Uncategorized

Zniknęła na Mazurach: Nikt jej nie szukał! 4 lata mama DOSTAWAŁA OD NIEJ KOPERTY…

To jest opowieść. Miejsce, czas oraz dane osobowe zostały zmienione. Zdjęcia są rekonstrukcją wydarzeń. Przyjemnego oglądania. 3 grudnia 2023 roku o 14:21 dwóch policjantów przeszło przez siatkę ogrodzenia gospodarstwa rybackiego na Mazurach. W budynku gospodarczym były

dwie pary drzwi. Obie zamknięte na kłótkę, obie od zewnątrz. Za drugimi drzwiami było pomieszczenie 2 m na 2,5 bez okna. W środku były cztery stopnie i pod ścianą przykryty trzema kocami i śpiworem ktoś był. Weronika Sobczak zniknęła 23 km od tego miejsca. 11

sierpnia 2019 roku. Do tamtego popołudnia minęło 1578 dni. I teraz najważniejsze zdanie w tym odcinku. Przez te 4 lata nie było ani jednych poszukiwań, ani jednego psa, ani jednego nurka, ani jednego plakatu, ani

jednej notatki w żadnej policyjnej bazie w Polsce. Nie dlatego, że ktoś zawiódł, dlatego że nikt nigdy nie zgłosił jej zaginięcia. Przez 4 lata i ctery miesiące jej matka co miesiąc znajdowała w skrzynce kopertę z pieniędzmi. Dostawała wiadomości z

numeru córki. Raz usłyszała w słuchawce jej głos i nie miała co do niego żadnych wątpliwości. I przez cztery lata mówiła wszystkim, że córka pracuje w Holandii i że są pokłótni. W tym odcinku odpowiem na cztery pytania. Pierwsze, jak porwać dorosłego

człowieka tak, żeby przez 4 lata nikt nie zaczął go szukać i ile to kosztowało tego, kto to zrobił? Drugie. Co się stało 11 sierpnia nad jeziorem, gdzie nie było ani jednego świadka? I dlaczego następnego dnia nikt się nie zdziwił?

Trzecie. Kto pierwszy zauważył, że coś jest nie tak? Nie policja, nie matka, nie brat. i po jednym szczególe, na który przez 4 lata patrzyło kilkanaście osób. I czwarte.

Co się stało 4 września 2023 roku, kiedy koperty przestały przychodzić, telefon zamilkł, a Weronika Sobczak została w tamtym pomieszczeniu sama na 93 dni, bo ta sprawa nigdy nie była trudna. Od dnia, w którym jedna osoba w końcu

zadała jedno pytanie, do otwarcia tamtych drzwi minęło 15 dni. Przez 4 lata i trzy miesiące nikt tego pytania nie zadał. Weronika Sobczak miała 23 lata. Pochodziła z Piły, skończyła technikum gastronomiczne i od trzech lat jeździła na Sezan na Mazury, bo tam

płacili lepiej niż w domu. Ludzie, którzy ją znali, opisywali ją tak samo. Cicha, zamknięta, nie miała szerokiego grona znajomych i nie próbowała go mieć. Jedna bliska koleżanka, ta sama od szkoły. Reszta to byli ludzie z pracy, z sezonu, z jednego lata.

Matka Grażyna Sobczak miała 54 lata i pracowała w pralni chemicznej. Ojciec odszedł kiedy Weronika miała 9 lat i od tamtej pory nie było o nim mowy w tym domu. Brat Damian był starszy o 6 lat. Mieszkał w Gdańsku. Przyjeżdżał na święta i dzwonił do matki raz na dwa

tygodnie. W 2019 Weronika pracowała w barze na kempingu w Mikołajkach. Sezon od maja do końca sierpnia. Pokój w baraku dla obsługi. Dwie zmiany w lipcu i sierpniu bez wolnych dni. W lipcu doszło do kłótni, o której trzeba powiedzieć dokładnie, bo bez niej nie da

się zrozumieć następnych czterech lat. Grażyna Sobczek chciała, żeby córka wróciła do Piły. Znalazła jej pracę w piekarni na stałe z umową. Powiedziała jej to przez telefon w połowie lipca. Weronika odmówiła. Powiedziała, że skończy sezon, bo na Mazurach zarobi w dwa miesiące tyle, ile w piekarni w

pięć. Rozmowa skończyła się źle. Obie odłożyły telefon i nie zadzwoniły do siebie przez trzy tygodnie. To była ostatnia prawdziwa rozmowa, jaką przeprowadziły. Grażyna Sobczak dowie się o tym 4 lata i cztery miesiące później.

11 sierpnia 2019 roku w niedzielę Weronika miała wolne. Wolne w sierpniu wypadało raz na dwa tygodnie i każdy w barze wiedział, co się z nim robi. Jedzie się nad wodę, byle nie tam, gdzie się pracuje. Wyszła z baraku po 8:00.

Widziała ją jedna osoba. Kucharz, który palił przy zapleczu. Miała na sobie krótkie spodemki i koszulkę, płcienną torbę na ramieniu, w niej ręcznik. Powiedziała, że jedzie autobusem w stronę rucianego i wróci wieczorem. Nie powiedziała gdzie dokładnie. Nikt nie pytał, bo nikt nikogo o to nie pytał. Na kempingu pracowali ludzie,

którzy widzieli się na jedno lato. Mieszkali po dwie osoby w pokoju i nie wiedzieli o sobie nic poza imieniem i zmianą. Nie zabrała ze sobą prawie niczego. Dokumenty, ładowarka, kosmetyki i srebrny łańcuszek zostały w pokoju.

Wzięła telefon, ręcznik i pieniądze, jakie miała przy sobie. O 11:57 wrzuciła do sieci nagranie. Pomost, woda, trzcina, słońce prawie w zenicie. Żadnego człowieka w kadrze, żadnego znaku, żadnej nazwy. 8 sekund.

To był ostatni ślad Weroniki Sobczak, jaki zobaczył ktokolwiek z jej rodziny. Cztery lata później to nagranie przejrzy technik i nie znajdzie na nim nic, co pozwoliłoby wskazać miejsce. Takich pomostów na Mazurach jest kilka tysięcy, jeziora ponad 2000 i połowa z

nich wygląda w sierpniu identycznie. O 14:20 jej telefon zalogował się do stacji w rejonie na wschód od łpowiadać. Nie wyłączył się, przestał odpowiadać, a to nie to samo. I 4 lata później będzie miało znaczenie.

Wieczorem nie wróciła do baraku. W poniedziałek nie przyszło na zmianę. I tu zaczyna się to, co w tej historii jest najgorsze, a jednocześnie najbardziej zwyczajne na świecie. Nikt się nie zdziwił. Był 12 sierpnia. Do końca sezonu zostało 19 dni.

Na kempingu pracowało 26 osób, w większości studenci i ludzie na sezon. I to była trzecia osoba tego lata, która przestała przychodzić na zmiany. Dwie poprzednie po prostu odjechały bez słowa. Jednej się nie spodobała praca, druga pokłóciła się z kierownikiem.

Kierownik baru odhaczył ją jako porzucanie pracy. Wypłata za sierpień została w kasie. Do odbioru. Rzeczy spokoju spakowano do dwóch kartonów i wyniesiono do pakamery, żeby zwolnić łóżko dla kogoś na wrzesień. Nikt nie zawiadomił policji, bo nie było czego zawiadamiać. Dorosła kobieta nie

przyszła do pracy w barze. W Pile matka nie wiedziała o niczym, bo od trzech tygodni nie rozmawiały. I tu warto zatrzymać się na chwilę, bo w tym miejscu ta sprawa mogła się skończyć w ciągu tygodnia. Wystarczyłby jeden telefon z kempingu do domu, ale kemping nie miał obowiązku dzwonić i nie miał

numeru do matki. W papierach sezonowego pracownika jest imię, nazwisko, numer konta i własny telefon. Nie ma osoby do kontaktu. 29 sierpnia Grażyna Sobczak wysłała pierwszą wiadomość po kłótni. Napisała, że sezon się kończy i że czeka.

Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Jedno zdanie z wielkiej litery z kropką na końcu. 3 września 2019 roku o 19:40 Grażyny Sobczak zadzwonił. Rozmowa trwała minutę i 40 sekund. To była Weronika. Grażyna Sobczak nigdy, ani

jednego dnia przez następne ctery lata nie miała co do tego wątpliwości i miała rację. To rzeczywiście była jej córka. Powiedziała, że zostaje na Mazurach na dłużej, że jest zła i że nie chce teraz rozmawiać. Powiedziała, że da znać.

Mówiła krótkimi zdaniami, cicho i dwa razy urwała w połowie. Matka usłyszała w tym obrazę i to było dokładnie to, co miała usłyszeć. Rozmowa skończyła się bez pożegnania. To był ostatni raz, kiedy Grażyna Sobczak słyszała głos swojej córki.

Następny raz usłyszy go 6 grudnia 2023 roku przez telefon z korytarza szpitala w Brąowie. 5 września w skrzynce na listy leżała koperta bez nadawcy. W środku 2200 zł w banknotach po 200 i złożono na pół kartka z jednym zdaniem

napisanym ręcznie. Na rachunki nie dzwoń napiszę. Na kopercie był holenderski znaczek. 1485 dni później ta koperta nie przyszła. 1485 dni później, 4 września 2023 roku,

koperta nie przyszła. Piątego nie przyszła. Szóstego nie przyszła żadna wiadomość, żadne nagranie, żadne zdjęcie. Numer córki milczał. Grażyna Sobczak czekała. Powiedziała sobie to, co mówiła sobie od czterech lat. Znowu się obraziła. Napisała 14 wiadomości. W

październiku poprosiła o pieniądze, bo nie miała czym zapłacić opiekunce. I to też zastało bez odpowiedzi. Nie poszła na policję. Powiedziała później, że przez 4 lata nauczyła się, że jej córka odzywa się wtedy, kiedy sama zechce i że bała się, że pójściem na policję zniszczy to do

końca. Pod koniec października zadzwoniła do Kingi Rybak. Nie po pomoc. Zadzwoniła zapytać, czy Weronika czasem pisze do niej, bo do matki przestała. Kinga odłożyła telefon i otworzyła laptopa. Nie miała dostępu do niczego.

Nie mogła sprawdzić żadnego rejestru. Nie mogła zapytać operatora, nie mogła nikogo wezwać. Wszystko co znalazła w ciągu następnych trzech tygodni może znaleźć każdy człowiek z telefonem i cierpliwością.

Pierwsza rzecz zajęła jej 20 minut. Napisała do dwóch osób, z którymi Weronika pracowała w tamtym sezonie. Jedna nie odpowiedziała, druga tak. Odpisała, że Weronika po prostu przestała przychodzić w połowie sierpnia, że wszyscy myśleli, że odjechała i że jej wypłata za sierpień

została w kasie. 1900 zł. nieodebrane. Dziewczyna, która pojechała na Mazury dla pieniędzy, nie wróciła po swoje pieniądze. Druga rzecz zajęła tydzień. Kinga dodzwoniła się do kierownika kempingu, tego samego, który pracował tam w 2019. Zapytała o rzeczy. Rzeczy

były. Dwa kartony spakowane w sierpniu 2019, żeby zwolnić łóżko, stały w pakamerze przy zaplecze. Nikt po nie przyjechał przez 4 lata i nikt ich nie wyrzucił, bo pakamera to pakamera. W kartonach był dowód osobisty Weroniki Sobczek. Człowiek, który wyjeżdża do

pracy do Holandii, nie zostawia dowodu w kartonie w Pakamerze na kempingu w Mikołajkach. Trzecia rzecz to był profil w sieci. Kinga przewinęła go do sierpnia 2019. Weronika nie była osobą, która żyła w internecie. Wrzucała coś raz na dwa tygodnie, ale przez cały czas coś się

działo. Polubienia, komentarze pod cudzymi zdjęciami, oznaczenia. Wszystko urywało się 11 sierpnia o 11:57. Nie wygasało. Urywało się. Ctery lata bez jednego polubienia. Czwarta rzecz była tą, na

którą policja nie wpadłaby nigdy, bo do jej zauważenia trzeba było znać Weronikę Sobczak od szkoły. Kinga poprosiła Grażynę, żeby przeczytała jej przez telefon kilka wiadomości od córki. Potem poprosiła o więcej. Potem pojechała do Piły i przeczytała wszystkie.

Weronika Sobczak pisała z małej litery, bez kropek, ze skrótami, z literówkami, ze zdrobnieniami, z trzema wykrzyknikami zamiast jednego. Kinga miała na telefonie 8 lat takich wiadomości.

Wszystko co przyszło do matki po 11 sierpnia 2019 roku, było napisane z wielkiej litery, z kropką na końcu i bez ani jednej literówki. 50 kilka wiadomości przez 4 lata, ani jednej literówki.

Wróciła też do jednego zdania, które usłyszała od Grażyny w pierwszej rozmowie i wtedy przepuściła. Matka powiedziała, że córka dzwoniła raz 3 września 2019 roku.

Kinga zapytała, czy dzwoniła jeszcze kiedyś. Nie. Przez ctery lata i trzy miesiące był jeden telefon na minutę 40 i nic więcej. Wszystko inne to były wiadomości pisane i nagrania po 6 sekund. Głos, który matka usłyszała tamtego wieczoru był prawdziwy. To

rzeczywiście była Weronika. Dlatego wszystko, co przyszło potem, matka przyjmowała bez cienia wątpliwości i dlatego przez ctery lata nikt nie zapytał o nic. 15 listopada Kinga zrobiła jedną rzecz, której nie planowała i to ona ostatecznie ją przekonała. Napisała na

numer Weroniki. Zapytała o coś, o czym wiedziały tylko one dwie. Co się stało na studniówce w drugiej klasie? Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Brzmiała: Nie chcę teraz o tym rozmawiać.

Nie ma czegoś takiego jak nie chcieć rozmawiać o studniówce. Kinga napisała jeszcze raz. zapytała wprost, jak nazywał się pies, którego Weronika miała jako dziecko. Na to nie przyszła żadna odpowiedź.

Zostało jeszcze jedno i to Grażyna Sobczak pokazała jej sama bez pytania. Otworzyła szufladę w komodzie w pokoju córki i wyjęła koperty wszystkie. Trzymała je od czterech lat, bo były od Weroniki.

Kinga wzięła pierwszą do ręki i patrzyła na nią dłużej niż wypada patrzeć na kopertę przy obcej matce. Znaczek był holenderski, prawdziwy. Nie był skasowany. Nie było na nim stempla. Wzięła drugą, trzecią. Przełożyła całą szufladę po jednej 52 koperty. 4 lata i

c miesiące. Na żadnej nie było stempla pocztowego. Żadna z tych kopert nigdy nie przeszła przez pocztę. Zanim powiem, co Kinga Rybak zrobiła z tą wiedzą, krótka prośba. Jeśli dotarliście do tego miejsca, zasubskrybujcie kanał i włączcie dzwonek. Zostawcie łapkę w górę. Brzmi

jak formalność, ale tak to działa. Algorytm pokazuje taką historię nowym ludziom tylko wtedy, kiedy widzi reakcję tych, którzy już oglądają. Łapka kosztuje was sekundę, a temu kanałowi daje kolejne 100 osób.

I napiszcie w komentarzach, czy słyszeliście o podobnych sprawach, o ludziach, których nikt nie szukał, bo wszystkim wydawało się, że wszystko jest w porządku. Czytam komentarze i część tych historii staje się później odcinkami. Wracamy do Piły, do szuflady w komodzie. Kopert było 52. Jedna w

miesiącu, zawsze między trzecim a szóstym. 2200 zł, a od marca 2021 roku 2800. W sumie 134800 zł. Ktoś wkładał je do skrzynki ręcznie w nocy, raz w miesiącu, przez 4 lata i cy miesiące. Ktoś kupował holenderskie

znaczki w arkusza w internecie i naklejał je na koperty, których nikt nigdy nie wysłał. Za tamte pieniądze Grażyna Sobczak zapłaciła za remont łazienki, za pogrzeb własnej matki i od 2021 roku za opiekunkę. W lutym 2021 roku miała udar

nie do wład prawej strony, dwa miesiące szpitala, potem rehabilitacja wróciła do domu i nie mogła sama wejść na piętro. Sąsiadka przychodziła rano. Syn przyjeżdżał z Gdańska w weekendy, ale to nie wystarczało. Napisała córce o udarze pod koniec lutego. Napisała, ile kosztuje opiekunka na cały dzień. W

marcu w kopercie było 2800 zł i było tak już do końca. Ktoś czytał te wiadomości, ktoś je czytał wszystkie przez 4 lata i kiedy matce pogorszyło się na tyle, że potrzebowała opiekunki, podniósł kwotę.

To jest najtrudniejsze zdanie w tym odcinku, więc powiem je raz i wyraźnie. Opiekunka, która postawiła Grażynę Sobczak na nogi po udarze, była opłacona z tych kopert. I odpowiada za to jeden człowiek, ten, który je przynosił. Nie matka, która przyjęła pieniądze od własnej córki i nie córka. Wiadomości

przez ctery lata były do siebie podobne. Pracuje, że dużo godzin, że nie ma siły rozmawiać, że jeszcze nie teraz. Raz w miesiącu nagranie głosowe. 68 sekund zawsze cicho, zawsze bez żadnego dźwięku w tle. Ekspertyza fonoskopijna

wykonana w 2024 roku orzeknie o tych nagraniach dwie rzeczy. Że we wszystkich mówi ta sama kobieta i że jest to Weronika Sobczak i że w żadnym z nich nie ma zdania dłuższego niż pięć wyrazów. Ani jednego imienia, ani jednej informacji, której nie dałoby się powiedzieć na dowolne polecenie. 50

kilka nagrań przez 4 lata. Wszystkie ułożone tak, żeby dały się wysłać w każdym miesiącu i pasowały do każdej sytuacji. Do Damiana napisała trzy razy w ctery lata. Do Kingi napisała raz w październiku 2019 jedno zdanie. Nie mam siły. Daj mi spokój. King odpisała

cztery razy i przestała. Tamto jedno zdanie było najlepiej wyliczoną rzeczą w całej tej konstrukcji. Weronika Sobczak miała jedną bliską koleżankę i żadnego szerokiego grona znajomych.

Wystarczyło odsunąć jedną osobę, żeby nie został nikt, kto zna jej sposób pisania. Kinga trzymała tę wiadomość na telefonie 4 lata i przez 4 lata była na nią zła. W kwietniu 2022 roku Damian Sobczak pojechał do Mikołajek. Sam, na jeden dzień, bez uprzedzenia. Kemping

był zamknięty. Poza sezonem nie ma tam nikogo. Zapytał w dwóch miejscach w miasteczku. Nikt nie pamiętał dziewczyny z baru z 2019 roku. Wrócił do Gdańska i nie pojechał tam więcej. I trzeba powiedzieć wprost jedną rzecz, bo w komentarzach zaraz padnie coś innego.

Nikt z tych ludzi nie zrobił nic złego. Matka dostawała wiadomości z numeru swojej córki i raz usłyszała jej głos. Brat sprawdził jedyne miejsce, jakie znał. Koledzy z sezonu widzieli dziewczynę, która nie przyszła na zmianę w połowie sierpnia, jak dwie inne tego samego lata. Ta historia nie jest o

ludziach, którzy się nie starali. Jest o tym, że kłamstwo poskładane z drobnych, zwyczajnych rzeczy nie potrzebuje niczyjej zgody, żeby działać. 4 lata. 21 listopada 2023 roku Kinga Rybak pojechała z Grażyną Sobczak na komendę w

Pile. Przywiozła wydruk grafiku z kempingu z nieodebraną wypłatą. Dowód osobisty Weroniki Sobczak wyjęty z kartonu w Pakamerze. Zrzuty ekranu z profilu, który urwał się w środku dnia. Zestawienie wiadomości z 8 lat obok wiadomości z czterech i 52 koperty w

foliowej torbie. Zawiadomienie przyjęto tego samego dnia. Zawiadomienie z 21 listopada 2023 roku otworzyło sprawę, której przez 4 lata nie było. To brzmi jak formalność, ale to jest sedno tej historii. Dopóki nie ma zawiadomienia,

nie ma postępowania. Dopóki nie ma postępowania, nikt nie może zapytać operatora o nic, bo dane o tym, gdzie logował się czyjś telefon, są objęte tajemnicą i wydaje się je wyłącznie na żądanie w sprawie.

Kinga Rybak przez trzy tygodnie ustaliła wszystko, co da się ustalić bez uprawnień i dokładnie w tym miejscu musiała się zatrzymać. Prowadzenie przejął komisarz Tomasz Werner z Komendy Powiatowej w Mrąowie, bo ostatnie miejsce pobytu zaginionej było na jego terenie. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił,

było sprawdzenie, czy sprawa nie jest już gdzieś zarejestrowana. Nie była w żadnej bazie, w żadnym rejestrze, w żadnym systemie nie istniało nic, co dotyczyłoby zaginięcia Weroniki Sobczak. Ostatni ślad urzędowy pochodził z sierpnia 2019 roku. Zgłoszenie do

ubezpieczenia z tytułu umowy sezonowej i jego wyrejestrowanie na koniec sierpnia. 4 lata i trzy miesiące bez jednej wizyty u lekarza, bez jednej umowy, bez jednego podpisu, bez odbioru listu poleconego.

Werner zapytał też o coś, o co pytają wszyscy i o co warto zapytać raz w tym odcinku, żeby zamknąć temat. Czy dało się sprawdzić, że nie było jej w Holandii? Nie dało się. Wewnątrz strefy bez kontroli granicznych nikt nie rejestruje przejazdów. Obywatel Polski może wyjechać do Holandii, mieszkać tam

i wrócić i nie powstanie z tego żaden dokument, chyba że sam się gdzieś zarejestruje. Wersja o wyjeździe do pracy była nie do sprawdzenia i nie do obalenia. Dlatego trzymała się 4 lata. Jedyne co dało się sprawdzić to telefon. Wystąpił o dane o połączeniach numeru Weroniki Sobczak.

Zdążył. Operatorzy przechowują takie dane przez 12 miesięcy, więc z czterech lat korespondencji zostało to, co poszło od listopada 2022 roku. Kilkadziesiąt wiadomości i kilkanaście nagrań.

Odpowiedź przyszła 29 listopada i mieściła się na jednej stronie. Wszystkie wiadomości z numeru Weroniki Sobczak zostały wysłane z zasięgu jednej stacji bazowej. Wszystkie bez jednego wyjątku przez 12 miesięcy. Stacja stała przy drodze między Uktą a Wojnowem, 23

km od kempingu w Mikołajkach, na którym Weronika pracowała w 2019 roku. Werner sprawdził jeszcze jedno. Poprosił o wykaz logowań samego aparatu, nie wiadomości. Telefon nie był wyłączony ani razu. Stał w tym samym miejscu, włączony i logował się do tej samej

stacji. To wyjaśniło rzecz z pierwszego dnia. 11 sierpnia 2019 roku o 14:20 telefon nie został wyłączony. On przestał odpowiadać, bo przestał odpowiadać człowiek, który go trzymał.

Aparat pracował dalej i pracował przez 4 lata, tyle że w innych rękach. Numer, z którego przez 4 lata przychodziły do matki wiadomości, był tym samym numerem i tym samym telefonem, który Weronika miała przy sobie na pomoście 11 sierpnia.

Dziewczyna, która według wszystkich pracowała w Holandii, przez cztery lata nie oddaliła się od Mazurż na więcej niż kilka kilometrów. Werner pojechał pod tę stację bazową jeszcze tego samego dnia sam i po prostu się rozejrzał. droga, las, dwa jeziora, kilka zabudowań widocznych z szosy, pola, nic, co

przyciągałoby wzrok. Miejsce, przez które latem przejeżdżają tysiące ludzi w drodze nad wodę. I tu Werner napisał w notatce zdanie, które później zacytowano w raporcie z kontroli. Ustalenie miejsca zajęło 8 dni od zawiadomienia. Ta sama czynność była możliwa we wrześniu 2019 roku.

Zasięg stacji bazowej to nie punkt. Na terenie takim jak ten z lasami, jeziorami i płaskim terenem jedna stacja obsługuje kilkanaście kilometrów kwadow. W tym obszarze były 42 zabudowania: Wsie, kolonie, siedliska, gospodarstwa, domy letniskowe, dwa nieczynne tartaki,

jedna zamknięta stacja paliw. 1 grudnia zaczęli je objeżdżać. Dwa zespoły po dwie osoby od najbliższego do najdalszego. Robili to bez rozgłosu i bez mundurów przy pierwszym podejściu, bo jeśli ktoś w tej okolicy przetrzymywał człowieka od czterech lat, to jeden radiowóz przed

niewłaściwym płotem mógł skończyć tę sprawę w sposób, o którym nikt nie chciał myśleć. W dwa dni sprawdzili 29 adresów, rozmawiali z ludźmi na podwórkach. pokazywali zdjęcie z 2019 roku. Pytali o sezonową pracownicę z Mikołajek. Nikt jej nie rozpoznał. Nikt niczego nie

zauważył. Nie dlatego, że kłamali, dlatego że nie było czego zauważyć. 3 grudnia zespół dojechał do gospodarstwa rybackiego przy drodze na Wojnowo. Cztery stawy hodowlane, groble między nimi, budynek gospodarczy z lat 70, garaż, wiata. Wszystko ogrodzone

siatką na słupkach, brama zamknięta na kłótkę. Na bramie tabliczka, teren prywatny, wstęp w zbroniony. To ogrodzenie nie było niczym podejrzanym. Gospodarstwa rybackie grodzi się zawsze ze względu na kłsownictwo i ze względu na odpowiedzialność za to, że ktoś obcy

wpadnie do stawu. Tabliczka o zakazie wstępu wisi na każdym takim gospodarstwie w Polsce. Właściciel Marek Zawadzki, 51 lat, zameldowany w domu we wsi 3 km dalej. Gospodarstwo przejął po ojcu. Prowadził je sam. sprzedawał ryby na miejscu i do dwóch restauracji.

Żonaty, żona Halina Zawadzka pracowała w sklepie we wsi bez wyroków, bez zgłoszeń, bez zaległości. Człowiek, o którym w promieniu 10 km nikt nie miał nic do powiedzenia. Zapukali w bramę, nikt nie wyszedł. W tym momencie sprawa mogła utknąć na

tydzień i normalnie by utknęła. Żeby wejść na ogrodzony teren prywatny, potrzebna jest podstawa. Podejrzenie, że gdzieś przetrzymywana jest zaginiona kobieta było na tamten moment poszlaką, a nie podstawą. I prokurator w Mrąowie powiedziałby dokładnie to samo.

Policjanci stali przy bramie i patrzyli przez siatkę na podwórko. Przy budynku gospodarczym stała buda i wbity w ziemię pręd z łańcuchem. Na końcu łańcucha leżał martwy pies. Miska obok była pusta i sucha. Zwierzę leżało tam od dłuższego czasu. To wystarczyło nie jako dowód w

sprawie zaginięcia, tylko jako podstawa do wejścia natychmiast bez czekania. Bo martwe zwierzę na łańcuchu przy zamkniętym gospodarstwie oznacza, że od tygodni nie ma tu nikogo, kto by cokolwiek robił. Weszli przez siatkę o 14:21.

Budynek gospodarczy był zamknięty na kłókę od zewnątrz. Kłódka wisiała na skoblu przykręconym do futryny na cztery wkręty. Wyrwali ją łomem w kilkanaście sekund. Za drzwiami było pomieszczenie z narzędziami, sieciami, wiadrami i kompresorem. Wszystko poukładane, sucho, zimno. W ścianie po prawej stronie były

drugie drzwi, też zamknięte na kłótkę, też od zewnątrz. Za nimi było pomieszczenie o wymiarach 2 m na 2,5 bez okna. Weronika Sobczak siedziała pod ścianą, przykryta trzema kocami i śpiworem, w kurtce i czapce. Temperatura w pomieszczeniu wynosiła 4 stopnie. Żyła

ważyła 44 kg przy 170 cm wzrostu. Miała 27 lat. Nie wstała, bo nie mogła i przez pierwsze kilkanaście sekund nie odezwała się w ogóle. Potem zapytała, który jest dzień. Nie, który jest rok, który jest dzień.

Od 1578 dni prowadziła lachubę i chciała wiedzieć o ile się pomyliła. Pomyliła się o trzy dni. Marek Zawadzki nie przyjechał tam od 4 września 2023 roku, czyli od 93 dni. Nie dlatego, że

postanowił skończyć, dlatego że 4 września o 7:00 rano jego żona wezwała pogotowie, udar. Karetka zabrała go do szpitala w Mrąowie. Potem trafił na oddział rehabilitacji. Wrócił do domu w listopadzie z niedowładem lewej strony i afazją.

Człowiek, który jako jedyny wiedział, że ona istnieje, przestał do niej jeździć, bo przestał móc chodzić. Przez 93 dni żyła z tego, co zostało w tym pomieszczeniu. Woda w kanistrach, ta którą przywoził. Konserwy i suchy prowiant w kartonie. Ostatnie dwa tygodnie o wodzie z kanistra i niczym

więcej. Gdyby zawiadomienie z Piły wpłynęło dwa tygodnie później, ten odcinek miałby inne zakończenie. Wynieśli ją na noszach o 14:38. Śmigłowiec nie doleciał, bo mgła siadła na całe Mazury, więc pojechała karetką do Mrąowa. 40 minut. Marka Zawadzkiego

zatrzymano tego samego dnia o 18:10 we własnym domu 3 km dalej w fotelu przed telewizorem. nie stawiał oporu i nie był w stanie go stawiać. Żona otworzyła drzwi i zapytała, czy chodzi o gospodarstwo. Zapytała o gospodarstwo, zanim ktokolwiek powiedział jej po co

przyjechali. Grażyna Sobczak dostała telefon o 17:40. Pojechała do Mrąowa nocą z Kingą Rybak za kierownicą. 280 km.

Weszła na oddział 6 grudnia nad ranem. Córkę, z którą, jak sądziła, nie rozmawiała od czterech lat, znalazła na szóstym piętrze szpitala w Mrąowie 30 km od miejsca, gdzie tamta pracowała latem 2019 roku.

O tym, co powiedziały sobie tamtego ranka, nie ma w aktach ani słowa i nie będzie w tym odcinku. Za to jest w aktach coś innego. Trzy dni później, kiedy Weronika Sobczak była już w stanie mówić dłużej niż kilka zdań, rozmawiała po raz pierwszy z psychologiem.

powiedziała mu jak wytrzymała 4 lata i ctery miesiące w pomieszczeniu 2 na 2,5 met. Powiedziała, że podzieliła dzień na zadania. Zadań było sześć i Weronika Sobczak wymieniła je psychologowi w kolejności, w jakiej je wykonywała.

Pierwsze zadanie było rano i polegało na policzeniu. Nacięcia na krawędzi drewnianej półki po pięć w grupie i osobno grupy po pięć grup. Doszła do rachuby dopiero po pierwszej zimie, więc pierwsze miesiące policzyła później z pamięci, po tym, kiedy zaczęło

i kiedy przestawało robić się ciemno. Dlatego pomyliła się o trzy dni. Drugie zadanie było porządkiem. Wszystko w tym pomieszczeniu miało swoje miejsce, wyznaczone przez nią i wracało na to miejsce codziennie. Koce złożone w ten sam sposób. Puste puszki ustawione w rzędzie pod ścianą, etykietami w jedną

stronę. Kanistry po lewej, pełne z przodu. Karton z prowiantem zamknięty zawsze, nawet kiedy zostały w nim dwie rzeczy. Kiedy weszli tam 3 grudnia po 93 dniach bez żadnego człowieka, wszystko stało na swoich miejscach. Koce były złożone, puszki stały w rzędzie.

To jest ta część tej historii, o której trudniej mówić niż o cere stopniach i 44 kg. W tym pomieszczeniu był porządek. Ona go utrzymywała 4 lata i cy miesiące i utrzymywała go także wtedy, kiedy od trzech miesięcy nikt nie przychodził i

nie było już dla kogo. Powiedziała psychologowi dlaczego. Powiedziała, że dopóki wszystko stoi na swoim miejscu, to ona jeszcze decyduje o czymś. Psycholog zapisał, że to nie jest objaw, że utrzymywanie porządku w warunkach całkowitej bezsilności jest jednym ze sposobów, w jakie człowiek broni siebie

samego i że opisywali je już ludzie wracający z obozów i z długiej izolacji. Trzecie zadanie to była woda i jedzenie. Odmierzała je na dni i nauczyła się tego po pierwszym roku, kiedy raz zabrakło jej wody na dwa dni przed jego przyjazdem. Od tamtej pory dzieliła

wszystko, co dostawała, na tyle części, ile dni miało minąć i zostawiała jeden dzień zapasu. To jest zadanie, któremu zawdzięcza 93 dni od września do grudnia 2023 roku.

Czwarte to był ruch. Pomieszczenie miało 2 met na 2 i p, więc chodziła wzdłuż ścian po okręgu, licząc kroki dwa razy dziennie po 500 kroków. Wyliczyła kiedyś ile to razem i powiedziała lekarzom tę liczbę. Lekarze potwierdzili to z innej strony. U

człowieka, który ctery lata leży w pomieszczeniu bez okna, mięśnie i kości zanikają w tempie, po którym zwykle nie da się już wstać. Weronika Sobczak nie mogła wstać w dniu, w którym ją znaleźli, ale rehabilitację skończyła w 7 miesięcy.

Ordynator napisał w opinii, że tego wyniku nie da się wyjaśnić samą fizjologią. Kiedy w listopadzie 2023 roku skończyło się jedzenie, przestała chodzić. To jedyne zadanie z sześciu, którego nie doprowadziła do końca.

Piąte zadanie było najdziwniejsze i lekarze wracali do niego kilka razy. Raz w tygodniu przypominała sobie jeden dzień ze swojego życia. W szczegółach od rana do wieczora. Niedowolny dzień.

Miała ich ustaloną listę kilkanaście i przechodziła ją po kolei, żeby żaden nie zużył się za szybko. Wymieniła je psychologowi. Były na tej liście wakacje nad morzem, na których miała dziewięć lat. Był pierwszy dzień w technikum. Był dzień, w którym z Kingą pojechały autostopem do

Gdańska i nie powiedziały o tym nikomu. Był zwykły wtorek z domu w Pile, bez żadnego powodu. Po prostu wtorek, na którym w kuchni była matka. Powiedziała, że bała się nie tego, że zapomni co się stało. Bała się, że zapomni jak było wcześniej.

I szóste zadanie wieczorne codzienne przez 1578 dni. Codziennie wieczorem Weronika Sobczak rozmawiała na głos ze swoją matką. Nie modliła się i nie mówiła do siebie. Mówiła do matki imieniem, pełnymi zdaniami, jak przez telefon. Opowiadała

jej co było w ciągu dnia, chociaż nie było nic. Kłóciła się z nią. Przepraszała ją za rozmowę z lipca 2019 roku. Odpowiadała sobie jej głosem, bo znała go na pamięć. powiedziała psychologowi, że robiła to codziennie i że to było najważniejsze zadanie z sześciu, bo dzień, w którym by

tego nie zrobiła, byłby pierwszym dniem, kiedy zaczęłaby się z tym godzić. Powiedziała też, że kiedy w listopadzie 2023 roku skończyło się jedzenie i przestała chodzić, tego jednego zadania nie odpuściła. Wieczorem po ciemku, przy czterech stopniach dalej mówiła do

matki. Psycholog zapytał o czym mówiła w tych ostatnich tygodniach. Powiedziała, że przepraszała, że mówiła jej, że wróci na tę pracę w piekarni, o którą matka prosiła w lipcu 2019 roku.

W tym samym czasie w Pile Grażyna Sobczak żyła w przekonaniu, że nie rozmawiają. Śledztwo przeciwko Markowi Zawadzkiemu prowadziła prokuratura okręgowa w Olsztynie od 7 grudnia 2023 roku. Materiału było dużo, bo Zawadzki przez 4 lata nie ukrywał niczego poza jedną

rzeczą i tą jedną rzeczą był człowiek. W budynku gospodarczym zabezpieczono 84 przedmioty. Kłódki i skoble z obu par drzwi, kanistry, karton z prowiantem, w którym zostały dwie puste puszki i nic więcej, trzy koce i śpiwór, kurtka i

czapka, obie męskie, o kilka rozmiarów za duże i krawędź drewnianej półki zdjęta w całości i zabezpieczona osobno, pokryta nacięciami w grupach po pięć na całej długości, przeliczonymi przez dwóch techników niezależnie. dwa razy z fotografowaniem każdego odcinka.

1578 dokładnie tyle ile dni minęło od 11 sierpnia 2019 roku. Ustalono też jak zaczął. Nie było w tym żadnego planu i to jest najgorsze zdanie w całych aktach. Marek Zawadzki 11 sierpnia 2019

roku wracał samochodem z Rucianego. Nie znał Weroniki Sobczak. Nigdy jej nie widział i nie wiedział, jak się nazywa. Dowiedział się tego z jej dokumentów po dwóch dniach. 3 września zmusił ją do jednego telefonu do matki.

Minuta 40. Powiedział jej, co ma powiedzieć. Ta rozmowa jest jedynym powodem, dla którego cały ten czteroletni układ zadziałał. Głos był prawdziwy. Matka nie miała wątpliwości i od tego wieczoru wystarczały już wiadomości pisane.

W domu Zawadzkich zabezpieczono telefon Weroniki Sobczak. Leżał w szufladzie w kuchni podłączony do ładowarki. Na aparacie były wszystkie wiadomości z czterech lat, w tym te, które Kinga Rybak wysłała w listopadzie i pytanie o studniówkę, na które ktoś odpowiedział po dwóch dniach.

Znaleziono też arkusze holenderskich znaczków kupione w internecie i kopertówki bez nadruku kupione w hurtowni papierniczej w Mrąowie. I znaleziono zeszyt w kratkę, w którym Zawadzki notował wydatki gospodarstwa. Pasza, olej, prąd, naprawy sieci.

W tym samym zeszycie, w tej samej kolumnie, raz w miesiącu przez 4 lata i 4 miesiące wpisana była kwota 2200, a od marca 2021 roku 2800 z jednym słowem obok, piła.

Prowadził rachunki, wpisywał ją między pasze a olej napędowy. Biegły policzył sumę i wyszło 134800 zł przez 4 lata i 4 miesiące. Do tego paliwo na 52 przejazdy do Piły i z powrotem 300 km za każdym razem.

Wychodzi na to, że utrzymanie ciszy kosztowało go więcej niż utrzymanie gospodarstwa. O sobie Marek Zawadzki nie powiedział w całym postępowaniu nic i nie mógł. Po udarze z września 2023 roku miał afazję w opinii biegłych utrudniającą

wypowiadanie się w stopniu znacznym. Wyjaśnień nie złożył ani razu. Nie były potrzebne. Cztery lata zapisał sam w zaszycie w kratkę. Zostaje pytanie, które zada każdy, kto to obejrzy. Halina Zawadzka, żona.

>> 50 lat we wsi od urodzenia. Sklep spożywczy. Ta sama praca od 20 lat. Mieszkała 3 km od gospodarstwa, do którego jej mąż jeździł codziennie przez 4 lata. W jej sprawie prokuratura prowadziła czynności przez 11 miesięcy.

Ustalono co następuje. Halina Zawadzka nie miała klucza do budynku gospodarczego, bo klucz do kłódek był jeden i był u męża. Nie pracowała w gospodarstwie i nie ma w papierach ani jednego śladu, żeby kiedykolwiek pracowała. Powiedziała, że była tam ostatni raz kilka lat przed 2019 rokiem.

Po udarze męża we wrześniu jeździła tam dwa razy w tygodniu i karmiła psa. Robiła to do połowy października, potem przestała. Powiedziała, że nie dawała rady, że jeździła autobusem i że pomyślała, że pies sobie poradzi. W tym samym czasie w budynku gospodarczym za dwiema kłókami, o których nie wiedziała,

była Weronika Sobczak. Zapytana dlaczego przy zatrzymaniu męża zapytała czy chodzi o gospodarstwo. Odpowiedziała, że nie wiedziała o co chodzi i że mąż w ostatnich latach jeździł tam nawet w niedzielę, więc pomyślała o gospodarstwie, bo o czym miała pomyśleć. Postępowanie w jej

sprawie umorzono w listopadzie 2024 roku wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa. Nie postawiono jej żadnego zarzutu. To jest ustalenie prokuratury, nie moja ocena. I tak to zostawię.

Powiem tylko jedno. Jako osoba, która przez ostatnie tygodnie czytała te sprawę, Halina Zawadzka przez 4 lata mieszkała z człowiekiem, który raz w miesiącu wkładał do koperty 2800 zł z ich wspólnych pieniędzy, naklejał na nią holenderski znaczek i jechał 150 km w

jedną stronę, żeby wrzucić ją do skrzynki w Pile. Akt oskarżenia przeciwko Markowi Zawadzkiemu skierowano do sądu w lutym 2025 roku. I na dwa dni przed pierwszą rozprawą przyszła jeszcze jedna rzecz, na którą nikt nie czekał. Marek Zawadzi zmarł 18

lutego 2025 roku w areszcie śledczym w Olsztynie. Drugi udar. Miał 52 lata. Postępowanie karne umorzono z powodu śmierci oskarżonego. To znaczy, że nie było procesu, nie było wyroku, nie było wysokości kary, nie

było ostatniego słowa oskarżonego i nie było dnia, w którym ktoś powiedziałby na sali sądowej, że winny jest winny. Akt oskarżenia został skierowany i został zamknięty, a Weronika Sobczak, która przygotowywała się do zeznań przez dwa miesiące, dostała telefon z prokuratury z informacją, że nie będzie

musiała zeznawać. Powiedziała później dziennikarzowi jedno zdanie na ten temat i to jedyna wypowiedź, jakiej udzieliła mediom. powiedziała, że przez ctery lata liczyła dni, a on nie doczekał jednego.

Zostaje pytanie o odpowiedzialność tych, którzy nie zawinili. I to jest pytanie, na które ta sprawa odpowiedziała formalnie. W 2024 roku Komenda wojewódzka przeprowadziła kontrolę tego, co działo się z tą sprawą w latach 2019 i 20. Wniosek był krótki i dla wielu ludzi trudny do przyjęcia. Nie

stwierdzono uchybień, ponieważ nie było czynności, w których mogłyby wystąpić. Nikt nie złożył zawiadomienia, więc nie wszczęto postępowania, więc nie było czego badać. Nikt nie zaniedbał tej sprawy. Ta sprawa przez 4 lata i trzy miesiące nie istniała.

Po tej kontroli zmieniono jedną rzecz i warto ją znać, bo dotyczy wszystkich, którzy jeżdżą na sezon. Wojewódzcy, inspektorzy pracy dostali zalecenie, żeby przy zatrudnieniu sezonowym pracodawca odbierał od pracownika dane osoby do kontaktu. Wcześniej nie było takiego obowiązku, bo nikomu nie

przyszło do głowy, że może być potrzebny. W papierach Weroniki Sobczak z sierpnia 2019 roku było imię, nazwisko, numer konta i jej własny numer telefonu. Jeden wpis więcej, jeden numer do matki w Pile i kierownik baru zadzwoniłby 12 sierpnia

2019 roku. Gdzie są dzisiaj ci ludzie? Weronika Sobczak ma 30 lat. Mieszka z matką w Pile. Rehabilitację skończyła po siu miesiącach i chodzi bez laski. Ma stwierdzone zaburzenie stresowe pazowe i jest w terapii od stycznia 2024 roku.

Nie pracuje w gastronomii. Pracuje w hurtowni, w magazynie, na stanowisku, na którym w pomieszczeniu zawsze jest ktoś jeszcze. Nie udziela wywiadów poza tym jednym zdaniem. Nie prowadzi żadnych kąt w sieci. Śpi przy zapalonym świetle w korytarzu i przy otwartych drzwiach do pokoju.

Grażyna Sobczak ma 59 lat i mieszka z córką. Po udarze z 2021 roku chodzi o własnych siłach, wolno. Sprzedała mieszkanie po swojej matce i spłaciła to, co dostała w kopertach do depozytu sądowego, chociaż nikt jej o to

nie prosił i nikt tych pieniędzy od niej nie żądał. Powiedziała, że nie chce ich mieć. O tamtych czterech latach nie mówi z nikim poza terapeutką. Kartkę z pierwszej koperty, te z jednym zdaniem, oddała policji w listopadzie 2023 roku i nigdy o nią nie zapytała.

Damian Sobczak mieszka nadal w Gdańsku. Przyjeżdża do Piły co dwa tygodnie, nie co dwa miesiące. Kinga Rybak pracuje w tej samej przychodni Chile w rejestracji. Odmówiła przyjęcia nagrody, którą chciano jej przyznać w 2024 roku.

Powiedziała, że nie zrobiła nic nadzwyczajnego, tylko zadała pytanie, które można było zadać 4 lata wcześniej. Ona i Weronika Sobczak widują się co tydzień. Halina Zawadzka mieszka w tej samej wsi i pracuje w tym samym sklepie.

Gospodarstwo rybackie zostało zamknięte. Stawy spuszczone. Budynek gospodarczy rozebrano w 2025 roku. Napiszcie w komentarzach, co według was było w tej sprawie najważniejsze. Czy to, że przez 4 lata nikt nie zapytał, bo wszystko wyglądało normalnie. Czy to, że kiedy

jedna osoba w końcu zapytała, wystarczyło 15 dni. I na koniec jeszcze jedno. Krawędź półki z nacięciami leży w depozycie sądu w Olsztynie i zostanie tam, bo w umorzonej sprawie dowodów się nie wydaje.

1578 nacięć w grupach po pięć. Przez 1578 wieczorów Weronika Sobczak rozmawiała na głos ze swoją matką. Opowiadała jej jak minął dzień. Przepraszała za lipiec.

odpowiadała sobie jej głosem. W tym samym czasie Grażyna Sobczak 280 km dalej mówiła sąsiadkom, że córka się obraziła i nie chce z nią rozmawiać. Rozmawiały codziennie przez 4ter lata i cztery miesiące.

Żadna z nich o tym nie wiedziała.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy