Uncategorized

Zaginęła w Bieszczadach. Po 5 latach przyszła na policję z plakatem o WŁASNYM ZAGINIĘCIU

To jest opowieść. Miejsce, czas oraz dane osobowe zostały zmienione. Zdjęcia są rekonstrukcją wydarzeń. Przyjemnego oglądania. 17 sierpnia 2007 roku, za 158:00 rano do posterunku policji wcisnej weszła kobieta w za dużych butach zszywanych drutem. Położyła na

ladzie kartkę złożoną na czworo, przetartą na zgięciach do dziur. Zdjęcie dziewczyny z zielonym plecakiem. Numer telefonu i data. [muzyka] 16 sierpnia 2002 roku powiedziała dyżurnemu, że to ona. 300 m dalej na cmentarzu przy kościele [muzyka] stało w tej samej chwili sześć osób. Na

rodzinnym grobie od trzech dni była nowa tabliczka z [muzyka] jej imieniem i jedną datą zamiast dwóch. 5 lat wcześniej [muzyka] szukało jej 40 ratowników bieszczackiej grupy GOPR, leśnicy i psy tropiące. Szukali 11 dni.

Potem przestali, [muzyka] bo sama o to poprosiła. Tak. Przynajmniej mówił list. Cztery słowa jej charakterem pisma. Stempel poczty w Ustrzykach dolnych. Sprawa przepisana do kategorii dobrowolnego oddalenia i zamknięta w 14 dni.

Dyżurnym tamtego ranka był policjant, który w 2002 roku jako 17latek z Ochotniczej Straży przez 9 [muzyka] dni chodził tyralierą po Dolinie Solinki i jej szukał. Skąd miała ten plakat, skoro przez 5 lat stamtąd nie wychodziła?

Dlaczego przyszła akurat tego dnia i czyje inicjały były wydrapane pod wkładką jej prawego buta? Na jedno pytanie policja odpowiedziała sobie jeszcze tego samego dnia. W dolinie, z której przyszła, nie było [muzyka] ani jednego zamka.

Kinga Suska miała 23 lata i [muzyka] dokładnie plan na najbliższe 2 lata życia. W czerwcu 2002 roku skończyła czwarty rok zoologii na Uniwersytecie Jagiellońskim i dostała temat pracy magisterskiej, o który starało się jeszcze dwoje [muzyka] studentów. Wilki Bieszczackie, nie analiza cudzych danych, tylko własny

materiał z terenu. Pochodziła z Sanoka z bloku przy ulicy Jagiellońskiej. Matka Halina od 20 lat pracowała jako pielęgniarka [muzyka] na chirurgii w sanockim szpitalu. Ojciec Andrzej miał warsztat stolarski w garażu na tyłach osiedla. Kinga była jedynaczką. Koleżanki z roku mówiły o

niej zawsze tak samo. Uparta, poukładana, nudna w dobrym sensie. Notatki terenowe prowadziła ołówkiem, bo atrament rozmywał się w deszczu. Nad lewym kolanem miała bliznę po upadku z roweru, opisaną później [muzyka] bardzo szczegółowo w dokumentacji medycznej.

Miała też jedną rzecz, która potem okazała się ważniejsza niż wszystko inne. Charakter pisma. Drobne, pochylone w prawo litery. Każdy, kto raz zobaczył jej zeszyt, rozpoznawał go bez wahania.

W te wakacje miała sprawdzić dwie fotopułapki, które katedra wypożyczyła jej w maju. Były to jeszcze urządzenia na klisze w metalowych skrzynkach z czujnikiem ruchu i lampą błyskową. Jedna sztuka kosztowała tyle, ile [muzyka] jej ojciec zarabiał przez trzy miesiące, a Kinga podpisała za nie rewers. Ta myśl

wróci do niej w najgorszym możliwym momencie. Pułapki stały w Dolinie Solinki, w rejonie starej drogi na Łopienkę. Żeby wyjąć kliszę i założyć nową, trzeba było zejść ze szlaku i przejść kilka [muzyka] godzin dnem doliny. Bieszczady w okolicach Cisnej to nie są góry, które

straszą na pierwszy rzut oka. Nie ma tu ścian przepaści. Są zaokrąglone grzbiety i bukowe lasy, w których widoczność [muzyka] spada do kilkudziesięciu metrów. Niebezpieczna jest tu pustka. Po wysiedleniach z lat 40. Z całych wsi zostały fundamenty cerkwi, przydrożne

krzyże i zarośnięte cmentarze z cyrylicą na kamieniach. W niektórych dolinach można iść przez cały dzień i nie minąć ani jednego domu. W sierpniu rano bywa tu 25 stopni, a po południu od zachodu [muzyka] wchodzą burze i potoki podnoszą się w godzinę o metr. Zasięgu w dolinach

nie było wtedy prawie wcale. [muzyka] Zdarzało się, że połączenie alarmowe z tego rejonu trafiało do operatora po ukraińskiej stronie i wracało do Polski okrężną drogą przez dyżurnego GOPR w Sanoku. Halina była przeciwna temu wyjazdowi i awantura trwała w domu dwa tygodnie.

Ojciec stał po stronie córki i powtarzał, że Kinga zna te góry lepiej niż oni oboje razem. Skończyło się kompromisem. Ctery dni żadnych nocy powyżej granicy lasu i telefon Cisnej w poniedziałek 19 sierpnia wieczorem.

14 sierpnia Halina odwiozła córkę na dworzec autobusowy w Sanoku. Nie pożegnały się. Były pokłócone od tygodnia i matka została w samochodzie. Przez następne pięć lat wracała do tych czterech minut częściej niż do czegokolwiek innego w swoim życiu. 15

sierpnia we wniebowzięcie Kinga zadzwoniła z Cisnej. Rozmowa trwała niecałe trzy minuty. Powiedziała, że idzie w dolinę, że wszystko ma i żeby mama się nie denerwowała. Halina odpowiedziała, że nie będzie się denerwować. To było ostatnie zdanie, jakie powiedziała córce.

16 sierpnia Kingę widziano po raz ostatni. Kobieta ze sklepu w Cisnej pamiętała dziewczynę z dużym zielonym plecakiem, która kupiła chleb, puszki i dwie zapalniczki i wypytywała o stan wody w Solince.

Drugim świadkiem był turysta z Rzeszowa, który po południu fotografował połoninę. Na jednej z jego klatek w prawym dolnym rogu widać sylwetkę z zielonym plecakiem schodzącą ze szlaku w dół [muzyka] doliny. To było ostatnie potwierdzone zdjęcie Kingi Suskiej. W nocy z 16 na 17 sierpnia nad Bieszczadami przeszła

burza. Potoki, które po południu miały po kostki, nad ranem niosły kamienie, a leśnicy zamknęli dwie drogi stokowe. Nikt wtedy nie łączył tej burzy z żadnym nazwiskiem, bo jeszcze nie było żadnego nazwiska. W poniedziałek 19 sierpnia telefon z Cisnej nie przyszedł. Halina

czekała do 22:00. Potem dzwoniła do akademika, do katedry i do koleżanek. Andrzej przekonywał ją, że dziewczyna została dzień dłużej przy pułapkach i wróci rano. Sam nie spał. Zgłoszenie przyjęto we wtorek 20 sierpnia, kwadrans po 8:00 rano na posterunku wcisnej.

W polskim prawie nigdy nie było przepisu, który kazałby odczekać dobę, zanim zgłosi się zaginięcie. [muzyka] Dyżurny wypełnił formularz, spisał rysopis i zapytał o to, o co pyta się zawsze. Czy w domu były awantury, czy mówiła kiedyś, że chce wyjechać. Halina odpowiedziała, że była awantura o ten

wyjazd. To zdanie trafiło do protokołu i zostało [muzyka] tam na 5 lat. Ratownicy bieszczackiej grupy GOPR ruszyli w Dolinę Solinki tego samego dnia przed południem. Drugiego dnia było ich [muzyka] 22, czwartego ponad 40. Doszli przewodnicy, leśnicy, strażacy, ochotnicy i chłopcy z

Cisnej, którzy znali te lasy od dziecka. W czwartek nad doliną krążył śmigłowiec. Nie znaleźli nic, ani plecaka, ani śladu obozowiska, ani jednego opakowania. Woda po burzy zabrała wszystko, co mogło leżeć przy potoku. Psy dwukrotnie podjęły trop przy starej drodze na

łopienkę i dwukrotnie zgubiły go po kilkuset metrach w miejscu, gdzie strumień wychodził na kamienne pole. Ósmego dnia zawieziono Halinę do Cisnej, żeby rozpoznała zdjęcie turysty z Rzeszowa. Zielony plecak poznała wcześniej niż sylwetkę córki. Wtedy po

raz pierwszy usłyszała zdanie, które w takich sytuacjach pada zawsze i zawsze znaczy [muzyka] to samo, że szukają dalej, ale muszą brać pod uwagę wszystkie możliwości. Tego samego wieczoru Halina pojechała do punktu kserowo w lesku i wydrukowała 200 plakatów. Zdjęcie z zielonym plecakiem,

wzrost, kolor włosów, blizna nad kolanem i numer domowego telefonu. Rozwieszała je sama na przystantach, na sklepach, na słupach przy drodze na wetlinę i na tablicy przy kościele wcisnej. Przez następne 5 lat wymieniała je co roku, zawsze w sierpniu. Nie miała

pojęcia, gdzie trafi jeden z nich. 11 dnia w piątek 30 sierpnia akcję ograniczono do dwóch patroli. Rano Andrzej Suski zszedł do skrzynki na listy w bloku przy Jagiellońskiej.

Między rachunkiem za gaz a ulotką leżała koperta bez nadawcy ze stemplem poczty w ustrzykach dolnych. W środku była kartka w kratkę wyrwana z notatnika. Na niej cztery słowa napisane drobnym pochylonym w prawo pismem jego córki. Nie szukajcie mnie, przepraszam.

5 lat to wystarczająco długo, żeby wszystko w jednej rodzinie [muzyka] ustawiło się w nowym porządku. Halina Suska nie zmieniła w pokoju córki niczego. Co roku w sierpniu brała urlop, jechała [muzyka] do Cisnej, zdejmowała ze słupów wyblakłe plakaty i wieszała nowe z tym samym zdjęciem [muzyka] i tym samym numerem telefonu.

Ludzie w dolinie znali ją z widzenia i mówili o niej: “Ta pani z Sanoka”. Andrzej przestał jeździć po trzecim roku. W 2006 pierwszy raz powiedział żonie, że trzeba to skończyć. Nie kłócili się o to głośno. Po prostu przestali o tym rozmawiać, a potem przestali rozmawiać prawie zupełnie.

Formalnie Kinga wciąż żyła. Polskie prawo pozwala uznać zaginionego za zmarłego dopiero po 10 latach od końca roku, w którym według istniejących wiadomości jeszcze żył. Żadnego aktu zgonu nie było i być nie mogło.

Nie było grobu, nie było urny, nie było nawet sprawy, bo policyjne poszukiwania zamknięto we wrześniu 2002 roku. 14 sierpnia 2007 roku Andrzej Suski zamówił u kamieniarza w Sanoku tabliczkę imię, nazwisko i jedna data. Przykręcił ją do

rodzinnego grobu na cmentarzu w Cisnej [muzyka] przy kościele obok swoich rodziców. Halinie powiedział o tym dwa dni wcześniej. Z księdzem umówił mszę na piątek w rocznicę. 17 sierpnia w piątek rano przyjechali do Cisnej osobno.

Andrzej z Sanoka [muzyka] Halina dzień wcześniej jak co roku z torbą świeżych plakatów. Na mszy o 7:30 byli oni dwoje Ola Rybak i Bartek Mazur, którzy studiowali z [muzyka] Kingą oraz sąsiadka Suskich. Po mszy wszyscy przeszli na cmentarz. Było kilka stopni ciepła i mgła nad Solinką. W tym samym

czasie, 300 metr dalej drzwi posterunku policji wcisnej otworzyła kobieta w mokrej po kolana spódnicy i w męskich butach zszywanych drutem. Dyżurny sierżant Tomasz Cwynar miał tego dnia służbę od 6:00. Później w protokole opisze to bardzo dokładnie. Kobieta nie

odezwała się od progu. Podeszła do lady, wyjęła z zapazuchy kartkę złożoną na czworo i położyła ją przed nim. Papier był przetarty na zgięciach do dziur i sklejony taśmą. Sfynar poznał ten plakat, zanim zdążył cokolwiek pomyśleć.

W 2002 roku miał 17 lat i jeździł z ojcem do Ochotniczej Straży. Przez 9 [muzyka] dni chodził wtedy tyralierą po Dolinie Solinki w kurtce o trzy numery za dużej i szukał dziewczyny z tego zdjęcia.

Z protokołu z 17 sierpnia 2007 roku kobieta wskazała palcem na fotografię i powiedziała: “To ja nie poznał jej”. Na plakacie była 23latka z długimi włosami i plecakiem, opalona, roześmiana. Przed nim stała kobieta z włosami obciętymi

przy skórze, z twarzą ogorzałą, jak u człowieka pracującego całe życie na zewnątrz, z dłońmi pociemniałymi tak, że nie dało się ich domyć. Wyglądała na 40 lat, miała 28. Cwynar zadał trzy pytania, które przyszły mu do głowy jako pierwsze. Jak nazywa się jej

matka? Jaki jest numer telefonu do domu? Co ma nad lewym kolanem? Odpowiedziała na wszystkie trzy. Numer podała z pamięci. Potem zapytał skąd przyszła i wtedy pierwszy raz zamilkła. Powiedziała tylko, że szła całą noc i że to niedaleko. Na pytanie, czy ktoś ją skrzywdził, nie odpowiedziała w ogóle.

Dyżurny zadzwonił do Sanoka. W mieszkaniu przy Jagiellońskiej nikt nie odbierał, bo w mieszkaniu przy Jagiellońskiej nikogo nie było. Wtedy cwynar zrobił rzecz, której nie przewiduje żadna procedura. Zostawił kobietę z drugim policjantem, wyszedł z posterunku i poszedł pod kościół, bo wiedział od żony, że tego dnia rano jest

msza w intencji tej samej dziewczyny. Halina Suska stała przy grobie z nową tabliczką. Policjant, którego znała z widzenia, podszedł do niej i powiedział, żeby poszła z nim na posterunek. Z jej zeznań złożonych półtora roku później przed sądem, pomyślałam, że znaleźli ciało. Przez całą drogę

myślałam tylko o tym, żeby zdążyć tam przed mężem. Spotkanie matki z córką trwało kilkanaście sekund i odbyło się na korytarzu przy drzwiach dyżurki. Cwynar [muzyka] zeznał, że Halina nie krzyknęła i nie zemdlała. Stanęła w odległości dwóch kroków. spojrzała na obcięte włosy i na buty, a potem powiedziała: “Kinga”.

Dziewczyna [muzyka] odpowiedziała: “Przepraszam za ten list”. Karetka zabrała ją do szpitala w Sanoku przed 9:00. Zabezpieczono jej ubranie. Spódnic z szarego płótna, koszule męskiego kroju i buty. Wszystko to trafiło do [muzyka] depozytu jako rzeczy osoby zaginionej odnalezionej. Dokumentacja medyczna z

pierwszej doby weszła później do akt sprawy. 168 cm wzrostu, 49 kg, kaszel z odkrztuszaniem ciemnej wydzieliny i zmiany w płucach, typowe dla wieloletniej ekspozycji na dym [muzyka] i smołę.

Blizzny po oparzeniach, na wewnętrznej stronie obu dłoni i na przedramionach, stare odmrożenia trzech palców prawej stopy, osiem zębów do usunięcia. ani jednego śladu leczenia stomatologicznego. Stopy starte do żywego mięsa na obu piętach. I jeszcze jedno, czego nie było

w papierach medycznych, a co odnotował lekarz dyżurny w notatce dla policji. Przez 5 lat w systemie ochrony zdrowia nie było po tej pacjentce ani jednego śladu, żadnej wizyty, żadnej recepty, żadnego ubezpieczenia.

Tożsamość potwierdzono nazajutrzów [muzyka] DNA z materiałem matki. Buty pojechały tego samego popołudnia do Leska, do techników. Rozmiar 41 przy jej 37. Skóra zszyta drutem w [muzyka] dwóch miejscach. Podeszwa starta do gładka.

Technik wyjął obie wkładki, żeby je wysuszyć. Pod prawą na spodzie były dwie litery wydrapane długopisem D i L. Kinga Suska powiedziała, że nie wie co to znaczy.

Powiedziała też, że buty dostała w domu, w którym mieszkała i że stały tam od dawna w szopie. [muzyka] Pierwsze przesłuchanie odbyło się w szpitalu w sobotę 18 sierpnia i trwało 20 minut. Odpowiadała krótko i wyłącznie na pytania o siebie. Gdzie była? Nie powiedziała. Kto ją tam trzymał? nie powiedziała. Kiedy padło pytanie,

dlaczego nie uciekła wcześniej, odwróciła głowę do okna, a potem bez żadnego pytania powiedziała zdanie, od którego zaczęło się wszystko, co wydarzyło się w tej sprawie przez następne [muzyka] dwa lata. Że trzeba jechać tam dzisiaj, bo została tam dziewczyna, która ma 19 lat [muzyka] i nosi teraz jej imię.

Zanim wejdziemy razem z policją do tej doliny, jedna prośba. Jeśli [muzyka] oglądacie ten materiał do tego momentu, zostawcie subskrypcję i napiszcie w komentarzu jedno zdanie. Czy na miejscu tych policjantów [muzyka] uwierzylibyście człowiekowi, który na wszystkie pytania odpowiada spokojnie i pokazuje papiery? Dla mnie to ważne, a

dla kanału jeszcze ważniejsze. Sprawę przejął komisarz Marek Sowa [muzyka] z Komendy Powiatowej w Lesku. 42 lata, 17 lat służby. W sobotę 18 sierpnia 2007 roku prokurator rejonowy wydał postanowienie o przeszukaniu w sprawie o bezprawne pozbawienie

wolności. Podstawą było jedno zdanie z protokołu przesłuchania w szpitalu, że w tamtym domu została 19olatka. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział gdzie jest tamten dom. Kinga Suska potrafiła opisać drogę tylko od strony, z której szła w nocy. Wymieniła trzy rzeczy. brody przez potok, fundamenty

cerkwi po lewej i stare cmentarzysko węglarskie przy drodze stokowej. Leśniczy z Cisnej wskazał to miejsce na mapie w 4 minuty. W dolinie za Łopienką od dwóch lat pracowała brygada wypalająca węgiel drzewny. Miała umowę [muzyka] z nadleśnictwem. Odbierała surowiec, płaciła za drewno i oddawała

towar odbiorcy z Rzeszowa. Nikogo to nie dziwiło. Wypał węgla to w Bieszczadach normalna robota, a brygady wędrują za wyrębem i mieszkają w tym, co da się przewieźć. Dym nad doliną stoi tygodniami i nie znaczy nic poza tym, że ktoś pracuje.

Kolumna wyjechała z Cisnej w niedzielę o 5:00 rano. 18 km drogą stokową, dwa brody, ostatni kilometr pieszo, bo radiowóz nie przeszedł. Był komisarz Sowa, prokurator, siedmiu funkcjonariuszy i lekarz. To, co zobaczyli w dolinie nie przypominało kryjówki. Dwa przewoźne baraki na

kołach. wiata, warsztat, składzisko drewna ułożone w równe sągi, sześć retort z blachy, z których dwie były pod ogniem, pole ziemniaków, kozy, ujęcie wody z potoku, sznur z praniem. Wszystko czyste, poukładane i najwyraźniej działające od lat. W obozie było 11

osób, siedmiu mężczyzn i cztery kobiety w wieku od 19 do 63 lat. Ubrani podobnie w szarym płótnie, mężczyźni z brodami. Na widok policji nikt nie uciekał. Kobiety dalej stały przy praniu.

Roman Stek wyszedł im naprzeciw sam. 54 lata, wysoki, spokojny, mówiący pełnymi zdaniami. Przedstawił się imieniem i nazwiskiem, [muzyka] zanim ktokolwiek zdążył o nie zapytać. Do 98 roku był księdzem. Wyświęcony w 89

przez 9 lat pracował w parafiach w Małopolsce. W 98 został suspendowany i pozbawiony [muzyka] prawa wykonywania posługi. Kuria nigdy publicznie nie podała powodu. Sam Stec mówił o tym otwarcie i zawsze tak samo, że kościół wybrał wygodę, a on wybrał

pokutę. Na przełomie tysiącleci zebrał wokół siebie kilkanaście osób. ludzi po rozwodach, po nałogach, po więzieniu, po bankructwach. Wspólnota dobrego łotra nie była zarejestrowana jako związek wyznaniowy ani jako stowarzyszenie.

Formalnie nie istniała. Istniała za to brygada węglarska z umową, nipunkami. Sowa pokazał mu zdjęcie z plakatu. Stek spojrzał i odpowiedział bez pauzy, że owszem, ta kobieta mieszkała [muzyka] z nimi 5 lat, że nazywała się siostra Zofia. że przyszła sama w 2002 i

[muzyka] że odeszła w nocy w czwartek, nikomu nic nie mówiąc. Powiedział też, że się o nią martwili i że cieszy się, że żyje. Potem wszedł do baraku i wyniósł teczkę. W teczce było oświadczenie napisane odręcznie [muzyka] z datą wrzesień 2002 roku. Trzy zdania o

dobrowolnym przystąpieniu do wspólnoty, o rezygnacji z rzeczy [muzyka] własnych i o posłuszeństwie. Pod spodem podpis. drobne pochylone w prawo litery. Sowa zeznał później, że w tamtej chwili po raz pierwszy poczuł, że ta sprawa mu się osuwa. 19latkę znaleźli [muzyka] przy

retortach. Marzena K. Wychowanka domu dziecka w Tarnobrzegu, od kwietnia bez stałego adresu. Nikt jej nie szukał, bo nie było komu. Powiedziała policjantom, że jest tu z własnej woli, że nikt jej nie bije i że chce zostać. Na pytanie o imię [muzyka] odpowiedziała, że nazywa się siostra Zofia.

Zabrano ją mimo to, bo prokurator uznał, że jest w stanie zagrożenia. W radiowozie milczała przez całą drogę. W sieniach jednego z baraków na półce nad wejściem stało 11 par butów ustawionych równo podeszwami do ściany. W szopie w skrzyni leżało jeszcze osiem par

zapasowych. Na jednej parze damskich butów turystycznych wyczyszczonych i przechowywanych osobno była tekturowa przywieszka z napisem Zofia, rozmiar 37. To były buty Kingi Suskiej, te w których przyjechała w Bieszczady w 2002 roku.

Stały w szopie 5 lat wyszła w cudzych. Zabezpieczono dokumenty brygady, zeszyty rozliczeń [muzyka] i 23 dowody osobiste przechowywane w metalowej kasetce w baraku Steca. Wszystkie należały do dorosłych ludzi. Wszyscy oni, zapytani po kolei, powiedzieli to samo. Oddali je

dobrowolnie. W dogaszonym popielisku pod jedną z retort technicy znaleźli metalowe [muzyka] części odzieży, guziki, zamek błyskawiczny i dwie klamry. Spalone w ciągu ostatnich trzech dni.

Stec wyjaśnił, że palą stare ubrania, bo nie ma ich gdzie wyrzucać. Przesłuchanie Romana Steca trwało tego dnia 4 godziny i nie dało prokuratorowi nic. Nie zaprzeczał niczemu, co dało się sprawdzić i nie przyznał się do niczego, czego sprawdzić się nie dało. Powtarzał

jedno zdanie: “Drzwi w tej dolinie nigdy nie miały zamka”. Sowa zadał mu na koniec pytanie, które zadał odruchowo na wyjściu już bez protokołu. Zapytał skąd w ogóle wzięło się imię Zofia. Stec odpowiedział, że imiona we wspólnocie nie należą do

ludzi, tylko do miejsc przy pracy i że przechodzą na następnych. Sowa zapytał, która z kolei była Kinga. Stec pomyślał chwilę i powiedział: “Trzecia. Wszystko co teraz usłyszycie pochodzi z zeznań Kingi Suskiej złożonych w toku śledztwa i przed sądem okręgowym w Krośnie.

Składała je przez 2 lata, w sumie 11 razy. 16 sierpnia 2002 roku rozbiła namiot w Dolinie Solinki około kilometra poniżej pierwszej fotopułapki. [muzyka] Klisze z niej wyjęła po południu i schowała do plecaka razem z aparatem, dokumentami, portfelem i telefonem. Druga pułapka

wisiała 3 [muzyka] km dalej w bocznym jarze i miała ją sprawdzić nazajutrz. Burza przyszła po 22:00. Woda w potoku podniosła się w ciągu [muzyka] niecałej godziny z zeznań. Obudziłam się, bo pod karimatą chlupało. Wyszłam po plecak, bo stał na zewnątrz pod folią. Nie zdążyłam

o jakieś pół minuty. Zobaczyła, jak plecak obraca się w nurcie i znika załomem. Poszła za nim brzegiem w ciemności. przewróciła się dwa razy i przestała dopiero wtedy, gdy straciła z oczu własny namiot. Do rana siedziała pod świerkiem w mokrym polarze bez zapalniczki, bo obie kupione wcisnej

zapalniczki były w plecaku. Rano nie znalazła ani namiotu, ani plecaka. Zostało jej to, co miała na sobie i zegarek. Poszła w dół doliny, bo tak uczy się w każdej szkole i tak podpowiada rozsądek.

Nie miała mapy ani kompasu. Oba były w plecaku. Dolina Solinki [muzyka] w tym miejscu skręca, a boczne jary wyglądają identycznie. Po kilku godzinach nie wiedziała już, czy idzie w dół tej samej doliny. Drugiej nocy zmarzła na tyle, że przestała czuć [muzyka] palce stóp. Piła

wodę z potoku, jadła borówki. 17 sierpnia po południu zobaczyła dym. Nie jeden słup, tylko szeroką, nisko wiszącą smugę, która pachniała żywicą i smołą. Szła w jej stronę [muzyka] ctery godziny z zeznań. Zobaczyłam blachy, ogień i

ludzi. Pomyślałam, że jestem uratowana. Naprawdę tak pomyślałam. Dwaj mężczyźni z naręczami buka zaprowadzili ją do obozu. Dostała suche ubranie, zupę, miejsce przy piecu i łóżko w baraku kobiet. Kobieta o siwych włosach obejrzała jej stopy, posmorowała

pęcherze i powiedziała, żeby przez dwa dni nie chodziła. Nikt jej o nic nie [muzyka] wypytywał. Pierwszy raz poprosiła o odwiezienie do Cisnej trzeciego dnia. Usłyszała, że po burzy zerwało przepust na drodze stokowej i samochód nie przejedzie, a pieszo z jej stopami nie

ma mowy. To była prawda. Przepust rzeczywiście zerwało. Leśnicy naprawili go dopiero we wrześniu. 10 [muzyka] dnia Roman Stez przyjechał z Cisnej i usiadł przy niej z plakatem w ręku. Powiedział jej, że jej matka rozwiesiła 100 plakatów, że w dolinach chodzi 40 ratowników gopr, że lata śmigłowiec, że

szuka jej wieś i ludzie z trzech nadleśnictw. [muzyka] Powiedział, że dwa dni wcześniej jeden z ratowników spadł ze skarpy i połamał sobie żebra. To ostatnie było kłamstwem. W dokumentacji GOPR z sierpnia 2002 roku nie ma żadnego wypadku ratownika. Z zeznań. Siedziałam i liczyłam ile

kosztowały te dwa aparaty, za które podpisałam rewers. Myślałam, że przez moją głupotę ludzie łażą po mokrych stokach i łamią sobie kości. Miałam 23 lata i wydawało mi się, że to najgorsza rzecz, jaką w życiu zrobiłam.

Stec zaproponował rozwiązanie. jeden list, cztery słowa, żeby odwołali akcję i żeby nikt więcej nie ryzykował. Potem ona odpocznie tydzień, wyleczy stopy, a on sam odwiezie ją do Sanoka, kiedy będzie gotowa spojrzeć matce w oczy. Napisała

ten list przy stole w baraku, przy nim. Kopertę zaadresowała własną ręką. Wysłała ją kobieta ze wspólnoty z poczty w Ustrzykach Dolnych [muzyka] 29 sierpnia. Tydzień minął bez żadnej rozmowy o wyjeździe. Kiedy zapytała, usłyszała, że samochód ma zerwane sprzęgło i czeka na część z Rzeszowa.

Potem okazało się, że część przyjdzie po świętach. Potem spadł śnieg i droga stokowa stanęła na trzy miesiące. Gdzieś w tym czasie przestano pytać ją, kiedy chce wyjechać i zaczęto dawać jej robotę. Najpierw kuchnia i kozy, potem sortowanie węgla, w końcu praca przy retortach, wsad, rozpalenie, pilnowanie

przez dwie doby, rozładunek. Ręce w bąblach, potem w bliznach, potem w takich odciskach, że nie czuła gorąca. We wrześniu podpisała oświadczenie o przystąpieniu do wspólnoty.

Nikt jej nie stał nad głową. Wytłumaczono jej to prosto. [muzyka] Mieszka tu, je tutejsze jedzenie i pracuje jak wszyscy, więc niech to będzie uczciwe. Dowód osobisty [muzyka] oddała do kasetki, bo wszyscy oddawali. Imię dostała w listopadzie przy wspólnym stole. Od tej pory nazywała się siostra

Zofia. Z zeznań nikt mnie nigdy nie uderzył ani razu przez 5 lat. Gdyby mnie bili, wyszłabym na [muzyka] drugi dzień. W grudniu 2002 roku poprosiła, żeby odwieźli ją do domu na święta. Nie odmówiono jej. Wstec powiedział tylko, że skoro wciąż nie wie czego chce, to

potrzebuje ciszy i posłał ją do pustego baraku na drugim końcu polany. Przez 18 dni nosiła tam jedzenie ta sama siwa kobieta, która opatrywała jej stopy. Nikt inny się nie odzywał. Kiedy wracała do wspólnego stołu, ludzie odwracali wzrok. W szóstym dniu zaczęła mówić do

siebie na głos, żeby słyszeć [muzyka] jakikolwiek głos. Wypuszczono ją 1 stycznia. Stek przyszedł po nią sam i powiedział zdanie, które powtarzał jej potem przez 5 lat w różnych wersjach. że jej matka dostała list, że matka już ją pochowała i ułożyła sobie życie i że jeśli teraz

wróci, będzie musiała spojrzeć tej kobiecie w twarz i powiedzieć, że żyła przez ten cały [muzyka] czas kilkanaście kilometrów od cisnej i nie dała znaku. Z zeznań uwierzyłam mu. To jest jedyna rzecz, której do dziś nie umiem sobie wybaczyć. Nie tego, że [muzyka] nie

uciekłam, tego, że mu uwierzyłam. Zimą, kiedy leżała w tamtym pustym baraku, siwa kobieta przyniosła jej koc i powiedziała, żeby się nim przykryła, bo to dobry koc. Zostawiła go Dorota.

Kinga zapytała, kim jest Dorota. Kobieta odpowiedziała, [muzyka] że to dziewczyna, która była przed nią i że wyjechała do Niemiec. Potem zabrała pustą miskę, zgasiła lampę i przez następne cztery lata nigdy więcej nie wymówiła tego imienia.

Sprawa z 2002 roku leżała w archiwum komendy w lesku w jednej teczce. 63 karty. Protokół przyjęcia zgłoszenia. Rysopis, plan poszukiwań, GOPR. Notatka o zdjęciu turysty z Rzeszowa. Koperta ze stęlem z Ustrzyk. Opinia o zgodności charakteru

pisma i postanowienie o zakończeniu czynności poszukiwawczych z 4 września. Komisarz Sowa [muzyka] przeczytał te 63 karty w poniedziałek wieczorem 20 sierpnia 2007 roku. Zajęło mu to niecałą godzinę. Potem zadzwonił do żony, że nie wróci na noc. W polskim prawie nigdy nie istniał przepis nakazujący policji

poszukiwanie dorosłego człowieka. Zasady określa wewnętrzne zarządzenie komendanta głównego, którego część jest niejawna i które nie jest powszechnie obowiązującym prawem. Rodzina nie może się na nie powołać ani zażądać na jego podstawie informacji o tym, co w sprawie zrobiono. Dorosły ma prawo odejść.

Jeżeli przyśle list, że odszedł dobrowolnie, sprawa kończy się na tym liście. Halina Suska przez 5 lat 17 razy pisała do policji, prokuratury i do posłów. W aktach są kopie 12 odpowiedzi.

Wszystkie mówią to samo w różnej kolejności słów. We wtorek Sowa pojechał do Krakowa. Olga Rybak, wtedy już doktorantka na tym samym wydziale, pamiętała sprawę sprzętu bardzo dokładnie, bo to ona ją zamykała.

We wrześniu 2002 roku katedra spisała jedną fotopułapkę na straty. Drugą, tę z bocznego jaru, zdjął z drzewa Bartek Mazur w listopadzie przy okazji wyjazdu terenowego. Urządzenie oddał do magazynu. Klisza została w środku. Nikt jej nie wywołał. Sprawa była zamknięta.

Dziewczyna według policji odeszła sama, a katedra miała tylko odzyskać sprzęt. Rolka poszła do pudła z opisem: “Solinka do wywołania, pudło na półkę, półka do magazynku przy ciemni”. Stała tam 4 [muzyka] lata i 10 miesięcy.

Olga wyciągnęła to pudło w środę 22 sierpnia 2007 roku. [muzyka] Klisze wywołano w laboratorium policyjnym w Rzeszowie następnego dnia. 35 [muzyka] klatek. Większość nieczytelnych albo pustych. Cztery z sarnami, jedna z lisem. [muzyka] Na klatce ner 21 z datą 12 września 2002

roku, godzina 17:40 lampa [muzyka] błyskowa oświetliła dwóch mężczyzn schodzących dnem jaru. Idący z przodu niósł na jednym ramieniu duży plecak, ciemny, z jaśniejszymi tośmami po bokach. Ten sam plecak, który według wszystkich dotychczasowych ustaleń

zabrała woda w nocy z 16 na 17 sierpnia. Drugiego mężczyznę rozpoznano po trzech tygodniach. Boris Wrona, 30 lat, we wspólnocie od 17 roku życia. Wtedy Sowa wrócił do metalowej kasetki zabezpieczonej w baraku Steca. 23 dowody

osobiste spisane co do jednego. Na liście pod pozycją dziewiątą był dowód osobisty wydany w Sanoku na nazwisko Kinga Suska. Dokument, który miał odpłynąć z prądem leżał w tej kasetce od pięciu lat.

To była pierwsza rzecz w tej sprawie, której Roman Stec nie potrafił wyjaśnić. Tłumaczenie jakie podał brzmiało, że plecak znaleźli w zatorze poniżej obozu i że oddali [muzyka] go dziewczynie, a ona sama nie chciała nic z nim robić. Nie wyjaśniało, dlaczego przez 5 lat nie powiadomili nikogo, że w lesie leży

rzecz należąca do osoby, której plakaty wisiały w całej dolinie. Równolegle szła druga ekspertyza. Biegły z zakresu [muzyka] badania pisma ręcznego dostał do porównania list z 2002 roku, oświadczenie steczki steca i zeszyty Kingi z czasów studiów. Wniosek był

jednoznaczny i niekorzystny dla śledztwa. Oba dokumenty napisała ona bez żadnych oznak przymusu fizycznego pismem swobodnym. Ale w opinii znalazła się jeszcze jedna uwaga, na którą biegły poświęcił pół strony. Słownictwo.

Czterowyrazowy list nie daje materiału. Natomiast oświadczenie o przystąpieniu do [muzyka] wspólnoty zawierało zwrot o rezygnacji z rzeczy własnych. Konstrukcja [muzyka] rzadka, nienaturalna dla osoby 23letniej i nie występująca w żadnym z jej zeszytów.

Sowa poprosił Komendę Wojewódzką w Rzeszowie o wykaz spraw z Podkarpacia z lat 97 do 2002, w których zaginięcie dorosłej kobiety zamknięto po otrzymaniu pisma od zaginionej. Odpowiedź przyszła po dziewięciu dniach.

Takich spraw było w tamtym okresie 26. 24 odpadły od razu, bo kobiety odnalazły się żywe. Zostały dwie. [muzyka] Pierwsza Zofia Bąk, 46 lat, Krosno. Zaginęła w 97. Rodziny nie miała.

Zgłoszenia złożyła sąsiadka. W aktach jest kartka z jednym zdaniem o tym, że odchodzi z własnej woli i prosi jej nie szukać. Druga. Dorota Lis, 21 lat, Rzeszów. Zaginęła w lipcu 99.

Wyjechała autostopem w Bieszczady i nie wróciła. Po miesiącu matka dostała list z ostrzyckiej poczty, napisany ręką córki. Sprawę zamknięto we wrześniu jako dobrowolne oddalenie. W tym liście, w zdaniu drugim Dorota Le pisała matce, że zrezygnowała z rzeczy własnych. Zofia,

[muzyka] imię, które we wspólnocie nie należało do ludzi, tylko przechodziło na następne. I dwie litery wydrapane długopisem pod wkładką prawego buta, w którym Kinga Suska przeszła w nocy 18 km, żeby wejść na posterunek wcisnej. D i L. Przez pierwsze dwa lata Kinga Suska

trzymała się w jeden sposób. liczyła. We wspólnocie nie było kalendarza ani zegarów. Był za to porządek świąt, który Roman Wstez odmierzał bardzo dokładnie, bo na nich opierał całe życie obozu. Popielec, Wielkanoc, wniebowzięcie wszystkich świętych, Pasterka. Kinga

przywiązywała do tych dat wszystko inne i w głowie prowadziła własny rachunek. Ile tygodni do świąt, ile wsadów do retorty w tym tygodniu, który to już rok? Z zeznań. Dopóki wiedziałam jaki jest dzień, byłam jeszcze sobą. Bałam się tylko jednego, że [muzyka] przestanę liczyć.

W styczniu 2004 roku uciekła. Wyszła nad ranem w śnieg w za dużych gumowcach ze wspólnej półki. Nie wiedziała, w którą stronę jest cisna, więc poszła za jedynym śladem, jaki był widoczny. Za koleinami samochodu, który dwa dni wcześniej przywiózł mąkę. Koleiny

skończyły się po 6 km. przy zawróconym końcu drogi stokowej. Znaleźli ją następnego dnia południu 2 km od obozu [muzyka] w jarze z odmrożonymi palcami prawej stopy. To te odmrożenia opisali lekarze w Sanoku 3 i pół roku później.

Nikt jej nie krzyczał, nikt nie wspomniał o ucieczce ani razu. Opatrzyli jej stopę, dali suche skarpety [muzyka] i herbatę, a Stec usiadł przy niej wieczorem i powiedział, że nie ma do niej żalu, bo ona po prostu jeszcze nie rozumie, dokąd chciałaby wrócić.

Potem zadał jej pytanie, które ona sama nazwała przed sądem najgorszym zdaniem, jakie usłyszała w życiu. Zapytał, co dokładnie powie matce. kiedy tamta otworzy drzwi.

Z zeznań siedziałam z tą odmrożoną nogą i naprawdę próbowałam ułożyć to zdanie. Nie umiałam. I wtedy pierwszy raz pomyślałam, że może rzeczywiście jest za późno. Po tej zimie przestała liczyć tygodnie. Rachunek w głowie się rozsypał. W zeznaniach mówiła, że rok 2005 pamięta gorzej niż pierwsze trzy

miesiące w Dolinie. W lipcu 2005 roku Borys Wrona przywiózł z Cisnej worek makulatury na rozpałkę. Stare gazety, ulotki sklepowe, kartony. Kinga rozdzielała to przy piecu w kuchni. W połowie worka było jej własne zdjęcie. Plakat był świeży z tego samego [muzyka] roku. Zielony plecak, jej twarz

sprzed pięciu lat, wzrost, kolor włosów, blizna nad kolanem i numer telefonu do mieszkania przy Jagiellońskiej. [muzyka] Na dole data 16 sierpnia 2002 roku. Z zeznań. Trzy lata mi mówiono, że matka dostała list i ułożyła sobie życie, a ja trzymałam w ręku dowód, że ona co roku

drukuje mnie od nowa i przychodzi z tym w to samo miejsce. Schowała plakat pod deskę pryczy. Miała go przy sobie przez następne dwa lata i to jego położyła potem na ladzie posterunku. Od tamtego dnia znów liczyła, tylko inaczej. Nie tygodnie [muzyka] do świąt, ale dni do 16

sierpnia, bo to była jedyna data, o której wiedziała, że ktoś ją pamięta. W 2006 została starszą przy retortach. Miała pod sobą dwóch mężczyzn. Odpowiadała za wsad i za wypał. Stec stawiał ją za wzór. Dostała osobne łóżko przy ścianie i prawo do dokładki. To

jest ta część jej zeznań, której obrona później użyła najmocniej. że była zaufana, że nikt jej nie pilnował i że [muzyka] mogła odejść każdego dnia z zeznań. Tak, mogłam wyjść każdego dnia przez 5 lat. Proszę mnie zapytać, dokąd?

6 sierpnia 2007 roku do obozu przywieziono 19astolatkę. Chuda, w cudzej kurtce, bez rzeczy. Wyszła z domu dziecka w Tarnobrzegu. [muzyka] Przez cztery miesiące mieszkała u kogoś w Rzeszowie, potem u nikogo.

Kinga dostała polecenie, żeby ją umyć, nakarmić i położyć przy piecu. 12 sierpnia przy wspólnym [muzyka] stole Stec nadał dziewczynie imię, siostra Zofia. Tego samego wieczoru Kinga dostała polecenie, żeby oddać nowej swoje rzeczy robocze: fartuch, rękawice i buty ze wspólnej półki. sobie miała

wziąć inne ze skrzyni w szopie z zeznań. Stałam nad tą skrzynią i nagle wszystko było proste. [muzyka] Ja nie byłam człowiekiem, który tam mieszka. Ja byłam miejscem przy retorcie. Miejsce zwolniło się po Dorocie. Przez 5 lat zajmowałam je ja, a teraz zajmie je ta dziewczynka.

I dokładnie tak samo zwolnij się po mnie. W skrzyni znalazła męskie buty rozmiar 41 zszywane drutem w dwóch [muzyka] miejscach. Były za duże o cztery numery. Były jedyne całe. Wyszła w nocy z 16 na 17 sierpnia po 2:00, kiedy wygasła

ostatnia retorta i nie było już przy niej dyżuru. Nie poszła doliną, bo tamtędy jeździł ich samochód. Poszła przez las, w górę, na przełaj, w kierunku, w którym według jej obliczeń musiała być droga. 8 km zajęło jej 5 godzin. Rozerwała sobie kolano, dwa razy

zgubiła kierunek, raz usiadła i jak zeznała siedziała około pół godziny rozważając powrót, bo powrót był krótszy. Na asfalt wyszła przed świtem, potem szła już poboczem 10 km w stronę świateł. Trzy razy kładła się w rowie, kiedy słyszała samochód. [muzyka] Nie wiedziała, czy zauważyli jej brak i czy

nie jadą jej szukać. Do cisnej doszła około 7:00. zapytała kobietę z wiadrem, gdzie jest posterunek. Kobieta pokazała ręką i zapytała, czy wszystko w porządku. Kinga powiedziała, że tak. Posterunek był jeszcze zamknięty [muzyka] na klucz. Dyżurny otwierał o wósiadła

na ławce obok wejścia. Prawa pięta krwawiła jej od kilku godzin. Zdjęła but i wyjęła wkładkę, żeby ją odwrócić na suchą stronę. Pod wkładką złożono na czworo, leżała kartka wyschnięta na wiór, twarda, ale cała.

Nie oddała jej wtedy policji. Nie oddała jej ani w szpitalu, ani na pierwszym przesłuchaniu, ani przez następne sześć tygodni. Zapytana potem dlaczego odpowiedziała, że nie wiedziała, czy to nie jest kolejna rzecz, za którą będzie musiała kogoś przepraszać.

Wyjęła tę kartkę z kieszeni dopiero 27 września 2007 roku w gabinecie komisarza Sowy pod tym jak usłyszała od niego nazwisko Doroty Lis. Kartka miała 9 cm na 13. [muzyka] Papier w kratkę wyrwany z zeszytu zapisany ołówkiem po obu stronach.

Leżała pod wkładką buta przez lat i przetrwała, [muzyka] bo skóra i węglowy pył wysuszyły ją na wiór. Na jednej [muzyka] stronie były trzy zdania, że nazywa się Dorota Lis, że jest z Rzeszowa i że jest tutaj od lipca 99 roku. Że list, który dostała jej matka,

pisała sama, ale nie wtedy, kiedy myśli matka i nie dlatego. I prośba. Jeśli ktoś znajdzie te buty, [muzyka] niech zadzwoni pod numer, który następnie wypisała cyfra po cyfrze.

Numer był nieaktualny od sześciu lat. Rodzina lisów przeprowadziła się w 2001. Na drugiej stronie był rysunek, nie mapa, bo Dorota nie miała mapy. Schemat. Kreska potoku. Przy niej dwa [muzyka] prostokąty opisane jako piece. Wyżej cztery kwadraty z podpisem baraki, po

lewej stronie okrągła plama z napisem stary [muzyka] mieleż, a od niej strzałka i słowo droga z liczbą trzy. Komisarz Sowa porównał ten rysunek z obozem, który przeszukiwali w sierpniu. Nie pasował. W dolinie za Łopienką potok biegł po drugiej stronie. Baraki były

dwa, a żadnego starego mieleżzyska w promieniu kilometra nie było. I to właśnie okazało się najważniejsze. Brygady węglarskie nie stoją w jednym miejscu. Idą za wyrębem, a kiedy nadleśnictwo kończy cięcia w [muzyka] jednej dolinie, rozbierają obóz i

przenoszą go tam, gdzie jest surowiec. Wspólnota dobrego Watra robiła to od 99 roku legalnie na podstawie umów. Nadleśnictwa przechowują te umowy.

Sowa zażądał wszystkich jakie zawarto z brygadą Steca od 98 [muzyka] roku. Dostał 19 dokumentów z trzech nadleśnictw i wyszła z nich trasa. Pięć stanowisk w ciągu 9 lat. Wszystkie w promieniu [muzyka] 25 km od Cisnej.

Stanowisko z lat 99 i 2000 leżało [odchrząknięcie] w bocznej dolinie poniżej kalnicy. Leśniczy, który pojechał tam z policją w połowie października, [muzyka] znalazł zarośnięte pokrzywami ślady po czterech barakach, dwa betonowe bloki pod piece, potok z lewej strony i wypłaszczenie po starym mieleżu 15 m od dawnej kuchni.

Zgadzało się wszystko, [muzyka] łącznie z odległością do drogi. Pracę rozpoczęto 23 października 2007 roku. Były to Bieszczady, październik, [muzyka] 5 stopni i deszcz. Pracowali technicy kryminalistyczni, antropolog z Rzeszowa i czterech funkcjonariuszy.

Mieleżysko to miejsce, w którym latami wypalano drewno, więc warstwa węglowego miału sięgała tam pół metra. Zdejmowano ją łopatkami, warstwa po warstwie. Szczątki ludzkie odsłonięto trzeciego dnia na głębokości około 80 cm poniżej warstwy miału. Ciało leżało na

prawym boku z kolanami podciągniętymi do klatki piersiowej. Było zawinięte w wojskowy koc. [muzyka] Przy szczątkach nie było odzieży, butów ani żadnego przedmiotu osobistego. Antropolog ocenił na miejscu, że to kobieta. Wzrost około 160 cm. [muzyka] Wiek w chwili śmierci

między 18 a 25 lat. Tożsamość potwierdzono w Rzeszowie w listopadzie na podstawie karty leczenia stomatologicznego [muzyka] z przychodni na nowym mieście i badania DNA porównanego z materiałem matki.

Dorota Lis zaginęła 27 lipca 99 roku w wieku 21 lat. Sprawę zamknięto po otrzymaniu jej listu we wrześniu tego samego roku. Przyczyny [muzyka] zgonu nie ustalono.

Po ośmiu latach w takim gruncie [muzyka] nie zostają tkanki miękkie, a na kościach biegli nie znaleźli żadnych obrażeń, ani złamań, ani śladów po ostrzu, ani uszkodzeń kości gnykowej. [muzyka] W opinii napisano, że zgon mógł nastąpić z przyczyn chorobowych, ale nie można wykluczyć innych nie pozostawiających

śladów na kościach. Teresa Lis, matka Doroty, przez 8 lat mówiła sąsiadom, że córka jest za granicą i nie utrzymuje kontaktu. Sama w to wierzyła, bo miała list z jej zeznań. Byłam na nią zła. Osem lat byłam zła na własne dziecko.

Borysa Wronę zatrzymano 29 października, dwa dni po odsłonięciu szczątków. Miał 30 lat i we wspólnocie mieszkał od 17 roku życia. W 99 miał 22 lata i pracował przy piecach razem z Dorotą. Podczas pierwszych trzech przesłuchań powtarzał wersję Steca. Dziewczyna odeszła sama.

Nikt nie wie dokąd. Czwartego przesłuchania 7 listopada pokazano mu fotografię koca. Powiedział wtedy, że sam go przyniósł z baraku. Zeznał, że w lutym 2000 roku Dorota Lis zachorowała. Zaczęło się od kaszlu i gorączki. Po kilku dniach nie wstawała. Trwało to jakieś dwa tygodnie.

Dwa razy mówiono Stecowi, że trzeba ją zawieźć do lekarza docisnej. Stec odpowiedział, że nie ma dowodu osobistego, że będą pytania, [muzyka] a wtedy rozniosą wspólnotę i że i tak wszystko jest w rękach Boga. Modlili się przy niej wieczorami. Umarła w nocy.

Wykopali dół w mieleżysku, bo tam ziemia była przegrzana i miękka. Nawet w zimie kopali we trzech, godzinę. Na pytanie prokuratora, dlaczego przez 8 lat nikomu nie powiedział, [muzyka] Borys Wrona odpowiedział, że nie miał dokąd pójść i że wtedy był pewny, iż zrobili wszystko, co było można. A potem

dodał jeszcze jedno zdanie, którego nikt o nic nie pytał i które trafiło do akt jako ostatni [muzyka] fragment tego przesłuchania, że Dorota miała wyjść w tamten poniedziałek, że była już spakowana.

Akt oskarżenia trafił do Sądu Okręgowego w Krośnie w grudniu 2008 roku. Proces ruszył w marcu 2009 [muzyka] i trwał 8 miesięcy. Romanowi Stecowi zarzucono bezprawne pozbawienie wolności Kingi Suskiej trwające ponad 5 lat. To [muzyka] samo wobec Doroty Lis w latach 99 i 2000 oraz narażenie Doroty Lis na

bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty [muzyka] życia przez zaniechanie sprowadzenia pomocy lekarskiej. jednego zarzutu w tym akcie zabrakło i to jest [muzyka] rzecz, która do dziś budzi najwięcej emocji. Nieudzielenie pomocy i ukrycie zwłok przedawniły się, zanim ktokolwiek dowiedział się, że Dorota Lis nie żyje. Czyny z lutego 2000 roku

ujawnione [muzyka] w listopadzie 2007 były już poza zasięgiem prokuratury. Obrona zbudowała całą linię na jednym zdaniu. Drzwi nie miały zamka. Adwokat Steca wyliczał przed sądem po kolei, [muzyka] że nie było kajdan, krat strażników.

że oskarżycielka posiadwszy funkcję starszej przy retortach miała pod sobą dwóch mężczyzn. Że jeździła z brygadą po drewno, że podpisała oświadczenie własną ręką, że w styczniu 2004 roku wyszła z obozu i nikt za nią nie pobiegł.

Kinga Suska zeznawała 4 czerwca 2009 roku przez 3 godziny i 40 [muzyka] minut. Na pytanie obrońcy, dlaczego przez 5 lat ani razu nie poprosiła o pomoc żadnego z kierowców odbierających węgiel, odpowiedziała, że prosiła. W 2003 roku powiedziała mężczyźnie

odbierającemu towar, że nie ma dokumentów i chce wrócić do Sanoka Kierowca zeznał to przed sądem jako świadek. Pamiętał tę rozmowę i pamiętał, co mu wtedy wytłumaczono. Że kobieta jest po odwyku, że rodzina się jej wyrzekła i że sama prosiła, żeby jej nie wozić do miasta, bo wróci do picia.

Uwierzył. Wszyscy wierzyli, bo obóz był czysty, praca szła, a Roman Stec mówił pełnymi zdaniami. Biegła psycholog opisała sądowi mechanizm w trzech krokach. odcięcie od informacji, przekonanie ofiary, że jest winna własnej sytuacji i zastąpienie

przymusu fizycznego przekonaniem, że nie ma dokąd wracać. Zeznała, że im dłużej taki układ trwa, tym mniej potrzeba do jego utrzymania i że po trzecim roku wystarczy już samo powtarzanie, że na zewnątrz nikt nie czeka. Wyrok zapadł 18 listopada 2009 roku. Roman Stec. 8 lat

pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny w Rzeszowie utrzymał wylog w 2010 roku, obniżając karę do 7 lat. Bronisława Pilch, 65 lat, [muzyka] kobieta, która opatrywała kin ze stopy i przyniosła jej koc Doroty. Rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3

lata. Borys Wrona 2 lata. Sąd uwzględnił, że to jego zeznania pozwoliły odnaleźć szczątki. Pozostałych ośmiu członków wspólnoty przesłuchano w charakterze świadków. Żadnemu nie postawiono zarzutów.

Wspólnota dobrego łotra przestała istnieć jesienią 2007 roku. Nadleśnictwo rozwiązało umowę, baraki rozebrano, retorty poszły na złom. Siedmioro ludzi wróciło do rodzin, dwoje [muzyka] trafiło do domu pomocy społecznej.

Marzena K. 19latka, która przez 5 dni nazywała się siostra Zofia, spędziła rok w ośrodku w Rzeszowie. Dwa razy w tym czasie próbowała wrócić w Bieszczady. >> [muzyka] >> W 2009 wyjechała do pracy za granicę i nie utrzymuje kontaktu z nikim z tej [muzyka] sprawy. Teresa Lis pochowała córkę w Rzeszowie w grudniu 2007 roku, 8

lat i pi miesięcy po jej zaginięciu. Buty, w których Kinga Suska wyszła z doliny, przestały być dowodem rzeczowym w 2011. Kinga zawiozła je matce Doroty osobiście. Halina i Andrzej Suscy rozstali się w 2010 roku. Tabliczkę z cmentarza wcisnę Andrzej odkręcił sam

dzień po powrocie córki. Nie wyrzucił jej. leży w jego warsztacie w szufladzie z dłutami. Komisarz Marek Sowa złożył po zakończeniu sprawy raport o procedurze poszukiwania dorosłych, którzy przysyłają rodzinie pismo o dobrowolnym odejściu. Odpowiedź, którą dostał

zawierała informacje, że obowiązujące zasady są wystarczające. Sierżant Tomasz Cwynar, ten który szukał jej jako 17latek i przyjął ją jako dyżurny, służy do dziś. Kinga Suska nie wróciła na studia. Płuca nie pozwalają jej na pracę w terenie dłużej niż kilka godzin. Mieszka pod Sanokiem. Pracuje w

archiwum. Leczyła się przez 4 lata. Wwiadzie udzielonym lokalnej gazecie w 2012 powiedziała, że najtrudniejsze nie było 5 lat w dolinie, tylko pierwsze pół roku po powrocie, kiedy musiała nauczyć się podejmować decyzje. [muzyka] Zostaje jedno pytanie, na które akta nie odpowiadają. Roman Stez wiedział, że ona

odeszła. [muzyka] Wiedział to od rana 17 sierpnia, bo o świcie wygasła retorta i nie było przy niej nikogo. Miał samochód i miał 18 km drogi, którą Kinga szła całą noc pieszo, kryjąc się w rowie przed każdymi światłami. Mógł ją wyprzedzić. Nie pojechał. Kazał za to

spalić w piecu ubrania i wysprzątać [muzyka] obóz. Napiszcie w komentarzu, jak to czytacie. Czy po pięciu latach był już pewny, że ona wróci sama, jak wróciła w 2004? Czy uznał, że kobieta bez dokumentów [muzyka] i bez nazwiska i tak nikogo nie przekona? A może po prostu wiedział, że

w tej dolinie zostaje 19Inastolatka i miejsce przy retorcie jest już zajęte? Ostatnią rzeczą w tej [muzyka] historii jest kartka papieru. W sierpniu 2008 roku w rocznicę Kinga Suska pojechała do Cisnej.

Na słupie przy drodze na Wetlinę wisiał jeszcze jeden plakat, którego jej matka nie zdążyła zdjąć. Zdjęcie zielonym plecakiem, wzrost, kolor włosów, blizna nad kolanem i numer telefonu do mieszkania, w którym już nikt nie mieszkał. Zdjęła go sama. powiedziała potem, że to była pierwsza rzecz, którą

przez 6 lat zrobiła bez pytania kogokolwiek o zgodę.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy