Uncategorized

ZABRALI WSZYSTKO! TRAGEDIA WYGNANIA POLAKÓW Z KRESÓW W 1945

W lutym 1945 roku Władysław Kowalczyk podpisał dokument, który miał wyglądać jak decyzja. Dokument z pieczątką komisji ewakuacyjnej. Trzecia rubryka. Miejsce docelowe, do wskazania. Czwarta, powód wyjazdu dobrowolny. Sowiecki urzędnik

czekał z piórem w ręku. Władysław miał 30 sekund na odpowiedź. Nie było miejsca na pytanie dokąd. Było miejsce tylko na podpis. To nie była ewakuacja. To było rozliczenie z życiem, które skończyło się z dnia na dzień, gdy granica przesunęła się na zachód i zostawiła go

po niewłaściwej stronie. Władysław stracił gospodarstwo pod Lwowem. 20 hektarów, trzy pokoje. Ceglana stodoła, studnia wykopana przez dziadka. Wszystko co dało się spakować zmieściło się w jednej skrzyni. Reszta została. Krowa sprzedana za pół ceny, płuk zostawiony w

polu. Klucze do stodoły wrzucone do studni, żeby nikt nie wszedł pierwszy. Dokument obiecywał zorganizowany transport i miejsce docelowe na ziemiach odzyskanych. W rzeczywistości oznaczał bilet na dworzec w Przemyślu, gdzie rodziny koczowały tygodniami, czekając na pociąg, którego nikt nie potrafił

zagwarantować. Gdzie był ten pociąg? Kiedy odjedzie? Dokąd pojedzie? Urzędnicy nie odpowiadali. Mówili tylko jedno: czekać. Władysław czekał 10 dni. Jego żona Helena spała na skrzyni.

Dzieci leżały na płaszczu rozłożonym na peronie. Nocami temperatura spadała poniżej zera. W dzień walka o miejsce przy piecu w poczekalni. Kto pierwszy, ten zyskiwał ciepło na godzinę. Potem piec gasł. Nikt nie przywoził węgla, nikt nie przywoził jedzenia.

Były tylko obietnice kolejnych urzędników. Jutro będzie skład, pojutrze na pewno, może za tydzień. Pierwsza nadzieja pojawiła się 10 dnia. Sowiecki konduktor zapowiedział skład specjalny na zachód. Rodziny rzuciły się do wagonów. Nie było list, nie było

numerków, nie było biletów. Był tylko chaos. Kto się zmieścił, jechał. Kto nie zostawał. Helena próbowała wepchnąć się do wagonu towarowego przez tłum. Ktoś wyrwał jej skrzynię, ktoś inny kopnął ją w plecy.

Dzieci płakały. Władysław stał z boku, nie wiedząc, czy ma szansę. Wtedy podszedł do niego mężczyzna w kolejarskiej czapce. Za 50 rubli załatwię miejsce powiedział cicho. Władysław miał 120 rubli. To było wszystko, co zostało po sprzedaży krowy,

po opłatach za podpis na dokumencie. Po 10 dniach kupowania chleba na dworcu oddał 50. Kolejarz skinął głową i zaprowadził rodzinę do ostatniego wagonu w składzie. Wagon towarowy bez okien, bez ławek, tylko słoma na podłodze i

dziura w rogu zamiast latyny. Władysław wciągnął Helenę i dzieci do środka. Skrzynię wrzucił za nimi. W wagonie było już 30 osób, może 40. W ciemności trudno było policzyć.

Pachniało potem, moczem i strachem. Pociąg ruszył o zmierzchu. Drzwi zamknięto z zewnątrz. Zatrzask zasunął sowiecki strażnik. Władysław usłyszał szczękalu i zrozumiał: “Nie ma powrotu.

Nie teraz. Może nigdy.” Wagon trząsł się na zakrętach. Dzieci skuliły się przy Helenie. Ktoś w kącie zaczął się modlić, ktoś inny przeklinał. Władysław siedział na skrzyni i patrzył w szparę między deskami. Widział pola, które mijali i lasy, i małe stacje,

gdzie pociąg się nie zatrzymywał. Nikt nie wiedział, dokąd jadą. Nikt nie wiedział, ile to potrwa. Wagon jechał na zachód, ale zachód to nie był adres. To była obietnica, którą można było wypełnić pustym niemieckim domem w

Szczecinie, zniszczonym folwarkiem pod Wrocławiem, albo ruiną w jakiejś wsi, o której Władysław nigdy nie słyszał. Obietnica, która mogła oznaczać dom albo namiot w polu, dopóki dom się nie znajdzie, która mogła oznaczać pracę albo długi,

miesiące bez zarobku, dopóki praca się nie pojawi. Helena zapytała, czy tam będzie lepiej. Władysław nie odpowiedział. Nie wiedział. Wiedział tylko, że tutaj, w tym wagonie jest tylko słoma, dziura w rogu i zamknięte drzwi.

Podróż miała potrwać tydzień, może dwa, może więcej. Ale to była część umowy, której nikt nie przeczytał. Część, która zaczynała się w momencie, gdy zatrzask zasunął się z zewnątrz, a wagon ruszył w ciemność.

Jak długo można przeżyć w bydlęcym wagonie? Pociąg stanął w szczerym polu trzeciej nocy. Nikt nie wyjaśnił dlaczego. Przez szpary widać było ciemność i ognie strażnicze w oddali.

Władysław czekał godzinę, może dwie. Potem usłyszał głosy na zewnątrz po rosyjsku. Patrol sprawdzał skład. Otwierali wagony jeden po drugim. Szukali czegoś albo kogoś.

Władysław ukrył pod słomą tobołek z resztkami jedzenia. Helena zasłoniła dzieci. W kącie ktoś przysunął skrzynię do drzwi, jakby to miało cokolwiek zmienić. Wagon obok otworzyli. Słychać było krzyki: “Tupod butów, brzęk metalu,

potem cisza i znów zamknięcie. Patrol poszedł dalej. Wagon Władysława minęli. Drzwi zostały zamknięte. Rano pociąg ruszył bez słowa.

Woda dla rodziny skończyła się czwartego dnia. Władysław zostawił pół bańki na wypadek, gdyby podróż trwała dłużej. Teraz wiedział, że nie ma dłużej. Jest tylko do końca zapasów.

Dzieci płakały z pragnienia. Helena zwilżała im usta rąbkiem mokrej chustki. Ktoś w wagonie zaproponował, żeby zbierać wodę z deszczu, jeśli spadnie. Deszczu nie było. Przy kolejnym postoju, szóstego albo siódmego dnia, nikt już nie liczył dokładnie, Władysław

zdecydował. Gdy wagon się zatrzymał, zaczął walić w drzwi. Krzyczał po polsku, potem łamanym rosyjskim, że potrzebują wody. Nikt nie odpowiadał. Walił dalej. W końcu zasówka szczęknęła. Drzwi się uchyliły. Strażnik

spojrzał na niego, splunął i pokazał gestem na beczkowóz przytorach. Władysław skoczył na ziemię, pobiegł z bańką, napełnił, wrócił. Zanim wdrapał się z powrotem, strażnik trzasnął kolbą w ścianę wagonu. Bystro, szybko. Drzwi

zamknęły się, zanim ktokolwiek inny zdążył wyjść. W wagonie Władysław stał się kimś innym, człowiekiem, który zdobył wodę. Pasażerowie patrzyli na niego z mieszaniną ulgi i zazdrości.

Była jedna bańka, 30 osób, może więcej. Władysław rozlał wodę po kubkach, które ludzie wyciągali z tobołków. Dzieci piły pierwsze, potem kobiety, potem mężczyźni. Woda stała się walutą.

Władysław stał się jej strażnikiem. Ósmego dnia pociąg przekroczył Odrę. Ktoś zobaczył przez szparę most. Nowy, tymczasowy, zbudowany przez sowiecką armię na gruzach starego. Most oznaczał granicę. Za Odrą zaczynały się ziemie

odzyskane. Za nimi zostawały kresy. Nikt wagonie nie wiedział, co to znaczy. Nikt nie widział map. Nikt nie znał nazw miast, przez które jechali. Wiedzieli tylko, że jadą na zachód, bo patrol mówił po rosyjsku, a nie po niemiecku. I że most za nimi oznaczał

punkt, z którego nie ma odwrotu. Wagon przestał być transportem. Stał się mikropaństwem z własnymi regułami, własną hierarchią, własnym podziałem pracy. Władysław pilnował wody i jedzenia. Helena zajmowała się chorymi.

Dwoje dzieci dostało biegunki. Starsza kobieta miała gorączkę. Młody mężczyzna w rogu wagonu Antoni pilnował dziury w podłodze, przez którą odpływały nieczystości. Nikt nie chciał tej pracy. Robił ją w zamian za dodatkową porcję chleba. Nie było głosowania, nie było umowy, była

tylko konieczność. Dziewiątego dnia wagon stanął na dłużej. nie w szczerym polu, ale na stacji, małej, zniszczonej, z połową dachu zerwaną wybuchem. Władysław usłyszał głosy na zewnątrz, tym razem po polsku.

Urzędnik Puru chodził wzdłuż składu i krzyczał przez drzwi. Wrocław, końcowa stacja Wrocław. Potem dodał ciszej: “Albo okolice.” Drzwi nie otworzyli.

Pociąg ruszył dalej. Pasażerowie zaczęli się kłócić. Jedni chcieli wysiąść przy najbliższym postoju, nieważne gdzie. Inni chcieli jechać, aż ktoś im powie dokąd dokładnie. Helena zapytała Władysława, co robić. Władysław spojrzał na bańkę z

wodą, już prawie pustą, i na dzieci, które spały na słomie. I powiedział, że będą jechać dopóki pociąg nie stanie na dobre. 11 dnia pociąg w końcu się zatrzymał. Tym razem inaczej. Nie na postój, ale na koniec. Zasówka szczęknęła. Drzwi

otworzyły się szeroko. Władysław wyszedł pierwszy. Światło było ostre. Bolało w oczy. Stacja była zrujnowana. Ściany zaczerniałe od pożaru. Peron popękany. Połowa torów wyrwana. Na ścianie wisiał stary szyld. Gotyckie litery wyblakłe,

ale czytelne. Niemieckie. Władysław stanął i patrzył. Helena wyszła za nim z dziećmi. Inni pasażerowie wysypywali się z wagonu, potykając się, mrużąc oczy, chwytając powietrze. Ktoś zapytał, gdzie są. Nikt nie odpowiedział. Urzędnik Puru

podszedł z listą. Przeczytał nazwiska. Nie wszystkie się zgadzały. Przeczytał adres, ulicę, numer domu. Władysław zanotował. Ulica miała niemiecką nazwę. Dom miał niemiecki numer. To miał być jego nowy dom. Władysław zostawił Helenę

i dzieci na peronie i ruszył ulicą, której nazwa była wymazana farbą. Urzędnik Puru wskazał mu ulicę i kazał szukać wolnego domu. W praktyce liczył się ten, kto pierwszy go zajął. Ulica wyglądała jak po bombardowaniu.

Co drugi dom spalony, dachy zawalone, okna wybite. Na ścianach świeże napisy kredą, zajęte przez Polaka. Czasem dodane nazwisko, czasem tylko Wielki Krzyż. Władysław minął trzy takie domy. Przed jednym stał czerwonoarmiejec z karabinem. Władysław

nie pytał, poszedł dalej. Na końcu ulicy stała kamienica z dachem. okna całe, z komina unosił się dym. Władysław stanął. Dym oznaczał, że ktoś tam jest. Albo Niemiec, który nie zdążył uciec, albo sowiecki oficer, albo Polak, który przyszedł wcześniej. Władysław podszedł

do drzwi. Były uchylone. Wewnątrz pachniało drewnem i wilgocią. Korytarz ciemny, na podłodze potłuczone szkło. Na ścianie wisiało lustro, jeszcze nierozbite. Władysław wszedł głębiej. W salonie stał stół, na stole talerze, kubki, resztki chleba świeże. Ktoś tu

jadł dziś rano. Władysław wszedł do kuchni. Przy piecu siedział mężczyzna. Miał może 40 lat, siwe włosy, zarośniętą twarz i brudny sweter. Mówił po rosyjsku, patrzył na Władysława i nie mówił nic. Władysław zapytał po polsku:

“To pana dom?” Mężczyzna odpowiedział po rosyjsku. Powiedział, że dom jest jego, że przyszedł tu trzy dni temu z frontu, że ma rozkaz. Władysław spytał: “Jaki rozkaz?” Mężczyzna pokazał papier.

Pieczątka sowiecka, nazwisko, adres. Wszystko się zgadzało. Władysław wyciągnął swoją kartę puru, pokazał nazwisko, adres, pieczęć polską. Mężczyzna spojrzał na kartę, potem na Władysława i powiedział: “To nie ma znaczenia”. Władysław stanął w drzwiach

kuchni. Nie wiedział, co dalej. wrócić na peron, szukać innego domu, walczyć o ten. Za plecami usłyszał kroki, odwrócił się. W korytarzu stało dwóch innych mężczyzn.

Polacy. Po ubraniach widać było, że też przesiedleńcy. Jeden miał w ręku kawałek kredy. Zapytali Władysława, czy dom wolny. Władysław pokazał głową na kuchnię. Powiedział, że zajęty przez Sowietów.

Jeden z mężczyzn wszedł do salonu, rozejrzał się, wrócił, powiedział do kolegi: “Piwnica jest pusta, tam się zmieścimy.” I zeszli na dół. Władysław został w korytarzu. Dom miał kilku pretendentów.

Władysław i czerwonoarmista mieli dokumenty. Pozostali mieli tylko kredę. Wrócił na peron po rodzinę. Helena zapytała, czy jest dom. Władysław powiedział: “Jest kawałek”. zaniósł dzieci do piwnicy. Tam czekali już tamci dwaj mężczyźni z rodzinami. 15

osób na 20 met. Jedna świeca. Żadnych łóżek. Helena rozłożyła koc na ziemi. Dzieci położyły się od razu. Władysław wrócił na górę. Musiał zanotować adres kredą, żeby nikt inny nie wszedł. Na drzwiach było już pięć napisów.

Władysław dopisał swoje nazwisko na szóstym miejscu. Następnego ranka urzędnik Puru przyszedł z listą, przeczytał nazwiska lokatorów. Władysław zgłosił się razem z tamtymi dwoma mężczyznami. Sowiecki oficer nie wyszedł. Urzędnik zapisał wszystkich

trzech jako lokatorów. powiedział, że mogą zajmować dom do czasu, aż ktoś wyżej zdecyduje inaczej i że mają trzy dni na założenie komitetu domowego. Władysław zapytał, kto tu naprawdę decyduje, Pur czy Armia Czerwona.

Urzędnik odpowiedział: “To zależy, kto pierwszy wejdzie do środka”. Władysław wszedł do domu pierwszy raz rano. Niemka stała w kuchni przy piecu. Miała może 50 lat. chustę na głowie, ręce czerwone od pracy. Kiedy zobaczyła Polaka, zamarła.

Władysław pokazał papier z pieczątką puru. Niemka pokiwała głową, wzięła klucze z gwoździa przy drzwiach i podała mu, ale nie wyszła. Odłożyła klucze z powrotem i poszła do drugiego pokoju.

Władysław wrócił do piwnicy po Helenę i dzieci. Helena zapytała, czy dom jest pusty. Władysław powiedział: “Niemcy zostali. Rodzina zajęła jeden pokój na piętrze. Niemka została w drugim. Między nimi był korytarz i wspólna kuchnia. Pierwszego

dnia nikt nie gotował. Drugi dzień Helena zaszła po wodę. Niemka stała przy piecu. Helena stanęła przy stole. Przez pół godziny nie odezwały się ani słowem. Każda zajmowała się swoim garnkiem, ale obie musiały używać tego samego ognia.

Dzieci Władysława bawiły się w korytarzu. Niemka wyszła z pokoju, spojrzała na nie, wróciła. Wieczorem najstarsza córka Władysława, dziewięcioletnia Zosia, dostała gorączki. Helena nie wiedziała, gdzie szukać lekarza. W piwnicy ktoś powiedział, że lekarzy prawie nie ma, bo uciekli albo

nie dostali przepustki od sowietów. Niemka usłyszała płacz dziecka. Zapukała do drzwi pokoju Władysława. Helena otworzyła. Niemka pokazała na dziecko, potem na siebie. Gestem dała znać, że ma coś, co może pomóc. Helena nie chciała.

Władysław wszedł, spojrzał na córkę, pokiwał głową. Niemka poszła do swojego pokoju i wróciła z małą szklaną buteleczką. Nalała kilka kropli do wody. podała Helenie. Helena zawahała się, ale podała dziecku. Do rana gorączka spadła.

Przez tydzień obie kobiety mijały się w kuchni bez słowa. Gotowały osobno, ale dzieliły ten sam ogień i tę samą wodę. Kiedy jedna zajmowała piec, druga czekała w korytarzu. Żadna nie rozumiała języka drugiej. Władysław starał się nie patrzeć na Niemkę. Pamiętał, jak

wyglądała jego wieś, kiedy ją opuszczał. Pamiętał, kto tam był przed wojną. Helena wiedziała, co się stało z jej bratem w 43. Nikt w rodzinie o tym nie rozmawiał, ale wszyscy wiedzieli.

A teraz siedzieli pod jednym dachem z tymi, którzy mieli mundury, dokumenty i broń przez 6 lat. Władysław zaczął pytać innych lokatorów z piwnicy, co oni zrobili ze swoimi Niemcami. Jeden powiedział, że wyrzucił ich pierwszego dnia, drugi, że dostał

dom pusty, trzeci, że jego Niemcy wyjechali sami, zanim przyjechali Polacy. Ale kilku mówiło, że mieszkają razem, bo nie ma dokąd wypędzić ludzi, kiedy w mieście stoi Armia Czerwona i nie wiadomo, czyja ziemia to naprawdę jest.

W domu Władysława wisiało pytanie, którego nikt na głos nie zadawał. Czy to my tu teraz decydujemy, czy oni jeszcze mają prawo zostać? Ó dnia wieczorem ktoś głośno zapukał do drzwi. Władysław otworzył. W progu stało trzech mężczyzn w długich płaszczach.

Dwóch w butach wojskowych, jeden w cywilnych ubraniach z przedarciami. Żaden nie miał oznaczenia ani dokumentu. Pierwszy wszedł bez pytania. Rozejrzał się po korytarzu, zajrzał do pokoju Władysława.

Helena stała przy łóżku, dzieci siedziały na podłodze. Mężczyzna nie powiedział ani słowa, poszedł do drugiego pokoju. Niemka krzyknęła. Usłyszeli trzask otwieranej szuflady, potem stuk od przewracanych krzeseł.

Mężczyzna wyszedł z płciennym workiem. Drugi wszedł do kuchni. wziął dwa garnki, bochenek chleba i pięć łyżek ze stołu. Władysław stanął w drzwiach kuchni, zapytał kim są. Żaden nie odpowiedział.

Trzeci mężczyzna podszedł do Władysława i przyłożył mu rękę do piersi. Nie pchnął mocno, ale Władysław usłyszał ton. Wyszli po 10 minutach. zabrali ze sobą garnki, łyżki, dwa koce, płcienny worek i zegarek Niemki ze stolika nocnego. Władysław wrócił do

pokoju. Helena zapytała, kto to był. Władysław powiedział, że nie wie, że nie pokazali żadnych papierów i nie przedstawili się, że jeden miał akcent wschodni, drugi mówił po polsku jak z Poznania, a trzeci wcale się nie odezwał. Niemka została w swoim pokoju.

Przez ścianę słychać było płacz. Tej nocy Władysław zrozumiał jedną rzecz. Papier z pieczątką puru nie znaczył, że dom jest jego. Znaczył tylko, że ma prawo być w środku, dopóki ktoś silniejszy nie przyjdzie po swoje.

Rano Władysław obudził się od stukotu butów na schodach, wyszedł z domu i zobaczył dwóch mężczyzn w przepracowanych marynarkach, którzy wynosili z sąsiedniego budynku Credens. Postawili go na furmance, wrócili po krzesła.

Jeden miał na głowie czapkę z daszkiem, jaką nosili kolejarze z okolic Łodzi. Drugi rzucił na wóz cztery talerze. Farba na talerzach była niemiecka. Niebieskie kwiatki na białym tle.

Władysław zapytał, czy mają zezwolenie. Mężczyzna w czapce spojrzał na niego i powiedział, że dom stoi pusty, więc meble niczyje. Władysław odpowiedział, że wczoraj widział w środku kobietę.

Mężczyzna wzruszył ramionami. Powiedział, że jak właściciel się znajdzie, to niech sobie weźmie z powrotem i wsiadł na wóz. Władysław wrócił do swojego domu. Przez okno zobaczył, że dwóch innych mężczyzn wchodzi do kolejnego budynku. po drugiej stronie ulicy.

Zabrali stamtąd dywany, lampę i nocnik. Tego samego dnia Władysław spotkał na podwórku swojego sąsiada Jerzego. Jerzy też przyjechał z Kresów dwa tygodnie wcześniej.

Powiedział, że w zeszłym tygodniu ktoś wyważył mu drzwi do piwnicy i zabrał trzy sło kiszoną kapustą i szynkę, którą dostał od rodziny Niemki. zapytał, czy Władysław ma broń. Władysław zaprzeczył.

Wieczorem obaj poszli do kolejnego przesiedleńca, Edwarda, który mieszkał trzy domy dalej. Edward mieszkał tam od miesiąca. Powiedział, że w jego kwartale jest 10 Polaków i ani jednego milicjanta, że nikt nie wie, kto tu naprawdę rządzi.

Zaproponował, żeby co noc jeden z nich patrolował ulicę. Władysław zgodził się, Jerzy też. Żaden nie wiedział, co miałby zrobić, gdyby zobaczył szabrowników, ale cisza w nocy przestała być bezpieczna.

Trzy dni później Helena powiedziała, że zostało mąki na dwa dni i że nie ma czym zapłacić piekarzowi. Władysław wyjął z szuflady zegarek, który znalazł w kuchni, zanim Niemka go tam zatrzymała.

Mały mosiężny mechanizm zrysał na szkle. Nie działał, ale wyglądał porządnie. Poszedł na rynek. Na rogu ustawił się mężczyzna ze stołem, na którym leżały worki ziemniaków, cztery bochenki chleba i słoik z konfiturami.

Władysław pokazał zegarek. Mężczyzna wziął go do ręki, popatrzył, potrząsnął przy uchu. Powiedział, że da za niego dwa bochenki. Władysław poprosił o trzy i słoik.

Mężczyzna zgodził się na dwa bochenki i słoik. Władysław wrócił do domu z chlebem. Helena zapytała, skąd ma pieniądze. Władysław odpowiedział, że nie użył pieniędzy.

Wieczorem, kiedy patrolował ulicę z Jerzym, zobaczył płomień w oknie domu naprzeciwko. Podbiegli. W środku ktoś podpalił drewniane meble. Ogień zajął framugę. Jerzy krzyczał, żeby uciekać, ale Władysław wszedł do środka, złapał dymiący koc i rzucił na płomienie. Udało

się zagasić ogień, zanim przeszedł na ściany. Nikt nie wiedział, kto go podłożył. Nazajutrz rano ulica była pusta. Władysław usłyszał ryk silników. Na zakręt wjechały trzy ciężarówki z czerwonymi gwiazdami na maskach.

zatrzymały się przed budynkiem, w którym mieszkał niemiecki weterynarz. Z ciężarówek wysiedli żołnierze w sowieckich mundurach. Jerzy stanął obok Władysława, zapytał po co tu przyjechali. Władysław nie odpowiedział.

Żołnierze weszli do środka. Po 15 minutach wynieśli fortepian. Załadowali fortepian na ciężarówkę. Potem wrócili i wynieśli kredens, stół, cztery krzesła i skrzynię. Władysław zapytał Jerzego, czy to legalne. Jerzy odpowiedział, że Sowieci biorą wszystko,

co chcą. Nikt ich nie powstrzyma. Nazajutrz Władysław poszedł do fabryki maszyn rolniczych, w której miał zacząć pracę. Przy bramie stały dwie ciężarówki. Sowiecki oficer sprawdzał listę. Przy budynku hali montażowej żołnierze odkręcali śruby z konstrukcji stalowej. Władysław wszedł do środka.

Połowa maszyn już zniknęła. Przy tokarce stał polski technik, który przyjmował zgłoszenia pracowników. Władysław pokazał mu pismo z polskiego magistratu o skierowaniu do pracy. Technik spojrzał na kartkę i powiedział, że fabryka przestaje istnieć. Sowieci wywożą wszystko na wschód w ramach sowieckich

reparacji wojennych. Władysław zapytał, co to znaczy. Technik wyjaśnił, że Armia Czerwona traktuje całe wyposażenie jako łup. Przechodzą przez miasto i zabierają co uznają za potrzebne. Wczoraj zabrali całą zawartość apteki. Przedwczoraj rozebrane zostały tory na bocznej linii

kolejowej. Technik dodał, że nikt nie ma władzy, żeby im przeszkodzić. Władysław wrócił na dworzec. Chciał porozmawiać z polskim kierownikiem ruchu kolejowego. Zastał go przy biurku. Kierownik słuchał go przez chwilę. Potem powiedział, że nie może nic zrobić. Sowieci kontrolują

cały transport. Mają prawo decydować, co zostaje, a co jedzie na wschód. Kierownik pokazał przez okno. Na torze bocznym stały trzy platformy załadowane maszynami. Wszystkie miały sowieckie plądy. Władysław zapytał, czy może podjąć pracę jako zwrotniczy.

Kierownik odpowiedział, że póki co nie ma wolnych etatów. Dodał, że sytuacja się zmienia co tydzień. Polecił przyjść za miesiąc. Wieczorem Władysław wrócił do domu. Helena zapytała, jak poszło w fabryce. Władysław powiedział, że fabryki już nie ma. Nazajutrz rano

przyszedł do domu sąsiad, Polak z Kielc, który zajął budynek obok. powiedział, że sowiecki komendant wydał rozporządzenie o obowiązkowych dostawach zboża. Gospodarstwa miały oddać ustaloną część plonów. Za niewykonanie grożono odebraniem ziemi. Sąsiad dodał, że

burmistrz próbował negocjować niższe kwoty. Komendant odmówił rozmowy. Władysław zapytał, ile musi oddać. Sąsiad wyjaśnił, że kwota zależy od powierzchni. Kto ma 10 hektarów, oddaje 1000 kogram pszenicy lub równowartość

jęczmieniu. Władysław policzył w pamięci. Jego działka miała 8 hektarów, to oznaczało 800 kg. Helena zapytała, czy starczy dla rodziny. Władysław odpowiedział, że jeśli zbiory będą dobre, starczy. Jeśli nie, będą musieli

dokupić. Tydzień później przyszło pismo z polskiego urzędu. Władysław miał stawić się w gospodarstwie po kontrolę inwentarza. Przyszedł polski urzędnik i sowiecki oficer. Urzędnik zapisywał, co Władysław ma: płuk, bronę, wóz, trzy

kozy, cztery kury. Oficer skinął głową i powiedział coś po rosyjsku. Urzędnik przetłumaczył: “Koza i kura muszą zostać przekazane jako danina”. Władysław zapytał na jakiej podstawie.

Urzędnik odpowiedział, że to zarządzenie komendy wojennej. Władysław stracił kozę i kurę. Helena płakała wieczorem. Mówiła, że zostali z mniejszym stadem i mniejszym plonem, a obowiązek dostawy pozostał taki sam.

Władysław powiedział, że znajdzie sposób, ale wiedział, że bez pracy na kolei musi wyżywić rodzinę z ziemi, a każde pole, które miał zaorać, kryło coś, o czym jeszcze nie wiedział. W kwietniu sąsiad Władysława usłyszał głuchy huk. Przybiegł na pole i zobaczył

krater wielkości wozu. Mężczyzna, który orał dwa dni wcześniej, leżał 30 met dalej. Przeżył, ale stracił nogę. Niewybuch zostawiony przez Wermacht lub Armię Czerwoną czekał pod ziemią od miesięcy.

Władysław musiał zaorać swoje 8 hektarów. Nie miał wyboru. Bez plonów nie będzie mógł wypełnić obowiązku świadczeń rzeczowych, ani wyżywić rodziny. Ale nie miał konia pociągowego. Konie zginęły w wojnie albo zostały zabrane przez Sowietów. Sąsiedzi mieli

ten sam problem. Władysław i dwóch innych mężczyzn uwiązali płuk grubą liną. Weszli w uprząż jak zwierzęta pociągowe. Helena patrzyła z progu. Władysław skinął głową i ruszyli. Płuk wchodził w ziemię z oporem. Trzej mężczyźni

ciągnęli pochyleni do przodu. Stopy grzęzły w wilgotnej glebie. Po pierwszym przejeździe przez pole Władysław miał krwawiące ręce, ale pole musiało być zaorane, zanim ziemia wyschnie. Każdy krok mógł być ostatni.

Niewybuch leżał pod powierzchnią. Niemcy zaminowali część pól przed odwrotem. Sowieci zostawili granaty i amunicję. Nikt nie wiedział gdzie. Polski urząd nie miał ludzi ani sprzętu do rozminowania. Osadnicy musieli zaorać, zasiać i mieć nadzieję, że

przeżyją. Władysław orał trzy dni. Wieczorem nie mógł unieść łyżki. Helena robiła okłady na jego ramiona. Mówiła, że to nie praca dla człowieka. Władysław odpowiedział, że innej nie ma.

W maju zasiał pszenicę. W czerwcu wschody były gęste i zielone. Władysław chodził między rzędami i patrzył. Ziemia była żyzna. Niemcy dobrze ją uprawiali przez dekady. Jeśli pogoda dopisze, zbiory będą duże.

We wrześniu żoł sierpem. Helena i dzieci zbierały snopy. Składali je na wozie, który Władysław naprawił drewnianymi kołkami. Tydzień pracy dał 2000 kg ziarna. Władysław policzył: 800 pójdzie do państwa jako oświadczenie rzeczowe,

1200 zostanie dla rodziny. Nie czuł radości, czuł ulgę. Przeżyli pierwszy sezon. Mieli chleb. Ale w październiku do drzwi zapukał polski urzędnik. Miał teczkę i notes.

Zapytał, czy Władysław ma dokument własności. Władysław odpowiedział, że wszedł do domu w marcu. Oznaczył kredą. Nikt mu nie dał papierów. Urzędnik zapisał coś w notesie. Powiedział, że bez dokumentu własności działka formalnie nie należy do

Władysława. Musi stawić się w urzędzie i złożyć podanie o przedział. Do tego czasu jest tylko użytkownikiem. Władysław zapytał, co to znaczy. Urzędnik odpowiedział, że może dostać nakaz opuszczenia działki, jeśli ktoś inny złoży wcześniejsze podanie, albo

jeśli państwo uzna, że Ziemia ma inne przeznaczenie. Helena zapytała, kiedy trzeba iść. Urzędnik podał adres. Powiatowy Urząd Ziemski, ulica Pocztowa, 12. Przyjmują w środy i piątki od 8:00 do 12:00. Władysław zamknął drzwi.

Helena zapytała, czy mogą ich wyrzucić. Władysław powiedział, że nie wie, ale jutro musi iść do urzędu. Urzędnik wyjął z teczki formularz, położył go na stole i zapytał, jakie Władysław ma dokumenty tożsamości. Władysław wyciągnął przedwojenny polski dowód osobisty

wystawiony we Lwowie w 1938 roku. Urzędnik spojrzał i pokręcił głową. Powiedział, że to nieważne. Lwów już nie jest polski. Potrzebne są nowe dokumenty wydane przez polską administrację na ziemiach odzyskanych albo zaświadczenie z Państwowego Urzędu

Repatriacyjnego. Władysław odpowiedział, że nie dostał żadnego zaświadczenia. Wsiadł do wagonu w marcu, wysiadł tutaj. Nikt mu nic nie dał. Urzędnik westchnął, zapisał coś w notesie i powiedział, że bez dokumentu nie może wydać aktu nadania. Władysław

musi udowodnić, że jest Polakiem i że ma prawo do przesiedlenia. Do tego czasu dostanie tylko tymczasowe poświadczenie zajęcia. Zapytał, czy Władysław ma świadków. Władysław odpowiedział, że sąsiad widział jak oznaczył dom kredą.

Urzędnik powiedział, że to nie wystarczy. Potrzebne jest pisemne potwierdzenie z urzędu gminy albo podpis dwóch obywateli polskich, którzy znają Władysława sprzed wojny. Władysław zapytał, gdzie ma znaleźć takich ludzi. Przyjechał z Kresów. Tu nikogo nie zna. Urzędnik

wzruszył ramionami. Powiedział, że bez potwierdzenia nie ma aktu, a bez aktu Władysław nie jest właścicielem. Jest tylko tymczasowym użytkownikiem. Państwo może w każdej chwili przydzielić tę ziemię komuś innemu. Helena zapytała, ile to będzie kosztować. Urzędnik

spojrzał na nią i nie odpowiedział. Ale wieczorem do domu Władysława przyszedł inny mężczyzna. Przedstawił się jako pomocnik urzędnika. powiedział, że za 1000 zł może załatwić potrzebne zaświadczenia. Za 2000 od razu akt nadania z pieczęcią. Władysław odpowiedział, że nie ma takich

pieniędzy. Mężczyzna powiedział, że wtedy sprawa może się ciągnąć miesiącami. Albo może się okazać, że ktoś inny złoży podanie o tę samą działkę i dostanie ją pierwszy. Władysław zapytał kto. Mężczyzna odpowiedział, że takich chętnych jest wielu. Ludzie z Warszawy, z Poznania

mają znajomości, mają pieniądze, a Władysław ma tylko kawałek ziemi, który zaorał gołymi rękami. Następnego dnia Władysław wrócił do urzędu, wypełnił formularz, podpisał oświadczenie, że jest obywatelem polskim i że przybył z terenów przyłączonych do Związku

Sowieckiego. dostał tymczasowe poświadczenie zajęcia wydrukowane na cienkim, szarym papierze. Na dole widniała czerwona pieczęć i podpis urzędnika. Dokument nie dawał własności, dawał tylko prawo do używania ziemi. Do momentu, gdy państwo wyda decyzję

ostateczną. Władysław złożył papier i schował go do kieszeni. Wiedział, że teraz wszystko zależy od tego, czy ktoś w urzędzie uzna, że ma prawo zostać. wrócił do domu wieczorem. Helena zapytała, co teraz? Władysław odpowiedział, że teraz czekają i modlą

się, żeby nikt nie zgłosił się po ich działkę. Ale kiedy otworzył drzwi stodoły, usłyszał hałas z ulicy. Przyjechały puste pociągi. Stały na torach za miastem z otwartymi drzwiami wagonów. Helena zapytała: “Po co?”

Władysław odpowiedział, że nie wie, ale następnego ranka zobaczył, jak polscy żołnierze pukają do domów, w których wciąż mieszkali Niemcy. Władysław stał przy oknie i patrzył, jak milicja puka do domu naprzeciwko. Otworzył Niemiec, starszy mężczyzna w welurowych spodniach. Milicjant pokazał mu kartkę

papieru i powiedział coś krótko. Niemiec skinął głową, wszedł do środka i zamknął drzwi. Po 20 minutach drzwi otworzyły się ponownie. Niemiec wyszedł z żoną i dwójką dzieci. Każde niosło jeden mały tobołek. Razem cztery osoby, cztery pakunki. Milicjant wskazał kierunek w

stronę dworca. Rodzina ruszyła w milczeniu. Helena stanęła obok Władysława. Zapytała, co oni zabrali. Władysław odpowiedział, że nie wie, ale widział, że kobieta trzymała w ręku torebkę, a dzieci zabawki. Resztę zostawili w domu. Następnego dnia milicja zapukała do Władysława.

Punkcjonariusz powiedział, że dom naprzeciwko jest wolny i że Władysław może się tam przenieść. Ma lepsze warunki, większy ogród, solidniejszy dach. Władysław wszedł do środka po południu. W kuchni stał stół nakryty obrusem. Na stole leżała kromka chleba zaschnięta.

W pokoju łóżko z pościelą, jeszcze niepościeraną. W szafie wisiały ubrania, koszule, spódnica, dziecięce buciki. Helena otworzyła szufladę. W środku leżały sztućce, serwetki i kilka zdjęć w ramkach.

Zdjęcia pokazywały tę samą rodzinę nad jeziorem, na ławce, przed tym samym domem, w którym teraz stali. Władysław zamknął szufladę. Powiedział Helenie, żeby niczego nie ruszała. Helena zapytała, dlaczego? Przecież to już ich dom. Władysław odpowiedział, że

tak, ale nie chcę rozpakowywać walizek. Nie, jeszcze. Wieczorem do drzwi zapukała kobieta, Niemka, okołoiesątki, w chustce na głowie. Mówiła po polsku, z silnym akcentem. powiedziała, że mieszkała tutaj do wczoraj, że została sama, bo

rodzinę wywieziono dzień wcześniej, że ma coś ważnego. Władysław wpuścił ją do środka. Kobieta podeszła do kominka, przykucnęła i dotknęła jednej z cegieł. Cegła była luźna. Niemka wyciągnęła ją, sięgnęła do wnęki i wyciągnęła metalową puszkę.

Otworzyła puszkę. W środku leżał zegarek, złoty łańcuszek i kilka banknotów. Kobieta podała to Władysławowi. Powiedziała, że to dla niego, za to, że może tu mieszkać.

Władysław zapytał, dlaczego nie zabrała tego ze sobą. Kobieta odpowiedziała, że pozwolono im zabrać tylko 20 kg, a ona wybrała zdjęcia i ubrania dla wnuka. Zegarek był za ciężki. Potem wyciągnęła z kieszeni mały klucz. Powiedziała, że w

piwnicy jest jeszcze jedna skrytka pod trzecią deską od lewej. Tam leży coś, czego nie zdążyła zabrać. Poprosiła, żeby Władysław tego nie sprzedawał i wyszła. Helena zapytała, co teraz?

Władysław odpowiedział, że nie wie, ale wziął klucz i zszedł do piwnicy. Pod trzecią deską leżała drewniana szkatułka. Władysław otworzył ją przy świecy. W środku leżały listy zapisane po niemiecku. Listy od syna, który zginął na froncie wschodnim. Ostatni datowany był na styczeń 43 roku.

Władysław zamknął szkatułkę i wrócił na górę. Położył ją na stole. Helena zapytała, co z tym zrobią. Władysław odpowiedział, że nic, że schowa to z powrotem, bo to nie ich historia. Tej nocy nie spali. Władysław patrzył w sufit i myślał o tym, jak sam pakował

swój dom we Lwowie, jak wybierał co zabrać, jakieś narzędzia, ubrania, chleb, jak zostawił resztę, bo nie miał wyboru. Teraz siedział w cudzym domu i miał wszystko, co tamci zostawili. Ale czuł, że nic z tego nie jest naprawdę jego. Rano Helena zapytała, czy mogą już

rozpakować walizki. Władysław odpowiedział, że nie, bo to wszystko jest tylko na chwilę, a jak państwo zmieni zdanie, to i tak będą musieli wyjechać. Władysław nie kupił dachówek. Kiedy Helena pokazała mu dziurę w dachu nad kuchnią, postawił wiadro.

Woda kapała do środka co 5 sekund. Władysław patrzył na to i mówił, że to tymczasowe, że jak wrócą, to i tak tego domu nie będzie potrzebny. Helena zapytała, kiedy wrócą. Władysław odpowiedział, że niedługo, że Amerykanie nie pozwolą Sowietom zatrzymać Kresów, że wybuchnie wojna i

wszystko wróci do normy. To nie była tylko jego myśl. W okolicy niektórzy słuchali zachodniego radia po kryjomu. Czekali na wiadomość o konflikcie, o ultimatum, o czołgach idących na wschód.

Władysław trzymał radio w piwnicy owinięte w koc. Słuchał nocami. Notował daty szczytów dyplomatycznych. Czekał. Pieniądze ze skrytki leżały w blaszanym pudełku pod łóżkiem. Helena pytała, czy mogą kupić nową kuchenkę. Władysław mówił, że nie, że te pieniądze są na

bilet powrotny, że jak nadejdzie dzień, to muszą być gotowi wyjechać w ciągu godziny. Helena patrzyła na dom, w którym żyli od dwóch lat i widziała ruiny. Pęknięte rynny, odpadający tynk, dziurawy dach.

Władysław widział tylko przystanek. Dzieci zaczynały mówić inaczej. Syn przyniósł ze szkoły słowo, którego Helena nie znała. Zapytała, co to znaczy. Syn wzruszył ramionami i powiedział, że wszyscy tak mówią. Helena poprawiła go. Syn powtórzył zdanie po

lwowsku, ale wieczorem, kiedy bawił się z kolegami na podwórku, znowu mówił jak oni. Córka zapomniała, jak nazywała się ulica, na której mieszkali we Lwowie. Helena próbowała jej przypomnieć. Córka słuchała i kiwała głową, ale było widać, że to już tylko opowieść,

nie miejsce, do którego można wrócić. Wiosną 1948 roku przyszła wiadomość o nowych świadczeniach na odbudowę Warszawy. Państwo zaczęło zbierać na ten cel pieniądze i materiały także na ziemiach zachodnich. Władysław przeczytał komunikat i zrozumiał, że to koniec, bo

jeśli państwo kazało im oddawać cegły, to znaczyło, że nikt nie planował tu niczego zmieniać, że to nie jest tymczasowe, że ziemie zachodnie to już Polska, a kresy to już nie. Tej nocy Władysław wyjął radio z piwnicy i wyniósł je na podwórko. Rozbił je

młotkiem. Helena patrzyła z okna i nie pytała dlaczego. Rano Władysław wszedł na strych, zdjął dachówki z dachu stodoły i ułożył je na wozie. Pojechał do urzędu i zgłosił, że ma materiał na Warszawę. Urzędnik zapisał jego nazwisko i kazał czekać na ciężarówkę. Władysław

wrócił do domu, stanął przed dziurą w dachu kuchni i zdjął wiadro. Helena zapytała, co robi. Władysław odpowiedział, że kupuje dachówki, bo trzeba naprawić dom. A co z pieniędzmi na bilet? Zapytała Helena. Władysław nie odpowiedział. Otworzył blaszane pudełko i wyjął połowę zawartości. Pojechał do

miasta i wrócił z workiem cementu i stosem desek. Kiedy zaczął naprawiać dach, sąsiad przyszedł zapytać, czy to znaczy, że zostają. Władysław wbił gwóźdź i powiedział, że tak, że zostają. Ale córka zapytała go wieczorem, czy to prawda, czy naprawdę nigdy nie wrócą.

Władysław usiadł przy stole i długo milczał. W końcu powiedział, że nie wie, ale że dach musi być szczelny, bo zima przyjdzie. Tak czy inaczej tego ranka Władysław usłyszał huk. wyszedł na ulicę i zobaczył brygadę robotników z kilofami. Rozbierali

kamienice naprzeciwko, tę samą, którą sąsiad naprawiał przez pół roku. Brygadzista pokazał papiery. Nakaz Ministerstwa Odbudowy. Cegły i belki z ziem zachodnich miały jechać do Warszawy. Stolica była zrujnowana w 85%.

Trzeba było budować, a tu stały całe ulice nietkniętych domów. Władysław zapytał, czy mogą rozbierać zamieszkały budynek. Brygadzista wzruszył ramionami. Nakaz nie rozróżniał. Jeśli dom był poniemiecki, należał do państwa, a

państwo mogło z nim zrobić co chciało. Sąsiad wyszedł z domu z dokumentem nadania. Robotnicy nie patrzyli. Jeden z nich wspiął się na dach i zaczął zdejmować dachówki. Druga grupa weszła do środka i zaczęła wyważać drzwi. Do wieczora z kamienicy

została ściana szczytowa i sterta gruzu. Ciężarówki załadowały cegły i odjechały w stronę dworca. Sąsiad siedział na krawężniku i patrzył. Następnego dnia przyszli po materiały z podwórka Władysława, belki, które przygotował na ogrodzenie, blachę, którą

chciał naprawić szopę. Urzędnik powiedział, że to danina budowlana. Każde gospodarstwo musiało oddać określony metraż. Władysław zapytał, czy dostanie za to pieniądze. Urzędnik spojrzał na niego jak na wariata. To nie handel, to obowiązek

obywatelski. Stolica czeka. Helena płakała wieczorem. mówiła, że to nie ma sensu, że przyjechali z niczym, zaczęli budować, a teraz państwo im to zabiera.

Że są traktowani jak rezerwuar surowców, nie jak ludzie. Władysław nie odpowiedział, wyszedł na podwórko i długo patrzył na dziurę w dachu. Potem poszedł do szopy i zaczął chować resztę materiałów pod słomą.

Tydzień później na ulicy pojawił się samochód z megafonem. Komunikat wzywał wszystkich do zgłaszania zapasów budowlanych. Kto ukrywa, podlega karze. Sąsiedzi zaczęli rozmawiać po cichu. Mówili, że to nie tak miało wyglądać, że przyjechali tu budować nowe życie, a nie

rozbierać domy dla Warszawy. Że jeśli będzie tak dalej, za 5 lat nie zostanie tu ani jednej całej kamienicy. Ktoś zaproponował, żeby pójść do urzędu i złożyć protest. Inni się bali. Mówili, że lepiej nie wychylać się, że mogą stracić przydział, ziemię, wszystko.

Władysław słuchał i milczał. Wieczorem znowu wyszedł na podwórko. Patrzył na odjeżdżające pociągi z cegłami. Potem wszedł do domu, wziął drabinę i postawił ją pod ścianą. Helena zapytała, co robi. Władysław powiedział, że naprawia dom, bo jeśli on

tego nie zrobi, państwo go rozbierze. A co, jeśli przyjdą po resztę materiałów? Zapytała Helena. Władysław wszedł na drabinę i zaczął układać dachówki. Zostaną, jeśli będzie widać, że są potrzebne tutaj. Powiedział, a nie będą,

jeśli dom będzie stał w ruinie. Rano wrócił do pracy przy dachu. Sąsiedzi patrzyli, potem jeden po drugim zaczęli wynosić swoje drabiny. Za kilka tygodni po pierwszych remontach w mieście pojawiły się nowe tabliczki.

Już nie zajęte przez Polaka, ale numery domów i nazwiska. Urzędnik rejestrował, kto gdzie mieszka, na czyje nazwisko wpisać przydział. Władysław podał swoje dane, dostał tymczasowe zaświadczenie, ale kiedy urzędnik zapytał, czy planuje remont, odpowiedział niepewnie: “A co będzie jak

wojna? Urzędnik zamknął zeszyt. Nie będzie wojny. Albo jest dom, albo nie ma.” Władysław wrócił do domu i patrzył na walizkę pod łóżkiem. Stała tam od przyjazdu, zapakowana tak jak we Lwowie.

Ubrania, papiery, trochę srebra. Otworzył ją pierwszy raz od roku. Zobaczył rzeczy z innego życia. Koszulę, którą nosił na kresach, zdjęcie sprzed domu, którego już nie było. List od brata, który wyjechał na zachód Europy.

Nie spakował walizki z powrotem. Wyjął z niej młotek i piłę, które przywiózł z gospodarstwa. Wziął drabinę i wszedł na dach. Helena wyszła na podwórko. Co robisz? Kładę dachówki. Myślałam, że czekamy, aż państwo naprawi. Państwo rozbiera. Powiedział Władysław. Jak

będziemy czekać, nie zostanie nic. Położył pierwszą dachówkę, potem drugą. Pracował do wieczora. Sąsiedzi patrzyli. Wieczorem jeden z nich przyniósł kilka desek. Powiedział, że może pomóc przy ganku. Inny zapytał, czy Władysław ma cement. Powiedział, że kupi, jeśli znajdzie. Następnego dnia trzech

sąsiadów stawiało drabiny przy swoich domach. Ktoś naprawiał bramę, ktoś zaczynał tynkować ścianę. Nikt już nie mówił, że to tymczasowe. We wrześniu Helena zapisała dzieci do nowej polskiej szkoły. Mieściła się w dawnym niemieckim ratuszu.

Nauczycielka przyszła ze wschodu, z Tarnopola. Pierwszego dnia uczniowie siedzieli w ławkach z niemieckimi podpisami. Na tablicy wisiała stara mapa Rzeszy. Nauczycielka zdjęła ją i powiesiła mapę Polski. pokazała palcem nowe granice. Tu jesteśmy, powiedziała.

Tu zostajemy. Władysław chodził do urzędu po cement i wapno. Kolejki były długie. Czasem trzeba było czekać tydzień, ale dostał przydział. Wyremontował piec, wymienił okna, przybił deski na ganku. Jesienią kupił dwa prosiaki. Wiosną posadził

ziemniaki w poniemieckim ogrodzie. Kiedy Helena zapytała, po co, skoro mogą znowu wyjechać, Władysław wskazał na dzieci. One tu chodzą do szkoły. One nie pamiętają Lwowa. Helena spojrzała na dom. Przez ostatnie miesiące przestał być ruiną. Miał nowy dach, wyremontowaną

kuchnię, naprawione ściany. Władysław zrobił półki w piwnicy, gdzie kiedyś Niemka chowała zapasy. Walizkę Władysław wyniósł na strych. Nie wyrzucił jej, ale przestała stać pod łóżkiem. Pi lat później, kiedy dzieci kończyły podstawówkę, Władysław ogrodził podwórko, postawił drewnianą szop.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy