczy niewidzialne i nieweryfikowalne, stworzyła mechanizm kanonizacyjny, który jest jednym z najbardziej rygorystycznych procesów śledczych, jakie ludzkość wymyśliła.
Bardziej skrupulatny niż niejeden sąd, bardziej ostrożny niż niejedno postępowanie naukowe. Żeby Kościół mógł oficjalnie ogłosić kogoś świętym, musi udowodnić cud. Nie wystarczą relacje naocznych świadków. Nie wystarczy żarliwa modlitwa tysięcy ludzi. Nie wystarczy nawet szczere przekonanie samego papieża. Trzeba dokumentacji medycznej.
Trzeba niezależnej oceny lekarzy: najpierw specjalistów, potem komisji ekspertów Kongregacji. Trzeba werdyktu teologów. I na końcu — decyzji papieża, który jest ostatnią instancją i jedynym człowiekiem na Ziemi uprawnionym do ogłoszenia kogoś świętym. Jan Paweł II sam reformował te przepisy. W 1983 roku jako papież wydał konstytucję apostolską regulującą procesy kanonizacyjne.
Sam ustalił zasadę pięcioletniego oczekiwania od chwili śmierci kandydata. Teraz te przepisy miały zostać zastosowane wobec niego. I to ze skrótem, bo Benedykt XVI uchylił termin oczekiwania jeszcze w maju 2005 roku, zaledwie 42 dni po pogrzebie. Postulatorem procesu beatyfikacyjnego — człowiekiem, którego zadaniem było zebranie całej dokumentacji i przeprowadzenie śledztwa w sprawie świętości Jana Pawła II — był polski ksiądz imieniem Sławomir Oder. Doktor obojga praw pracujący w Trybunale Wikariatu Rzymu, doświadczony w procedurach kanonizacyjnych jak niewielu.
To on 28 czerwca 2005 roku w bazylice na Lateranie, przy nakrytym szarą materią stole, złożył przed trybunałem formalną prośbę o prawne rozpoczęcie procesu. Wszyscy obecni złożyli przysięgę. Słowa tej przysięgi są zimne i precyzyjne: “Odrzuciwszy wszelki wzgląd na osoby, wiernie i starannie będę wypełniał powierzone mi zadanie.
Zachowam w tajemnicy zeznania świadków. Nie przyjmę żadnego rodzaju darów ofiarowanych z okazji procesu. Tak mi dopomóż Bóg.” Żadnego względu na osoby. Wiernie i starannie. Zachowam tajemnicę. Człowiek, który przez 40 lat stał na czele Kościoła, teraz był obiektem badania — kandydatem na ołtarze, którego świętość należało udowodnić. Nie zakładać, udowodnić.
Przez następne miesiące trybunały w Rzymie i Krakowie przesłuchiwały świadków, zbierały dokumenty, analizowały pisma, sprawdzały każdy szczegół życia człowieka, który sam zreformował reguły tej procedury. Przesłuchano w sumie około 120 osób. Rekordowa liczba w historii procesów kanonizacyjnych.
Wśród świadków byli jego współpracownicy, przyjaciele, lekarze. Byli też politycy: Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski. Ludzie, którzy znali go z różnych stron, w różnych kontekstach, w różnych momentach historii. I wtedy w toku tego procesu wyszło na jaw coś, czego świat nie wiedział. Coś, co pokazuje, że człowiek żyjący w blasku reflektorów przez prawie trzy dekady, człowiek fotografowany, filmowany, cytowany na każdym kroku, potrafił zachować dla siebie jedną, głęboko ukrytą tajemnicę.
Dwie osoby zeznały przed trybunałem pod przysięgą, że Jan Paweł II regularnie się biczował. Pas znaleziony w biurku papieża, ślady na skórze. Praktyki umartwiania się, o których nie mówił nikomu, a które były tak intensywne, że zostawiły po sobie fizyczne ślady. Człowiek, który światu pokazywał radość i otwartość, który wołał: “Nie lękajcie się!” i obejmował ramionami tysiące,
sam, w swoim pokoju, w nocy, po cichu, zadawał sobie ból. Nie z masochizmu. Z wiary. Z przekonania, że cierpienie dobrowolne ma sens, że łączy go z cierpieniem Chrystusa, że pokuta jest czymś realnym i dotykalnym, nie tylko duchowym. Postulator Oder skomentował to spokojnie: “Taka praktyka, choć nieznana wielu, ma długą tradycję w Kościele i sama w sobie nie jest zaskoczeniem.”

Ale to, że Jan Paweł II — ten Jan Paweł II, którego świat znał jako człowieka żywotnego, wysportowanego, uśmiechniętego — praktykował ją do ostatnich lat swojego życia, rzuciło na cały proces nowe, nieoczekiwane światło. Bo ten człowiek nie był figurą z pomnika. Był kimś głębszym i bardziej skomplikowanym, niż wszystkie portrety, które mu zrobiono.
I właśnie taki człowiek — złożony, ludzki, pełen sprzeczności — miał teraz przejść przez maszynę, która bada nie duszę, ale dokumenty. Nie intencje, ale protokoły medyczne. Nie wiarę, ale dowody. Tego wymagał Kościół. Tego wymagał system, który sam Jan Paweł II przez całe życie doskonalił i wzmacniał. I wtedy, w środku tego procesu, gdy trybunały zbierały zeznania, a komisje medyczne pochylały się nad aktami chorych, rzekomo uzdrowionych za jego wstawiennictwem, z Francji nadeszła informacja, która miała zmienić wszystko.
Siostra Marie Simon-Pierre Normand. Francuzka. Choroba Parkinsona, stadium zaawansowane. I coś, czego lekarze nie potrafili wyjaśnić. Ale żeby zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się z tą kobietą i dlaczego jej historia stała się centralnym punktem całego procesu, trzeba najpierw zrozumieć, na czym polega paradoks, który leży w samym sercu kanonizacji.
Instytucja wiary żąda dowodów. I właśnie ten paradoks, zawarty w kilku słowach, jest tym, co sprawia, że tamtego ranka w 2011 roku, gdy trumna Jana Pawła II wyłaniała się ze swojego miejsca spoczynku w podziemiach bazyliki, kardynał Dziwisz nie mógł mówić. Mógł tylko patrzeć i milczeć. Francja, czerwiec 2005 roku. Dwa miesiące po śmierci Jana Pawła II. Siostra Marie Simon-Pierre Normand miała 44 lata i nie mogła utrzymać pióra w ręce.
Choroba Parkinsona zaatakowała ją w 2001 roku. Zaczęła się od lewej strony ciała: drżenie, sztywność, bóle, bezsenność. Szczegół, który nie uszedł niczyjej uwadze: Marie była leworęczna. Choroba uderzyła dokładnie w to, czym pracowała. Nie mogła pisać, nie mogła prowadzić samochodu. Z trudem utrzymywała się na nogach.
Pracowała na oddziale położniczym, otoczona narodzinami, życiem, nowym początkiem — i powoli traciła zdolność do wykonywania najprostszych czynności wymaganych przez jej pracę. Przez 4 lata obserwowała w telewizji, jak Jan Paweł II prowadzi uroczystości: coraz wolniejszy, coraz bardziej pochylony, coraz bardziej drżący.
Widziała w nim siebie za kilka lat. Musiała odwracać wzrok. Gdy papież zmarł 2 kwietnia 2005 roku, Marie poczuła, według jej własnych słów, że umarł przyjaciel. I tego samego dnia jej stan się pogorszył, jakby ciało zareagowało na żałobę w jedyny znany sobie sposób: zaostrzeniem każdego objawu. Wspólnota zakonna — Małe Siostry Macierzyństwa Katolickiego — zaczęła się modlić. Nie do Jana Pawła II jako świętego (bo proces beatyfikacyjny dopiero się zaczynał), ale za jego wstawiennictwem.
To subtelna, ale istotna różnica: modlitwa skierowana do Boga przez kogoś, kto być może jest już blisko Niego. 26 maja Marie wróciła z krótkiego urlopu. Była, jak mówiła, całkowicie wyczerpana. Poszła do przełożonej z prośbą o zwolnienie z obowiązków. Nie miała już siły stać. Przełożona poprosiła ją, żeby jeszcze trochę poczekała — do czasu jej powrotu z Lourdes w sierpniu. I powiedziała coś, co Marie zapamiętała:
“Jan Paweł II nie powiedział jeszcze ostatniego słowa”. 2 czerwca wieczorem, między godziną 21:30 a 21:45, siostra Marie siedziała sama w swoim pokoju. Nagle, według jej relacji, poczuła pragnienie, żeby wziąć pióro i pisać. Jakby ktoś jej mówił: “Weź pióro i pisz”. Wzięła. Pismo było wyraźne i czytelne. Lewą ręką. Tą samą, której przez cztery lata nie umiała kontrolować.
Nie pojęła od razu, co się dzieje. Położyła się spać. O 4:30 rano obudziła się. Ciało nie bolało. Nie było żadnego zesztywnienia, żadnego drżenia. Wstała z łóżka normalnie, bez walki, bez trzymania się ściany. Poszła do kaplicy. W drodze zauważyła, że porusza lewym ramieniem swobodnie. To ramię, które od czterech lat wisiało przy jej boku jak ciężar.
Podczas mszy miała pewność. Tego samego dnia napisała list. Zadzwoniła do przełożonej, pokazała jej swoje pismo i powiedziała, że została uzdrowiona za wstawiennictwem Jana Pawła II. Przełożona poprosiła ją, żeby napisała jeszcze raz, wolno i wyraźnie, dwa słowa: “Jan Paweł II”. Marie napisała. Obydwie patrzyły na kartkę w milczeniu.
7 czerwca Marie poszła na umówioną wcześniej wizytę u neurologa, który leczył ją od lat. Wtedy lekarz zobaczył, jak wchodzi do gabinetu, pewnym krokiem, poruszając swobodnie obydwoma ramionami. Zapytał, czy wzięła podwójną dawkę dopaminy. Marie odpowiedziała, że przestała brać leki całkowicie i wyjaśniła, co się stało.
Lekarz był zaskoczony. Nie powiedział, że to cud. Powiedział, że z medycznego punktu widzenia nie rozumie, co się wydarzyło. I właśnie to zdanie — “nie rozumie, co się wydarzyło” — jest zdaniem, na które Kościół czeka, żeby je usłyszeć. Nie każde uzdrowienie wystarczy. Kościół ma precyzyjną definicję “cudu medycznego”, opracowaną przez pokolenia teologów i lekarzy pracujących razem w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.
Uzdrowienie musi być natychmiastowe, całkowite, doskonałe, klinicznie trwałe i przede wszystkim — z medycznego punktu widzenia — niewytłumaczalne. Każde z tych słów jest istotne. Każde z nich wyklucza dziesiątki przypadków, które nie spełniają wszystkich warunków jednocześnie. Przypadek siostry Marie Simon-Pierre trafił na biurko postulatora Odera.
Przez rok, od marca 2006 do marca 2007, działał we Francji specjalny trybunał diecezjalny. Przesłuchano samą zakonnicę. Przesłuchano 15 świadków. Wysłuchano opinii trzech niezależnych ekspertów medycznych. Analizowano każdy centymetr jej dokumentacji: diagnozy, badania, recepty, wyniki EEG, tomografie, notatki neurologa, historię choroby.
Ale potem stało się coś nieoczekiwanego. Gdy akta trafiły do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie, komisja lekarska nie zebrała się od razu. Pojawiły się pytania, wątpliwości. Neurolog po neurologu przyglądał się dokumentacji i zadawał to samo pytanie: czy na pewno była to choroba Parkinsona? A może mógł to być zespół parkinsonowski — schorzenie z podobnymi objawami, ale inną etiologią, które w pewnych okolicznościach może cofnąć się samoistnie?
Choroba Parkinsona jest nieuleczalna. Zespół parkinsonowski nie zawsze. To było pęknięcie w samym sercu procesu. Jeśli zakonnica miała nie Parkinsona, ale coś, co tylko wyglądało jak Parkinson, to jej uzdrowienie nie byłoby cudem; byłoby po prostu remisją. Przez prawie rok komisja lekarska Kongregacji nie mogła się zebrać, bo brakowało kilku kluczowych ekspertyz.
Specjaliści najwyższej klasy z całego świata byli konsultowani indywidualnie, w atmosferze pełnej dyskrecji. Sprawa, która miała być najkrótszym etapem procesu, stała się jego najtrudniejszym momentem. W mediach zaczęły krążyć plotki. Mówiono, że Marie ponownie zachorowała. Mówiono, że diagnoza była błędna od początku. Mówiono, że Kościół będzie musiał szukać innego cudu.
Żadnych oficjalnych komentarzy. Cisza. A w tej ciszy cyprysowa trumna Jana Pawła II spoczywała nieruszona w Grotach Watykańskich. I miliony wiernych, którzy krzyczeli “Santo Subito”, czekali, nie wiedząc, że sprawa ich papieża zależy teraz od tego, co kilku neurologów napisze w swoich raportach. Latem 2010 roku Marie Simon-Pierre została wezwana do Watykanu.
Poddano ją dodatkowym badaniom neurologicznym i psychiatrycznym. Chodziło o ostateczne wykluczenie wszystkich alternatywnych wyjaśnień. Po pięciu latach od uzdrowienia badania potwierdziły to, co jej lekarz powiedział w czerwcu 2005 roku: żadnych objawów, żadnych śladów choroby, żadnego nawrotu. 14 stycznia 2011 roku papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu cudu za wstawiennictwem Jana Pawła II.
Dwa tygodnie później wyznaczono datę beatyfikacji: 1 maja 2011 roku. Niedziela Miłosierdzia Bożego. Święto ustanowione przez samego Jana Pawła II, w wigilię którego umarł. I wtedy, 29 kwietnia 2011 roku, na dni przed beatyfikacją, o świcie, w Grotach Watykańskich wydarzyła się ta scena z początku naszej opowieści. Dźwig. Trumna.
Kardynał Dziwisz, który nie potrafił mówić. Ośmiu kardynałów w milczeniu. Ceremonia, która nie była wydobyciem ciała na widok publiczny, ale prawnym i liturgicznym aktem, koniecznym przeniesieniem doczesnych szczątków z miejsca anonimowego pochówku do nowego grobu, godnego błogosławionego. Trumna nie była otwierana, nie były to oględziny ciała, nie szukano śladów niezniszczalności.
To był gest innego rodzaju. Przeniesienie z ciemności grot do światła bazyliki. Z miejsca zmarłych do miejsca świętych. W historii Kościoła taki akt — translatio — od wieków był równoznaczny z kanonizacją. Teraz był tylko jej zapowiedzią. 1 maja 2011 roku na Placu Świętego Piotra zebrało się półtora miliona ludzi.
Przed ołtarzem głównym stała trumna Jana Pawła II. Ta sama cyprysowa trumna, która 6 lat wcześniej leżała na kamiennych schodach bazyliki, gdy kardynał Ratzinger odprawiał żałobną mszę. Teraz brzmiały inne słowa. Benedykt XVI ogłosił Karola Wojtyłę błogosławionym. Na placu rozległy się oklaski. Płakali ludzie, którzy nie płakali nawet na pogrzebie. Bo wtedy żegnali człowieka, a teraz witali kogoś, kto, według Kościoła, jest bliżej Boga niż kiedykolwiek.
Siostra Marie Simon-Pierre weszła na plac z relikwiarzem. Niosła ampułkę z krwią Jana Pawła II — krew pobraną w ostatnich dniach jego życia, zamkniętą w szkle, otoczoną złotem. Kobieta, z której choroba wycofała się w jedną noc, niosła krew człowieka, z którego choroba nie wycofała się nigdy. Nie wiadomo, czy myślała o tym w tamtej chwili, ale ta symetria jest zbyt wyraźna, żeby jej nie dostrzec.
Ale beatyfikacja to nie kanonizacja; to dopiero połowa drogi. Żeby Jan Paweł II mógł zostać ogłoszony świętym, oficjalnie, definitywnie, na wieki — potrzebny był drugi cud. I ten drugi cud przyszedł z miejsca, gdzie nikt się go nie spodziewał. Kostaryka, 1 maja 2011 roku. Noc. Floribeth Mora Diaz miała 48 lat i, według lekarzy, miesiąc życia przed sobą.
Jej mąż, Edwin, siedział na werandzie ich domu niedaleko San Jose i modlił się na różańcu. Zbudował mały ołtarzyk poświęcony Janowi Pawłowi II. Papież odwiedził Kostarykę w 1983 roku i Edwin nigdy tego nie zapomniał. Floribeth leżała w sypialni. Lewa część ciała była sparaliżowana. Dwa tygodnie wcześniej, po nagłym bólu głowy, tomografia komputerowa wykazała tętniaka wrzecionowatego środkowej tętnicy mózgu,
umiejscowionego w miejscu, do którego chirurgia nie miała dostępu. Neurochirurg Alejandro Vargas Roman powiedział rodzinie wprost: “Nie ma operacji, którą można przeprowadzić. Możemy tylko uśmierzyć ból. Kiedy tętnica pęknie, stanie się to szybko.” Floribeth brała silne leki, które powodowały głęboki sen. Lekarz tłumaczył jej, że lepiej, żeby była nieprzytomna w chwili pęknięcia.
Jej dzieci przychodziły w nocy i dotykały jej, sprawdzając, czy jeszcze oddycha. Wiedziały, że może umrzeć we śnie. Tamtego wieczoru, 1 maja 2011 roku, dokładnie w chwili, gdy na Placu Świętego Piotra trwała beatyfikacja Jana Pawła II, Floribeth oglądała transmisję telewizyjną w swoim pokoju. Była ledwie przytomna.
Leki były silne, ekran migotał w ciemności. Patrzyła na zdjęcie papieża i, według jej relacji, zobaczyła, jak jego ręce wyciągają się ku niej z obrazka. Usłyszała głos — dwa zdania po polsku, które rozumiała, mimo że nigdy nie znała tego języka: “Wstań. Nie lękaj się”. Podniosła się. Wstała z łóżka sama, bez pomocy. Poszła do kuchni, gdzie był Edwin.
Mąż patrzył na nią w milczeniu. Przez ostatnie tygodnie nie wstawała samodzielnie. Floribeth powiedziała: “Jestem zdrowa”. Badania przeprowadzone kilka miesięcy później wykazały, że tętniak zniknął. Tętnica wyglądała tak, jakby nigdy nic się w niej nie wydarzyło. Doktor Vargas Roman, który przez kilkanaście lat pracował jako neurochirurg i widział setki tomografii, powiedział dziennikarzom jedno zdanie:
“Nie znalazłem żadnych podstaw naukowych, by wyjaśnić, dlaczego tętniak zniknął. Jeśli to cud, to głos w tej sprawie należy do Kościoła.” I dodał, bo był katolikiem: “Ja w to wierzę.” Ale Kościół nie mógł oprzeć się na słowach neurochirurga, nawet jeśli był katolikiem. Kościół musiał to sprawdzić sam. Floribeth przyjechała do Rzymu w październiku 2012 roku. Przyjechała dyskretnie.
W klinice Gemelli zarejestrowano ją pod fałszywym nazwiskiem, jako turystkę, która zachorowała w czasie wakacji. Włoscy lekarze przeprowadzili pełen pakiet badań neurologicznych. Wyniki potwierdziły to, co powiedzieli lekarze w Kostaryce: tętniak zniknął, nie ma śladów, tętnica jest zdrowa. Postulator Oder osobiście pojechał do Kostaryki.
Poprosił arcybiskupa San Jose o powołanie lokalnego trybunału kanonicznego. 20 listopada 2012 roku trybunał (trzech kapłanów, notariusz i lekarz) rozpoczął pracę. Przez miesiące zbierano dokumentację, przesłuchiwano świadków, analizowano każdy etap choroby i uzdrowienia. W styczniu 2013 roku całość akt trafiła do Watykanu. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych przeprowadziła własne śledztwo.
Komisja lekarzy, komisja teologów, komisja kardynałów i biskupów. Trzy etapy, trzy niezależne oceny. Trzy razy to samo pytanie: czy to, co się wydarzyło z Floribeth Mora Diaz, da się wytłumaczyć w sposób naturalny? Trzy razy ta sama odpowiedź: nie. 5 lipca 2013 roku papież Franciszek podpisał dekret uznający uzdrowienie Kostarykanki za cud za wstawiennictwem Jana Pawła II.
Droga do kanonizacji była otwarta. 27 kwietnia 2014 roku, Niedziela Miłosierdzia Bożego. Na Placu Świętego Piotra zebrało się ponad 800 000 wiernych. W procesji przed ołtarzem Floribeth Mora Diaz niosła relikwiarz z krwią Jana Pawła II, a za nią szła siostra Marie Simon-Pierre Normand — ta sama, która trzy lata wcześniej stała w tym samym miejscu z tą samą ampułką.
Dwie kobiety, dwie choroby, dwie noce, w których coś się odwróciło w sposób, którego nauka nie potrafiła wyjaśnić. Niosły krew człowieka, który przez 40 lat wierzył bez dowodów, i którego świętość musiała zostać udowodniona przez tych, którzy tych dowodów szukali. Papież Franciszek wypowiedział formułę kanonizacyjną po łacinie.
Po jej zakończeniu na fasadzie bazyliki Świętego Piotra odsłonięto portret i tłum, który przez 9 lat czekał na ten moment, zaczął krzyczeć: nie “Santo Subito”, już nie. Teraz było inaczej. Teraz krzyczeli po prostu jego imię. Czym jest zatem relikwia? Czym jest trumna, która musi zostać otwarta, żeby człowiek mógł zostać świętym? Jest gestem, który mówi coś, czego słowa nie potrafią powiedzieć do końca: że ciało się liczy. Że materia się liczy.
Że to, co dotykalne i zmysłowe, jest nośnikiem czegoś, co wykracza poza materię. W Kaplicy Świętego Sebastiana, w bazylice Świętego Piotra, tuż obok słynnej Piety Michała Anioła, kilka metrów od miejsca, gdzie według tradycji spoczywa sam Piotr, trumna Jana Pawła II leży za białą, marmurową płytą. Nie można jej zobaczyć.
Można tylko stać przy niej i wiedzieć, że jest. Co roku miliony ludzi przyjeżdżają, żeby to zrobić. Stają, milczą, modlą się. Albo patrzą na białą płytę bez żadnej modlitwy, po prostu stojąc, po prostu będąc blisko. Krew Karola Wojtyły jest w ponad 100 kościołach i kaplicach na całym świecie: w Polsce, we Włoszech, w Kolumbii, w Meksyku, w Kostaryce. I w ampułce 101 m pod ziemią, w kaplicy Kopalni Soli w Wieliczce.
Przestrzelony pasek sutanny ze śladami jego krwi po zamachu leży w sanktuarium na Jasnej Górze. Człowiek, który nie pyta Boga “dlaczego?”, stał się człowiekiem, którego szczątki są teraz powodem milionów pytań. Ale jest jedno pytanie, na które żadna komisja nigdy nie dała odpowiedzi. Marie Simon-Pierre, zapytana przez dziennikarzy, czy rzeczywiście miała chorobę Parkinsona, a nie tylko podobne objawy, odpowiedziała spokojnie:
“Czy to jest cud, tego nie wiem. O tym musiał zadecydować Kościół. Ja wiem tylko, że byłam chora. Modliłam się do Jana Pawła II i moja choroba zniknęła.” Doktor Vargas Roman, który zbadał Floribeth po powrocie z kliniki Gemelli, zapytany, co myśli jako lekarz, powtórzył to samo: “Nie ma wyjaśnienia.”
Zapytany, co myśli jako człowiek, powiedział: “Wierzę.” A siostra Marie napisała kiedyś w liście zdanie, które nie trafiło do żadnej komisji, do żadnego raportu, do żadnego dekretu: “To, co Pan pozwolił mi przeżyć, jest czymś, czego nie potrafię wyrazić słowami. Mam wrażenie, jakbym narodziła się po raz drugi.” Urodziła się po raz drugi w nocy, w ciemności, kiedy wzięła pióro i zaczęła pisać czytelnym pismem lewą ręką, której przez 4 lata nie kontrolowała.
Jan Paweł II urodził się po raz pierwszy 18 maja 1920 roku, gdy przez otwarte okna dobiegał śpiew Litanii Loretańskiej. Urodził się po raz drugi — według wiary Kościoła — 27 kwietnia 2014 roku, gdy papież Franciszek wypowiedział formułę kanonizacyjną. Między tymi dwoma narodzinami — jedno życie wypełnione po brzegi stratą, wiarą, cierpieniem, miłością i pytaniami, na które nikt nie dawał odpowiedzi. I jeden Kościół, który wierzy, ale zanim cokolwiek ogłosi, musi to sprawdzić.
Paradoks nie znika. On po prostu staje się częścią historii. I właśnie dlatego trumna musiała zostać otwarta. Jeśli historia Jana Pawła II — człowieka, który przez całe życie wierzył bez dowodów, a po śmierci musiał być udowodniony — poruszyła cię do głębi, to w następnej historii dowiesz się czegoś, w co jeszcze trudniej uwierzyć.
Bo to, co spotkało innego papieża po śmierci — Jana XXIII, którego trumna spoczywała nieruszana przez 40 lat — i to, co w niej znaleziono, zmienia wszystko, co myślisz o czasie, rozkładzie i świętości. Zostań z nami. Jeśli ta historia zabrała ci głos, zostaw komentarz. Jeśli zabrała ci pewność co do granic wiary i nauki, zostaw lajka i obserwuj stronę, żeby nie przegapić tego, co będzie dalej. Bo te pytania nie mają końca.