Uncategorized

„Nie, czekaj, wrócę samochodem, bo tak będzie szybciej i wygodniej”: Jedna chwila i cztery słowa przekreśliły życie obiecującej dziewczyny, kładąc się cieniem na dwóch wielkich rodach.

Fatalna sobota na prostej szosie i cień sprzed dwóch dekad

Sobotnie przedpołudnie piętnastego maja 1993 roku zapowiadało się zupełnie zwyczajnie. Wiosenne słońce powoli ogrzewało asfalt na trasie łączącej Łódź z Warszawą, a ruch na drodze był wyjątkowo znikomy. W niewielkim Fiacie 126p jechało dwoje młodych ludzi, którzy zaledwie kilka godzin wcześniej zeszli z planu filmowego studenckiej etiudy. Za kierownicą siedział dwudziestolatek, obok niego na fotelu pasażera jego rówieśniczka – dziewczyna o magnetycznym spojrzeniu, przed którą świat stał otworem. Miała w kieszeni prestiżowy kontrakt za oceanem, o jakim marzyły tysiące polskich nastolatek, a za sobą udane występy w Tokio i Paryżu. Kierowca jechał spokojnie, nie łamiąc przepisów, na prostej szosie nie działo się nic podejrzanego. Nikt w tym blaszanym aucie nie przypuszczał, że za ułamek sekundy rozegra się dramat, który na zawsze podzieli życie dwóch znanych artystycznych rodzin na nieodwracalne przed i po.

W tej historii uderza jednak coś, od czego po plecach przechodzi lodowaty dreszcz. Dokładnie dwadzieścia lat wcześniej, na tej samej trasie między Łodzią a stolicą, w gęstych strugach deszczu inny samochód wpadł w gwałtowny poślizg. W tamtym pojeździe siedzieli rodzice dziewczyny. Wtedy los okazał się łaskawy: auto zsunęło się do przydrożnego rowu, unikając czołowego zderzenia, a pasażerowie wyszli z opresji bez szwanku. Jak po latach wspominała matka, to właśnie tamtego deszczowego wieczoru, w cieniu otarcia się o śmierć, poczęło się nowe życie. Dwie dekady później ta sama droga, ten sam kierunek podróży i ten sam poślizg powróciły niczym ponura klątwa, lecz tym razem finał okazał się bezlitosny. Los zamknął tragiczne koło, nie pozostawiając cienia nadziei.

Wszystko zaczęło się od niewinnej rozmowy telefonicznej przeprowadzonej kilkanaście godzin wcześniej. W piątkowy wieczór w warszawskim mieszkaniu Barbary Brylskiej zadzwonił aparat. W słuchawce odezwała się Basia, dzwoniąc z ulicznego automatu w centrum Łodzi. Wrzucała pospiesznie monety, mówiąc szybko i radośnie. Planowała dokończyć wieczorne ujęcia, przenocować i w sobotę rano wrócić do domu bezpiecznym pociągiem. Nagle, w pół zdania, rzuciła krótką uwagę zmieniającą wszystko: kolega z ekipy ma samochód i chętnie ją podrzuci, więc nie ma sensu tłuc się koleją. Cztery proste słowa wypowiedziane w pośpiechu okazały się wyrokiem, a matka po raz ostatni usłyszała głos ukochanego dziecka.

Trzy spotkania ze śmiercią przed pierwszym oddechem

Aby zrozumieć głębię tej tragedii, trzeba cofnąć się do narodzin dziewczyny. Barbara Brylska, uwielbiana przez miliony gwiazda wielkiego ekranu po sukcesach w „Faraonie”, „Panu Wołodyjowskim” i radzieckiej „Ironii losu”, za kulisami blichtru płaciła ogromną cenę za popularność. Jej małżeństwo ze znanym warszawskim ginekologiem Ludwikiem Kosmalem było pełne napięć, a największym marzeniem aktorki stało się macierzyństwo. Zanim na świat przyszła Basia, gwiazda dwukrotnie traciła ciążę, przeżywając bezbrzeżną żałobę w samotności. Kiedy zaszła w ciążę po raz trzeci, dziecko było dosłownie wymodlone.

Śmierć upomniała się o małą Basię aż trzykrotnie, zanim ta zdołała przeżyć choćby jeden dzień. Pierwszy raz otarła się o nicość w dniu poczęcia na feralnej trasie z Łodzi. Drugi raz w czwartym miesiącu życia płodowego, kiedy aktorka na planie we wschodnich Niemczech osobiście wykonywała niebezpieczny skok z jadącego pociągu; wieczorem dostała masywnego krwotoku i lekarze cudem uratowali oba życia. Trzecia konfrontacja nastąpiła na sali porodowej dwudziestego szóstego lutego 1973 roku w Warszawie. Dziewczynka urodziła się trzy tygodnie przed terminem, z pępowiną trzykrotnie owiniętą wokół szyi, nie dając oznak życia. Błyskawiczna reanimacja przywróciła oddech, a maleńkie płuca wydały wyczekiwany krzyk. Trzy progi zagrożenia zostały pokonane, jakby los dawał rodzinie kredyt zaufania, o który nikt nie potrafił zapytać.

Dzieciństwo Basi upływało w specyficznym rytmie artystycznego domu: walizki pachnące zagranicznymi perfumami, ciągłe wyjazdy sławnej mamy, a z drugiej strony narastający chłód między rodzicami. Dziewczynka dojrzewała błyskawicznie, stając się opiekuńczą ostoją dla młodszego o dziewięć lat brata Ludwika Juniora. To ona, widząc rozpadający się związek dorosłych, poprosiła matkę o rozwód, mówiąc, że woli żyć o chlebie i wodzie, byle tylko odzyskać domowy spokój. Małżeństwo zakończyło się w 1988 roku. Mniej więcej wtedy w środku nocy dom postawił na nogi przeraźliwy krzyk nastolatki. Basia obudziła się z płaczem, wołając przez sen, że jest taka młoda i nie chce umierać. Wtedy uznano to za zwykły koszmar dorastania, uspokajając roztrzęsioną córkę ciepłym uściskiem.

Bilet do światowej ligi i fatum dwóch wielkich rywalek

Basia odziedziczyła po matce niezwykłą fotogeniczność, a po ojcu stanowczość. Już jako piętnastolatka zadebiutowała przed kamerą na Litwie, lecz jej prawdziwym żywiołem stał się świat mody. Dostrzeżona przez znawców branży, w wieku siedemnastu lat zadebiutowała na wybiegu w warszawskim hotelu Victoria, krocząc obok największych gwiazd polskiego modelingu z naturalnością, jakiej nie da się wyuczyć. Po maturze wyruszyła na podbój Paryża, a początek 1993 roku spędziła na morderczych kontraktach w Tokio. Wróciła z Japonii jako ukształtowana, ceniona profesjonalistka. Przed nią leżał już bilet do Nowego Jorku na trzymiesięczną kampanię, a w kuluarach mówiło się, że Jerzy Hoffman widzi w niej idealną kandydatkę do roli Heleny Kurcewiczówny w planowanej superprodukcji „Ogniem i mieczem”.

W tym miejscu historia splata się z losem innej wielkiej rodziny. Bliskim przyjacielem Basi od lat dzieciństwa był Ksawery Żuławski, syn reżysera Andrzeja Żuławskiego i aktorki Małgorzaty Braunek. Związki między matkami obojga młodych ludzi były naznaczone bolesną przeszłością. Na początku lat siedemdziesiątych Barbara Brylska przegrała z Małgorzatą Braunek walkę o rolę Oleńki w „Potopie”, mimo że to za nią głosowały miliony Polaków w ogólnokrajowym plebiscycie. Niedługo później Brylska podpisała kontrakt na główną rolę w filmie „Diabeł”, lecz po jednym dniu zdjęciowym reżyser powierzył tę postać swojej ówczesnej żonie – Małgorzacie Braunek. Dwie wielkie role, dwie porażki z tą samą rywalką. Nikt nie mógł przypuszczać, że trzecie skrzyżowanie dróg obu rodów nie rozegra się na ekranie, lecz w małym Fiacie na mazowieckiej szosie, a stawką nie będzie filmowy laur, lecz życie.

Ostatnim zadaniem Basi przed wylotem za ocean był udział w etiudzie filmowej opartej na prozie Milana Kundery pod tytułem „Fałszywy autostop”. Opowiadała ona o dwojgu młodych ludziach podróżujących samochodem. W sobotę rano, po zakończeniu ostatnich ujęć, Basia i Ksawery wsiedli do malucha i ruszyli w drogę powrotną. W okolicach Brzezin auto nagle wpadło w poślizg, zjechało z jezdni i z ogromną siłą uderzyło w przydrożne drzewo. Dwudziestoletnia dziewczyna zginęła na miejscu na skutek rozległych obrażeń. Ksawery wyszedł z wypadku z lekkimi potłuczeniami, lecz z raną na duszy, która pozostała z nim na całe życie.

Przebaczenie ponad rozpaczą i wieczny hołd

O godzinie jedenastej dziesięć w warszawskim mieszkaniu Barbary Brylskiej zadzwonił telefon ze szpitala. Urzędowy komunikat o śmierci córki zgruzototał świat aktorki. W chwili najczarniejszej rozpaczy, gdy gwiazda krzyczała, że nie chce dłużej żyć, podbiegł do niej mały syn Ludwik, błagając dwoma słowami: mamo, nie umieraj. To dziecko stało się dla niej jedyną kotwicą ratunkową. Gdy Brylska spotkała się po tragedii z Ksawerym, zamiast oskarżeń i gniewu, mocno go przytuliła, rozumiejąc, że nikt nie odbiera życia swojemu przyjacielowi celowo, a młody chłopak został sam z ciężarem ponad ludzkie siły.

Ksawery Żuławski nie uciekł od odpowiedzialności. Zrezygnował z dawnego, lekkomyślnego stylu życia, a po latach zadedykował Basi swój debiutancki film fabularny „Chaos”, odtwarzając w nim scenę tragicznego wypadku jako bolesne rozliczenie z przeszłością. Barbara Brylska wycofała się z blasku fleszy, poświęcając wszystko wychowaniu syna. W 2018 roku zmarł Ludwik Kosmal, spoczywając w jednym grobie obok córki, co po ćwierćwieczu połączyło rozbitą rodzinę w wiecznej ciszy. Pamięć o utalentowanej dziewczynie pozostała żywa nie przez pryzmat wypadku, lecz dzięki jej dojrzałości, dobroci i niezwykłemu blaskowi, który gasnąc, na zawsze odmienił losy jej najbliższych.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy