Uncategorized

JAK 400 żołnierzy stawiło czoła całej armii i uratowało KOBIETY?

Reszta

Korona waży dziś więcej niż zbroja, a jednak to ja muszę ją unieść. Wyczerpany latami zmagań. Walczył już ponad 20 lat na kilku frontach naraz. Z Turcją, z Moskwą, z hanatem krymskim. Umiłowana ojczyzna, Rzeczpospolita, była wyniszczona nieustannymi wojnami, pustym skarbem i sporami możnowładców. Niech patrzą ku wzgórzom.

Pierwszy cios nadejdzie z miejsca, którego nie strzegą. A tymczasem na południu za łańcuchem Karpat na słonecznym Krymie panował on Selim pierwszeg krymski, biegły w organizowaniu najazdów na polskie kresy, cierpliwy i wyrachowany. Selim, niczym przebiegły stepowy drapieżnik czekał, aż polski lew osłabnie.

Gdy dostrzegł, że Sobieski jest zbyt chory, by osobiście wyruszyć na pogranicze, gdy zauważył, że polskie wojska są rozproszone po wielu frontach, wydał rozkaz, ostateczny wielki rozkaz. Zgromadzić hordę i uderzyć na Polskę. I tak na początku czerwca 1694 roku ze stepów krymskich wyruszyła horda. Niezwykły podjazd, nie pięciotysięczny oddział, lecz cała kompletna siła hanatu krymskiego.

40 000 wojowników, uzbrojonych w łuki, zakrzywione szable i arkany, przeprawili się przez Dniest. Wtargnęli na Podolskie Ziemie Rzeczpospolitej. Płonęły wsie. Chwytano licznych jeńców, wiązano ich w sznury i pędzono na południe ku Krymowi, by później sprzedać na targach niewolników tureckim kupcom w kafie.

A Polska Polska dysponowała wówczas na tych bezkresnych kresowych przestrzeniach zaledwie jednym patrolem. Dwie chorągwie husarskie i jedna pancerna, 400 ludzi. Czy sądzicie, że to może powstrzymać 40 000 hordę? Brzmi jak żart, prawda? Brzmi jak fragment powieści napisanej przez zbyt rozbuchaną wyobraźnię. A jednak, drodzy słuchacze, to zdarzyło się naprawdę.

I co najbardziej zdumiewające w tej historii, to fakt, że w końcu to tatarzy odwrócili się od pola walki, podczas gdy Polacy stali niewzruszeni niczym żelazne posągi, patrząc Hanowi prosto w oczy. Patrolem dowodziło dwóch polskich oficerów, których imiona zasługują, by wypisać je złotymi zgłoskami w każdej szkolnej sali.

Konstanty Zachorowski, doświadczony rotmistrz husarski oraz Mikołaj Tyszkowski, dowódca drugiej chorągwi. Obaj zahartowani w walkach z tatarami od najmłodszych lat. Obaj wywodzili się z kresowych rodów, których przodkowie walczyli pod Wiedniem, Chocimiem i Cekorą. Obaj wiedzieli jedno. Z tatarami się nie pertraktuje. Tatarzy rozumieją tylko jeden język, język polskiej szabli.

Patrol wyruszył z kresowej strażnicy obrzasku 11 czerwca 1694 roku. Mieli rutynowe zadanie. Konie są niespokojne. Czują burzę, zanim człowiek dostrzeże pierwszy błysk. Przeszukać step i sprawdzić, czy jakiś niewielki oddział nie skrada się w kierunku polskich wiosek. Spodziewali się co najwyżej kilkuset, w najgorszym razie tysiąca tatarów, tyle ile można rozproszyć jedną husarską szarżą.

Kiedy jednak dotarli w okolice wsi Chodów, spojrzeli w kierunku południa. To, co ujrzeli, na chwilę zmroziło im krew w żyłach. 40 000. Na horyzoncie kłębiła się chmura, która nie była chmurą, lecz tumanem kurzu wzbitym przez kopyta 40 000 tatarskich koni. Patrzcie przed siebie. Kto zatrzyma konia, ten zatrzyma także własną odwagę.

Cała krymska horda wracająca z polskich łupów, obarczona jeńcami w kajdanach, pędziła przez step w stronę domu, a jej droga wiodła prosto przez chodów. Zakorowski i Tyszkowski spojrzeli po sobie. W ich oczach nie było lęku. Było w nich coś znacznie większego. Chłodna, niewzruszona determinacja. Bo widzicie, polski rycerz stojący w obliczu niemal pewnej śmierci nie myśli o ucieczce.

Myśli o tym, jak najlepiej dopełnić swój ostatni obowiązek. To leży w naszej krwi. To nasze dziedzictwo. To ten sam duch, który poprowadził Spartan pod termopilami. Tylko zamiast greckiej włóczni w dłoni trzymamy polską szablę. Panowie, zawołał Zachorowski. Tatarzy nadciągają, lecz na miłość Boga nie pozwolimy im przejść z polskim jasyrem.

400 jeźdźców zsiadło z koni, 400 wojowników spojrzało na wioskę chodów i 400 zabrało się do dzieła. W ciągu pół godziny dokonali czegoś, co graniczyło z cudem. Spętali konie w jednym zakątku osady, rozebrali płoty, poprzewracali wozy, wyrwali drzwi z chałup. Nie wychylaj się. Jeden błysk na walę i już cię nie ma.

Z tego wszystkiego wznieśli prowizoryczne umocnienie wokół głównego placu wioski. Na tyle solidne, że dało się go bronić niczym twierdzy. Naładowali każdy posiadany muszkiet, przeliczyli zapasy prochu i kul, odmówili krótką modlitwę i czekali. Pierwszy tatarski zwiadowca, który dostrzegł polskie umocnienie, nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Zatrzymał wierzchowca, przetarł powieki, spojrzał raz jeszcze. Naprawdę? Jeszcze nie strzelać. Niech podejdą tak blisko, by zobaczyli nasze twarze. >> Garstka polskich śmiałków zbudowała pośrodku stepu prowizoryczną fortecę z wozów i stała za nią z muszkietami w dłoniach, z szablami u boku, z twarzami pełnymi wyzywającej pewności.

Zwiadowca zawrócił konia w galopie, by donieść Hanowi. Selim Gireź, ów pyszałkowaty władca Krymu, organizator niezliczonych najazdów na polskie kresy, [śmiech] wybuchnął tak potężnym śmiechem, że jego osobisty kucharz wylał całą misę baraniej polewki. 400 wykrzykiwał Han do swoich dowódców. 400 polskich żołnierzyków usiłuje zatrzymać moich 40 000 jeźdźców.

Spójrzcie panowie na ten polski cyrk. Ruszymy i zdepczemy ich jak żaby pod kopytami. Za kwadrans nie zostanie po nich nawet śladu na trawie. Ten śmiech, drodzy słuchacze, kosztował Hana 5000 jego najlepszych wojowników, bo żaden tatarski władca w dziejach nie zapłacił wyższej ceny za własną pychę niż Selim Grey. Owego czerwcowego dnia roku 1694.

Selim rzucił do pierwszego natarcia 5000 elitarnych jeźdźców. Tatarska konnica wrzeszcząc i sypiąc gradem strzał popędziła w kierunku polskiego umocnienia. Czekać, czekać teraz ognia, zanim doskoczą do palisady. Polscy żołnierze trwali niewzruszeni jak posągi. Zachorowski uniósł dłoń. Czekał, czekał, aż tatarzy podjadą wystarczająco blisko, by żadna kula nie poszła na marne. 50 m, 40, 30 ognia.

Ryknął rotmistrz. 400 muszkietów wystrzeliło jednocześnie. Huk był tak potężny, że aż ziemia zadrżała. 400 tatarskich jeźdźców runęło martwych w jednej chwili. Druga salwa kolejnych 400. Trzecia jeszcze więcej. Tatarzy zaskoczeni zaczęli się wycofywać, lecz za ich plecami stał Han. Selim Gire wściekły popędził do ataku kolejne 5000, potem następne pięć i jeszcze kolejne.

Przez 6 godzin, powtórzmy to, przez 6 godzin nieprzerwanej walki 40 000 tatarów raz po raz uderzało w polskie umocnienie. S godzin, podczas których każdy szturm kończył się odparciem napastników. Polacy strzelali. ładowali broń, strzelali znowu. Pot spływał im po czołach, dłonie drżały od ciągłego napinania cyngli, lecz ani jeden z 400 wojowników nie cofnął się o krok.

I wtedy wydarzyło się coś, co do dziś budzi zdumienie każdego badacza tej bitwy. Polakom zaczęło brakować amunicji. Zapasy ołowiu, które przywieźli ze sobą dobiegały końca. Każdy żołnierz liczył już ostatnie kule w ładownicy, a tatarów wciąż były tysiące. Co więc uczynili nasi obrońcy? Czy złożyli broń? Czy zaczęli wymachiwać białą flagą? Nic z tych rzeczy.

Polska pomysłowość wojenna ujawniła się tego dnia w pełnej krasie. Żołnierze zauważyli, że wokół umocnienia tkwią tysiące chybionych tatarskich strzał. Zakorowski wydał wówczas rozkaz, który do dziś opisuje się w kronikach wojskowych jako jeden z najbystrzejszych pomysłów tamtych czasów. Panowie, zawołał, wyciągajcie tatarskie strzały, nabijajcie nimi muszkiety zamiast ołowianych kul.

Polscy żołnierze, niczym zaradni inżynierowie pola walki, zaczęli wyrywać strzały z ziemi i z drewnianych burt wozów. Łamali drzewca. Ładuj spokojnie. Drząca dłoń zabija szybciej przyjaciela niż wroga. Wtłaczali groty do luf i posyłali je z powrotem w kierunku Tatarów. Tak, dobrze słyszycie. Polacy odpierali natarcie, używając tatarskiej broni przeciwko samym tatarom.

Wyobraźcie sobie zdumienie tatarskiego wojownika, który widzi jak jego własna strzała wraca ku niemu z polskiego muszkietu. Selim Girź widząc, że jego najlepsi ludzie topnieją w oczach, że horda traci tysiące, a polskie umocnienie wciąż stoi nienaruszone, wpadł w szał wściekłości. Wysłał do umocnienia parlamentariusza z białą chorągiewką.

>> Przybywam z rozkazem. Nikt nie opuszcza taboru, choćby niebo stanęło w ogniu. >> Tatarski wysłannik podjechał do polskiej barykady, zatrzymał konia i ogłosił warunki Hana. Wielki Han Selim Girge, władca Krymu, oferuje wam łaskę. Złóżcie oręż, oddajcie konie, pójdziecie z nami do Krymu, żywi, nie zginiecie.

Zaorowski uniósł wzrok niebu. Na jego twarzy pojawił się cień drwiącego uśmiechu. Spojrzał na swoich ludzi. Spojrzał na ciała poległych tatarów leżące przed umocnieniem. Spojrzał na połamane tatarskie strzały i odpowiedział wysłannikowi krótko słowami, które do dziś powtarza się w kresowych opowieściach.

Powiedz swojemu Hanowi, że my Polacy łaski nie potrzebujemy. Otwórzcie przejście. Mam słowa, których dowódca musi wysłuchać natychmiast. Jeśli chce, niech sam tu przybędzie po nasze szable. Czekamy. Wysłannik, blady jak płótno, zawrócił z tą odpowiedzią do Hana. Selim Grey, słysząc te słowa, zaniemówił z wściekłości. Niech szeregi się zamkną.

Dziś litość będzie słabością, a strach zdradą. cisnął o ziemię puchar wina, wyklął najgorszymi tatarskimi przekleństwami i rzucił do ostatecznego szturmu swoją osobistą gwardię, 2000 najlepszych wojowników, samą elitę elit. Polacy przyjęli tę szarżę z lodowatym spokojem. Strzelali, ładowali ponownie.

Tatarska gwardia padała pod polskim ogniem. Część zdołała dotrzeć do samego umocnienia, lecz i tam została odparta polskimi szablami. Polski żołnierz, gdy zabraknie mu naboi, sięga po szable, a polska szabla tnie jak płomień, ostra jak brzytwa, zakrzywiona tak, by jednym cięciem trafić dwóch przeciwników na raz.

Nasi obrońcy odpierali gwardię Hana z niezłomną determinacją. I wreszcie po sześciu godzinach nieprzerwanego boju, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, Selim Girej pojął prawdę. Pojął, że jego pycha kosztowała go 5000 najlepszych ludzi. Pojął, że jeśli zwleka jeszcze choćby chwilę, straci całą hordę. pojął, że ten polski opór jest nie do pokonania i wydał rozkaz, który dla każdego tatarskiego władcy oznacza największą hańbę. Rozkaz odwrotu.

Krimski Can, ten sam pyszałek, który dwie godziny wcześniej wyśmiewał polską garstkę, zawrócił z pola walki. Cała 40 horda, ten dumny pochód, odwróciła się plecami do 400 polskich obrońców. Tatarzy odjechali, pozostawiając na polach pod hodowem 5000 poległych. 5000. A nasi Polacy stracili w tej walce zaledwie 11 żołnierzy. 11.

Słyszycie dobrze? 400 Polaków, tracąc zaledwie 11, powstrzymało pochód 40 hordy. Proporcja strat niemal niemożliwa do wyobrażenia w klasycznej wojnie. Tyle imion pamiętam, a twarze tych, których posłałem wracają każdej nocy. Wieść o bitwie pod hodowem dotarła do Warszawy. Król Jan II Sobieski, leżący chory w królewskiej komnacie, gdy usłyszał te liczby, uniósł się na łokciu i zapłakał ze szczęścia.

Boże mój! Szeptał stary lew lechistanu. Polska jeszcze żyje, Polska jeszcze potrafi. Nazajutrz król wydał rozkaz, który po dziś dzień pozostaje absolutnie wyjątkowy w dziejach europejskiego wojska. Każdy z 400 obrońców hodowa otrzymał osobiście z rąk króla dożywotnią pensję. Każdy, wszystkich 400.

Nic podobnego nie widziano wcześniej nigdzie w Europie. Sobieski osobiście podczas królewskiej audiencji wróciłeś. To wystarczy. Resztę niech osądzi Bóg, nie ludzie. Uściskał i uhonorował każdego z 400 uczestników tej bitwy, a później rozkazał wznieść na polach pod hodowem pomnik. Wielki kamienny pomnik, na którym wyryto imiona wszystkich 400 bohaterów. Pomnik miał trwać na wieki.

ku pamięci potomnych, ku naszej pamięci. A dziś, dziś niemal nikt o hodowie nie pamięta. Pomnik wzniesiony przez Sobieskiego zniszczyli najpierw Rosjanie w wieku XIX, potem sowiecy okupanci w wieku XX. Po bohaterach spodowa nie pozostało wiele poza zakurzonymi kronikami w archiwach na dawnych kresach.

W szkołach nie poświęca się tej bitwie ani jednej lekcji. Nie powstały o niej filmy. Nasza kultura przemilcza to wydarzenie, to zaniedbanie, jakiego dopuścili się wobec naszej pamięci kolejni zaborcy i okupanci od carów przez system sowiecki po współczesną Europę, która chętniej widzi Polaków jako ofiary historii niż jako tych, którzy w 400 ludzi potrafili zatrzymać 40s. Armię.

Nie pytaj ilu zostało. Spójrz tylko, ilu już nie odpowie. My jednak pamiętamy. Pamiętamy Konstantego Zachorowskiego i Mikołaja Tyszkowskiego. Pamiętamy o 400 polskich sercach, które stanęły jak żelazny mur między tatarską hordą a bezbronną ludnością kresów. Pamiętamy 6 godzin nieprzerwanej walki, w której polska jazda pisała historię własnym potem i uporem.

Opuśćcie broń. Bitwa ucichła, lecz nasze sumienia dopiero zaczynają mówić. Pamiętamy 5000 poległych krymskich wojowników i pamiętamy ów lodowaty uśmiech Zachorowskiego, gdy odprawił Hana z niczym: “Łaski nie potrzebujemy.” A wy czy słyszeliście wcześniej o bitwie pod hodowem, o naszych polskich termopilach, o 400 rycerzach, których król osobiście uhonorował za ich czyn? Warto byśmy sami zadawali sobie pytanie, kogo jeszcze z zapomnianej historii powinniśmy dziś przywrócić pamięci.

Kamień pęka, chłopcze. Pamięć nie pęka, dopóki ktoś chce jej słuchać. Bo pamięć o takich bohaterach to jedno z najcenniejszych dóbr, jakie możemy przekazać kolejnym pokoleniom. Cześć i chwała bohaterom z Podchodowa.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy